5 godzin temu

Miasto śmierci – Michał Śmielak

Tytuł: Miasto śmierci
Autor: Michał Śmielak
Oprawa: miękka
Liczba stron: 413
Rok wydania: 2026
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska

Śmierć jako taka jest nieodłącznym elementem wszystkich książek Michała Śmielaka. Uzbrojona w tę wiedzę nie spodziewałam się niczego innego – będzie morderstwo, będą trupy, będzie śledztwo. No niby standard, ale u Śmielaka to słowo nabiera zupełnie innego znaczenia. On ma własne standardy, które za każdym razem wyznacza na nowo.

O czym jest Miasto śmierci?

Trzecia część cyklu sandomierskiego mocno nawiązuje do obu poprzednich, co z dwóch powodów jest dobrą wiadomością. Po pierwsze są starzy dobrzy znajomi, po drugie – akcja osadzona jest w miejscach, które czytelnik już zna. Nie wiem, jak Was, ale mnie takie powroty zawsze cieszą, bo lubię od początku poczuć się w książce jak u siebie.

Kto czytał Miasto burz, ten na pewno pamięta, że na sam koniec Autor zaserwował czytelnikom kolejne zwłoki. W Mieście śmierci natomiast będziemy świadkami kolejnego śledztwa Bruna Kowalskiego i Krzyśka Szorcy. Nie będzie to śledztwo bardzo typowe, bo też i morderstwo do typowych nie należało. No bo umówmy się – jak często znajduje się zwłoki w starych poradzieckich czołgach? Jak wiele w ogóle jest takich czołgów w Polsce?

Kamila Szafarz jest, a właściwie była, historykiem. Do Sandomierza przybyła na zaproszenie Krzysztofa, dlatego czuje się on trochę odpowiedzialny za jej los. Banał, ale wiecie, jak to jest: „Gdybym jej nie zaprosił, to pewnie by nadal żyła”. Bruno Kowalski natomiast miał z Kamilą krótki romans i też czuje się z tego powodu nieco rozdarty. I ja mu się nie dziwię, bo jak ma się czuć facet, który najpierw spędza z kobietą całkiem udaną noc, a potem patrzy na jej zwłoki?

To śledztwo było tak nieoczywiste i wielowątkowe, że nic tylko bić pokłony przed śledczymi. I przed autorem, że to wszystko ogarnął i nie pogubił się w wątkach. Nie chcę spojlerować, więc nie napiszę Wam, jak to się potoczyło.

Jak się czyta Miasto śmierci?

Tym razem historia ma dwie linie czasowe – współczesną i wojenną. Przyznaję, bałam się tej drugiej, bo ogólnie nie lubię tematyki wojennej, ale Michał Śmielak napisał to tak, że chwilami nawet się uśmiechałam. Nie jest łatwo i nie ma lukru, wojna to wojna, litość nie istnieje, ale wszystkie wydarzenia zostały podane w sposób, który jest akceptowalny nawet dla takich wojennych sceptyków, jak ja.

Miasto śmierci to taka ballada trochę o wojnie, trochę o współczesnym Sandomierzu. Bardzo równa i równie bardzo wciągająca. Czuć, że pisał to ktoś, kto zna i kocha to miasto, kto przy okazji chciał odczarować historię i nakłonić czytelników do własnych poszukiwań. Zwroty akcji? Hmm… chyba są, ale nie takie, żeby miały łapać za gardło, przynajmniej mnie. Kilka rzeczy faktycznie mnie zaskoczyło, kilku innych się spodziewałam i trafnie zgadłam – na przykład zakończenie, które wcale nie jest oczywiste i tu czuję dumę. Przejrzałam Śmielaka!

Miasto śmierci czyta się szybko, ale nie dlatego, że książka jest krótka, bo wcale taka nie jest. Jest natomiast nieodkładalna, bo chociaż dość równa i bez wielkich plot twistów, to jednak bardzo wciąga i odłożyć się nie daje. I tak właśnie powinno być. Takich książek Autora chcę czytać więcej.

Miasto śmierci – recenzja subiektywna

Długość – 413 stron – miód na moje serce, mówię Wam. Książka powinna być długa, wypełniona treścią i wydarzeniami, a przy tym napisana tak, że chce się błagać o drugie tyle. I w przypadku Miasta śmierci dokładnie tak jest.

Trupy – ehh… no Śmielak to Śmielak, zawsze kogoś zabije. A ta książka jest naprawdę bardzo dobra. Znacie mnie już dobrze, więc wiecie, co to znaczy 😉

Humor – no powiem Wam, że jak na kryminał, który częściowo dzieje się w czasie wojny, to książka jest naprawdę zabawna. Kilka razy zaśmiałam się całkiem głośno, a magister informacji z dupy rozwalił mnie na łopatki. Kradnę!

Widoczność liter – absolutnie żadna. Za to obrazów cała masa. A nawet powiem więcej – tu czytelnik zostaje wchłonięty do tego stopnia, że staje się naocznym świadkiem wydarzeń.

Bierzcie i czytajcie, oczywiście, jeśli znacie Miasto mgieł i Miasto Burz. Nie ma sensu czytać Miasto śmierci, nie znając dwóch pierwszych tomów trylogii. Na razie trylogii. Mam nadzieję, że to będzie zdecydowanie dłuższa seria.

Dla kogo jest Miasto śmierci?

Właściwie już odpowiedziałam na to pytanie, ale mogę powtórzyć. Otóż Miasto śmierci jest dla tych, którzy przeczytali Miasto mgieł i Miasto burz. Ja bym w ogóle poszła krok dalej i napisała, że wypadałoby też przeczytać Znachora i Inkwizytora, bo to tam pierwszy raz pojawia się Krzysztof Szorca, no ale dobra – bez tych dwóch też można czytać trylogię sandomierską. Niemniej tamte też polecam, super są!
Konsekwentnie napiszę, że Miasto śmierci, podobnie jak dwie poprzednie części, dałabym młodzieży. A tak poza tym to wiadomo – żeby wejść w tę książkę, trzeba lubić kryminały.

 


Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Skarpa Warszawska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close