Desery 18 listopada 2018

Przepis na ciasto z dwóch jajek

Dzieciaki często proszą mnie o ciasto. Czasem jest to trudno wykonalne, bo na przykład w lodówce pustki. I co tu zrobić. Podejrzewam, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji, dlatego dziś specjalnie dla Was przepis na ciasto z dwóch jajek.

Składniki:

  • 3 szklanki mąki
  • 4 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • 5 łyżek kakao
  • 1,5  szklanki cukru pudru
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady, lub 10 sztuk cukierków tofii
  • 2 szklanki mleka
  • 2 jajka
  • 2/3 szklanki oleju
  • aromat waniliowy, lub cukier wanilinowy

Przygotowanie:

  1. Suche składniki, czyli mąkę, kakao, proszek do pieczenia, cukier puder, cukier waniliowy dokładnie mieszam w jednej misce.
  2. Do drugiej miski daję mokre składniki, czyli mleko, jajka i olej i dokładnie mieszam za pomocą miksera.
  3. Do pierwszej miski z suchymi składnikami wlewam wymieszane mokre i za pomocą łopatki dokładnie mieszam. Nie zdziwcie się, że ciasto będzie bardzo gęste.
  4. Na koniec wrzucam czekoladę w kawałkach lub pokrojone cukierki toffi.
  5. Całość wykładam na prostokątną blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
  6. Ciasto piekę w temperaturze 200 C stopni około 30 minut.

Najlepiej podawać ciasto kiedy jest lekko ciepłe, wtedy zawarta w nim w czekolada i cukierki, w się rozpływają. Ciasto jest sycące. Jeśli chcecie go przechować na drugi dzień, warto go czymś przykryć by się nie wysuszyło.

P.S. Jakie dziś ciasto u Was? Podzielcie się przepisem, a ja chętnie podejmę się wyzwania!

Zdjęcia: Agnieszka

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
W szkole 16 listopada 2018

Dyskalkulia – problem nie tylko szkolny

Matematyka to, nie oszukujmy się, niezbyt lubiany przedmiot w szkole. U większości uczniów problemy biorą się z braku systematyczności i nawarstwiających się zaległości. Jednak coraz częściej pada hasło: dyskalkulia.

Dyskalkulia istnieje naprawdę, nie jest kolejnym „dys-wymysłem” dla niechętnych nauce dzieci. Jednak umówmy się, nie każde dziecko, które nie umie liczyć, jest dyskalkulikiem. Szacuje się, że jest nim maksymalnie co dwudziesty uczeń, czyli w klasie może być statycznie jeden, góra dwóch dyskalkulików. Zanim przypniemy dziecku taką łatkę i „odpuścimy” naukę matematyki, sprawdźmy, czym naprawdę jest dyskalkulia.

 

Dyskalkulia niejedno ma imię

Dyskalkulia operacyjna jest dokładnie tym, co mamy na myśli mówiąc o dyskalkulii. Objawia się wzmożonymi trudnościami w wykonywaniu prostych operacji matematycznych, w efekcie czego uczeń np. dodaje, zamiast odejmować, nie jest w stanie wykonać prostego działania w pamięci, liczy na palcach itp. Oczywiście nie wystarczy, by dziecko raz dodało, zamiast odjąć, żeby mówić o dyskalkulii. Pomyłki zdarzają się każdemu.

Dyskalkulia graficzna często idzie w parze z dysleksją i dysgrafią. Osoba cierpiąca na takie zaburzenie nie potrafi prawidłowo zapisywać dużych liczb, stosuje własne, niezgodne z jakimikolwiek zasadami, sposoby ich pisania. Problem na ogół zaczyna się przy liczbach trzycyfrowych i większych.

Dyskalkulia werbalna (słowna) objawia się trudnościami w nazywaniu liczb, używaniu liczebników, określaniu kolejności (od najmniejszego do największego lub odwrotnie), skojarzeniu symboli z odpowiednimi działaniami matematycznymi.

Dyskalkulia leksykalna objawia się trudnościami w odczytywaniu liczb i symboli matematycznych. Dziecko widzące znak „+” może uznać, że chodzi o odejmowanie.

Dyskalkulia wykonawcza wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z wykonywaniem działań matematycznych. Dzieci cierpiące na ten rodzaj zaburzenia nie potrafią prawidłowo korzystać z przedmiotów służących do nauki matematyki, np. patyczków. Dyskalkulik wykonawczy nie poradzi sobie z ułożeniem ich od najmniejszego do największego, określeniem, który jest grubszy, który cieńszy itp.

Dyskalkulia ideognostyczna objawia się trudnościami w rozumieniu zależności matematycznych. Czyli w praktyce – uczeń przepisze prawidłowo działania z tablicy, odczyta je i nazwie poprawnie, ale nie będzie w stanie przyswoić sobie prostej zależności, że w dziesiątce mieszczą się dwie piątki. Tacy uczniowie mają też problemy z określeniem zależności „o jeden mniejsze” lub „o jeden większe”.

 

Życiowe” skutki dyskalkulii

Zanim dojdziemy do wniosku, że nie każdy musi być wybitnym matematykiem (bo faktycznie nie musi) i odpuścimy dziecku naukę matematyki (bo przecież jest dyskalkulikiem), sprawdźmy, jakie są skutki dyskalkulii w życiu codziennym.

Do najczęściej spotykanych problemów wynikających właśnie z dyskalkulii zalicza się:

– problemy z prawidłowym odczytaniem rozkładu jazdy,

– problemy z odczytywaniem godziny na zegarze,

– problemy z gotowaniem (przepisy są naszpikowane liczbami!),

– problemy z zapamiętywaniem dat (można by zaryzykować, że co drugi mężczyzna to dyskalkulik :P )

– problemy z korzystaniem z karty płatniczej (trudność z zapamiętaniem i prawidłowym wprowadzeniem kodu PIN)

– problemy z płaceniem gotówką,

– problemy z orientacją przestrzenną.

 

Dyskalkulia – czy to się leczy?

Dyskalkulia ma podłoże genetyczne i nie można jej raz na zawsze wyeliminować. To, co można, to pomóc dziecku w pracy nad radzeniem sobie z nią. Podobnie jak dyslektyk zawsze będzie dyslektykiem, tak dyskalkulik zawsze będzie dyskalkulikiem. Co w praktyce oznacza, że musi pracować dwa razy więcej niż jego rówieśnicy, taki los.

Oprócz typowych zajęć reedukacyjnych, które są dziecku potrzebne, w terapii dyskalkulii wykorzystuje się inne metody, które przy odrobinie uporu można potraktować jako fajną zabawę:

– rysowanie bądź odwzorowywanie figur geometrycznych,

– pisanie jednocześnie prawą i lewą ręką,

– odnajdywanie ukrytych symboli matematycznych i liczb na obrazkach,

– rozwiązywanie rebusów,

– rozwiązywanie labiryntów,

– wykreślanki

i inne tego typu zabawy, które pozwolą dziecku, a w przyszłości dorosłej osobie, na swobodne funkcjonowanie w świecie.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Emocje 15 listopada 2018

O sztuce umierania w tym naszym “pięknym” kraju

Opowiem Wam dziś wzburzona, a nawet wściekła, o tym, jak wygląda organizacja pomocy dla umierającego człowieka w naszym pięknym kraju. Pewna osoba choruje na nowotwór, jest obecnie w fazie terminalnej, nie ma dla niej leczenia. Wypis ze szpitala nie pozostawił złudzeń…  Ponieważ chciałabym zachować godność tej osoby, pozwolę sobie pisać o Nim per “chory”, bez podawania personaliów.

“Chory” od pewnego czasu jest osobą niesamodzielną – jest leżący, nie jest w stanie sam zjeść, ubrać się, umyć. Nie wychodzi nawet do toalety, korzysta z pampersów. Żona owego człowieka jest podobnie jak on zaawansowana wiekowo i nie poradzi sobie fizycznie z mężem. Ów człowiek, ma jedną córkę, która pracując, pokonuje codziennie 100 km, by “ogarnąć” ojca. Lekarz prowadzący zasugerował zorganizowanie całodobowej opieki nad chorym.

Wskazania są, jakieś tam środki finansowe również, więc córka staje na rzęsach, by załatwić w tym naszym pięknym, aczkolwiek chorym kraju opiekę choremu. Od razu zaznaczę, że córka utrzymuje rodzinę i nie może zrezygnować z pracy. W tym przypadku nie wchodzi w rachubę zorganizowanie opieki pielęgniarki dochodzącej na godzinę, ponieważ musi to być opieka całodobowa. Córka pacjenta w każdej wolnej chwili jedzie wiele kilometrów, żeby móc ojca przewinąć, nakarmić, ale to jest niewystarczające. A co, gdy chory wypróżni się, gdy jej akurat nie ma, co z cewnikiem?

Co gorsze, sama nie ma warunków lokalowych, by zabrać ojca do siebie.

Potrzebna jest opieka całodobowa. I tu zaczynają się schody. Chory nie ma jeszcze założonej karty pacjenta onkologicznego, musi się zebrać w jego sprawie komisja, a więc do tego czasu pewne rzeczy są utrudnione.

W miejscu, gdzie pomoc w sprawie opieki hospicyjnej miała zostać udzielona, córka została skierowana do innego (w domyśle bardziej odpowiedniego) miejsca w Szczecinie. Jednak tam pokierowano ją jeszcze gdzie indziej. Tak więc z ulicy Szafera, skierowano kobietę na Zdroje, na ul. Batalionów Chłopskich, tylko po to, by się dowiedziała, że wspomniana placówka nie istnieje –  zamiast niej jest tam zakład medycyny, taka zwykła przechodnia, w której nikt nic nie wiedział. Z owej przychodni kierowano córkę pacjenta do Szczecina Dąbia, do MOPS, a tam kolejna niespodzianka, bo nie ma tam czegoś takiego jak MOPS, za to jest MOPR i w dodatku nie w tej lokalizacji, bo centrala jest gdzieś na prawobrzeżu. Po tym, jak dodzwoniono się do tego MOPRu, wiadomo, że oni się sprawami skierowania do hospicjum czy też domu opieki nie zajmują. Zaproponowano za to wykonanie serii kolejnych telefonów, jeszcze gdzie indziej, bo na Królowej Jadwigi, gdzie dopiero po kilku dniach kobieta dostała konkretne wskazówki.

Na ten moment nie wiem, czy i jak szybko uda się załatwić sprawę, ale ręce opadają. Tyle bieganiny, stos papierów, a w ich cieniu niknie człowiek.  Rzecz tak – wydawałoby się – prosta i podstawowa jak pomoc umierającemu człowiekowi, niezdolnemu do samodzielnego egzystowania jest tak bardzo utrudniona. Nikt nie chce tej pomocy za darmo, nikt nie rości sobie bez uzasadnienia do niej pretensji. Ale wytłumaczcie mi, jakim cudem nikt nic nie wie??? Jakim cudem od placówki do placówki odsyłają chorego, nie dając żadnych konkretnych odpowiedzi? Ile to potrwa? Aż ów człowiek najpierw umrze we własnych odchodach, i skończy się kłopot?  

Taka poniewierka jest dla mnie nie do pomyślenia. Gdzie tu ludzka godność, gdzie zwyczajna ludzka przyzwoitość? Doiło państwo podatki przez większość życia tego człowieka, ale co do czego przyszło, on na wiele od państwa nie może liczyć. Porażające…

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close