Kultura 3 dni temu

Mysz-masz na Święta – recenzja świątecznego filmu z fobią w tle

Na ogół to ja się bardzo cieszę, jak przychodzi mail od Cioci Izy z Bestfilm, bo to zawsze jest zapowiedź fajnego rodzinnego wieczoru z filmem, który ktoś wybrał za nas i dla nas, ale mamy pewność, że będziemy zadowoleni. Normalnie nic, tylko popcorn szykować, colę rozlewać i siadać przed telewizorem, nie?

No i tak samo miało być tym razem. A czy było? Mój mąż i moje dziecko powiedzą Wam, że tak, oczywiście, film jest cudny, a myszki słodkie i urocze. A ja? A ja się boję myszy!!! Tak, boję się ich całkiem na serio, nie wykluczam, że to już zahacza o fobię, a te małe zarazy były tak realistycznie przedstawione, że z jednej strony naprawdę dobrze się bawiłam (tak, Mysz-masz na Święta to dobry film), ale z drugiej nie raz i nie dwa zamykałam oczy i pytałam, czy już. 

O czym jest film Mysz-masz na Święta?

Mimo mojej osobistej niechęci do mysich bohaterów zaryzykuję, iż ten film ma szansę stać się kolejnym świątecznym klasykiem obok Kevina, Rudolfa i paru innych tytułów. Bo to jest dobry film, nawet bardzo dobry. Śmieszny, wzruszający, inteligentny, z przesłaniem i w żadnym miejscu nieprzesłodzony ani nieprzesadzony. 

Wyobraźcie sobie dom na końcu świata w Norwegii. Wygląda to tak, że jest śnieg, las i pośrodku tego lasu stoi dom. O sąsiadach nikt tam nie słyszał, to jest klasyczny dom na odludziu. Odludzie jest zresztą bardzo dosłowne, bo ludzi nie było w domu od lat, więc chętnie przejęły go myszy. Mysia rodzinka może nie jest liczna, bo to zaledwie mama, tata i dwoje dzieci, ale jak na moje potrzeby to i tak za dużo. Na potrzeby filmu w sam raz. 

Myszki przygotowują się do świąt, ubierają swoją miniaturową choinkę, szykują prezenty, robią przedświąteczne porządki i ogólnie wydają się szczęśliwe. Do czasu. Oto tuż przed świętami dzieje się coś, co jest gorsze niż koniec świata i atak kosmitów. Do domu przyjeżdżają ludzie. LUDZIE. Ludzka rodzinka jest taka sama jak mysia: mama, tata i dwoje dzieci. Mama jest energiczna i dość samodzielna, tata zaś… ma ten sam problem, co ja. Boi się myszy. A myszy wcale nie chcą się wyprowadzić, bo zimowa wyprawa do lasu oznaczałaby dla nich śmierć. No ale mieszkać z ludźmi? Zmieściliby się, oczywiście, sęk w tym, że ludzie nie chcą mieszkać z nimi. Zaczyna się wojna, w której wszystkie chwyty są dozwolone. 

 

Z tej wojny wyłamuje się dwójka: myszka Lea zaprzyjaźnia się z chłopcem Mikim. I jak tu stanąć po dwóch stronach barykady?

Powiem jeszcze, że mysich pomysłów to i Kevin by się nie powstydził. Ludzie natomiast okazali się jakoś mało kreatywni 😛 

Jak się ogląda Mysz-masz na Święta?

Jak ja oglądałam, to już wiecie. No nie było to łatwe, chwilami nawet trudne. Ale ja jestem specyficzna i absolutnie nie traktujcie moich wrażeń jako wyznacznik czegokolwiek. Moja rodzina ubawiła się niesamowicie, śmiali się całkiem głośno, komentowali, podpowiadali, krzyczeli, ostrzegali te małe myszki przed ludźmi i ogólnie zachowywali się tak, jak w kinie się zachowywać nie wypada. Dobrze, że w domu oglądaliśmy 😉 

Film jest raczej krótki, ma niespełna półtorej godziny, więc nawet młodsze dzieci powinny go obejrzeć z zainteresowaniem i bez zmęczenia. Mam wrażenie, że twórcy zadbali o to, żeby dzieci nie były przebodźcowane. Tak na marginesie – film jest produkcji norweskiej i jak nie przepadam za skandynawską literaturą, tak kino mnie urzekło. 

Film jest dubbingowany i chociaż nie zawsze słyszany tekst pokrywa się z ruchem ust, to jednak wszystko wypada bardzo naturalnie. Gdybym była mniej uważna, to pewnie bym stwierdziła, że to polski film. Głosy naprawdę pasują do aktorów. 

Spojler dla rodziców wrażliwców 

Jest w filmie taki moment, który moje dziecko przepłakało, a przypominam, że mam w domu licealistkę. Licealistkę, która twierdzi, że zwierzęta są więcej warte niż ludzie, a myszy są słodkie i urocze, i pod żadnym pozorem nie można ich zabijać. No a wojna to jest wojna, wszystkie chwyty dozwolone…  Moje gadanie, że to jest film dla dzieci i na pewno się dobrze skończy, bo takie są zasady, jakoś nie docierało. Emocje wykipiały naprawdę mocno. 

Od razu dodam – raz jeszcze ostrzegam, że spojleruję – żadna mysz nie zginęła w tym filmie. Niemniej jeśli macie w domu małych wrażliwców, przygotujcie chusteczki, a w kinie siądźcie obok, żeby w razie potrzeby przytulić. 

Dla kogo jest Mysz-masz na Święta?

Mysz-masz na Święta to klasyczny świąteczny film familijny i jako taki nadaje się dla wszystkich. Nie ma tu scen przemocy, chociaż myszy są w niebezpieczeństwie, ludzie trochę oberwali, ale nie bardziej niż tych dwóch rzezimieszków od Kevina i nawet śmiesznie to wyszło. Jest przyjaźnie, klimatycznie, świątecznie. Moim zdaniem śmiało można obejrzeć ten film nawet z kilkulatkami i powinny go zrozumieć.

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Recenzja gry MikroMakro Kids – detektywistyczna przygoda dla małych odkrywców

Kiedy rozłożyliśmy ogromną, czarno-białą mapę “MicroMacro Kids” na podłodze, poczułam się jakbym miała za chwilę wejść do małego, rysunkowego miasta pełnego sekretów. To jedna z tych gier, które nie potrzebują huku efektów specjalnych, kolorowych pionków ani wymyślnych mechanik. Wystarczy mapa, lupa… i ciekawość. Reszta robi się sama.

Co to za gra?

“MikroMakro Kids” to młodsza, uproszczona wersja uwielbianej przez nas i innych dorosłych serii detektywistycznych gier “MikroMakro”. Przeznaczona jest dla dzieci już od 6 roku życia. Nie zawiera mrocznych i brutalnych wątków, za to zawiera mnóstwo zabawnych sytuacji i zagadek, które można rozwiązywać wspólnie z najmłodszymi.

Dzieci wcielają się w małych detektywów tropiących zguby, tajemnicze wydarzenia i zabawne perypetie mieszkańców miasta. Mapę obserwuje się niczym kadr z animacji – pełno tu ruchu, małych historii, psotnych zwierzaczków i bohaterów, których śledzi się krok po kroku, jakby czas zatrzymał się w miejscu.

MikroMakro Kids

fot. Archiwum własne

 

Jak wygląda rozgrywka MikroMakro Kids?

W Księdze śledztw znajdziecie 22 niełatwe sprawy specjalnie przygotowane dla młodych detektywów. Każde zadanie poprowadzi Was krok po kroku przez historię. Najpierw trzeba znaleźć konkretną osobę, miejsce lub przedmiot, a następnie odpowiedzieć na pytania związane z sytuacją przedstawioną na mapie. Waszym zadaniem będzie między innymi odnalezienie sprawców kradzieży hełmu wojownika, czy marchewek. Kto napadł na bank, kto włamał się do sklepu sportowego i gdzie ukrył się uliczny artysta Bananksy. 

Największe plusy MikroMakro Kids to:

  • intuicyjne zasady – dzieci szybko łapią, o co chodzi;
  • krótkie, samodzielne zadania – idealne nawet dla młodszych graczy;
  • współpraca zamiast rywalizacji – cała rodzina działa razem;
  • trening logicznego myślenia i spostrzegawczości.
MikroMakro Kids

Fot. Archiwum własne

Największą zaletą gry jest chwila, gdy dostrzegacie iskrę w oczach dzieciaków, gdy odnajdą bohatera ukrytego w tłumie narysowanych postaci lub trafią na kolejny trop przestępcy. 

Nie ukrywam, że uwielbiam całą serię MikroMakro. To, co w niej lubię  to absolutny brak przygotowań. To jedna z tych gier, które wyciąga się spontanicznie, kiedy dzieci już zaczynają krążyć po domu w poszukiwaniu zajęcia. Wystarczy rozłożyć ogromną mapę na podłodze i natychmiast widać, jak cała energia skupia się na jednym punkcie. Nagle robi się ciszej, pojawia się ciekawość, a dzieci dosłownie opadają na kolana, żeby zajrzeć w każdy zakamarek miasta.

I właśnie wtedy zaczyna się najprzyjemniejsza dla rodzica część. Cisza =D

Jeśli szukacie chwili dla siebie, to ją znajdziecie, pod warunkiem że nie dacie się wciągnąć w rozgrywkę. Dzieciaki, te duże i małe uwielbiają odkrywanie historii ukrytej w drobnych szczegółach, śledzenie bohaterów krok po kroku, wypatrywanie drobnych zmian, jakby oglądali zatrzymany kadr filmu. Analizują, porównują, wracają do poprzednich miejsc — wszystko zupełnie naturalnie, bez presji, w swoim tempie, a Wy możecie w spokoju wypić kawę, obserwując ich z kanapy. 

Co więcej, gra płynnie wciąga je w logiczne myślenie. Jedno wydarzenie prowadzi do kolejnego, a dzieci same próbują zrozumieć, co mogło się wydarzyć wcześniej, a co później. Nagle odkrywają, że rozwiązanie kolejnej zagadki zależy od tego, czy potrafią połączyć fakty. Robią to z taką lekkością i zaangażowaniem, jakby bawili się w swój własny serial detektywistyczny.

Mogłabym napisać, że z założenia nie ma w tej grze rywalizacji. Wspólnie szukamy kolejnych wydarzeń, ale dzieci, jak to dzieci szybko się prześcigają, kto pierwszy znajdzie następny etap. Więc czasem bywa głośno i zabawnie. 

fot. Archiwum własne

Ostrzegam jednak, że naprawdę trudno się nie wciągnąć. Te mapy mają w sobie taką ilość małych historii i zabawnych detali, że nawet dorosły znajduje coś nowego, choć przecież tylko miał „zerknąć na chwilę”.

Warto wspomnieć, że w pudełku z grą znajdziecie także małe zielone przeźroczyste krążki, które bardzo ułatwiają odnalezienie się na planszy i zaznaczenie przebiegu wydarzeń. 

„MikroMakro Kids” to świetna gra detektywistyczna dla najmłodszych, pełna humoru, detali i kreatywnych zagadek. Jeśli szukacie gry rodzinnej, która łączy zabawę z rozwojem umiejętności (np. orientację na kartce papieru), to ta propozycja jest strzałem w dziesiątkę. Jeśli macie starsze dzieciaki polecam całą serię MikroMakro, o której więcej możecie poczytać tutaj

Jeśli szukacie prezentu, wspólnej aktywności na weekend albo sposobu, żeby wyciszyć energię po przedszkolu – to jest strzał w dziesiątkę. W końcu nie bez powodu objęliśmy grę MikroMakro Kids naszym patronatem. 

Razem z Łucją nagraliśmy dla Was kilka słów o grze – zapraszamy!

Na koniec pozostaje mi tylko jedno pytanie do Lucky Duck Games. Czy śladem wersji dla dorosłych pojawią się kolejne mapy miasta dla najmłodszych?

Poznaj opinie innych graczy o grze MikroMakro:Kids w serwisie Planszeo

 

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Kultura 20 listopada 2025

Przesądy o pająkach

Pająki to takie stworzenia, które jednych fascynują, a innych przyprawiają o atak paniki większy niż perspektywa przeprowadzki na Kamczatkę. A jednak przez wieki obrosły w masę przesądów, które – choć brzmią jak historia opowiadana przy ognisku – wciąż gdzieś tam krążą. Co ciekawe, wiele z nich jest… zaskakująco pozytywnych.

Pająk w domu = szczęście w drodze

Najpopularniejszy przesąd mówi, że pająki przynoszą szczęście. Zwłaszcza te, które pojawiają się nagle w mieszkaniu. Według dawnych wierzeń oznaczały:

  • dobrą nowinę,
  • nadchodzące pieniądze,
  • a nawet wizytę dawno niewidzianej osoby.

To przekonanie działało też wychowawczo: „Nie zabijaj pająka, bo pecha przyniesie!” – słyszał kiedyś chyba każdy. I to akurat miły przesąd, bo w praktyce oznaczał po prostu zostawienie małych pożytecznych lokatorów w spokoju.

Pająk rano – pech, wieczorem – szczęście

To kolejna klasyka babcinych mądrości:

  • Pająk widziany rano miał przynieść kłopoty, straty albo konflikt.
  • Pająk wieczorem – wręcz przeciwnie: powodzenie, sukces, szczęście w miłości.

Nikt do końca nie wie, dlaczego pora dnia miała decydować o losach człowieka, ale podejrzewa się, że chodziło o praktyczność. Rano ludzie byli zabiegani, a pająk „pod nogami” po prostu przeszkadzał. Wieczorem natomiast nikt się nie spieszył – więc łatwiej było zauważyć w nim małego opiekuna domowego spokoju.

Pająk na swojej sieci – znak dobrobytu

Dawniej uważano, że jeśli pająk spokojnie tka sieć w kącie domu, to oznacza, że:

  • domownicy mogą liczyć na stały dochód,
  • gospodarstwo jest dobrze prowadzone,
  • a energia miejsca jest stabilna (tak, to były czasy, zanim poznano feng shui – i proszę, jak podobnie!).

Dlaczego? Bo pająk wybiera miejsca, gdzie panuje spokój, sucho i stabilnie. To był naturalny barometr warunków panujących w domu.

Pajęczyna = ochrona

W XIX wieku wierzono, że pajęczyna chroni przed złymi mocami. Serio. Uważano, że sieć to taka naturalna bariera energetyczna. Tłumaczy to także starodawny zwyczaj – w niektórych regionach ludzie… nie sprzątali pajęczyn przed świętami, żeby nie „zaburzyć dobrostanu”.

Do dziś istnieje też praktyka używania pajęczyny jako symbolu natury, cierpliwości i porządku. Choć przyznaj – kiedy zrywa ci ją o 6 rano średnich rozmiarów członkini pajęczej rodziny, nie czujesz się ani chroniona, ani spokojna.

Pająki a pogoda

Stare ludowe powiedzenie mówi:
„Gdy pająki nisko schodzą – deszcz nadchodzi.”

Prawda? Trochę tak. Pająki są wrażliwe na wilgotność powietrza i zmiany ciśnienia, więc rzeczywiście mogą modyfikować swoją aktywność przed załamaniem pogody. Ludzie interpretowali to jako omen, chociaż to po prostu mała meteorologia na ośmiu nogach.

Pająk jako znak twórczej energii

W wielu kulturach pająk symbolizuje:

  • kreatywność,
  • cierpliwość,
  • konsekwencję,
  • inteligencję.

Nic dziwnego – ich sieci to prawdziwe dzieła architektury, a sama symbolika przeniknęła do mitologii. Niektóre plemiona wierzyły, że to pająk utkał świat, dosłownie.

A co z pechem?

Oczywiście jak to z przesądami – pozytywne są fajne, ale te straszne wchodzą mocniej. W niektórych regionach Europy pająki uważano za zwiastun:

  • nieszczęścia,
  • śmierci w rodzinie,
  • chorób.

Ale ważne: te wierzenia były rzadkie i najczęściej związane z dużymi, ciemnymi gatunkami, które budziły lęk. To bardziej echo dawnych strachów niż realna tradycja.

Czy w tych przesądach jest choć trochę prawdy?

Jak w większości folkloru: trochę tak, trochę nie.
Pająki faktycznie są:

  • niezwykle pożyteczne,
  • zjadają komary, muchy i inne intruzy,
  • dbają o równowagę w naszych domach i ogrodach.

Więc można powiedzieć, że naprawdę przynoszą… szczęście w czystości.

Zobacz inne wpisy o tej tematyce:
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close