Emocje 26 listopada 2011

Rewolucja na życzenie

Żyjesz sobie spokojnie z dnia na dzień, planujesz wydatki miesięczne, żeby spokojnie zmieścić się w domowym budżecie i wygospodarować jakieś środki na tzw. czarną godzinę, aż tu nagle dostajesz wiadomość, która może całkowicie odmienić Twoje życie. Właśnie tak było w moim przypadku…

Pewnego słonecznego, letniego dnia rozmawiałam z siostrą przez Skype’a (mieszka od kilku lat w Dublinie) i przypadkowo z rozmowy wynikło, że u jej chłopaka w pracy są wakaty. Od słowa, do słowa okazało się, że to dokładnie to, czym zajmuje się obecnie mój mąż, tyle że płaca jakieś 4x wyższa od obecnej a znajomość języka wymagana w niewielkim stopniu. Pewnie nie zaprzątalibyśmy sobie tą informacją głowy, gdyby nie fakt, że nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, jak mamy zostawić naszego synka z kimś innym (czyt. Pani w żłobku, niania, mama lub teściowa) kiedy wrócę do pracy czyli całkiem niedługo bo w listopadzie. Żadna z dostępnych opcji nie była dla nas do przyjęcia, więc spędzało nam to sen z powiek. Niestety nie mogliśmy pozwolić sobie na zostanie w domu tak po prostu, bo przecież kredyt mieszkaniowy sam się nie spłaci… Możliwość dalszego wychowywania synka była dla mnie nie lada pokusą, dlatego podjęliśmy z mężem dyskusję na ten temat. No i się zaczęło… zastanawialiśmy się co zrobić, w głowach kłębiły się pytania, a żadne z nas nie potrafiło podjąć konkretnej decyzji. Przecież  taka decyzja odbije się potem na całym naszym życiu,  już nic nigdy nie będzie takie samo.

W końcu zmęczeni tym kołowrotkiem w głowach usiedliśmy i na spokojnie wypisaliśmy wszystkie za i przeciw, tabelka się powoli zapełniała, a my podświadomie czuliśmy, że sami szukamy jak najwięcej powodów na tak… Oczywistym stał się fakt, że chcemy zaryzykować, spróbować i wywrócić nasze życie do góry nogami… dla nas, dla naszej przyszłości i przede wszystkim dla naszego synka.

Kilka dni później wysłaliśmy siostrze potrzebne dokumenty, a ona złożyła je w firmie. Pozostało tylko czekać na zaproszenie na rozmowę rekrutacyjną i lecieć… “Tylko czekać” – to wydaje się takie proste… każdego dnia pytałam męża gdy wrócił z pracy: I jak? doskonale wiedział o co pytam i zawsze odpowiedź była taka sama: I nic…  Byliśmy już nastawieni na wyjazd i z niecierpliwością czekaliśmy na ten jeden ważny telefon, ale nikt nie dzwonił…

Trwało to kilka tygodni, w końcu pewnego czwartkowego popołudnia mąż zadzwonił, że w niedzielę musi lecieć, bo w poniedziałek ma rozmowę. Wszystko potoczyło się niezwykle szybko. Niby spodziewaliśmy się tego w każdej chwili, ale kiedy przyszło się pakować… trochę to nas przerosło… patrzyłam na męża i łzy same płynęły mi do oczu, bo wiedziałam, że przez kilka tygodni go nie zobaczę, nie przytulę się (oczywiście można zadzwonić, porozmawiać ale przecież to nie to samo). Było mi ciężko ale wiedziałam, że nie mogę się  tak rozklejać, bo Adiemu będzie jeszcze trudniej, on będzie odczuwał brak jeszcze bardziej… Niedziela nadeszła szybko i mąż odleciał… Było nam ciężko bo przez ponad trzy tygodnie byliśmy osobno – on tam z moją siostrą, ja tutaj sama z Adriankiem… Musiałam sobie sama z wszystkim poradzić, a czekało mnie nie lada wyzwanie – spakowanie wszystkiego co potrzebne nam do życia w nowym domu. Spakowanie rzeczy dla siebie było błahostką, o wiele trudniejsze okazało się przygotowanie wszystkiego co będzie potrzebne synkowi oraz pozostałych rzeczy, których znalazło się mnóstwo.  Te kilka tygodni  upłynęło mi głównie na pakowaniu kolejnych paczek i wysyłaniu do męża.

Nadszedł dzień wylotu. Chyba nie do końca docierało do mnie to wszystko co się dzieje. Drżącymi rękoma przekręcałam klucz w zamku… I wtedy zrozumiałam, że właśnie na swoje życzenie  wywracamy życie do góry nogami.

Od niedawna jesteśmy znów wszyscy razem! W Dublinie :) Układamy sobie życie na nowo, dostosowując się do nowej rzeczywistości. Czy było warto? Czas pokaże… ale na pewno nie będziemy żałować, bo to nasza dewiza życiowa – ryzykujemy i podejmujemy czasem szalone decyzje ale nigdy nie żałujemy.  Życie jest jedno i trzeba żyć chwilą… Po prostu Carpe Diem :)

Jak jest wasza życiowa dewiza? Czy dziecko coś zmieniło? Jesteście ostrożni czy odwrotnie żyjecie na tzw. krawędzi?  Jestem ciekawa jak postąpilibyście w podobnej sytuacji… A może byliście w podobnej?

7
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
divetteNatalia SmykowskaPaulina GarbieńAnnasrokoszMarysia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marysia
Gość
Marysia

Marzę o takiej szansie dla Nas… Masz rację mieszkaniowy kredyt ani sam się nie zaciągnął, ani sam się nie spłaci :/

Annasrokosz
Gość
Annasrokosz

Obecnie jestem w podobnej sytuacji… 5 lat temu wyjechaliśmy do Exeter – szansa dla męża by popracować jako farmaceuta w wielkiej firmie (cóż u nas już dawno nie szanuje się tego zawodu traktując go jako zwykłego sprzedawcę). Było super, ja w ciąży on nieco zestresowany nową pracą, ale co tam… tam się urodziła nasz Asia, było nam dobrze, aż do momentu kiedy zachorowała… miała wtedy 10 mc… OIOM, miesiąc w szpitalu, a potem wychodzimy do domu z dzieckiem – warzywko. Wszyscy stawali na głowie by nam pomóc, najlepsi lekarze próbowali postawić diagnozę. Byliśmy nawet w najlepszym dziecięcym szpitalu w Anglii…… Czytaj więcej »

Paulina Garbień
Gość

Życzę zatem by tworzenie własnego życia stało się wspaniałą przygodą i aby udało się je wykreować zgodnie z zamierzeniami :) trzymam mocno kciuki :)

Natalia Smykowska
Gość

My byliśmy w podobnej sytuacji. Choć kilka istotnych szczegółów się różni. Mianowicie…wyjechaliśmy dwa lata temu z dala od rodziny, znajomych, dotychczasowej pracy 400 kilometrów ale nie poza granice Polski…Mimo, że to ten sam kraj, są tu inni ludzie, inne obyczaje, inne życie! I przede wszystkim – wtedy nie mieliśmy dzieci! Więc gdy mąż dostał propozycję dużo lepszej pracy (czyt. lepiej płatnej), nie zastanawialiśmy się długo…dłużej rodzina próbowała nas od tego odwieźć. Ja zostawiłam pracę na pół etatu i jeszcze przez rok dojeżdżałam te 400 km na studia raz lub dwa razy w miesiącu. Mieliśmy zostać kilka miesięcy, gdybym nie znalazła… Czytaj więcej »

Paulina Garbień
Gość

przypomina mi sie cytat z pewnego polskiego filmu: „Pieniądze to nie wszystko ale wszystko bez pieniędzy to…” cóż aby zapewnić sobie i dzieciom spokojny byt nie da się żyć bez pieniędzy, nie zawsze godne życie jest możliwe tam gdzie mieszkamy i trzeba się przeprowadzić, ważne żeby być szczęśliwym :)

divette
Gość
divette

Trzymam kciuki za życie na obczyźnie

Zabawa 23 listopada 2011

Bawimy… Słuchamy…

Wiecie o czym ostatnio myślałam? Tak się zastanawiałam, czym się bawił Mozart jak był mały? No fakt, że długo mały nie był, bo szybko się okazał geniuszem i jeździł z koncertami czy chciał czy nie chciał, ale zanim się okazało to był zwykłym dzieckiem.  No więc czym bawiły się dzieci w tamtych czasach? Coś chyba musiało być na rzeczy, bo geniuszy rodziło się jakoś więcej.

 Pogrzebałam trochę w internecie i niestety informacji za dużo na ten temat nie ma, widocznie temat nieciekawy. Najbardziej intryguje mnie fajerka na kiju, niby wiem jak wygląda jedno i drugie, ale jak to połączyć żeby jechało, to nie wiem. Nie wiecie czasem? Poza tym nieśmiertelny garnek i drewniana łyżka, słusznie że drewniana, zawsze to mniej hałasu. Gliniane zabawki? Jak się czymś takim bawić? Dla dziewczynek pewnie szmacianki bo kogo było stać na porcelanową lalkę.  Jakoś niewiele te dzieci miały do wyboru, ciekawe czy chociaż ktoś im strugał klocki z drzewa?

A jednak i muzyków i malarzy i pisarzy jakoś  było więcej. Chociaż może nie, nie więcej, ale lepszych. Kiedyś napisanie książki to była ciężka i żmudna praca, dziś w dobie komputerów idzie lekko,  ale książki do tych sprzed kilkuset lat nie umywają się poziomem. Z muzyką podobnie, każdy może coś tam stworzyć i na YouTube wrzucić, ale jak to się ma do prawdziwej muzyki? Jak się dowiecie w czym rzecz to koniecznie dajcie znać, może zdążę zabrać dziecku co bardziej szkodliwe zabawki :))

Inną rzeczą, która mi się wydaje szkodliwa jest szkoła. Tak, tak, sami powiedzcie, czy Mozart miałby czas pisać genialną muzykę gdyby go ktoś do zerówki posłał? Wątpię. Beethoven, mój ulubieniec, zapewne zostałby sklasyfikowany jako tuman najwyższego gatunku, nigdy nie opanował tabliczki mnożenia, dacie wiarę? Dobrze że szkoła nie była obowiązkowa w tamtych czasach, dzięki temu mam całkiem niezłą kolekcję płyt z klasyką, miał kto dla mnie komponować.

Właściwie nie wiem od kiedy takiej muzyki słucham, nie pamiętam, chyba w liceum się zaczęło, a może na studiach? Tak czy inaczej dawno. Jak zaszłam w ciążę to też oczywiście słuchałam, niby dlaczego nie? Najczęściej mozartowskich koncertów na róg, jakoś dobrze robiły i mnie i dziecku, ale nie tylko. Duśce chyba w ogóle podobała się taka muzyka, bo ile razy w kościele usłyszała organy  tyle razy dostawałam rzetelnego kopniaka.

W domu podobnie, zawsze ruszała się  jak usłyszała muzykę, zresztą do tej pory to ma, “ tańcimy tańcimy tańcimy? “Jak miała chyba ze dwa miesiące dostała karuzelę nad łóżeczko. Dźwięk pozytywki wywołał gwałtowny atak płaczu, Mozart uspokoił. Uznałam, że podstawy dałam dziecku dobre :))

Ponieważ ustaliłam sama ze sobą już dawno, że moje dziecko jest genialne (przyznajcie się, też ustaliłyście?) kompletnie ignoruję fakt jej młodego wieku i rzucam od niechcenia uwagi typu: i pamiętaj skarbie nie nazywaj mi tego nigdy kankanem, to jest „Orfeusz w piekle” Offenbacha, a ściślej mówiąc „Piekielny galop”. Optymistycznie robię założenie, że zapamięta, niby dlaczego mam jej przypisywać sklerozę?

Klasyka klasyką, czasem mam ochotę na co innego, niedawno włączyłam RMF PRL, tak tak, taka stara jestem, pamiętam tamte czasy i tamtą muzykę, końcówkę co prawda ale pamiętam. Duśka nie pamięta i chyba jej to nie bawi, wytrzymała półtorej piosenki, powtarzane w kółko retoryczne pytanie Danuty Rinn „gdzie ci mężczyźni?” chyba ją całkowicie zdegustowało bo stanowczym głosem oświadczyła: łącimy muzika klacićna!

Co miałam zrobić, włączyłam :))

A przy czym bawią się  i czego słuchają wasze dzieci?

7
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Magdalena446
Gość
Magdalena446

Dla mnie telewizja może nie istnieć, natomiast bez muzyki nie wyobrażam sobie świata. U nas w domu muzyka towarzyszy nam przez cały czas. Słuchamy różnych gatunków, wykonawców lubimy różnorodność. Często sobie śpiewamy razem z radiem;-) Mam nadzieję, że Majce zaszczepimy miłość do muzyki. A do zasypiania nie słuchamy kołysanek. Już w brzuszku Mała słuchała relaksacyjnej chińskiej muzyki medytacyjnej i teraz każdy wieczór z nią spędza. A czy to rozwinie w niej geniusza…??? To się okaże;-)

Baby_55
Gość
Baby_55

my oglądamy w tv głównie wiadomości wieczorne, ale czasem w ciagu dnia oglądamy też telewizję dla dzieci, dopołudnia często oglądamy Pana Robótke, który z niczego potrafi zrobic całkiem fajne rzeczy :) to głównie po to żeby potem móc organizować fajnie czas synkowi :) np. jak z kartki papieru i papierowego talerza zrobić coś fajnego do zabawy? albo jak zrobić ruchomy rysunek? tego wszystkiego można dowiedzieć się od Pana Robótki :) poza tym słuchamy muzyki głównie w radiu, czasem z komputera, nie lubię ciszy i dlatego u nas zawsze cos musi byc w tle ;)

tapa tika
Gość
tapa tika

Nie da się ukryć, że jeszcze 150 lat temu świat, a przede wszystkim mieli inne podejście do dzieciństwa, a tym samym także do zabawek. To dopiero wiek XX został ogłoszony „stuleciem dziecka” i postawił dzieciństwo w centrum zainteresowania, wcześniej dziecko nie było pełnowartościową istotą, a jedynie „niekompletnym dorosłym”, kimś kto jest w drodze do dorosłości. Czy rodziło się wtedy więcej ludzi wybitnych o genialnych umysłach? Nie wiem. Na pewno jednak dzieciństwo, w którym mały człowiek nie był bombardowany ogromną ilością bodźców, nie miał tylu przedmiotów adresowanych do niego, sprzyjało rozwijaniu jego kreatywności, wyobraźni i otwartego umysłu. Stąd może geniusz Mozarta?… Czytaj więcej »

Fizinka
Gość
Fizinka

A moje dziecko chyba najbardziej lubi słuchać…. MAMY!! :P :) Zawsze się chichra jak zaczynam śpiewać :) A jak poproszę go jeszcze do tańca to już w ogóle mamy niezły ubaw :)
I mimo iż Tatuś uważa że talentu wokalnego to ja nie mam (zupełnie nie wiem czemu tak twierdzi?!? ;P ) – nie zamierzam rezygnować ze swoich domowych koncertów! :)

Magda Kupis
Gość

Kiedy mama z córką się bawi to sama jej śpiewa, ale jak tylko tata pojawia się na horyzoncie to nie tylko leci głośna muzyka, ale i razem tańcują :)

Karolinamagda
Gość
Karolinamagda

Ukochane nie ma mnie i chowanie za czym kolwiek. Bujanie na huśtawce drewnianej montowanej we famudze drzwi. Co do muzyki mamy muzykę relaksacyjną, szum wody, strumyka śpiew ptaków i to puszczamy dziecku od urodzenia :)

Ciąża 20 listopada 2011

Prezent (nie)urodzinowy

Od kilku dni czujesz się inaczej. Wiesz,  że coś się zmieniło. Liczysz, przeliczasz „ta” data już minęła a @ się nie pojawiła. Kupujesz test, chwila niepewności, podekscytowania i … widzisz II grube kreski. Szok, zaskoczenie, wielka radość. Wszelkie możliwe, i niejednokrotnie skrajne, uczucia kłębią się w Tobie. Po chwili, kiedy organizm dochodzi do siebie, zastanawiasz się jak ogłosić tę wiadomość partnerowi. A może już dawno wymyśliłaś scenariusz tej chwili?

Ze mną było jak we wstępie. Instynktownie czułam, że coś się zmieniło. Mimo, że nie do końca dopuszczałam taką myśl do siebie, a może nie chciałam zapeszać, czułam że ktoś zamieszkał pod moim sercem.  I tak mijały kolejne dni, burza myśli w głowie, przypuszczenia i marzenia. Mimo, że byłam jeszcze przed terminem spodziewanej @, w końcu zdecydowałam się na kupno testu.

Mąż akurat odsypiał nocną zmianę. Zrobiłam … zobaczyłam jedną kreskę i po chwili … cień tej drugiej. Serce zaczęło mi łomotać. Pierwszą rzeczą którą zrobiłam, to zasiadłam do komputera i w wyszukiwarkę wpisałam – test ciążowy cień II kreski czy coś w tym stylu. Bo chyba nie do końca uwierzyłam w to co zobaczyłam. A tam, fora i wypowiedzi dziewczyn potwierdzające, że to może być oznaka ciąży, zdjęcia podobnych wyników do mojego itp.

Przez cały dzień miałam motyle w brzuchu, ale nie pisnęłam nic mężowi, mimo iż tego dnia miał urodziny. W prezencie dostał tylko zestaw śrubokrętów ;-) Bałam się mu pokazać test, żeby nie zapeszyć, a może żeby się nie rozczarować.

Na drugi dzień, po mojej nocnej zmianie, z samego rana, pojechałam na badanie krwi, w kierunku Beta HCG. Mężowi powiedziałam, że coś się ostatnio dziwnie czuję i chcę zrobić sobie badania. A że akurat wybieraliśmy się na krótki wypad na ryby – mąż jest zapalonym karpiarzem (nie mylić z wędkarzem, bo to kolosalna różnica;-)), po wyniki wstąpiliśmy po drodze. Odebrałam wynik i bałam się otworzyć kopertę. Wsiadłam do auta … patrzę … i … Beta HCG 241!!!!! Zerknęłam na przedziały normy, chociaż już doskonale wiedziałam co taki wynik oznacza.

Ruszyliśmy i pytam się męża jak bardzo mnie kocha, on na to, że najbardziej na świecie. Na co ja, że go kocham bardziej bo … podwójnie (ten tekst miałam już wcześniej zaplanowany ;-)) W pierwszej chwili nie zrozumiał, ale moja mina, mój uśmiech i iskierki w oczach pozwoliły mu się domyślić. Mimo to powtórzyłam, że kocham go bardziej, bo podwójnie i że jestem w ciąży. Nacisnął na hamulec, zatrzymał samochód na środku drogi i przytulił mnie bardzo, bardzo mocno. Teraz i on miał te iskierki w oczach ;-) I tak w trójkę pojechaliśmy na urlopik. Całe szczęście, że akurat droga była pusta ;-)))

Może moja historia zachęci Was do zastanowienia się i przypomnienia, jak Wy poinformowałyście przyszłych tatusiów o ich nowej roli. A może jacyś tatusiowie napiszą nam jak się dowiedzieli o tym ważnym wydarzeniu. Zachęcam do podzielenia się z nami Waszym pomysłami. Może posłużą innym i będą inspiracją dla przyszłych mamuś i tatusiów.

24
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Baby_55
Gość
Baby_55

ja po prostu pokazałam mężowi test, byliśmy oboje w szoku, bo długo staralismy się i kiedy nic nie wychodziło zdecydowalismy, ze odpuszczamy i nie będziemy sie starać i nagle, wynik tych „niestarań” raczkuje po pokoju i wspina się gdzie tylko może ;) nie zapomnę nigdy wyrazu twarzy męża obawa, radość i podekscytowanie…

Natalia Smykowska
Gość

Wzruszyłam się i przypomniałam „naszą” chwilę :) ciąża planowana, ale przez trzy miesiące była zawsze 1 kreska. Gdy zrobiłam TEN test i wyszły 2 kreski a było wcześnie rano i mąż jeszcze spał, pobiegłam go obudzić i choć nie mogłam nic powiedzieć z podekscytowania, pokazałam mu test – zapytał co to oznacza :P powiedziałam co i jak i potem długi czas musiałam leżeć w jego objęciach i uspokajać oddech, bo tak się przejęłam! Oboje wiedzieliśmy, że wszystko będzie dobrze!
Mało oryginalne, ale nie potrafiłam poczekać na bardziej odpowiedni moment :)

Mrhepik
Gość
Mrhepik

Po prezencie urodzinowym w postaci śrubokrętów ,byłbym sceptyczny…chyba,że to był super wypasiony zestaw ;)

Magdalena446
Gość
Magdalena446

Tu akurat mąż miał farta, bo całość była wypasiona;-) Nie były to same śrubokręty, ale rewelacyjny zestaw, na temat którego nie będę się rozpisywać. A w tekście nie on stanowi meritum sprawy, więc maksymalnie skróciłam jego określenie.

Mrhepik
Gość
Mrhepik

Ja sie dowiedziałem w siedemdziesiątym ósmym ubiegłego wieku ;)
Raczej wtedy nie było testów ciążowych ,a juz na bank nie było wtedy wypasionych zestawów śrubokrętów.
Może sie załapię na taki zestaw w 33 rocznicę ślubu? ;)

Magdalena446
Gość
Magdalena446

Takie wiadomości nie znają granicy czasu, przynoszą radość i szczęście. No to trzymam kciuki, oby taki zestawik trafił w Pana ręce;-) Trzeba coś żonie szepnąć)) A swoją drogą gratuluję pięknej rocznicy.

Mrhepik
Gość
Mrhepik

Wtedy byliśmy 3 miesiące po maturze(po LO) czyli ani przyszłej małżonce ,by ten zestaw nie przyszedł do głowy(nawet gdy by był na rynku),ani ja bym nie wiedział, po co mi on ;)
Reasumując tragedii nie było ,zwłaszcza patrząc z perspektywy lat minionych.

Magdalena446
Gość
Magdalena446

No zdecydowanie nie można tu mówić o tragedii. Został Pan ojcem, teraz 33 razem z małżonką. Wszystko dobrze się ułożyło, mimo młodego wieku.

Agnieszka Jelinek
Gość

piękna historia :) Ja miałam przygotowany w mojej główce plan, kolacja, buciki, itp. Jednak kiedy przyszło co do czego to nie mogłam czekać, by podzielić się tą informacją z całym światem :). Akurat mój M był na wyjeździe, więc wysłałam mu zdjęcie sms, a po chwili zadzwoniłam :) marzyłam, żeby zobaczyć jego reakcję – ale Jego głos mi wystarczył- był dumny :)

Magdalena446
Gość
Magdalena446

Ja opcję z bucikami miałam przygotowaną dla babć i dziadków. Chciałam kupić parę niebieskich i różowych. Każda rodzinka dostała by wymieszany komplet – jeden różowy, drugi niebieski. Ale w praktyce wyszło tak, że trzeba było powiedzieć w pracy, a lepiej żeby dziadkowie dowiedzieli się od nas, niż od osób trzecich. I skończyło się na telefonie:-(

Sylwia
Gość
Sylwia

Po pracy zrobiłam test wyszły 2 kreseczki, mąz jeszcze był w u siebie pracy. Poszłam do sklepu i kupiłam chłopięce skarpetki brązowe w paseczki miałam p rzeczucie że synek będzie :P) Wiedziałam że jak mąż wróci do domku to usiądzie przy komputerze wiec połozyłam je na klawiaturę. Szczęsliwy Test zapakowałam i położyłam w łazience. „Spostrzegawczy” maż nie zwuważył testu w łazience, wieć jeszcze czekałuy skarpetki :) Niespieczyło mu się jedna k do komputera. Pod jakimś tam pretekstem zmusiłam go by zasiadł. Odsunał pólke z klawiatura a tam… maluske skarpeteczki, spojrzał na mnie pytającym wzrokiem i powiedział czy… to co myślę.… Czytaj więcej »

mankowa
Gość
mankowa

:)))) wlasnie kroi mi sie usmiech na twarzy gdy przypomne jak to bylo ze mna. My staralismy sie 1,5 roku, @ pojawial sie co miesiac nie regularnie mimo tego testu nie uzylam az do tamtego dnia. 1,5 roku wyczekiwania spowodowalo,ze stracilam nadzieje i totalnie odpuscilam i wtedy wlasnie zdarzyl sie cud. Bylam w ciazy nie wiedzac o tym. Pamietam,ze mialam ogromny pociag do alkoholu jak nigdy przedtem, albo ogormny apetyt albo wcale ale nie przyszlo mi do glowy ze moge byc w ciazy. Mialam taki zastrzyk energii. Robilam porzadki wokol domu wazac taczki z kamieniami, ech jak pomysle, jak bardzo… Czytaj więcej »

Magda
Gość
Magda

Madziu śietna wiadomość. Czytając cieszyłam się razem z Tobą (z Wami). Zmusiłaś mnie do wspomnień. U mnie było podobnie jak u Ciebie. Minowicie miałam przeczucie, które towarzyszyło mi jakiś tydzień. Każdego dnia chciałam kupić test, ale miałam obawy. Towarzyszyły mi motyle w brzuchu, ekscytacja…ale ciągle testu nie kupowałam. Wkońcu nie wytrzymałam, zrobiłam test…bardzo się zawiodłam, gdyż kreseczka nie pojawiła się od razu. Zostawiłam test w łazience, poszłam zrobić sobie śniadanie. Jeszcze jeden rzut okiem na test, ale on milczał nadal…ehhh no cóż…do kosza….i nad koszem, w innym świetle patrzę, a tam cień drugiej kreseczki :D Ależ byłam szczęśliwa! Mężowi nic… Czytaj więcej »

Fizinka
Gość
Fizinka

Ja miałam plan jak przekazać tą cudowną wiadomość mężowi ale „niestety” mężuś nie dał mi szansy by zrobić to tak jak chciałam :P Pamiętam ten poranek w lipcowy czwartek ;) kiedy zrobiłam test i ujrzałam w końcu dwie kreski! :) Cały dzień chodziłam zakręcona :) Nie chciałam mówić tego samego dnia mężowi o pozytywnym wyniku bo bałam się że to „błąd” i miałam zamiar powtórzyć test następnego dnia. Jednak kiedy mąż wrócił z pracy,pierwszym jego wypowiedzianym zdaniem było -” Kupiłem test,może jutro zrobisz?” Na co ja szeroko się uśmiechnęłam :) i powiedziałam że -już zrobiłam :) Mąż zapytał -„No i… Czytaj więcej »

Paulina2209
Gość
Paulina2209

mi wiadomość że jestem w ciąży przekazał mąż:) po 3 latach starań gdy znów okres spóźniał się 3 miesiące ja nic sobie z tego nie robiłam zawsze tak bylo. mąż kupił w aptece test i „zmusił” mnie do zrobienia. usiadłam na kibelku zrobiłam test dałam mu i wyszłam. za 5 minut mąż mówi do mnie: kochanie jesteśmy w ciąży. na dowód zrobiliśmy drugi i wizyta u lekarza: tak jest pani w 9tc

Magdalena446
Gość
Magdalena446

Fantastycznie czyta się Wasze opowieści;-)) Dziękuję za każdą jedną, bo uśmiech sam ciśnie mi się na buźkę;-)

Madzia_857
Gość
Madzia_857

U nas również miała być niespodzianka dla męża z uroczystą kolacją, bucikiem, kiedy tylko się dowiem ale oczywiście wyszło inaczej. Pamiętam jak robiłam swój pierwszy test ciążowy po miesiącu starań o dzidziusia. Byłam pewna, że jestem w ciąży-okres się spóźniał aż jeden dzień :), miałam swoje zachcianki :) i tak bardzo pragnęłam mieć dziecko. Byłam niestety sama w domku kiedy go zrobiłam i wcale nie było kolorowo bo zamiast dwóch kresek ujrzałam jedną. Rozpacz była okropna. Mąż w pracy, telefony od niego „pocieszające”, że przecież dopiero zaczęliśmy się starać, że jeszcze troszkę cierpliwości a się uda, wcale mnie nie postawiły… Czytaj więcej »

Magda Kupis
Gość

Jak to się stało, że zobaczyłam II kreski na teście opisałam tutaj: https://wrolimamy.pl/2011/09/05/mama-pcos/ , ale napiszę jak ja sobie wcześniej „wymarzyłam” obwieszczenie tej wiadomości (a miałam kilka scenariuszy ;)): dawno, dawno kupiłam małe, śliczne butki, chciałam je ze sobą zabrać, ładnie zapakować i wręczyć prezent na kolacji umówionej na mieście. Ale oczywiście było inaczej. Napisałam sms czy jesteśmy gotowi (jakby coś to teraz miało zmienić ;))- wiadomość zwrotna z potwierdzenie ;). Kiedy Tatuś wrócił z pracy, poszedł się wykąpać, a ja chodziłam od ściany do ściany i nie wiedziałam co ze sobą począć. Zrobiłam mu golonkę na obiad i kiedy… Czytaj więcej »

Karolinamagda
Gość
Karolinamagda

My staraliśmy się trzy miesiące ale ja byłam przekonana że się nam tak szybko nie uda. Myślę sobie ja stresująca praca jak cholera mąż również zapracowany na maxa „Jak takich dwoje zabieganych może zostać rodzicami?” To sie nie uda tak łatwo tak myślałam. Akurat zrobiliśmy sobie kilkudniowy wypad do spa (długo wyczekiwany). Ja podziębiona łykałam aspirynę i inne świństwa i czekałam na @. Nie przyszła na czas ale łączyłam to z przeziębieniem itd. Następnego dnia rano w spa podczas śniadania zrobiło mi się słabo – myślałam że zemdleję więc szybko wyszliśmy. Nadal nic nie podejrzewałam. I tak żyłam w nieśwaidomości… Czytaj więcej »

Paulina Korpus
Gość

My staraliśmy się o dzidziusia 3 miesiące. W pamiętnym miesiącu przeczuwałam że może się udało, ale bałam się rozczarowań tak jak było poprzednimi miesiącami… Nie mówiąc nic mężowi (bo inaczej musiałby być przy teście) zrobiłam test jak tylko wyszedł z pokoju. Spojrzałam na test I kreska i nie pojawia się druga, byłam zdziwiona i zrobiło mi się smutno że jeszcze nie teraz. Mimo to test schowałam do kieszeni i poszłam zrobić sobie herbatę. Potem poszłam do komputera i zerknęłam jeszcze raz na test a tam II jasna kreska! Moja radość nie do opisania! Lekarz powiedział mi że mogę mieć problemy… Czytaj więcej »

Iza Kasparek
Gość

bede mało oryginalna. zanim pojawiły sie 2 kreski kilka testów zrobiłam. o każdym mąż wiedział.kiedy pojawiły sie 2 kreski po prostu pokazałam test i sie przytuliłam. mąż nie był jakoś specjalnie zaskoczony przeczuwał tak jak i ja;) najlepsze jednak były miny teściów jak powiedzieliśmy że będzie nas więcej ;D

Ania Stanczak
Gość

o matko łzy mi poleciały :P a u mnei było na odwrót… mąż przyjechał pomnie jak wracałam od rodziców czekał z kwiatami a ja zdziwiona ale z jakiej to okazji..? a on no jakto z jakiej? no będziesz mamusią uśmiechnełam się i pojechalismy do domu nie chciałam robić testu bo nie wierzyłam że już… ale kupiliśmy po paru dniach nic nie wyszło… za 2 dni znowu zrobiłam ale rano wczesniej robiłam w ciagu dnia i od razu wielkie 2 czerwone kreski! on oczywiście pierwszy oglądał ;) poszłam do lekarza i byłam już w 7 tygodniu ;))

Gosia
Gość
Gosia

U nas było inaczej bo nie mieszkaliśmy wtedy razem .. Chcieliśmy dziecka , a wiadomo skąd ono się bierze ;) jeszcze tego samego dnia wróciłam do domu no i zaczęły się wymioty .. Myślałam że to przez podróż autobusem ponieważ mam chorobę lokomocyjną .. no ale na drugi i trzeci dzień było to samo .. w końcu przyjaciółka namówiła mnie na test .. zrobiłam go no i pojawiły się dwie kreseczki :) mąż , a wtedy jeszcze chłopak , nie dowiedział się od razu , nie chciałam mu mówić przez telefon , a ze względu na jego pracę wtedy nie… Czytaj więcej »

Gosia
Gość
Gosia

a zapomniałam dodać że mąż do tej pory nosi test w portfelu ;)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close