Emocje 11 stycznia 2018

Nie marzysz? Nie żyjesz! Nie bój się ryzyka

Od zawsze miałam głowę pełną marzeń, które raczej nie doczekiwały się spełnienia, bo często ulegały zmianie. Wiadomo, młodego człowieka fantazja ponosi, ale o wytrwałość w dążeniu do celu o wiele trudniej. Jednak teraz, gdy mam ponad trzydzieści lat, inaczej patrzę na moje marzenia i pragnienie ich realizacji. I przyznam szczerze, że są one dość karkołomne i wyjątkowo niepewne w kwestii dopięcia na ostatni guzik. Ale pal licho, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Ostatnie siedem lat mojego życia ze smutkiem mogę określić mianem “siedmiu lat chudych”. Sytuacja jednak się odwróciła i los się uśmiechnął do mnie całkiem szeroko, przynosząc mi stabilizację zawodową, a co za tym idzie finansową. Co prawda, na kasie jeszcze nie śpię, ale na chleb i rachunki mam, cholerny frankowy kredyt sobie spłacam małymi krokami z myślą, że jeszcze jakieś dwadzieścia jeden lat i stanę się wolnym człowiekiem.

Kredycik w szwajcarskiej walucie zaciągnęłam na mieszkanie w bloku. Trzy pokoje, ładna okolica, całkiem sensowni sąsiedzi, sklep, plac zabaw. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie stała tęsknota za własnym domem, będącym cały czas daleko poza naszym zasięgiem.

Życie zaskakuje, więc gdy nadarzyła się super okazja, za uciułane pieniądze kupiliśmy kawałek ziemi pod lasem. Wspomnieliśmy kilku osobom, że chcielibyśmy za kilka lat o własnych siłach i z bieżących oszczędności – owszem, jeszcze ich nie mamy – wybudować mały domek i wynieść się bliżej natury i z dala od sąsiadów.

I co? Zamiast -” spoko, dacie radę, a ten nieszczęsny kredyt przeniesiecie na dom i sprzedacie chałupę w bloku”, wylano na nas kubły – bo nie jeden!- zimnej, ba, wręcz lodowatej wody.

  • sami chcecie budować…?!
  • a do starości zdążycie…?
  • a co z kredytem…?
  • skąd weźmiecie kasę…?
  • a źle wam się tu mieszka…?
  • kto wam pomoże…?
  • NIE DACIE RADY!!!

No to co? Mam usiąść na dupie i nie ryzykować, bo życie było uprzejme obdarzyć mnie mało zamożnymi rodzicami? Bo muszę liczyć tylko na siebie, i jeszcze mam ten pieprzony kredyt na mieszkanie w bloku? Bo zajmie mi to 10 lat, jak nie lepiej?

Nie, dziękuję, nie zamierzam słuchać cudzego jęczenia, może nawet podyktowanego zawiścią. Jeśli sami boicie się zmian i ryzyka, nie róbcie nic, nie musicie. Nie musicie planować, nie musicie marzyć, nawet żyć nie musicie ze strachu przed nowym, jeśli nie chcecie.

A ja chcę marzyć, chcę sięgać sięgać wysoko, nawet jeśli ryzykuję przez to bolesny upadek z naprawdę dużej wysokości. Trudno się mówi. Jak coś się stanie, sprzedam działkę, pewnie jeszcze z zyskiem. Ale jeśli mi się uda, nawet za te dziesięć, piętnaście lat, i będę mogła zostawić coś wartościowego dzieciom, to ja spróbuję. Nie, nie boję się przyszłości. Bardziej bałabym się tego, że przez niezdecydowanie i brak wiary w siebie, zawsze będę tkwiła w jednym miejscu.

Nie marzysz? Nie żyjesz! Dla mnie to proste.

 

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Barbara Heppa-Chudy Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Barbara Heppa-Chudy
Gość

Tak mi się jakoś skojarzyło… ;)

Ciąża 10 stycznia 2018

Trzeci poród – zegar tyka, finał tuż tuż, a myśli w mojej głowie dosłownie świrują!

Wielkimi krokami zbliża się finał mojej trzeciej ciąży, w związku z czym w ostatnich tygodniach źle sypiam, coraz częściej narzekam na wystający brzuszek i rozpychającego się w nim maluszka. A do tego dużo rozmyślam o tym, co mnie niebawem czeka – o nieszczęsnym porodzie, o dodatkowej pracy jaką będę miała, nocnych pobudkach, pieluszkach, szczepieniach i o tym jak zareagują na nowego członka rodziny moje dzieci – szczególnie Pola, bo ona jest jeszcze na tyle mała, że nic z tej mojej ciąży nie kuma…? 

Nie będę jednak ukrywać, że najbardziej męczy mnie wizja zbliżającego się porodu. Na samą myśl o nim dostaję gęsiej skórki i silnej ochoty ucieczki. Sęk w tym, że odwrotu już nie ma i uciec się nie da! Trzeba więc będzie zacisnąć pięści i po raz kolejny stawić czoła temu wyzwaniu. I choć staram się nie myśleć negatywnie, wręcz przeciwnie, próbuję wierzyć w to, że tym razem pójdzie gładko, to jednak wspomnienia z poprzednich porodów siłą rzeczy mnie przerażają.

I sama nie wiem, który był gorszy? Pierwszy, który trwał przeszło 15 godzin, połowę z tego czasu rzygałam jak kot, co mnie totalnie wymęczyło, a  na koniec przyszło mi wypchnąć z siebie ponad 4-kilogramowego „kloca”? Czy może drugi, który rozpoczął się niespodziewanie, prawie miesiąc przed terminem z powodu odejścia wód, poganiany był oksytocyną i przyszło mi rodzić z niefajnym personelem (do dziś uważam, że ten poród popsuła mi położna, a na myśl o niej boli mnie krocze!!)?

Przyznać przy tym muszę, że nie należę do osób strachliwych i nadmiernie panikujących – poprzednich porodów się nie bałam. Prawdę powiedziawszy moja ciekawska natura wzięła górę nad strachem i z niecierpliwością czekałam na „godzinę zero”. Szczególnie za pierwszym razem, kiedy nie wiedziałam co mnie czeka, a możliwe scenariusze znałam tylko z opowieści. Za drugim razem, wiadomo, miałam już jedno własne wspomnienie – mało atrakcyjne, ale mimo wszystko motywujące, bo skoro jako pierworódka dałam radę urodzić dorodnego chłopca, to czemu nie miałabym dać rady i tym razem?!

No ale po drugim porodzie wiem, że nie tylko ode mnie zależy jaki on będzie miał przebieg. Stety niestety duży wpływ ma też personel na jaki się trafi, a ponieważ poprzednim razem nie miałam w tej kwestii szczęścia, teraz mam wielkie obawy z kim przyjdzie mi wydać na świat kolejne dziecko.

Z jednej strony chciałabym odwlec tę chwilę w czasie (jakby to miało w czymś pomóc! :P) , z drugiej, wolałabym żeby odbyło się to wcześniej niż przewiduje  „kalkulator ciąży” i mieć to szybciej z głowy. Bo im bliżej terminu, tym więcej o tym myślę i niepotrzebnie się nakręcam.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kwestia rodzeństwa, któremu trzeba będzie zorganizować opiekę na czas samego porodu i pobytu w szpitalu (oby krótkiego!). Obie babcie nie dość, że mieszkają daleko, to jeszcze pracują, więc nie staną w progu mojego domu na zawołanie. I to też spędza mi w pewnym stopniu sen z powiek w ostatnim czasie…

Także reasumując, trzecia ciąża – zwłaszcza jej końcówka – przynosi mi najwięcej obaw i powoduje, że myśli w mojej głowie dosłownie świrują. Dlatego mimo wszystko wolałabym już mieć ten nieszczęsny poród za sobą i wrócić do siebie – bez tej całej burzy hormonów, która doprowadza mnie czasami do szału! ;-)

16
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Milena Kamińska
Gość
Milena Kamińska

hmmm dokładnie nie pamiętam czy miałam więcej obaw przy drugim porodzie, na pewno bałam się bólu bo mam niski próg bólu i martwiłam się o syna którego będę musiała zostawić w domu :-) Za Ciebie trzymam mocno kciuki, będzie dobrze. Zobaczysz że już niedługo napiszesz tekst o tym że trzeci poród to pikuś, bułka z masłem. Tego Ci życzę z całego serca.

Maria Ciahotna
Użytkownik

Zupełnie Cię rozumiem! Wiadomo, że ciąża kończy się porodem, niby jest sporo czasu by się przygotować, jednak kiedy już się zbliża, to czasami mamy ochotę przed nim uciec :) Mam za sobą cztery, każdy inny, ale szczególnie trzeci i czwarty naprawdę szybciutkie. Mamy ogromny plus, że obie babcie mamy pod ręką, na emeryturze, więc zajęły się starszymi dziećmi. Samo przebywanie w szpitalu wspominam mile, choć szycie po trzecim porodzie gorsze było od wszystkich porodów razem wziętych… jeszcze teraz dostaję gęsiej skórki… Jednak ogólnie adrenalina i hormony szczęścia pozwoliły zapomnieć o drobnych dolegliwościach, pewnie u Ciebie też tak będzie! Trzymam kciuki!

Agnieszka Kwiatkowska
Gość

Ja urodzilam w lutym dokladnie 28 2017 po 11 latach i jedyne czego sie balam to samego porodu i bòli hehe bo mimo iz minelo 11 lat od drugiego porodu to bóle sie pamieta

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

11 lat różnicy – nieźle! :) Jaka była reakcja na wieść o ciąży i później po porodzie?? :)

Agnieszka Kwiatkowska
Gość

Lekkie zdziwienie bylo ale nastawialam ich wczesniej ze napewno bedzie jeszcze dzidzia w domu hehe a po porodzie najstarszy to skakal przy maly jak malpka (14lat)teraz sa bardzo za soba a sredni syn to dopiero teraz zaczyna sie bawic z malym hehe ale nie bylo problemow

Agnieszka Zakrzewska
Gość

Ja rodzę co 3 lata Za każdym razem stres taki sam pomimo tego, iż wiem co mnie czeka. Chociaż odnoszę wrażenie, że nie samego porodu się boję a tego czy z dzieckiem będzie wszystko dobrze.

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Oj tak, o dziecko też się boję za każdym razem.

Karolina Rozbiewska
Gość

Ja urodziłam 7.11.2017 trzecie dziecko najbardziej bałam się porodu opieka nad noworodkiem sama wraca choć przez 4 lata od poprzedniego porodu zminily się tylko zalecenia tak wszystko intuicyjnie się robi

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Opieki nad noworodkiem się nie boję bo moja córka kończy właśnie 2 lata więc jestem na świeżo ?
Ciekawa tylko jestem jak zareaguje na brata ?

Karolina Rozbiewska
Gość

No u mnie są kłótnie kto ma się nią zajmować a czemu nie patrzy na brata tylko na siostrę kto roślina guziki w ubraniach itp

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

?

Lucyna Bożek
Gość

Najgorszy z wszystkich. Blokada na maxa. Ale radość z maluszka bezcenna. Powodzenia.

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Dzięki!

julita stefanowska
Gość
julita stefanowska

I jaki byl Pani trzeci porod?

Fizinka
Gość
Fizinka

No niestety u mnie nie potwierdziła się teza, że „trzeci poród jest najłatwiejszy”. Mój pod względem bólu był najgorszy – również obkurczanie macicy po porodzie było najbardziej bolesne. Każde karmienie mojego synka dostarczało mi tak silnych bóli, że aż mnie wykręcało. I trwało to około 2 tygodni.
Ale plus jest taki, że nie zostałam nacięta i nie pękłam co było do mnie dużym sukcesem i szczęściem ;-)

julita stefanowska
Gość
julita stefanowska

A ile trwal ogolnie od porod? Od pierwszych skurczy?:-) ja przy drugim porodzie przy karmieniu tez obkurczanie macicy bolalo ale dalo sie to jakos wytrzymac niebylo takiej tragedi :-)

Dom 9 stycznia 2018

Kobieto, koniec z propagandą, że powinnaś być perfekcyjna

Niby mamy dwudziesty pierwszy wiek, a ciągle jeszcze słyszę, że kobieta – żona – matka powinna tamto, czy siamto! I wiecie co, najczęściej pada to z ust nas samych. Na szczęście nie wszystkich!

Czy aby Ty nie jesteś osobą, która podświadomie wyznaje poglądy wbijane kobietom przez pokolenia do głowy, a przeciw którymi nasza płeć się wciąż buntowała? Czujesz się w obowiązku wobec męża, dzieci, domu — być niczym perfekcyjna pani domu i superniania w jednej osobie – istota nie z tej ziemi? W pewnym momencie swojego życia weszłaś w role społeczne, które tak Cię zdominowały i wrosły w Ciebie tak mocno, że zamiast sobą jesteś żoną swojego męża i matką swoich dzieci? Czy jest Ci dobrze, gdy małżeństwo i macierzyństwo są jedynym słusznym punktem odniesienia?

Role społeczne, o których piszę, są piękne i sama dumnie je wypełniam każdego dnia. Ale nie dominują nad moim życiem i nie ograniczają dopływu tlenu. Nie jestem na każde zawołanie i to obojętnie, czy ktoś woła, czy wcale nie. Nie padam na twarz, by innym uchylić nieba, pozwalam sobie na nicnierobienie, gdy tego właśnie potrzebuję. Dzielę się domowymi zadaniami i nie ulegam przekonaniu, że jeśli sama czegoś nie zrobię, to nie będzie to porządnie wykonane. Praktyka czyni mistrza i dotyczy to każdego, więc dlaczego tak wiele kobiet wierzy, że ich mężowie mają dwie lewe ręce i lepiej wyręczyć dzieci niż czekać aż same coś zrobią? One — oddane i stale obecne, oni i potomstwo — cały ich świat!

Nie czekam każdego dnia z obiadem na mojego męża, bo oboje pracujemy. Raz gotuje on, raz ja, czasami wspólnie – ma to dodatkowe korzyści, bo nasze menu jest bardziej urozmaicone, każdy ma inne popisowe potrawy. Śmieci, jak w każdym domu, nie wynoszą się same – raz idę z nimi sama, raz mąż, raz syn – na kogo wypadnie (pełny kosz) na tego bęc. Wspólnie sprzątamy – tak jest nie tylko szybciej, ale i jakoś raźniej, weselej. Cieszę się, że w naszej rodzinie każdy ma też przestrzeń dla siebie, by się realizować, ale i odpocząć od siebie nawzajem, zatęsknić. A ile razy słyszałam od koleżanki – rówieśniczki, że bez męża to ona nigdzie, taki mają układ – zawsze razem. Trochę mi wtedy smutno, gdy w gronie innych koleżanek śmiejemy się lub żalimy, a jej nie ma, bo w jej życiu jest jedna główna rola, nie ma miejsca na inne. A przecież jak zaczynasz być żoną, to nie przestajesz z automatu być przyjaciółką. To tak nie działa, to jest wybór, który należy do nas.

Proszę Was, korzystajmy z tej wolności wyboru i nie dążmy do perfekcji za wszelką cenę, nie oczekujmy od siebie samych, byśmy były idealne. Żyjemy w społeczeństwie, w którym nie musimy nakrywać głowy burką, więc same nie narzucajmy sobie takiej niewidzialnej zasłony. Nie zamykajmy się, nie ograniczajmy, nie ulegajmy stereotypom. Bądźmy sobą – tą nieidealną sobą, zwyczajną, z prawem do chwili słabości, własnego zdania, czasu i przestrzeni dla siebie. I jeszcze jedno, zawsze jest dobry moment i nigdy nie jest za późno na to, aby coś w swoim życiu zmienić.

8
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karolina Bylina
Gość

To nie ja

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Uff ;)

Madziu Madziu
Gość

Czy jeszcze takie istnieja? moja mama zawsze taka byla , ja daje sobie troche wiecej luzu

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Cieszę się, że pytasz, czy jeszcze taka istnieje, bo to znaczy, że w Twoim najbliższym otoczeniu jej nie ma. I bardzo, bardzo dobrze!

Ewa Guzowska
Gość

Istnieje i to nie jedna.Wstaje o 5 rano bo szkoda czasu a jest na emeryturze.Śniadanie dla męża emeryta i pracującego syna.Cały dzień spędza na sprzątaniu i gotowaniu.Bo obiad ma być na czas bo mąż będzie się dasal .Obiad oczywiście z dwóch dań .Nawet na zakupy nie wychodzi a nie mówiąc o tym żeby się przejść przewietrzyć Bo przecież szkoda czasu.Ale uważa że jest wzorem do naśladowania ze wszystkie kobiety powinny tak postępować.

W roli mamy - wrolimamy.pl
Gość

Aż ciarki przechodzą… ale tak niestety bywa.
Często na własne życzenie.

Agnieszka Ochnik
Gość

W pewnym momencie mając 2 malych dzieci pomyślałam tak ze w d…ie mam ze mój zlew jest pełny garnków wole z dziećmi iść na spacer. A naczynia umyje nawet w nocy.

Katarzyna Giezek
Gość

A naczynia umyje mąż!

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close