1 października 2021

Dobre bakterie dla zdrowej skóry – Paula Simpson

Tytuł: Dobre bakterie dla skóry
Autor: Paula Simpson
Oprawa: twarda
Liczba stron: 168
Rok wydania: 2021
Wydawnictwo: Czarna Owca

Z czytaniem poradników jest mniej więcej tak, jak z czytaniem podręczników. Człowiek przeczyta, a i tak niczego nie zapamięta. Dokładnie tak się czułam po przeczytaniu książki Pauli Simpson Dobre bakterie dla zdrowej skóry. Niemniej poradniki nie są po to, by się ich uczyć na pamięć, ale by sięgać w razie potrzeby. Cieszę się, że książka zostaje na mojej półce. Wypożyczenie jej z biblioteki mijałoby się z celem.

Muszę przyznać, że autorka całkiem przekonująco uzasadniła tezę, że to, co jemy, odbija się na naszej skórze. I nie chodzi tylko o promienny wygląd twarzy, ale też o rozmaite choroby od AZS poczynając, na łuszczycy kończąc. Po drodze był jeszcze trądzik i łupież. Nie wiem tylko, czemu usiłowała mnie przekonać do jedzenia jakże gazopędnej fasoli (mój gastrolog się zastrzeli!) i mięsa, którego nie jem od ponad ćwierćwiecza. No, ale przynajmniej wiem, dlaczego mojej skórze daleko do ideału. Źle się odżywiam!

A tak bardziej serio. Duża część książki to podane w przystępnej formie informacje na temat biomu skóry, tego, czym on jest i jak o niego dbać. Nie zabrakło instrukcji doboru kosmetyków (czego szukać, czego unikać), suplementacji diety (probiotyki i prebiotyki to dwa różne światy, oba jednakowo nam potrzebne), oczyszczania organizmu z toksyn (wszystko widać na skórze!) i zmiany nawyków żywieniowych. Wszystko razem prowadzi do jednej konkluzji: żeby ładnie wyglądać, trzeba się dobrze odżywiać, wysypiać i nie stresować. No w sumie mało odkrywcze, ale żyjemy w czasach, w których łatwiej sięgnąć po kolejny drogi krem lub wydać pieniądze na wizytę w salonie piękności, niż się wyspać i zastanowić, co jemy. Taka prawda.

Nie zabrakło też przepisów kulinarnych, które mają wspomóc biom i przyczynić się do poprawy stanu skóry. Niestety nie mogę Wam powiedzieć, czy działają, bo ich nie wypróbowałam. Ponieważ autorka mieszka w Ameryce, korzysta z tamtejszych przypraw i składników. Ja będę musiała się nagimnastykować, żeby kupić pesto z nasion konopi (nie widziałam w żadnym sklepie, może Wy widzieliście?), pastę miso (niby dostępna, a też nie wszędzie), kłącza imbiru, świeży rozmaryn i kolendrę. Szpinaku i jarmużu nie kupuje się na wagę ani na garści, ale to dałoby się obejść. Niemniej na pewno niektóre przepisy wypróbuję i wtedy przynajmniej dam Wam znać, czy te potrawy są smaczne ;-) Niektóre, bo niestety sporo zawiera mięso, najczęściej kurczaka. Natomiast w wielu miejscach przeczytałam, że powinnam jeść szparagi i to mi się podoba. Próbowałam kiedyś i były naprawdę smaczne. Chyba kupię jakieś i nauczę się przyrządzać ;-)

Aha, nie zabrakło przepisów na smoothie, które mają ponoć działanie oczyszczające. Muszę powiedzieć, że nigdy czegoś takiego nie piłam, ale że ostatnio zakupiłam blender, to i ze smoothie się zaprzyjaźnię. Tylko najpierw zakupię peptydy rybiego kolagenu. Może internet zna takie cudo.

Z niektórych rad ze względu na zdrowie nie mogę korzystać i Wam też z serca radzę – dostosujcie porady do możliwości. Jeszcze zanim przeczytałam tę książkę, pijałam rano wodę z sokiem z cytryny. Przy mojej nadkwasocie skutki były naprawdę tragiczne. Nie róbcie tego!

To, co mnie w tej książce naprawdę urzekło, to proste sposoby na wydawałoby się duże problemy. Niestety, po raz kolejny nie mogę powiedzieć, czy działają, bo nie mam łuszczycy, ani łupieżu. Niemniej teoria, że można złagodzić stany chorobowe odpowiednią dietą i suplementacją, jak najbardziej do mnie przemawia. Do tej pory kupowałam probiotyki tylko z okazji łykania antybiotyków, ale chyba zaprzyjaźnię się z nimi na stałe. Autorka poświęciła im bardzo dużo miejsca i nie będę ukrywać – przekonała mnie. Wiecie, że probiotyki występują nie tylko w kapsułkach jako suplement diety, ale też jako składnik kremów? Ja aż do tej pory nie wiedziałam.

Cieszę się też, że Paula Simpson radzi, a wręcz zaleca, by zmiany wprowadzać stopniowo. Ponoć gwałtowna rewolucja w diecie to gwarantowany ból głowy i inne nieprzyjemne dolegliwości. Czyli nie muszę od zaraz wyrzucać zapasów i robić nowych. Natomiast jak zacznę te zmiany wprowadzać powoli, to może za rok będę o dziesięć lat młodsza. Dam Wam znać!

 

Dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za przekazanie egzemplarza recenzenckiego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close