Mysz-masz na Święta – recenzja świątecznego filmu z fobią w tle
Na ogół to ja się bardzo cieszę, jak przychodzi mail od Cioci Izy z Bestfilm, bo to zawsze jest zapowiedź fajnego rodzinnego wieczoru z filmem, który ktoś wybrał za nas i dla nas, ale mamy pewność, że będziemy zadowoleni. Normalnie nic, tylko popcorn szykować, colę rozlewać i siadać przed telewizorem, nie?
No i tak samo miało być tym razem. A czy było? Mój mąż i moje dziecko powiedzą Wam, że tak, oczywiście, film jest cudny, a myszki słodkie i urocze. A ja? A ja się boję myszy!!! Tak, boję się ich całkiem na serio, nie wykluczam, że to już zahacza o fobię, a te małe zarazy były tak realistycznie przedstawione, że z jednej strony naprawdę dobrze się bawiłam (tak, Mysz-masz na Święta to dobry film), ale z drugiej nie raz i nie dwa zamykałam oczy i pytałam, czy już.
O czym jest film Mysz-masz na Święta?
Mimo mojej osobistej niechęci do mysich bohaterów zaryzykuję, iż ten film ma szansę stać się kolejnym świątecznym klasykiem obok Kevina, Rudolfa i paru innych tytułów. Bo to jest dobry film, nawet bardzo dobry. Śmieszny, wzruszający, inteligentny, z przesłaniem i w żadnym miejscu nieprzesłodzony ani nieprzesadzony.
Wyobraźcie sobie dom na końcu świata w Norwegii. Wygląda to tak, że jest śnieg, las i pośrodku tego lasu stoi dom. O sąsiadach nikt tam nie słyszał, to jest klasyczny dom na odludziu. Odludzie jest zresztą bardzo dosłowne, bo ludzi nie było w domu od lat, więc chętnie przejęły go myszy. Mysia rodzinka może nie jest liczna, bo to zaledwie mama, tata i dwoje dzieci, ale jak na moje potrzeby to i tak za dużo. Na potrzeby filmu w sam raz.

Myszki przygotowują się do świąt, ubierają swoją miniaturową choinkę, szykują prezenty, robią przedświąteczne porządki i ogólnie wydają się szczęśliwe. Do czasu. Oto tuż przed świętami dzieje się coś, co jest gorsze niż koniec świata i atak kosmitów. Do domu przyjeżdżają ludzie. LUDZIE. Ludzka rodzinka jest taka sama jak mysia: mama, tata i dwoje dzieci. Mama jest energiczna i dość samodzielna, tata zaś… ma ten sam problem, co ja. Boi się myszy. A myszy wcale nie chcą się wyprowadzić, bo zimowa wyprawa do lasu oznaczałaby dla nich śmierć. No ale mieszkać z ludźmi? Zmieściliby się, oczywiście, sęk w tym, że ludzie nie chcą mieszkać z nimi. Zaczyna się wojna, w której wszystkie chwyty są dozwolone.

Z tej wojny wyłamuje się dwójka: myszka Lea zaprzyjaźnia się z chłopcem Mikim. I jak tu stanąć po dwóch stronach barykady?
Powiem jeszcze, że mysich pomysłów to i Kevin by się nie powstydził. Ludzie natomiast okazali się jakoś mało kreatywni 😛
Jak się ogląda Mysz-masz na Święta?
Jak ja oglądałam, to już wiecie. No nie było to łatwe, chwilami nawet trudne. Ale ja jestem specyficzna i absolutnie nie traktujcie moich wrażeń jako wyznacznik czegokolwiek. Moja rodzina ubawiła się niesamowicie, śmiali się całkiem głośno, komentowali, podpowiadali, krzyczeli, ostrzegali te małe myszki przed ludźmi i ogólnie zachowywali się tak, jak w kinie się zachowywać nie wypada. Dobrze, że w domu oglądaliśmy 😉
Film jest raczej krótki, ma niespełna półtorej godziny, więc nawet młodsze dzieci powinny go obejrzeć z zainteresowaniem i bez zmęczenia. Mam wrażenie, że twórcy zadbali o to, żeby dzieci nie były przebodźcowane. Tak na marginesie – film jest produkcji norweskiej i jak nie przepadam za skandynawską literaturą, tak kino mnie urzekło.
Film jest dubbingowany i chociaż nie zawsze słyszany tekst pokrywa się z ruchem ust, to jednak wszystko wypada bardzo naturalnie. Gdybym była mniej uważna, to pewnie bym stwierdziła, że to polski film. Głosy naprawdę pasują do aktorów.

Spojler dla rodziców wrażliwców
Jest w filmie taki moment, który moje dziecko przepłakało, a przypominam, że mam w domu licealistkę. Licealistkę, która twierdzi, że zwierzęta są więcej warte niż ludzie, a myszy są słodkie i urocze, i pod żadnym pozorem nie można ich zabijać. No a wojna to jest wojna, wszystkie chwyty dozwolone… Moje gadanie, że to jest film dla dzieci i na pewno się dobrze skończy, bo takie są zasady, jakoś nie docierało. Emocje wykipiały naprawdę mocno.
Od razu dodam – raz jeszcze ostrzegam, że spojleruję – żadna mysz nie zginęła w tym filmie. Niemniej jeśli macie w domu małych wrażliwców, przygotujcie chusteczki, a w kinie siądźcie obok, żeby w razie potrzeby przytulić.
Dla kogo jest Mysz-masz na Święta?
Mysz-masz na Święta to klasyczny świąteczny film familijny i jako taki nadaje się dla wszystkich. Nie ma tu scen przemocy, chociaż myszy są w niebezpieczeństwie, ludzie trochę oberwali, ale nie bardziej niż tych dwóch rzezimieszków od Kevina i nawet śmiesznie to wyszło. Jest przyjaźnie, klimatycznie, świątecznie. Moim zdaniem śmiało można obejrzeć ten film nawet z kilkulatkami i powinny go zrozumieć.





