Emocje 17 października 2013

Bo rowy będziesz kopał…

Kiedy słyszycie określenie „planowanie kariery zawodowej” i od razu przychodzi Wam na myśl student, uczeń szkoły ponadgimnazjalnej, ewentualnie gimnazjalista to popełniacie podstawowy błąd. Oczywiście planowanie kariery ich wszystkich już dotyczy, ale cały proces zaczyna się dużo wcześniej. Właściwie dotyczy dzieci z którymi wchodzimy w interakcję, czyli od pierwszych miesięcy życia. Po tych słowach pewnie część z Was stuka się w czoło i uważa to za grubą przesadę, ale od razu dementuję Wasze przypuszczenia – nie chodzi tu o wybór zawodu dla naszych pociech na początku ich drogi życiowej.

To, że dzieci jak gąbka chłoną od nas emocje i poglądy jest chyba na tyle oczywiste, że przekonywać do tego nie trzeba. I waśnie to jest kluczem i ścisłym powiązaniem z planowaniem kariery. Rodzice czy dziadkowie (często nieświadomie, a jeszcze częściej z powodu wychowywania w podobnym stylu) straszą dzieci dając za przykład pewne zawody jako rodzaj niepowodzenia i porażki życiowej, a inne znów stawiają na piedestał, tym samym dając początek owemu planowaniu kariery. Kto z Was nie usłyszał słów skierowanych do dziecka (lub do nas samych) „jak nie będziesz się uczył to będziesz kopał rowy”, „skończysz na kasie w supermarkecie”, – odbieramy takim podejściem należny szacunek tym zawodom i konkretnym osobom trudniącym się tym zajęciem. Uczymy dzieci, że „ten” jest gorszy, a już na pewno głupszy, a „tamten” to już jest ktoś, bo jest prawnikiem, lekarzem, dziennikarzem… Rozumiem, że mamy jakieś plany czy marzenia wobec naszych dzieci, ale nie możemy kierować ich życiem na tyle, by wybierać za nich ich drogę zawodową.

Chyba żaden rodzic nie chciałby, by jego dziecko (nawet to dorosłe) czuło się niedowartościowane. Dlaczego więc wychowujemy je (jako społeczeństwo) w przeświadczeniu, że jakiś zawód jest gorszy od innego, co gorsza uznajemy jego wykonywanie za karę. Tak więc już w szkole dziecko, które ma kłopoty z nauką traci poczucie własnej wartości i żyje z myślą, że będzie nieudacznikiem – w końcu rodzice go tego nauczyli. A co jeśli dziecko nie spełni oczekiwań swoich opiekunów lub jeśli jego największym marzeniem będzie praca w „spożywczaku” i właśnie to da mu poczucie spełnienia zawodowego? Pewnie towarzyszyć będzie mu poczucie winy, bo z domu wyniósł zupełnie inne wartości. Pamiętajmy też, że dzieci najefektywniej uczą się poprzez obserwację. Kiedyś byłam świadkiem jak rodzice idąc z dzieckiem komentowali niekompetencje pewnej ekspedientki słowami: „tylko takie tępaki pracują podając normalnym ludziom buty” – takie komentarze chyba powinni zachować na zupełnie inną okazję.

Uważam, że powinniśmy pozwolić naszym dzieciom na zbudowanie własnych poglądów i podejmowanie decyzji. Nie ma ludzi gorszych czy lepszych tylko dlatego, że pracują w takim czy innym charakterze. Jednemu poczucie spełnienia daje jego praca, inny pracuje tak, bo zmusiła go do tego sytuacja życiowa, jeszcze inny dopiero szuka swojego miejsca w świecie zawodów. Zamiast je stygmatyzować pokażmy naszym dzieciom ten świat, by same, bez żadnych uprzedzeń mogły zaplanować swoją karierę zawodową.

A Wy kim chcieliście zostać będąc dzieckiem?

Źródło zdjęcia: Flickr

 

Subscribe
Powiadom o
guest
4 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Milena Kamińska
6 lat temu

myślę o ich przyszłości ale im nie planuje jedyne co mogę zrobić to wspierać ich w marzeniach i celach życiowych, dawać wsparcie finansowe itd

Edyta Skrzydło
6 lat temu

Ja nie planuję, to ich życie i niech idą swoją drogą. Ja jedynie mogę ich wspierać i dopingować, nie mogę im wskazać konkretnej drogi. Ale ukierunkować bez nacisku ;-)

Katarzyna Moskała-Czernek

O to ja chce Duśkę na synową ;)

W roli mamy - wrolimamy.pl

Jesteś pewna, że chcesz żebym była teściową Twojego syna? ;)

Ciąża 15 października 2013

Uleciało ze mnie nowe życie, moje pragnienie i wielkie marzenie…

To miał być drugi w moim życiu, cudowny okres wyczekiwania i stwarzania świata, jednak życie pozwoliło sobie napisać dla mnie inny scenariusz…  

O rodzeństwie dla pierworodnego syna marzyłam od dawna, tylko jakoś tak ciągle to nie był „dobry moment”. Ale w końcu nadszedł, wraz z naszym krótkim i dość spontanicznym urlopem.

Na jego efekt czekałam bardzo niecierpliwie. Zrobiłam chyba z 6 testów i dopiero ostatni, równo po tygodniu od terminu spodziewanej miesiączki pokazał dwie grube ciemne krechy! Radość była ogromna, miałam ochotę chodzić na rękach i ogłaszać wszem i wobec, że nasza rodzina znowu się powiększy!

Ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Jakiś głos w mojej głowie, podpowiadał by najpierw potwierdzić ten fakt u specjalisty. Teraz wiem, że to było PRZECZUCIE.

Wtorek, 2 września – moja pierwsza wizyta u lekarza (6 tc)

Rutynowe badanie ginekologiczne, krótki wywiad, USG. Głucha cisza w gabinecie wprowadza lekko nerwową atmosferę, dziwny wyraz twarzy gina, błądzące oczy po monitorze aparatu i to jego wiercenie się na krześle, zaczynają mi uzmysławiać, że chyba coś jest nie tak.

W końcu ciszę przerywają słowa – „Pęcherzyk ciążowy jest, ale nie widzę echa serca płodu, a powinno  być już widoczne.

No ale MOŻE ciąża jest młodsza… Proszę zgłosić się do mnie za dwa tygodnie.”

Piątek, 13 września  – druga wizyta (8 tc)

Rutynowe badanie, wywiad, USG.  Pełna obaw, kładę się na kozetce i… mam powtórkę z rozrywki – głucha cisza, błądzący wzrok po monitorze, nerwowe wiercenie się na krześle,…. pytanie –„Czy ta ostatnia miesiączka na pewno była 16 lipca?? To już jest 8 tc a ja nadal nie widzę tętna płodu…..”

I ciarki przeszywają całe moje ciało, czuję że zaraz się rozpłaczę. Staram się z całych sił, by jeszcze tego nie zrobić.

Gin, jak dotąd bardzo oszczędny w słowach, próbuje mnie pocieszyć mówiąc, że owulacja mogła się przesunąć, ale jednocześnie nie ukrywa przede mną czarnego scenariusza.

Dostaję skierowanie do szpitala na badania.

Poniedziałek, 16 września – jeden z najgorszych dni w moim życiu (9 tc)

Niedługo po przyjęciu na oddział patologii ciąży, wzywają mnie na trakt porodowy, piętro wyżej,  gdzie czeka na mnie dwóch lekarzy. I znów to samo: wywiad, badanie, USG i wszystko jest jasne…

Jak w najgorszym koszmarze, spada na mnie ciężar usłyszanego zdania –„Nie pozostaje nam nic innego, jak potwierdzić przypuszczenia Pani doktora. Ciąża obumarła. Pęcherzyk zaczyna się zapadać. Musimy Panią niezwłocznie skierować na zabieg wyłyżeczkowania”. (!!!)

Moja nadzieja i wiara zostały właśnie brutalnie zamordowane! Nie wydarzył się cud, o którym tyle słyszałam, czytałam i na który tak bardzo liczyłam!  Czuję, że opadam z sił, moje oczy napełniają się łzami, a po chwili jedna po drugiej, spływają po mych policzkach.

Poproszono mnie bym zeszła piętro niżej, z powrotem na patologię.
Nie jadę windą, „smyczę się” po schodach, jak bym szła na ścięcie. Ryczę jak bóbr! A najgorsze jest to, że nie mam się do kogo teraz zwrócić i przytulić, bo jestem tam całkiem sama! :(

Przed wejściem na oddział, nerwowo ocieram łzy, robię dwa głębokie wdechy, wchodzę usilnie próbując  NIE PŁAKAĆ. Niestety, niemal w drzwiach „atakuje” mnie facet, który przed chwilą uśmiercił moje marzenie o drugim dziecku, wciskając mi w dłoń papier  z orzeczeniem o zgodzie na wykonanie zabiegu.

Znowu się rozklejam. Podchodzę do dyżurki pielęgniarek, jedna z nich pyta czy to podpiszę, na co ja, załamującym się głosem, zalana łzami, ledwo wykrztuszam –„Nie wiem..”.
Kobieta głaszcze mnie po ramieniu i mówi, że mam się nie spieszyć, każe usiąść w korytarzu, pomyśleć, zadzwonić do męża…

Nie dzwonię, posyłam smsa. Siedzę w tym korytarzu jeszcze dobre 4 godziny! Wśród obcych ludzi, ciągle szlochając i zastanawiając się – co z tym zrobić??

W końcu, przydzielają mi łóżko, podpisuję te cholerne papiery, dostaję środki na uspokojenie. Do końca dnia popłakuję, zwinięta w szpitalnym łóżku, pocieszana przez obce mi kobiety. Wieczorem dostaję tabletkę nasenną, pomimo której i tak budzę się w nocy kilkanaście razy.

Wtorek, 17 września – to już jest koniec, nie ma już nic…

Od rana strasznie się denerwuję, po pierwsze dlatego, że wciąż nie mogę pogodzić się z diagnozą lekarzy, po drugie – okropnie boję się zabiegu! Jestem już po konsultacji z anestezjologiem, więc wiem jakie mogą być skutki uboczne ogólnego znieczulenia :(

Od wczoraj nic nie jem i nie piję – muszę być na czczo. Robią mi morfologię, dostaję kolejną tabletkę na uspokojenie, czekam… i cała się trzęsę! To dziwne, ale nawet poród mnie tak nie przerażał, jak ten „drobny” zabieg.

W końcu mnie wołają. Kładę się na łóżku, przywiązują mi do niego nogi (!), może to i lepiej bo ze stresu trzęsą się jak galareta! Anestezjolog przykleja mi do klatki piersiowej coś, co ma monitorować oddech, podpina kroplówkę, mówi że może mi teraz zawirować świat, na co ja odpowiadam, że czuję tylko mrowienie w głowie…….. i odpłynęłam!! Nic już więcej nie pamiętam!

Ocknęłam się dopiero w sali, wśród „koleżanek”, chociaż podobno wybudzono mnie jeszcze  w gabinecie zabiegowym – ale ja tego w ogóle nie kojarzę! Nie wiem nawet kto i jak mnie przełożył na łóżko, którym przewieziono mnie do sali, nie wiem kto włożył mi na tyłek moje spodnie?! Pamiętam tylko, że jak weszłam do swojego łóżka to byłam jeszcze mocno śnięta i niemal od razu zapadłam w kolejny sen. Zdążyłam tylko naskrobać mężowi krótkiego smsa – „jest już po”  i padłam! Obudziłam się po prawie 2 godzinach!

Po drzemce wstałam jakby nigdy nic, fizycznie czułam się dobrze (po końskiej dawce środków przeciwbólowych!), tylko psychicznie kiepsko. Ta pustka w brzuchu, sercu i głowie…. powodowała, że wciąż chciałam płakać.

Cały ten koszmar trwał raptem 2 tygodnie, a ja miałam wrażenie, że to już wieczność! Pytania – DLACZEGO?! – dwoiły się i troiły w mej głowie. Różne scenariusze przebiegu i końca ciąży śniły mi się niemal każdej nocy! Nie obyło się bez silnego poczucia winy, które dodatkowo wykańczało mnie psychicznie.
Wstyd się przyznać, ale był też taki krótki moment, kiedy winą obarczyłam męża i syna, bo w ostatnich tygodniach dali mi ostro popalić i przysporzyli mnóstwo złości oraz wszelkich negatywnych emocji! :(

Dziś wiem, że moje rozmyślanie nie ma sensu, bo niczego już nie zmieni! Już jest po wszystkim…

Nie wiem czy wiecie, ale 15 października obchodzi się w Polsce – Dzień Dziecka Utraconego..?

Powinnam teraz kończyć 13 tc i zaczynać II trymestr… niestety, nie kończę i nie zaczynam. Upływa za to 1 miesiąc po stracie pokochanego już od pierwszej chwili dziecka… :(

Źródło zdjęcia: Flickr

Subscribe
Powiadom o
guest
39 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Milena Kamińska
Milena Kamińska
7 lat temu

:-( Syna urodziłam w kwietniu 2008 r a w listopadzie niespodziewanie dowiedziałam się że po raz kolejny jestem w ciąży . Byłam bardzo zaskoczona ale szczęśliwa . Chciałam całej rodzinie pochwalić sie tą nowiną w święta. Niestety powstrzymało mnie plamienie , wiedzieli tylko rodzice i nikt więcej. Postanowiłam odłożyć „powiadomienie wszystkich” na dzień kiedy już będzie wszystko ok. Nie przemęczałam się, dbałam o siebie, odpoczywałam. Niestety pewnego późnego wieczoru plamienie było coraz wieksze , i pojawił coraz silniejszy ból brzucha. Bałam się bardzo , szybko pojechałam do szpitala ….. i tam rozpoczął się koszmar. Zwijajac sie z bólu długo wyczekiwałam… Czytaj więcej »

Asia
Asia
6 lat temu

Przytulam cię mocno Mileno a jednocześnie gratuluję, drugiego dzidziusia.

Iza
Iza
6 lat temu

:(

Kasia
Kasia
6 lat temu

Witaj. Strasznie mi przykro. Wiem, co czujesz. Też jestem po stracie. 16 października miałam rodzić, teraz zaczynałabym 9 miesiąc. Niestety, dzieciątko straciłam w 6-7 tc. Poroniłam sama, nie chciałam zabiegu. Nigdy nie zapomnę tego bólu – i fizycznego, i psychicznego. Mam dwoje dzieci – synek w grudniu skończy 5 lat, drugie dzieciątko w niebie. I mimo że nigdy go nie widziałam, nie przytulałam, to kocham bardzo mocno… Poroniłam 28 lutego. Dziś, 17 września, jestem w 5 tygodniu ciąży. Jestem przerażona, pełna obaw… Ale i bardzo szczęśliwa. Proszę Boga, by tego dzieciątka mi nie zabierał. Wierzę, że urodzę to dziecko w… Czytaj więcej »

Fizinka
Fizinka
6 lat temu
Reply to  Kasia

Kasiu, po pierwsze mocno przytulam.
Po drugie trzymam kciuki za szczęśliwy przebieg i koniec ciąży! :)
A po trzecie, widzę że jesteśmy w tym samym wieku i nasi mężowie również! :P

Dziękuję Ci :*

Magda
Magda
6 lat temu

Kochana, nie wiem czy tak mogę mówić, ale chyba wiem co czujesz… Ja mam swoje 2 aniołki…moje kochane maluszki straciłam w 8 t.c… To były moje pierwsza i druga ciąża, wyczekane, wymarzone, wyproszone…to moje dzieci, których nigdy nie miałam szansy przytulić… Do dzisiaj nikt nie potrafi odpowiedzieć- dlatego???
Ale jest też dobra informacja…teraz mam dwoje dzieci przy sobie! Ciążę ze starszym synkiem znosiłam dość ciężko, z córeczką przebiegła bez żadnych komplikacji! Powodzenia… Nie można się poddawać!

Fizinka
Fizinka
6 lat temu
Reply to  Magda

Takie historie (innych mam) oraz pozytywna energia, dodają mi otuchy – dziękuję! :)

Małgorzata K
Małgorzata K
6 lat temu

ja dwa razy to przechodziłam. Pierwsze maleństwo straciłam w 2011roku a drugie w czerwcu tego roku. Rozumiem Cię dobrze

Marta
Marta
6 lat temu

Ja swoje pierwsze dziecko straciłam w 5 tc (trzy lata temu), był wielki ból psychiczny, fizycznego nie czułam, nic mnie nie bolało, nie miałam żadnych objawów. A teraz mam ukochana córeczkę, ciąża bez komplikacji, od początku rozwijała się prawidłowo. Mała ma w tej chwili dwa miesiące i kocham ja nad zycie!

Karolina Bylina
5 lat temu

Moge zapytac jak dlugo sie staraliscie? To bardzo przykre ale niestety czesto ciaza sie nie rozwija i zostaje na etapie pecherzyka. Wiele kobiet o tym nie wie bo organizm szybko sie oczyszcza. Pidstawiwym bledem moim zdabiem byl fakt ze lekarz od razu nie powiedzial ci ze nic z tego nie bedzie. W 6 tygodniu to juz powinno byc serce a przynajmniej plod. Mysle ze natura wie co robi. Bliska mi osoba stracila ciaze w 3 miesiacu. To dopiero bylo przykre ale mysle ze moze lepiej gdy dzieje sie tak jak sie dzieje niz gdyby dziecko mialo byc powaznie chore i… Czytaj więcej »

W roli mamy - wrolimamy.pl

Nie pamiętam teraz dokładnie, ale nie było to jakoś długo, wydaje mi się, że dość łatwo nam to przyszło. Za to na 3 ciążę musiałam trochę poczekać, bo dopiero po 2 latach udało mi się zajść – o czym wspominałam niedawno w tekście https://wrolimamy.pl/starania-o-dziecko/ . Aktualnie jestem w 23 tc i choć czuję się dobrze, nie obeszło się bez obaw i strachu, tym bardziej, że w 12 tc trafiłam z bardzo obfitym krwawieniem i silnymi skurczami do szpitala, ale na szczęście sytuację dało się opanować i w tej chwili zdaje się być wszystko w porządku. Co do lekarza w poprzedniej… Czytaj więcej »

Karolina Bylina
5 lat temu

Ale z tego co zrozumialam to byl pusty pecherzyk takze. Co innego jal sie czeka na zarodek co innego jak na serce. No ale najwazniejsze ze sie udalo :) Ja za pierwszym razem bylam zadowolona z lekarza ale teraz przy kolejnej ciazy trafilam na tak fokladnego lekarza ze poprzedni przy nim wuszedl blado. Teraz po porodzie moge pierwszy raz w ciemno polecic gina.

Ewa Gołębiewska
5 lat temu

Współczuję :( Ja straciłam dwie kruszynki w drugim trymestrze… I ten strach w kolejnych ciążach… Mam dwie córcie i jestem w 37 tygodniu i do samego porodu nie potrafię być spokojna. Ciąża jest dla mnie strasznym stresem

Karolina Bylina
5 lat temu

Rozumiem. Ja pomimo ze nie mialam takich przygod to tez cala druga ciaze aie stresowalam.

Martyna
Martyna
5 lat temu

Fizinka bardzo mi przykro… Gdybym w lutym nie straciła ciąży teraz bym była mamą po raz drugi… Wiem co to za ból… W maju zaszlam w ponowną ciążę, ale nie jest kolorowo. Każdego dnia tocze walke o życie mojej kruszynki, jak pisałam w innym poście wyszłam ze szpitaka opanowali sytuacje. Niestety na ostatniej wizycie okazalo2 się że moja szyjka jest krótka… Nadal muszę ciągle leżeć… Boję się każdego dnia, każdy najmniejszy ból sprawia że się okropnie boję… Trzymam za Ciebie kciuki na pewno w nie długim czasie się uda !. Trzymaj się Kochana.

Joanna Wendzonka
Joanna Wendzonka
4 lat temu

Czesc dziewczyny… Ja mam bliźniaczki 5 letnie i bardzo chcieliśmy kolejne dziecko. Od maja sie staraliśmy i nic. W lutym w końcu sie udało. Zrobiłam test wyszedł pozytywnie. Badanie krwi pozytywnie. Odrazu poszłam do lekarza. Przy badaniu stwierdził ze pęcherzyk jest bardzo malutki i mam przyjść za dwa tygodnie. Oszczedzalam sie i uwazalam na siebie. Po dwóch tygodnia kolejna wizyta. Lekarz zalozyl mi kartę ciąży wypisal skierowanie na wszystkie badania… Zbadal mnie,ginekologicznie i zrobil usg. Okazalo się ze nie ma echa serca. Ciaza obumarla ? ale dla 100% pewności mam przyjść za tydzień. Lezalam w domu. Po trzech dniach straszny… Czytaj więcej »

Fizinka
Fizinka
4 lat temu

Joasiu, bardzo mi przykro. Ale mocno (wirtualnie) Cię przytulam i trzymam kciuki, żebyś szybko mogła cieszyć się fasolką!
Będzie dobrze!

Maria Bartoszek
3 lat temu

U nas 7 września minęły dwa lata. Całe szczęście mamy dwójkę cudownych, zdrowych dzieci <3

Paulina Wilczyńska
3 lat temu

Karina

Karina Wałęsa
3 lat temu

?

Paulina Wilczyńska
3 lat temu

Rybciu,będzie dobrze. Modlę się o to <3

Paulina Wilczyńska
3 lat temu

Pamiętaj…Sanktuarium Matki Bożej Licheńskiej

Paulina Wilczyńska
3 lat temu

Ja straciłam dwa Aniołki
Jednego 9/10 tydz ciązy 12 lat temu i 11 lat temu w 20 tyg( nigdy nie zapomnę tych dni :'( )

Aleksandra Anna Greszczeszyn

Ja straciłam dziecko dokładnie w Dniu Dziecka Utraconego. Miną teraz dwa lata.

Ania Wachowicz
3 lat temu

Ja miałam termin właśnie na 15 pazdziernika i akurat to dziecko straciłam w 31 tc :(

Agata Solewicz
3 lat temu

To bardzo przykre zwłaszcza że ja właśnie tego dnia odchodzę swoje urodziny. Moje dzieci są że mną choć o oboje musiałam walczyć. Dziś jestem wygrana mamą ale mimo to łącze się w bólu z każdą mama której los odebrał ta możliwość.

Ania Wachowicz
3 lat temu

Super, że wkońcu zaczęło sie o tym pisać… Niestety dzien smutny. Każdy wie kiedy jest dzień psa, kota, przyjaźni itd. Są rozgłaszane przez stacje radiowe a o tym dniu ani słychać :( dzień ważny dla nas Mam po stracie, Aniołkowych Mam…
Mama 3 Aniołków
21.12.2009
29.08.2014
26.08.2017

Ania Dąbrowska
3 lat temu

U mnie 26.11 mina 2lata (taki „prezent”przed urodzinami).caly czas pamietam i ciagle boli tak samo :(

Sylwia Wnuk
3 lat temu

u mnie we wrześniu 5 i w marcu 3:'( nadal ciężko, nadal smutno, choć każdego dnia moje 2 skarby rozweselają każdą chwilę to i tak czasem nachodzi taka nostalgia

Ewelina Jońca
3 lat temu

Boli wciąż tak samo, ale żyć trzeba…

Karolina Surek
3 lat temu

Dziś.. :( najgorsze jest to, że były bliźniaki jednojajowe, z czego w 6 tygodniu jedno już miało mniejsze szanse na rozwoj, drugie walczyło, ale poddało się w 8/9 tyg, a ja się dowiedziałam w 11 dopiero.. nie do opisania jak człowiek się wtedy czuje. Ale mam nadzieje na lepsze jutro i wiem, ze po nowym roku będzie lepiej ❣️

Paulina Katarzyna Werner
Reply to  Karolina Surek

Przykro mi ?

Karolina Surek
3 lat temu
Reply to  Karolina Surek

Dziękuje kochana. Nic straconego, jest tylko żal i pytanie do tego u góry dlaczego??? Ale od stycznia nie odpuszczamy, będzie na pewno i już go nie puszczę nigdzie :)

Elżbieta Moroz
3 lat temu

Ja straciłam swoją córeczkę przy porodzie… urodziłam w piątek 13, spotkał mnie prawdziwy pech, a 13.05.2017 minęło już 6 lat… Oliwia jest cały czas w moim serduszku <3

Sylwia Surowska
3 lat temu

za tydzień minie 8 lat a w maju minęło 7 lat na szczęście mam córcie 6 letnią i synka 3 latka daję szczęście choć nie da się zapomnieć o tamtej dwójce

Małgosia Ostrowska
3 lat temu

Dokładnie 3 dni i 7 lat minęło od chwili kiedy utraciłam cząstkę siebie. Już nigdy nic nie będzie takie samo.

Desery 13 października 2013

Szarlotka – ciasto pachnące jesienią

Lubię, gdy po domu unosi się zapach ciasta, wtedy roztacza się od razu ciepła, rodzinna atmosfera. A jeśli pachnie jabłkami z cynamonem, to jest to dla mnie szczególny zapach – zapach jesieni.

Zawsze wydawało mi się, że szarlotka jest pracochłonnym i skomplikowanym ciastem. Mit ten obaliłam w zeszłym roku, kiedy to po raz pierwszy wzięłam się za własnoręczne upieczenie tego pysznego jabłkowego ciasta. Teraz, gdy znowu mam nieograniczony dostęp do jabłek w ogródku, często umilam domownikom i gościom popołudniowe chwile.

Przepisów na szarlotkę jest niezliczona ilość – ja wypracowałam taki, który wg mnie z jednej strony jest najprostszy w wykonaniu, z drugiej – najsmaczniejszy.

Jeśli kupujecie w sklepie jabłka z przeznaczeniem na szarlotkę, wybierzcie szarą renetę lub antonówkę. Ale jeżeli macie w domu jakiekolwiek inne jabłka, śmiało możecie je również wykorzystać do ciasta.

Składniki:

3 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 i 1/4 szklanki drobnego cukru
kostka masła (lub margaryny)
3 jajka
1 – 1,5 kg jabłek
cynamon
cukier puder

Wykonanie:

1. W misce łączę mąkę, masło, cukier (3/4 szklanki), żółtka, proszek do pieczenia i zagniatam dłońmi. Dobrze wyrobione ciasto zawijam w folię i wstawiam do lodówki. Wystarczy by w lodówce schłodziło się przez 30 minut, ja często zostawiam je dłużej.

2. Jabłka obieram ze skórki, wycinam gniazda nasienne i kroję w ósemki. Następnie lekko podsmażam dodając ½ szklanki cukru i cynamon.

3. Wyciągam ciasto z lodówki i dzielę na dwie połowy. We wszystkich przepisach z jakim się spotkałam – następny krok to rozwałkowanie ciasta. Ja nie używam wałka, tylko zwyczajnie kroję jedną część schłodzonego ciasta nożem i wykładam pokrojonymi kawałkami formę, a następnie palcami rozgniatam ciasto tak, aby wypełniło dokładnie całe dno.

4. Wykładam podsmażone jabłka, a na nie ubitą pianę z białek. Z drugiej części schłodzonego ciasta robię ostatnią warstwę szarlotki trąc je na grubych oczkach tarki.

5. Tak przygotowane ciasto wkładam do nagrzanego do 180 stopni piekarnika – i wyjmuję po ok 45 minutach, gdy ciasto z wierzchu wyraźnie się zrumieni.

Po ostudzeniu posypuję cukrem pudrem.

Polecam szarlotkę na ciepło z lodami waniliowymi. Smacznego!

DSC_4655

DSC_4657

DSC_4661

DSC_4667

Zdjęcia: Basia Heppa – Chudy

Subscribe
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Rachela
Rachela
6 lat temu

Droga koleżanko mam pytanie ile dokładnie oddajesz masła? Bo kostka masła ma 200g a kostka margaryny 250g. Jest to duża różnica przy kruchym cieście.

Basia
Basia
6 lat temu
Reply to  Rachela

Nigdy nie robiłam z margaryną – tylko wiem, że jest też taka opcja.

Polecam kostkę masła, czyli 200g.

Rachela
Rachela
6 lat temu
Reply to  Basia

Mi ciasto ładnie się zagniotło przy całej kostce margaryny, czyli 250 g.

sylwia
sylwia
4 lat temu

A podpiekasz spód? Z opisu to calowc odrazu.

Basia Heppa-Chudy
Basia Heppa-Chudy
4 lat temu
Reply to  sylwia

Piekę całość
(także w serniku na kruchym ;))
Pozdrawiam!

Teresa Pecka
Teresa Pecka
4 lat temu

wlasnie sie piecze ,ciekawe co wyjdzie ???

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close