Basia. Wielka księga zmysłów – Zofia Stanecka
Tytuł: Basia. Wielka księga zmysłów
Autor: Zofia Stanecka
Ilustracje: Marianna Oklejak
Liczba stron: 96
Okładka twarda
Wydawnictwo: Harpercollins\HarperKidsDo tej pory Basia była dla nas trochę „tą serią, którą wszyscy znają”. Widziałam te książki w księgarniach i bibliotekach, ale jakoś nigdy nie zdecydowałam się po nie sięgnąć. Byłam przekonana, że mój niespełna trzyletni syn jest jeszcze na nie za mały. Wydawało mi się, że historie będą zbyt długie, tematy za trudne, a humor jeszcze nie do końca dopasowany do jego wieku. I wtedy trafiła do nas „Basia. Wielka księga zmysłów”. Muszę przyznać, że był to naprawdę świetny początek naszej przygody z Basią.
Zmysły to temat, który małe dzieci poznają każdego dnia. To właśnie dzięki nim odkrywają świat – dotykają, wąchają, smakują, słuchają i uważnie obserwują wszystko wokół. Czasem nawet aż za dokładnie. Dlatego od początku miałam przeczucie, że ta książka może okazać się strzałem w dziesiątkę. I nie pomyliłam się.

Fot. Archiwum własne
Książka prowadzi dziecko przez pięć podstawowych zmysłów: wzrok, słuch, węch, smak i dotyk. Wszystko zostało wyjaśnione prostym, zrozumiałym językiem, bez przeładowania definicjami czy naukowym słownictwem. To nie jest typowa książka edukacyjna. Wiedza pojawia się naturalnie – przy okazji codziennych sytuacji z życia Basi, jej rodziny i przyjaciół. A właśnie w taki sposób dzieci uczą się najłatwiej.
Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie rozdział poświęcony intuicji, nazwanej tutaj „szóstym zmysłem”. Mam wrażenie, że z dziećmi rozmawia się o niej zdecydowanie za rzadko. Tymczasem intuicja często podpowiada, że coś jest nie w porządku, że ktoś potrzebuje pomocy albo że warto posłuchać własnych emocji.
Autorka pokazuje ten temat z dużą delikatnością. Bez moralizowania i wielkich słów, za to z perspektywy dziecka. Dzięki temu rozdział staje się świetnym punktem wyjścia do rozmów o emocjach, relacjach, stawianiu granic i słuchaniu samego siebie. Dla mnie to jeden z najmocniejszych elementów całej książki.
Każdemu zmysłowi towarzyszą opowiadania, ciekawostki i zadania do wykonania. Dzięki temu książka nie kończy się wraz z ostatnią stroną. Można do niej wracać wielokrotnie – przeczytać tylko fragment, wykonać jedno z zadań, sprawdzić coś w praktyce albo po prostu porozmawiać o tym, dlaczego jedne zapachy lubimy bardziej od innych albo czemu nie każdy przepada za tymi samymi fakturami.

Fot. Archiwum własne
To zdecydowanie nie jest książka z kategorii „przeczytaj i odłóż na półkę”. Raczej taka, która zachęca do wspólnego odkrywania świata.U nas najlepiej sprawdziło się czytanie po kawałku. Nie musimy iść od początku do końca. Czasem wracamy do konkretnego rozdziału, czasem tylko oglądamy ilustracje, a czasem syn wybiera rozkładówkę, która akurat go zaciekawiła. I właściwie za każdym razem odkrywamy coś nowego.
Zofia Stanecka ma niezwykłą łatwość opowiadania o dziecięcej codzienności. W jej historiach nie ma sztuczności. Są rodzinne rozmowy, drobne sprzeczki, dziecięce pytania, emocje i małe odkrycia – czyli wszystko to, co dzieje się w większości domów każdego dnia.
Dzięki temu książkę czyta się bardzo przyjemnie również na głos. Dialogi brzmią naturalnie, historie są bliskie dzieciom, a edukacyjne treści płynnie wynikają z opowieści. Dla mnie to ogromna zaleta, bo książki dla przedszkolaków powinny mieć dobry rytm i po prostu dobrze się je czytać.
Na osobny akapit zasługują ilustracje Marianny Oklejak. Są pełne szczegółów, humoru i życia. Dużo się na nich dzieje, ale nie ma wrażenia chaosu. Dziecko może śledzić bohaterów, wypatrywać drobnych elementów i odkrywać kolejne scenki w tle. Mój syn regularnie wraca do tych samych rozkładówek i za każdym razem znajduje coś nowego. Ja zresztą też. To ilustracje, które nie tylko uzupełniają tekst, ale budują klimat całej książki.
Największym zaskoczeniem dla mojego syna okazał się temat leniwego oka. Pewnie sama nigdy nie poruszyłabym go podczas codziennych rozmów, a tutaj został przedstawiony spokojnie, jasno i bez niepotrzebnego straszenia. Dzięki temu mogliśmy porozmawiać o wzroku, okularach i o tym, że czasami nasze ciało potrzebuje dodatkowego wsparcia.

Fot. Archiwum własne
Drugim hitem był rozdział poświęcony dotykowi, szczególnie fragment dotyczący integracji sensorycznej. Bardzo doceniam, że książka pokazuje, iż każdy może odbierać świat trochę inaczej. Nie wszyscy lubią te same faktury, hałasy czy przytulanie. I to jest całkowicie w porządku.To bardzo wartościowy przekaz. Dzieci dostają nie tylko wiedzę o zmysłach, ale również zgodę na własne odczucia. Mogą powiedzieć: „to mi przeszkadza”, „tego nie lubię”, „nie chcę teraz przytulania”. Takie komunikaty są równie ważne jak znajomość nazw poszczególnych zmysłów.
Myślę, że „Basia. Wielka księga zmysłów” najlepiej sprawdzi się u dzieci w wieku przedszkolnym. U nas dobrze przyjęła się już przed trzecimi urodzinami, choć oczywiście nie wszystkie treści są jeszcze dla syna w pełni zrozumiałe. I właśnie to bardzo mi się podoba – ta książka rośnie razem z dzieckiem. Najmłodsi mogą oglądać ilustracje i słuchać wybranych fragmentów, starsze dzieci wracać do ciekawostek i zadań, a początkujący czytelnicy korzystać z dużych liter i przejrzystego układu. To książka, która zostaje na półce na długo. Łączy ciekawe opowiadania, wartościową wiedzę, zadania angażujące dziecko i piękne ilustracje, a przy okazji daje mnóstwo okazji do rozmowy.
Jeśli – tak jak ja – odkładaliście spotkanie z Basią na później, „Basia. Wielka księga zmysłów” może być naprawdę dobrym początkiem. U nas pierwsze spotkanie z tą serią okazało się bardzo udane i mam przeczucie, że nie było ostatnim.
Recenzja powstała dzięki współpracy z wydawnictwem Harpercollins.
