15 minut temu

Mój pies i ja – Luca Tortolini

Tytuł: „Mój pies i ja”
Autor:  Luca Tortolini
Ilustracje: Felicita Sala
Liczba stron: 52
Okładka: twarda
Wydawnictwo: Widnokrąg

 „Mamo, jeszcze raz!” – to zdanie słyszę w naszym domu co najmniej dwa razy dziennie, odkąd na półce pojawił się „Mój pies i ja”. Mój trzyletni syn wie już, co wydarzy się na każdej stronie, a mimo to za każdym razem czeka z takim samym przejęciem. I szczerze mówiąc, ja też. Już okładka podpowiada, że coś tu się nie zgadza. Tytuł zapowiada historię o psie, a na ilustracji widzimy dziewczynkę w okularach i z kitkami, która z dumą siedzi na grzbiecie… ogromnego niedźwiedzia. Bohaterka zawsze marzyła o psie. Pewnego dnia w parku zza drzewa wyłania się łeb zwierzęcia, które psem zdecydowanie nie jest. Dziewczynka nie ma jednak żadnych wątpliwości: bierze niedźwiedzia za łapę i oznajmia, że od teraz będzie się nim opiekować. Zupełnie nie zauważa, że pan na pobliskiej ławce z wrażenia prawie gubi kapelusz.

Mój pies i ja

Fot. Archiwum własne

Rodzicom psa nie pokaże, bo oni psów nie lubią. Buduje mu więc kryjówkę w głębi ogrodu i tam spędza z nim najwięcej czasu. Z pełną powagą i czułością karmi go, bawi się z nim, a nawet rozwiesza ogłoszenia o znalezionym zwierzaku, bo przecież ktoś może go szukać. Nikt się jednak nie zgłasza, więc pies zostaje z nią. Od tej chwili dziewczynka może wędrować po całym mieście i dalej, bo wreszcie nie jest sama.

Mój pies i ja

Fot. Archiwum własne

Pomysł jest genialny w swojej prostocie. Tekst opowiada historię tak, jak widzi ją dziewczynka, czyli spokojnie i rzeczowo, jak o najzwyczajniejszym psie. Ilustracje pokazują natomiast, jak tę samą scenę widzą inni: przechodnie uciekają w popłochu, ktoś chowa się za drzewem, ktoś inny zamiera z przerażenia. Dziecko słucha jednej opowieści, a na obrazkach odkrywa drugą. Ten rozdźwięk bawi małych czytelników do łez, a dorosłym daje satysfakcję
z wyłapywania szczegółów.

Kiedy wydaje się, że już wiemy, o co chodzi, historia robi zwrot. Pewnego dnia pies znika i dziewczynka zostaje sama ze swoim smutkiem. Później w jej życiu pojawia się nowy przyjaciel – tym razem kot, wystraszony i zagubiony. Oczywiście na ilustracji widzimy… wspaniałego lwa z bujną grzywą, co w naszym domu za każdym razem wywołuje wybuch śmiechu. Ale najpiękniejszy jest finał: na ostatnich stronach dziewczynka, niedźwiedź i lew są już razem. Tworzą swoją własną, niezwykłą rodzinę, w której każdy ma miejsce.

Pod warstwą absurdalnego humoru kryje się myśl, która mnie jako mamę naprawdę poruszyła: to, co widzę ja, nie zawsze jest tym, co widzisz ty. Dla dziewczynki wielki niedźwiedź był przyjacielem, łagodnym i kochanym psem. Dla przechodniów był śmiertelnym zagrożeniem. Nikt tu nie jest w błędzie. Każdy patrzy z innego miejsca, przez swoje doświadczenia, emocje i potrzeby. Ta książka nie moralizuje, tylko pokazuje tę prawdę
z ogromną lekkością i humorem.

To świetny punkt wyjścia do rozmowy z dzieckiem, nawet bardzo małym. Można zapytać, dlaczego pan na ławce się dziwi, czego boi się ta pani i co czuje dziewczynka. To nauka empatii bez pouczania. Dorosłym książka przypomina z kolei coś, o czym łatwo zapomnieć w codziennym pośpiechu: świat naszego dziecka bywa zupełnie inny niż nasz. Tam, gdzie my widzimy problem, ono może widzieć przyjaciela, a to, co dla nas jest drobiazgiem, dla niego może być wielką stratą.

Fot. Archiwum własne

Uważny dorosły czytelnik dostrzeże też drugie dno tej historii. Dziewczynce dokuczają starsze dziewczyny i chłopcy w autobusie, boi się obcych psów na ulicy i zasypiania w ciemności. Rodziców na kartach książki właściwie nie widać: nie wiedzą o psie, więc nie wiedzą też, że 5 i nie ma ich przy córce, gdy płacze. Niedźwiedź jest więc nie tylko zabawnym pomysłem, ale też odpowiedzią na dziecięcą samotność. Daje dziewczynce odwagę i poczucie, że ktoś jest po jej stronie. Tym bardziej wzrusza zakończenie, które pokazuje, że rodzina nie musi wyglądać tak jak u innych. Wystarczy, że jesteśmy razem i akceptujemy się takimi, jacy jesteśmy.

U nas na razie króluje humor. Syn pokazuje palcem przestraszonych przechodniów, zna na pamięć swoje ulubione strony i śmieje się, zanim jeszcze przewrócę kartkę. Rozmowy o tym, że „każdy widzi inaczej”, przyjdą z czasem, ale już dziś widzę, że ta historia zostanie z nami na długo. A najlepsza rekomendacja, jaką mogę dać, jest taka: po kilkudziesięciu wspólnych lekturach wciąż czytam ją z przyjemnością.

Mój pies i ja

Fot. Archiwum własne

Osobne słowa zachwytu należą się ilustracjom. Felicita Sala to jedna z najciekawszych współczesnych ilustratorek książek dla dzieci i dlaczego. Jej obrazy są ciepłe, lekko retro i pełne detali, które nie są tylko ozdobą, bo same opowiadają historię. Miny mieszkańców miasta, reakcje innych zwierząt i drobne scenki w tle to osobna warstwa humoru, w której za każdym razem znajdujemy coś nowego.

 

Wydawca poleca książkę dzieciom od 4 lat, ale nasze doświadczenie pokazuje, że trzylatek też znakomicie ją rozumie, przynajmniej na poziomie humoru i obrazu. A dorośli wyniosą z niej może nawet więcej niż dzieci: przypomnienie, że zanim ocenimy czyjś świat, warto spróbować zobaczyć go jego oczami.

Recenzja powstała dzięki współpracy z wydawnictwem Widnokrąg.

Mój pies i ja

Fot. Archiwum własne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close