Wszędzie widzę morze – Nadia Terranova
Tytuł: „Wszędzie widzę morze”
Autor: Nadia Terranova
Ilustracje: Serena Mabilia
Liczba stron: 86
Okładka twarda
Wydawnictwo: Widnokrąg
„Wszędzie widzę morze” – książka, która pachnie latem i tęsknotą
Tegoroczne wakacje spędziliśmy, jak co roku, nad morzem. Bardzo lubimy tam jeździć — i chyba właśnie dlatego tak chętnie sięgnęłam po „Wszędzie widzę morze” Nadii Terranovy z ilustracjami Sereny Mabilii. Czytając tę książkę, warto mieć z tyłu głowy rozgrzane włoskie lato: autorka urodziła się w Mesynie na Sycylii i to śródziemnomorskie światło czuć tu na każdej stronie. Bohaterka spędza wakacje na Wyspie Żarnowców — miejscu na wpół baśniowym, z klifami, zatoką i dymiącym w tle wulkanem. Przyznam szczerze: przeczytałam ją dwa razy pod rząd. Nie dlatego, że musiałam — dlatego, że chciałam.

Fot. Archiwum własne
Zaczyna się bardzo zwyczajnie. Szary, deszczowy dzień. Dziewczynka o imieniu Tatú idzie do szkoły z głową jeszcze pełną snów, które nie zdążyły ulecieć — snów o babci, o wyspie i o morzu. I wtedy dzieje się to, co w tej książce najpiękniejsze: miasto zaczyna się rozszczelniać. W kałużach na chodniku Tatú dostrzega wieloryby. Potem delfiny. Potem kilka syren. A w końcu pirata — przytulonego do dziewczyny o łagodnym spojrzeniu. Bo warto wiedzieć, że Tatú nosi w sobie całe morze. Wakacje u babci, zapachy, smaki, dni bez rutyny i bez godzin. A przede wszystkim opowieści, które babcia jej opowiadała: baśń o czarnobrodym piracie, który zamieniał dziewczęta w syreny, i o dziewczynie o kręconych włosach. Tutaj robi się naprawdę ciekawie. Bo baśń o piracie nie jest tylko ładną bajką na dobranoc. Kto chce — albo kto potrzebuje — wyczyta pod nią coś więcej: historię o rozstaniu, o kimś, kto odszedł, o rodzinnej ranie, którą łatwiej opowiedzieć przez syreny i statki niż wprost. Terranova nic nie dopowiada i nikomu nic nie narzuca. Młodszy czytelnik dostanie piękną, przygodową opowieść. Starszy — i dorosły — zobaczy drugie dno.

Fot. Archiwum własne
„Morze to coś bardzo osobistego” — mówi w pewnym momencie Tatú. „To sprawa rodzinna”. Chyba nie ma lepszego streszczenia tej książki. Morze jest tu pamięcią. Tym, co zostaje po ludziach i miejscach, do których nie da się wrócić tak po prostu.
Dawno nie czytałam niczego dla dzieci napisanego tak pięknym, poetyckim językiem. Naprawdę dawno. To proza, którą chce się czytać na głos — i to bardzo dobra wiadomość dla rodziców, bo ta książka świetnie sprawdza się we wspólnym czytaniu.

Fot. Archiwum własne
Dzięki temu językowi tęsknota za morzem, opisana oczami Tatú, staje się dojmująco nostalgiczna. Ma się wrażenie, że doskonale zna się to uczucie. Że jest blisko. Że to nie jest tęsknota jakiejś dziewczynki z włoskiej wyspy, tylko po prostu — twoja. Ta z września, kiedy walizki dawno rozpakowane, a piasek nadal wysypuje się z butów.
Ogromny ukłon w stronę tłumaczki, Luizy Krolczuk. Przełożyć taki tekst i nie zgubić po drodze rytmu to naprawdę sztuka!
Serena Mabilia zrobiła tu coś, co u nas w domu zadziałało natychmiast. Mój trzylatek nie umie jeszcze czytać, ale z uporem maniaka przegląda te rozkładówki. Wcale mu się nie dziwię. Te ilustracje mają głębię, która potrafi wciągnąć każdego. Ma się wrażenie, że każda kartka została narysowana ręcznie, specjalnie dla ciebie. Coś cudownego.
Najbardziej podoba mi się to, jak ilustracje pracują razem z tekstem. Nawet na stronach o szarej, deszczowej codzienności co chwilę przemyka jakiś dyskretny kolorystyczny motyw z baśni — jakby morze naprawdę nie odpuszczało i wciąż wystawało zza rogu. Pierwsza i ostatnia rozkładówka to prawdziwa klamra: klify Wyspy Żarnowców, zakotwiczony w zatoce statek pirata i dymiący wulkan w oddali.

Fot. Archiwum własne
Wydawca podaje, że książka jest dla dzieci 7+, i to uczciwa wskazówka — samodzielnie przeczyta ją dziecko wczesnoszkolne. Ale szczerze? To książka do czytania razem. Młodsze rodzeństwo obejrzy obrazki (sprawdzone!), siedmiolatek przeczyta przygodę, a dorosły dostanie coś dla siebie — i to całkiem sporo.
To też dobra propozycja dla rodzin, które przechodzą przez tęsknotę albo stratę. Nie jest to książka „terapeutyczna”, z tezą i morałem na końcu. Jest delikatniejsza: pokazuje po prostu, że ludzie, których kochamy, zostają z nami w zapachach, dźwiękach i opowieściach. Że pamięć potrafi być schronieniem, a nie tylko raną.
Serdecznie polecam. To niewielka książeczka, którą przeczyta się w jeden wieczór, a która zostaje w głowie na dłużej. Idealna na wrzesień, kiedy wakacje właśnie się skończyły i wszystkim nam trochę brakuje morza. Najlepszy dowód? Po lekturze mój syn zaczął zaglądać w kałuże. Nie żeby w nie wskoczyć. Żeby sprawdzić, co w nich widać.
Recenzja powstała dzięki współpracy z wydawnictwem Widnokrąg.
