Mama wraca do pracy – czy słoiczki są konieczne?


Jak znaleźć czas na gotowanie ciapek, papek i deserków? Przed tym pytaniem staje większość rodziców. Gdy na świat przyszło dziecko ilość obowiązków domowych oraz opieka nad malcem spowodowały drastyczne „skurczenie” czasu. Większość mam jest zdania, że doba jest zdecydowanie za krótka w swoim 24 godzinnym wymiarze. Po pierwszych kilku miesiącach przyzwyczajania się nowej sytuacji życiowej, znów wszystko się zmienia.

W zależności od przyjętego przez rodzica schematu żywienia dziecka, który jest uzależniony od tego czy dotychczas niemowlę było karmione piersią czy sztuczną mieszanką, między 4 a 6 miesiącem jego życia zaczynamy wprowadzać stałe pokarmy. To czas wielkich zmian w życiu dziecka i rodziców, bowiem nasz „bochenek chlebka” spowity w pieluszki zamienia się w nad wyraz aktywnego bobasa. Zakładając, że każdy chce dla swojego dziecka tego, co najlepsze zazwyczaj rodzic staje przed dylematem „Słoiczki czy gotowanie?”  Nie należy demonizować sławetnych słoiczków, jednak bez dwóch zdań świeże jedzenie zawsze jest zdrowsze i smaczniejsze.

Pięć mikroskopijnych garnuszków, sitka, tarki, blendery i miksery to już relikt przeszłości – na szczęście. Dziś gotowanie maluchowi wcale nie musi być pożeraczem czasu i nerwów młodych rodziców. Jak skutecznie ułatwić sobie życie przygotowując posiłki dla młodego człowieka, nie zwariować i mieć czas na swoje obowiązki lub pracę? Sposobów jest kilka.

Babycook – Na ratunek rodzicom

Fenomenalnym rozwiązaniem dla każdego jest urządzenie Babycook, francuskiej firmy Beaba. Nie myślcie, że to gadżet dla bogaczy. Nic z tych rzeczy. Przygotowanie posiłku dla dziecka przy pomocy Babycooka sprowadza się właściwie do przygotowania składników i włączenia go. Całą robotę (poza karmieniem dziecka i zmywaniem po) odwala za nas ten multifunkcyjny robot. Na czym polega jego innowacyjność? To bardzo wielofunkcyjne urządzenie przez co minimalizuje czas przygotowania posiłków i ilość niezbędnych przyrządów. Robot Babycook potrafi rozmrozić, ugotować na parze i zmiksować posiłek dla dziecka. Nasz wkład pracy to przygotowanie warzyw, mięsa czy innych składników potrzebnych do ugotowania dania. Wykorzystuje przy tym najzdrowszy sposób przygotowania posiłki – czyli gotowanie na parze. Produkt Beaby od wielu lat odnosi sukcesy w domach na całym świecie. Jest bardzo kompaktowy i łatwy w obsłudze.

pol_pl_Babycook-Solo-Pastel-Blue-NOWOSC-Beaba-857_5

Zapewne wielu z Was powie: „Fajnie, ale ta cena…” A ja odpowiem Wam od razu, że koszt urządzenia zwróci się z nawiązką już w pierwszym roku życia dziecka. Nie będę nawet wspominała o kosztach, które ponieślibyście na inne niezbędne akcesoria do gotowania, przypalonych garnuszkach i tego typu historiach. Według moich obliczeń (a przyjęłam, uśrednioną cenę słoiczków, czyli nie najwyższą cenę na rynku) w ciągu pierwszego roku życia dziecka, na słoiczki od 5 miesiąca życia, wydamy około  2500 zł! Robi wrażenie, prawda?
Co najbardziej przemawia za wyborem Babycooka? To trafiona inwestycja, sprawdzi się do gotowania również dla małego dziecka czy całej rodziny – szybko przygotujecie w nim np. warzywa do obiadu lub inne dania, przygotujecie koktajl owocowy, czy skorzystacie  niego jak z blendera. A co najważniejsze – nie zajmuje dużo miejsca i jest genialny w utrzymaniu czystości – pojemnik można myć ręcznie lub w zmywarce.

pol_pl_Babycook-Solo-Pastel-Blue-NOWOSC-Beaba-857_2

Świetnie sprawdzi się gdy opieka nad dzieckiem spada na nianię, babcię czy tatusia. Nasza opiekunka może nie być zadowolona z dodatkowego obowiązku, jakim jest sterczenie nad garami. Z Babycookiem mamy asa w rękawie!

Zdjęcie 04.08.2014, 10 45 39

Organizacja – jest kluczem do sukcesu

Jest jeszcze kilka trików, które pomogą z domową organizacją.

Gotuj na 2 dni – oczywiście świeże jest najlepsze, ale gotowanie na dwa dni nadal ma przewagę nad pasteryzowaną żywnością. 24 godziny w lodówce zdecydowanie mniej wpływają na jakość produktu niż kilka miesięcy na sklepowej półce.

Mrożonki dla zabieganych na dwa sposoby:

Pierwszą oczywistą formą, jest ugotowanie kilku porcji i zamrożenie – to dobry sposób na wypadek W. Ja jednak nie przepadam za rozmrożonymi daniami – konsystencja i smak dania bardzo tracą na tym zabiegu.

Drugim sposobem – moim pomysłem stosowanym na własnym podwórku – jest mrożenie przygotowanych składników. Na czym polega metoda? To proste!

Przygotuj (np. raz w tygodniu) składniki niezbędne do ugotowania posiłków. Umyj, obierz i pokrój w kostkę warzywa, przygotuj odpowiednią porcje mięsa. Skład na składniki podziel od razu na porcje – możesz zamrozić je w woreczkach lub pojemnikach (to już zależy od Ciebie). Możesz zamrozić warzywa i mięso razem lub oddzielnie – wtedy łatwiej komponować różne smaki. Ja mrożę oddzielnie – zazwyczaj robię raz na jakiś czas większe zakupy „na dłużej” i od razu dzielę sobie mięsko na wygodne kawałki. Wystarczy wyjąć paczuszkę z zamrażalnika i wrzucić do Babycooka. Z takim przygotowaniem niania lub tata muszą posiadać zdolności kulinarne ograniczające się do obsługi włącznika.

Zdjęcie 30.08.2014, 11 33 15

Zdjęcie 30.08.2014, 11 38 52

Kolejnym sposobem na domowe zapasy, jest przygotowanie własnych słoiczków czyli weków dla dziecka. Długoterminowe przechowywanie żywności nie sprzyja zachowaniu ich wszystkich wartości odżywczych, ale jeżeli macie dostęp do świeżutkich ogródkowych warzyw i owoców – grzechem byłoby ich nie zachować na zimę. Koniecznie pamiętajcie o zakupie małych słoików, te po gotowych daniach dla niemowląt nie nadają się zazwyczaj do ponownego użycia (zakrętka traci szczelność po otwarciu). Przygotowane danie lub przecier owocowy wystarczy zapasteryzować  w garnku z wodą.

Zdjęcie 30.08.2014, 12 01 43 (HDR)

Jak widzicie, samodzielnego gotowania nie trzeba się bać! Jest wiele sposobów na ułatwienie sobie życia! Koniecznie zajrzyjcie do mojej recenzji Babycook’a. Ja to urządzenie znam od dawna – kiedyś miałam przyjemność pokorzystać z niego na gościnnych występach, teraz już z Babycookiem we własnej kuchni wzięłam go ostro na warsztat ;) I szczerze polecam – dlaczego, zobaczcie sami moją recenzję (KLIK)!

 Partnerem wpisu jest marka BeabaSpotkaj się z Beaba na Facebooku

pol_pl_Babycook-Solo-Pastel-Blue-NOWOSC-Beaba-857_12

Zdjęcie tytułowe: Frédérique Voisin-Demery / CC BY

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja jednak wole thermomix, zrobi obiad nie tylko dla dziecka, ale dla całej rodziny. A przez ostatnie dwa dni zrobił tez dla nas powidła i marmolade, latem lody owocowe. Cena trochę wyższa niż multicook, ale bardziej niż warto :)

    1. Hanna Szczygieł

      Ho, Ho! aż pobiegłam zobaczyć – ale 2-4 tysięcy i rozmiar ostudziły mój zapał do oglądania ;)

  2. Pingback: Zielone puree - ziemniaki i groszek : W Roli Mamy

  3. nie chce krytykowac matek bo kazdy podchodzi do tego inaczej, ale ja uwazam, ze kupowanie sloiczkow z jedzeniem to lenistwo.ja mam dwoch synow (6i 2) zaden z nich nie jadl smieci ze sloiczkow.z obydwoma pracowalam I zawsze w niedziele wieczorem gdy dzieci spaly gotowalam rozne dania I robilam przeciery na deser I je mrozilam na caly tydz.zeby bylo pod reka.nikt mnie nie przekona, ze deserek z jablek I gruszki czy makaron z miesem jest zdrowy ze sloiczkow skoro moga stac na polce w sklepie po kilka mcy!!!

  4. Ja przygotowywałam dziecku sama słoiczki – obiady i desery. Raz poświęciłam czas, zrobiłam zapas i miał na długo spokój.
    I żadnej “maszyny” poza blenderem do tego nie potrzebowałam… ;-)

  5. Podoba mi się to urządzenie! :) Z radością przyjęłabym taki prezent! :)

  6. Swoje słoiczki to podstawa! Jakoś nie ufam tym sklepowym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Szkodliwe makarony! Czyli o urządzaniu mieszkania


Jakiś czas temu pisałam o aferze z lampkami IKEA. Sytuacja pełna absurdu. Dziś trafiłam na podobną, choć tym razem dotyczy ona firanek typu makarony, które niemalże poderżnęły gardło dwuletniej dziewczynce.

W skrócie – dziecko bawiło się na oparciu kanapy i z relacji matki wynika, że sznurki owinęły się wokół szyi dziecka znacznie je raniąc. Post doczekał się wielu udostępnień i jeszcze więcej współczujących komentarzy. Spora część osób zapowiedziała likwidację takich firanek reagując na apel matki. Jestem pełna współczucia dla kobiety, a w szczególności dziewczynki.

Tylko jedno mi się tu nie zgadza i od razu nasuwa się fundamentalne pytanie – w jaki sposób sznurki owinęły się wokół szyi dziecka? Przecież same tego nie zrobiły! Dziecko musiało się nimi bawić czego efektem był nieszczęśliwy wypadek. Nie będę ocieniała matki – ani jej zachowania sprzed wypadku (gdzie była?) ani zachowaniem po wypadku (udostępnianie apelu do rodziców, by zlikwidowali makarony, jeśli zależy im na zdrowiu ich dzieci – w końcu działała emocjonalnie), ale jestem pod wrażeniem odzewu wtórujących komentarzy dotyczących złej mocy firanki !

Drodzy rodzice to nie sprzęty, dekoracje i inne przedmioty w gospodarstwie domowym czyhają na zdrowie dzieci. Wypadki zdarzają się z powodu niedopilnowania lub splotu nieszczęśliwych zdarzeń, które doprowadziły do urazu. Winić możemy jedynie siebie/opiekunów, a nie resztę otoczenia. I tak jak poprzednio pokuszę się o zobrazowanie przykładem – zlikwidujmy kuchenki elektryczne, bo moje dziecko przyłożyło dłoń na rozgrzanym palniku i on (ten palnik – szerzej kuchenka) oparzył moje dziecko! To sprzęt niebezpieczny i skandalicznym jest by znajdował się w mieszkaniach rodzin z dziećmi….  

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Wg mnie rodzice nie mają oczu dookoła głowy, albo czasem brak im wyobraźni, że jakaś zabawa może mieć złe zakończenie.
    Dlatego jak najbardziej powinni być uświadamiani – są zabezpieczenia na kanty stołów, blokady na drzwi szafek i lodówek, odblaski na tornistry – wszystko to służy bezpieczeństwu.
    Po co się uczyć na swoich błędach, jak można korzystać z pomocy/ apelu/ akcji profilaktycznych innych.

    1. ale tu chyba nie chodzi o to, bo matka wini firankę, w takim układzie możemy winić wszystko, np ja zaapeluję o likwidację ścian w łazience, bo wczoraj jak myłam wanne uderzłam paznokciem który w połowie pękł, leciała krew, zrobiło mi sie słąbo i walnęłam nosem w wanne i mialam kolejny krwotok (nie mówiąc ze mam @),apel matki powinin brzmieć- pilnujmy dzieci, bo moga zawiesić się na firance, a nie firanka skrzywdziła dziecko

      1. Tu zawinił zbieg nieszcześliwych okoliczności a nie firanka czychała na życie dziecka. Nie popadajmy w paranoję. Apel powinien być inaczej sformułowany.To samo tyczyło się lampki z Ikea, gdyby rodzice zabezpieczyli odpowiednio kabel (np. zasłaniając go specjalna listwą maskującą) nie stworzył by on zagrozena dla życia dziecka.

    2. Widziałam apel – źle sie mama do tego zabrała, bo tu nie powinna winić firanki. powinna napisać, żeby inni nauczyli się na ich sytuacji. niestety w jej słowach jest wiele żalu do przedmiotu a powinien być do osoby (może jej niedopatrzenia, pomysłu zawieszenia tego rodzaju firanki itp)

      1. Dokładnie :)

  2. Nie czytałam jej apelu.
    Ale sama nie jestem rodzicem idealnym, a moje dziecko ma pomysły.
    Pierwszy lepszy sprzed kilku dni – w chłodny dzień mój syn wleciał CAŁY do oczka wodnego w naszym ogrodzie. Pozwoliłam mu się przy nim bawić.
    Bo jest już duży, bo ma dobrą koordynację ruchową. Teraz już nie pozwalam.
    Wina jest moja ale apel do osób posiadający oczka w ogródkach też by się przydał – chwila refleksji, nie pozwalajcie dzieciom zbliżać się do oczka, albo je zlikwidujcie!

  3. Czytałam wypowiedź tej matki. Rozwaliło mnie stwierdzenie, że produkt jest niebezpieczny dla dzieci i by odpowiednie służby się tym zajęły lub wycofano go z produkcji. Do groma to zabawka dla dzieci, że ją testować trzeba! Ba zamknijmy produkcje telewizorów, bo jak byłam mała (3 latka) to zwaliłam taki jeszcze z cieżkim kineskopem. Na szczeście wyladował kilka cm ode mnie. Nie produkujmy kanap, bo mi dziecko spadło za nią. Zlikwidujmy w domach drzwii bo dzieci palce poprzytrzaskuką albo kuchenki bo poparzą łapki. Winić nie można w tej konkretnej sytuacji produktu a rodziców, że niedopilnowali. Owszem oczu nie ma się wokół głowy, ale powinno się mieć jakieś wyobrażenie o pomysłowych zabawach dzieci.

    1. Nie produkujmy też mebli, na mnie się szafka przewróciła, jak byłam mała, bo powiesiłam się na drzwiach, jak mama się na 2 sekundy odwróciła. Łóżek też nie wolno mieć w domu – siostry syn zamiast spać zaczął skakać po łóżku i uderzył okiem w notabene zabezpieczony kant :)

  4. Oczu wokół głowy nie miałam, ale jako matka małego dziecka miałam zwyrodniałą wyobraźnię i wszędzie widziałam czyhające na moje dziecko zagrożenia. Może dlatego (odpukać) udało mi się ustrzec dziecko nawet przed poparzeniem się kuchnią węglową, która jest zimą non stop gorąca. Da się?

  5. Witam serdecznie … jestem matka Mii i autorem tego apelu. Na wstepie zaznacze ze moje dziecko nie bawilo sie tymi sznurkami, moje dziecko nie owinelo ich sobie na szyji, coreczka siedziala na oparciu sofy i patrzyla na ptaszki za oknem… po chwili postanowila zejsc /zjechac/ skoczyc z tego oparcia na sofe … i ruch jej ciala spowodowal ze te sznurki owinely jej sie wokol szyji zaciskajc sie i duszac moje dziecko … ktore zawislo na nich … Strasznie latwo przychodzi ludziom ocena sytuacji w ktorej sie nigdy nie znalezli … Bylam tuz obok niej … i tylko dzieki temu moja corka dzis zyje … Ja nie obwiniam firanek … ja natomiast twierdze ze sa ona niebezpieczne dla dzieci … ze wykonane sa z niebezpiecznego materialu ktory pod wplywem duzej sily nie peka , nie rozrywa sie a po szybkim przeciagnieciu po ciele powoduje rany … mowimy o firankach … o rzeczy ktora jest w 90% polskich domow … Tak , uwazam ze odpowiednie instytucje powinny sie tym zajac, nałożyć na producentow obowiazek oznaczen, obowiazek wykonywania tego typu firanek z odpowiednich materialow ktore w przypadku takich sytuacji poprostu pekna … a tym samym nie beda zagrażać zyciu … Wedlug wielu powinnam przewidziec ta sytuacje … pewnie tak … ale nie przewidziałam … moze mnie caly swiat zlinczować za to … ale jesli dzieki temu cos zostanie zrobione w tej sprawie to bedzie warto byc zlinczowanym. Pozdrawiam Gosia

    1. Rozumiem, że apel napisałaś pod wpływem emocji – i nawet jeśli obwiniłaś firanki, to wg mnie dobrze – jakby one tam nie wisiały to by się nic nie stało. Rzeczywiście taki rodzaj długich firanki to nie jest dobry pomysł, jesli się ma dziecko. Ale można być nieświadomym takiego niebezpieczeństwa.

      Gorący piec na na węgiel, nagrzany piekarnik, chemikalia, kant stołu itp. – w większości jesteśmy świadomi, że mogą wyrządzić krzywdę, dlatego pilnujemy dzieci szczególnie. A z firanką już niekoniecznie, więc dobrze, że apelujesz, bo to jest profilaktyka – lepiej się uczyć na cudzych błędach niż własnych.

    2. (nie)Magda(lena)

      Co do zwrócenia uwagi rodziców na możliwość zaplątania się dziecka w sznurki – jestem za (ale zaznaczam, zwrócenia uwagi, że możliwa jest taka sytuacja, nie każdy ma zdolność przewidywania). Ale już co do prośby do instytucji zgodzić się nie mogę. Dlaczego? Trochę masło maślane, ale wszytko co nie jest produktem dla dzieci nie jest dla nich przeznaczone i z założenia może stwarzać zagorzenie. Idę o zakład, że 100% przedmiotów znajdujących się w domach było powodem nieszczęśliwych wypadków. Każdy z tych przedmiotów potencjalnie stwarza zagrożenie dlatego dla ułatwienia – nie są oznaczone, że są z odpowiednie dla dzieci, lecz odwrotnie – wszystko co dla dzieci nie dość, że musi być oznaczone to jeszcze powinno spełniać wszelkie normy bezpieczeństwa. . Każdy wie, że (strzelam) co 3 dziecko uderzyło się o kant stołu, ale to nie powód by wszystkie meble miały zaokrąglone rogi. Tu jak zwykle rola rodziców by nauczyli się przewidywać konsekwencje w szczególności w stosunku do własnych dzieci (każde z nich wykazuje inne cechy, które mogą generować zupełnie inne zdarzenia).

    3. Rozumiem twoje emocje i apel do rodziców by uważali na swoje dzieci, mając w domu firanki-makarony.
      Ale już apel do producenta owych firanek czy jakichkolwiek innych instytucji, nie.
      Bo tak jak piszą inne Komentatorki, firanki nie są przeznaczone dla dzieci, to nie jest zabawka. Idąc twoim tokiem myślenia, oznaczać należałoby WSZYSTKIE przedmioty/sprzęty znajdujące się w domu, czy nawet wokół niego, bo każda rzecz może stanowić potencjalne niebezpieczeństwo dla dziecka.

      Kiedy mój syn był mały, zaczynał raczkować, chodzić, poznawać świat….. dotykał wszystkiego co było nieznane, w tym PRÓBOWAŁ wtykać palce do kontaktów! Czy gdyby doszło do nieszczęścia i mojego syna kopnąłby prąd, miałabym apelować do producentów kontaktów, by COŚ z nimi zrobili, jakoś je oznaczyli, bo stanowią zagrożenie dla zdrowia lub nawet życia??
      No raczej nie. Mogłabym jedynie apelować do rodziców, by bardziej uważali na swoje pociechy, ewentualnie zabezpieczyli wszelkie kontakty w domu.

      1. Basia Heppa-Chudy

        A dlaczego nie apelować do producenta?

        W USA ludzie pozywają często producentów/ koncerny w przeróżnych często nawet absurdalnych nawet sprawach. Tam popularne są etykiety informujące o zagrożeniach płynących nawet z niewłaściwego użytkowania produktów. Przecież to nie szkodzi, a może pomóc.

        A co do kontaktów – o tym już pisałam w poprzednim komentarzu – to są rzeczy, o których wiemy, że są niebezpieczne. Możemy w domu zamontować takie bezpieczne (bo przecież są), możemy kupić zatyczki, możemy je zastawić meblami i wreszcie bardziej dziecka pilnować. W przypadku nieszczęsnych firanek, wielu osobom nawet do głowy nie przyjdzie, że mogą stanowić niebezpieczeństwa. PROFILAKTYKA to takie piękne słowo, a mam wrażenie, że w ogóle nie dostrzegacie w nim szansy.

      2. (nie)Magda(lena)

        Basiu nie uważasz tego za absurd? Nie biorę na poważnie amerykanów, niestety ich mentalność zupełnie do mnie nie trafia (zwłaszcza ich badania ;))
        A czy w pierwszej chwili uznałabyś kran za sprzęt niebezpieczny? nie mam na myśli tego, że można się poparzyć gorącą wodą. Wyobraź sobie, że syn znajomych moich rodziców skaleczył sobie nim oko. Jak? sięgał głową ponad kran, nachylił się i nieszczęście gotowe. Uważasz, że zasadnym byłoby w instrukcji napisać ostrzeżenie : uwaga grozi wydłubaniem oka? Wg mnie to śmieszne ;) poza tym każdym sprzętem można skaleczyć się na 100 sposobów, więc należałoby wszystko tam umieścić – kto chciałby do najmniejszej pierdoły otrzymywać wielką księgę ostrzeżeń? Inna przykład- słyszałaś o dziecku, które udusiło się prześcieradłem? – nie popadajmy paranoje. Podkreślam, że wszystko potencjalnie stanowi zagrożenie i nie trzeba tego opisywać.
        A podejść do tematu jeszcze z innej strony – myślisz, że rodzic który usłyszał o jakimś przypadku, nie przełożył na inną sytuację (czym różni się kabel lampki od sznurków firanki?) i to zignorował zasugeruje się ostrzeżeniem?
        Trzecia sprawa – jeśli sznurki byłoby słabsze producent usłyszałby, że produkuje buble (nie mówiąc o tym, że splatając zwykłą nitkę w sznurek również ciężko ją przerwać, więc z czego miałoby być produkowane takie firanki?)

      3. Zadzam się z (nie)Magda(leną) – nie popadajmy w paranoję!

        A co do Amerykanów – kiepski dla mnie przykład, wg mnie większość z nich to po prostu istoty nie potrafiące logicznie tudzież racjonalnie myśleć, no bo jak można wpaść na pomysł, żeby np. włożyć kota do mikrofalówki w celu wysuszenia?!?
        Nie muszę chyba dodawać, że owy kot zmarł!?
        Ale najlepsze jest to że człowiek który to zrobił zaskarżył producenta mikrofalówek, że ten nie umieścił na sprzęcie informacji o tym, że nie wolno w niej suszyć kotów! – no czysty absurd! Paranoja!

  6. Nie wiem czy się śmiać czy płakać. I nie chodzi mi o ten tekst a o komentarze wspomnianej mamy. Dziecko zaplatlo się w firankę bo się nią bawiło i od razu biedna zostaje posadzona to ze stwarza niebezpieczeństwo dla dzieci. Po pierwsze od kiedy firanka jest produktem dla dzieci by jakieś instytucje (do których apeluje matka) zajęły się ta sprawa (i dlaczego dopiero teraz). Po drugie mama radzi by zdjąć ta firankę dla dobra dziecka. Mojego nie interesuje co wisi na oknie, mało tego w jej pokoju przez 2lata wisiała ta firanka i córka dalej żyje. Ja zadlawilam się cukierkiem wiec dlaczego na opakowaniu nie ma nic i tym ryzyku? A no dlatego ze dorośli przewidują konsekwencje pewnych zdarzeń droga mamo….

  7. Dokładnie o tym samym pomyślałam widząc tą aferkę. Bardzo współczuję mamie tej dziewczynki, bo sama często w ostatniej chwili ochronię córeczkę przed upadkiem a kiedy mi się to nie uda to gryzą mnie wyrzuty sumienia, że nie dopilnowałam, że nabiła przeze mnie guza. A tak jej pilnowałam… A tak naprawdę, czy możemy ochronić dzieci przed wszystkim? Zdrowy rozsądek i nie palmy firanek na stosie…

  8. Pingback: Oznaczenie CE czyli o szkodliwych produktach - bransoletki : W Roli Mamy

  9. Witam.
    Dużo czasu minęło od tego zdarzenia, ale los chciał żeby zdarzyło się podobnie dziś u mnie. Siedziałm sobie z kuzynka i jej dwuletnim synkiem na tarasie, kiedy w tym czasie trzyletnia córcia postanowiła pójść do pokoju zabaw i przyniesc cioci bransoletke ktora sama zrobiła. Nagle usłyszałyśmy “plask” i płacz.
    Wbiegłam do domu i zobaczyłm siedzaca na ziemi corke. Myślałam że sie potknęła i po prostu upadła. Gdy ją podnosiłam okazało się że ma owinięte “makarony firanki” na szyi. Niestety nie tak łatwo je odplątać. Ma strasznie pranioną szyję, ale mówi że ,,już nie boli”.
    Jak się uspokoiła spytałam jak to się stało.
    Okazało się ze szła i nagle coś pociągnęło ją do tyły i upadła. Ja usuwam makarony i zakładam firanki – dla dobra dorosłych i dzieci, bo każdemu mogło się to przytrafic.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Co w trawie blogowej piszczy


Przyzwyczailiśmy się, że blogosfera, blogi parentingowe i cała rzesza blogerek i blogerów codziennie dzielą się z nami wszystkim. Dosłownie wszystkim. I czasem załamuję ręce. Nie rozumiem jak można napisać elaborat pod wezwaniem haftującego dziecka, tudzież i komentarzy, które mnożą się jak grzyby po deszczu zachwalającej wszystko w tonacji słodko-pierdlawej .

Co w tych wpisach odkrywczego, interesującego, co was tak porywa drodzy czytelnicy? No tak, odpowiedź mamy blisko. Bo tacy już jesteśmy. Lubimy podglądać i niestety też osądzać nie znając często sedna sprawy. Bo przecież tak łatwo wzbudzić w nas empatię od przesranych pieluszek, do zdjęcia półnagiego dziecka podpiętego pod aparaturę medyczną.

Bo bez względu na środki dążymy do celu. Niestety tak. Tylko co powiecie swoim dzieciom kiedy za kilkanaście lat wyrzucą Wam dlaczego tak szafowaliście ich zdjęciami, a to sesja w waniennce, a to sesja przy obiadku, itp. No pytam się, co wtedy odpowiecie?

Dziecko to też człowiek, który ma takie same prawa do prywatności jak my. Dlatego głośno mówię NIE dla blogów, które żerują na swoich dzieciach codziennie okradając je z prywatności. Nie dziwcie się potem, że zdjęcia Waszych dzieci, często roznegliżowanych są pożywką dla pedofilów, którzy na pewno podszywają się pod fanów i proszę nie tłumaczcie się, że to NIE WASZA wina.

Sama jestem blogerką, sama piszę o macierzyństwie, ale zanim puszczę tekst zastanawiam się czy i za dziesięć lat mogę się pod tym podpisać, czy moja rodzina nie będzie się mnie wstydzić.

Umieszczam także zdjęcia naszego dziecka w sieci, ale jest ich jest niewiele, po prostu dbam o jego prywatność.

Dzięki Bogu na straży czuwa jeszcze dziewięć koleżanek, bym nie puścić bubla niosącego za sobą informację o tym, jaką dziś piłam kawę i jak dziecko mi ją wypiło i obrzygało nową sukienkę.

Wszystkim blogerom, a przede wszystkim czytelnikom życzę roztropności,  świadomości i poszanowania godności drugiego (małego) człowieka.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Od dłuższego czasu obserwuję to o czym napisałaś. Szukałam odpowiedzi na pytanie skąd to zainteresowanie? Czy aż tak ciekawym jest to, że ktoś zrobił dziś 10 przysiadów, wypił kawę (koniecznie latte w papierowym kubku), a na obiad zjadł fusilloni z cagliata (bo czemu nie po prostu makaron z serem?). Nie chcę nikogo obrażać, ale wytłumaczcie mi dlaczego my -czytelnicy dajemy sie traktować jak niespełna rozumu?
    Jestem tez pełna zdziwienia kiedy ktoś żali się na sławne hejty. Wystarczy przeanalizować prezentowane treści by dowiedzieć się gdzie jest ich źródło. Mam kilka blogerek na “czarnej liście” za to, ze robią czytelników w balona. Chociaż z drugiej strony kreowanie życia, a rzeczywistość to zupełnie dwie oderwane od siebie sprawy – receptą jest nie branie wszystkiego 1:1 (niestety nie każdy ma tego świadomość)

    1. Magda zgodzę się z tobą w 100%. Dziś nasza ludzka ciekawość przeszła wszelkie pojęcie. Może jest to sposób dla niektórych by się dowartościować. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę wstanie w pełni odpowiedzieć na to pytanie. Wiem jedno, omijam z daleka takie blogi.

      1. Poznałam kilka blogerek, które przez to wstydzą się mówić, że tworzą bloga, choć nie piszą o takich “ważnych” sprawach

  2. Pisać należy z głową i mysleć perspektywicznie. Nie lubię blogów świecących ekshibicjonizmem. Internet jak papier przyjmie wszystko, tylko to co opublikujemy zostaje w nim na lata. Zanim jedna z druga “blogerką” opublikuja foto dziecka w w wannie, na nocniku czy opisującpo raz kolejny jego ekscesy żołądkowe niech się zastanowi co powie i jak poczuje się jej dziecko za 10 lat, gdy ktoś mu to pokaże. W polskiej blogosferze parrentingowej jest wiele takich przykładów rzucających cień na naprawdę wartościowe i ciekawe blogi. Blogi bez przesłania, ciekawej merytorycznie treści i pisane po prostu niechlujnie( autorzy nie znają chyba zasad poprawnej polszczyzny) omijam szerokim łukiem.

  3. Ja, choć zgadzam się z Twoimi spostrzeżeniami w 100 %, uważam że każdy pisze o tym, o czym chce…. albo (raczej) umie pisać – bo pisać, za przeproszeniem o gównie, może każdy, a coś z sensem i przesłaniem, już nie.
    I w zasadzie, bardziej od tego – czemu blogerzy popełniają takie śmierdzące, obrzygane i mało interesujące (mnie) teksty, zastanawia mnie fakt – dlaczego ludzie z takim zainteresowaniem to czytają? Czemu wkładają tyle serca, albo hejtu w komentowanie?
    A blogi, które prawią o czymś “mądrym”, które pozwalają na chwile refleksji, dają jakieś wskazówki (na życie), bawią – w pozytywnym słowa znaczeniu….. cieszą się stosunkowo małą popularnością..?
    Wybaczcie, ale czasem odnoszę wrażenie, że jesteśmy głupim narodem….

  4. Bo żyjemy teraz w świecie materializmu i dziecko traktuje się jak obiekt chwalenia, przecież to od dawna wiadomo. Można się pochwalić posiadaniem kosmetyków, szmatek, torebek, dzieci – z tym, że o ile nowy łaszek nie ma uczuć, to dziecko raczej tak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Pierwszy tydzień przedszkolaka


Pierwszy tydzień przedszkola jest już za nami. To bardzo ważny i niekiedy trudny czas dla naszych dzieci i nas samych. Jest radość i uśmiech, ale bywają i łzy. Często to rodzice bardziej przeżywają rozstanie, a maluch okazuje się być dzielny i łakomy wiedzy oraz towarzystwa rówieśników. W kilku zdaniach opowiemy Wam jak ten tydzień minął naszym urwisom. A Wy koniecznie napiszcie, jak to wyglądało u Was.

Duśka

Duśka naprawdę musiała czekać na przedszkole, bo wstała bez większych problemów o siódmej rano, czyli pięć godzin wcześniej niż normalnie! W szatni rozbierała się w biegu, uciekła do dzieci, nawet się z rodzicami nie pożegnała!

Pierwszy dzień – niby bez obaw i ze spokojem ją puściliśmy, ale wiadomo – zastanawialiśmy się jak to będzie, czy jej się spodoba, czy będzie zadowolona…. Ponieważ jest niejadką pierwszej wody i było raczej pewne, że obiadu w przedszkolu nie zje, poszliśmy po nią tuż po obiedzie (pierwszy dzień, więc ja i mąż razem) Duśka nas zobaczyła, wyszła z sali i powiedziała:

– Ale po co wy po mnie przyszliście? Zobaczcie, przedszkole jeszcze się nie skończyło!

Uciekła na salę i tyle ją widzieliśmy :P

Mirella

Marcin

Po spotkaniach adaptacyjnych spodziewałam się wszystkiego, głównie płaczu, nie puszczania się mamy i ryku połączonego z wyciem. Otóż na tych spotkaniach Marcin za żadne skarby nie chciał uczestniczyć w zabawach, tak w ogóle to nie chciał iść do przedszkola. W poniedziałek rano, z niewielkim oporem ruszyliśmy do przedszkola. W szatni Marcin próbował popłakiwać, ale my ze stoickim pokojem pożegnaliśmy się z nim i zaprowadziłam go do sali. Nie było płaczu, uff. Przez cztery godziny w domu zastanawiałam się, co będzie, czy płacze itd. Kiedy odbierałam go po obiedzie – buzia była uśmiechnięta od ucha do ucha. W drodze do domu przyznał się, że dostał karę, bo był niegrzeczny. Kolejne dni nie stanowiły żadnego problemu. Marcin z chęcią i radością rusza do przedszkola. Jednego dnia nawet zażyczył sobie, że chce pozostać na leżakowaniu – niestety płakał, bo część dzieci poszła po obiadku do domu, w dodatku nie spał. Na pytanie pani wychowawczyni, czy jutro też będzie leżakować, stwierdził: nie, mama odbierze mnie po obiadku.

Rachela

Tola

Toli pierwszy tydzień w przedszkolu w głównej mierze odbył się… w domu. We wtorek wiedziałam, że coś się święci i już kolejne dni została ze mną. Nie było to łatwe, bo Tola jest bardzo stęskniona za koleżankami, paniami i całym przedszkolem, więc codziennie rano był wielki płacz, że czekają na nią jej przyjaciele. Na nic zdały się tłumaczenia, że chore dzieci nie mogą chodzić do przedszkola. Odliczamy dni do poniedziałku i drugiego podejścia do powrotu na przedszkolny dywan.

(nie)Magda(lena)

Kuba

Kuby pierwszy tydzień w przedszkolu minął bardzo szybko i spokojnie. Nie był to jego debiut przedszkolny, gdyż do przedszkola uczęszczał odkąd skończył 2,5 roku. Teraz, jako zaprawiony już w boju, pierwszego dnia pocieszał i przytulał płaczące koleżanki, mówiąc im by się “nie martwiły, bo mama zaraz po nie wróci”. Szczerze mnie tym rozczulił. W poniedziałek, gdy przyszłam go odebrać po 15.00 stwierdził, że za wcześnie przyszłam i on zostaje jeszcze się pobawć. Musiałam negocjować powrót do domu :) Od środy z rana kilka razy powiedział że nie chce do przedszkola i woli zostać w domku, ale tuż przed budynkiem przedszkola biegł by szybko się tam znaleźć, a później pędząc na salę nie raz zapominał o buziaku dla mnie. Widzę, że chętnie uczęszcza do przedszkola i sprawia mu radość przebywanie tam. Raz przyznał się, że siedział 5 minut na karze razem z koleżanką za to, że on ją zaczepiał a ona go pokąsała :P  Ot, taki odwet za końskie zaloty.

Sylwia

Aleks

Aleks, jako doświadczony przedszkolny wyga, nie mógł się doczekać powrotu do przedszkola. Nowością w tym roku jest posiadanie piórników, więc przed rozpoczęciem roku szkolnego wybraliśmy się na zakupy. Mógł wybrać sobie taki, jaki mu się podobał (jak myślicie, na jakiej postaci bajkowej stanęło?), oprócz tego – ołówek, gumkę i temperówkę. Miał frajdę z tych niecodziennych zakupów. Poza tym w przedszkolu niewiele się zmieniło – ta sama ukochana pani, ci sami przyjaciele i najlepsze na świecie (nawet mamie nie sposób dorównać) jedzenie.

Basia

Maja

Maja to dzielna dziewczynka:) Nie mogła się doczekać przedszkola. Wcześniej dużo o tym rozmawialiśmy, tłumaczyliśmy a nawet zaprowadziliśmy ją by zobaczyła jak to wygląda. Pierwszego dnia zupełnie nie zwracała na mnie uwagi, ledwie zdążyłam jej ubrać paputki a ona już była wśród dzieci. Nawet na buziaka się nie załapałam. Przed wyjściem zawsze sprawdza czy mamy wszystko, i upewnia się żebyśmy za wcześnie po nią nie przyjechali. I tak jest co dzień. Wiem, że jest tam grzeczna – sama często mówi, że tam będzie np. sprzątać, a w domu to nie. Jest pilną uczennicą, chętnie opowiada co robili, przestawia nowe zabawy i śpiewa piosenki. Zaledwie dwa dni wystarczyły jej na doskonałe opanowanie łaciny:) Niestety oprócz nowych słówek, po 5 dniach przyniosła do domu również katar, więc póki co mamy przedszkolaczkową pauzę.

Magdalena

Adrian

Adi ma za sobą już półtora tygodnia przedszkola, z tego dwa dni (piątek i poniedziałek) były ciężkie i dla mnie i dla niego. Bardzo tęsknił, a mnie się serce krajało jak widziałam jego łzy. Na szczęście już od wtorku wszystko jest świetnie. Adi chętnie idzie do przedszkola i mimo, że tęskni troszkę, to nie płacze, bo wie, że niedługo po niego przyjedziemy.

Mimo, że chodzi do przedszkola dopiero kilka dni, nauczył się już wielu nowych słów po angielsku, zaliczył lekcje tańca śpiewu i grania na instrumentach i zaczyna śpiewać piosenki również w języku angielskim. Zaliczył również jednodniowy katar, na szczęście nie rozwinęło się z tego nic konkretnego i nie stracił żadnego dnia w przedszkolu :-)

Paulina

Bartek

Z powodu dłuższej, bo aż trzymiesięcznej przerwy w uczęszczaniu do przedszkola, zastanawiałam się, jak szybko Bartek wejdzie w rytm pobudek, obcowania z dzieciakami i posłuszeństwem względem pań wychowawczyń. Ubiegły rok był niełatwy, ponieważ mały do najbardziej ugodowych dzieci nie należy, więc obstawiałam, że kłopoty przyjdą szybko. Szczęśliwie nie zdarzyło się nic takiego, co mogło mnie doprowadzić do stanu przedzawałowego ( nie licząc bójki z małym Ksawerym, oraz nadużywaniem słowa “dupa”… ) Bartek jest zadowolony po pierwszym tygodniu, chętnie i bez ociągania się wychodzi do przedszkola, i na razie jest zdrowy, choć obawiam się że w ciągu najbliższych dni, może to ulec zmianie. 

Żaklina

Jasiek

Pierwszy tydzień w przedszkolu? Hmm… u nas to chyba bardziej formalność była, ponieważ Jasiek z natury jest rezolutnym i towarzyskim dzieckiem. Nie boi się nowych miejsc i ludzi, właściwie – im więcej osób do zabawy, tym lepiej, bo weselej! Do tego nowe (inne niż w domu), zabawki, książki…. no żyć nie umierać!
Poza tym, kiedy Jasiek skończył 1.5 roku poszedł do żłobka, więc teraz, jako 3.5 letni przedszkolak, był już niejako zaprawiony w boju. Dla Niego, zmieniło się “jedynie” miejsce, koledzy – tego trochę Mu żal, bo brakuje Mu kontaktu ze “starymi” przyjaciółmi oraz pora wstawania.
Życzę wszystkim dzieciaczkom i ich rodzicom, by równie szybko, miło oraz bezboleśnie przechodzili przedszkolną adaptację!

Fizinka

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. U nas pierwszy i drugi tydzień rozpoczął się płaczem i małą histerią. Malutka chciałaby zostać w domu ze mną. Nie wiem jak jej tłumaczyć, jak z nią rozmawiać. Macie może jakieś złote rady?

    1. Wszystko zależy od dziecka, a jak wiemy każde jest inne – jednemu wystarczy obiecać, że się po nie wróci (np. po obiedzie), z innym trzeba po prostu te pierwsze chwile przeczekać….
      Życzę cierpliwości i dużo sił!

  2. Pingback: Dziecko idzie do przedszkola - obawy rodziców : W Roli Mamy

  3. Pingback: 3,2,1...- przedszkole start - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  4. Pingback: niegrzeczne dziecko w przedszkolu - jak sobie z nim poradzić - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  5. Pingback: Wyrodna matka czyli dziecko nie chce zostać w przedszkolu : W Roli Mamy

  6. U nas to samo, pierwszy tydzień w przedszkolu – katar i gorączka :/

  7. Dzisiejsza wizyta u lekarza… Angina i antybiotyk

  8. Ha! A my powitaliśmy trzydniówką! Na szczęście już po :)

  9. U nas bez przygód,na szczęście chorobowe omijają nas szerokim łukiem. Zarówno przedszkole jak i szkoła są fajne :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku