Rozpieszczanie kontra wychowanie


Moja ciąża była zagrożona, więc większość tego cudownego okresu spędziłam w domu, na łóżku. Zgłębiałam wiedzę tajemną, zawartą w rozmaitych poradnikach dla przyszłych rodziców, przeglądałam strony internetowe w poszukiwaniu cennych porad i wymieniałam informacje z forumowymi koleżankami, które jak ja oczekiwały maluszka w kwietniu. W głowie wyobrażałam sobie jak to będzie wyglądało: Synek śpi w swojej kołysce, budzi się w nocy na jedzonko, karmię go i odkładam do kołyski, a on zasypia. W dzień zasypia sam w kołysce, a Ja chwale się wszystkim, że wcale nie trzeba nosić dziecka na rękach, bo potrafi samo się sobą zająć. Dzięki temu pod koniec ciąży wiedziałam już, że moje dziecko będzie ułożone i dobrze wychowane.

O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się kiedy na moim brzuchu położyli tę małą bezbronną istotkę, która natychmiast wtuliła się mocno i przestała płakać. Zrozumiałam w jednej chwili, że cała wiedza którą posiadłam na nic mi się nie przyda, że najważniejsze dla tego maluszka jest przytulić się do Mamy i czuć jej bliskość. Dotarło do mnie, że ja też potrzebuję Go przytulać do siebie, że nie potrafię tak po prostu położyć go do kołyski i spać osobno. Problemem stało się, jak to powiedzieć mężowi… Tylko, że ten problem sam się rozwiązał, bo mąż poczuł to samo :) Postanowione więc, synek śpi z nami :) Ustaliliśmy, że jak skończy 3 miesiące wraca powoli do siebie.

Całymi dniami siedziałam blisko niego, przytulałam, usypiałam i nosiłam na rękach. Rozpieszczaliśmy go na całego i mieliśmy w nosie co sobie inni o tym pomyślą. Każdy nam powtarzał, ze jak dorośnie to będziemy mieć problem, bo będzie chciał być cały czas na rękach. Tylko, że do nas to nie przemawiało, chcieliśmy się cieszyć naszym dzieckiem i robiliśmy to co nam podpowiadał instynkt.

Po 3 miesiącach, zmieniliśmy termin powrotu do kołyski na 4 miesiące – przecież jeszcze był taki malutki i bezbronny… W międzyczasie zamieniliśmy kołyskę na łóżeczko, żeby nauczył się spania od razu w łóżeczku. Nadszedł ten moment, więc zaczęliśmy naukę. Pierwszy dzień i sukces, młody zasnął u siebie. W nocy, konsekwentnie po każdym karmieniu, odkładałam go do łóżeczka, tak było przez 3 kolejne dni. Piątej nocy byłam bardzo zmęczona i wzięłam młodego do siebie, żeby spał przy piersi, bo nie chciało mi się co chwilę wstawać. Rano stwierdziłam, że pierwszy raz od kilku dni nasz synek obudził się zaledwie 2 razy przez całą noc. To był dla mnie znak, że na naukę samodzielności i wychowywanie dziecka, będzie czas później, teraz jest czas na przytulanie, noszenie na rękach i rozpieszczanie.

Oczywiście całkowity powrót do naszego łóżka nie był możliwy, bo młody wieczorami strasznie się kręcił, więc dla jego bezpieczeństwa, wieczorem odkładałam go po zaśnięciu do łóżeczka a jak zaczynał się budzić na jedzonko, zabierałam go do siebie i do rana spał już z nami.

Noszenie na rękach zaczęło być coraz trudniejsze, bo Adi szybko rósł, a poza tym spacery stały się coraz trudniejsze, bo nasz ciekawski synek chciał wszystko widzieć, a na leżąco mógł podziwiać tylko chmury na niebie, które zaczęły mu się nudzić. Tutaj z pomocą przyszła nam chusta. Pakowaliśmy młodego do chusty i tak chodziliśmy na spacery. Kiedy w domu był marudny wiązaliśmy się w chustę – on zasypiał a ja mogłam spokojnie poprasować i nadrobić zaległości w domowych obowiązkach.

Teraz kiedy za kilka dni Adi kończy 9 miesięcy, wiem, że postąpiliśmy słusznie. Widać, że jest wesołym i szczęśliwym dzieckiem. Uśmiecha się do nas całymi dniami :) Nie musimy go już tak często nosić na rękach, bo potrafi sam się bawić, raczkuje, zaczyna powoli chodzić sam a spacery odbywają się z powrotem w wózku, tylko teraz już w spacerówce w pozycji siedzącej. Z chusty oczywiście nadal korzystamy ale teraz dla przyjemności i wygody a nie z musu. Ze snem też nie ma problemu, wieczorem, odkładam go na łóżko odwraca się i zasypia. Wszyscy troje jesteśmy szczęśliwi, a ja już wiem, że poradniki są do czytania, za to dzieci do kochania i rozpieszczania i wbrew niektórym opiniom, nie ma uniwersalnych porad, które pasują do każdego dziecka. Może u niektórych to się sprawdza, ale nie u nas.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Kiedy byłam w ciąży, również czytałam wiele poradników i złotych recept dotyczących wychowywania dziecka. I tak jak Ty miałam o tym pewne wyobrażenie…. jednak kiedy Jaś przyszedł na świat okazało się że moje wyobrażenie ni jak się ma do Naszych uczuć i potrzeb :)
    Postanowiłam więc zdać się na swój instynkt – nosiłam syna, przytulałam, całowałam – kiedy tylko chciał! Zawsze reagowałam na płacz. Nigdy nie zostawiałam go samego, “żeby się wypłakał ” bo uważałam to za barbarzyństwo! Ten maleńki człowieczek został wyrwany ze swojego małego,cieplutkiego domku jakim był mój brzuszek. Pojawił się w wielkim i głośnym świecie. Niewiele widział, nic nie rozumiał, nie wiedział gdzie jest… więc jak można zostawić takiego człowieczka samego??? Przerażonego??? Smutnego?? Kiedy dzidziuś płacze trzeba go wziąć, przytulić do piersi i powiedzieć do uszka, że mama jest obok!! I że go nie zostawi!! Dziecko musi czuć naszą obecność by się nie bać i przyzwyczaić do nowej sytuacji.
    Dziś mój syn ma skończone 10 miesięcy i nie mam z nim żadnych problemów – w ciągu dnia potrafi się zająć sobą, sam się bawi, sam szuka rozrywek :) nikogo się nie boi, jest bardzo towarzyski :) nie płacze kiedy zostanie sam w pokoju :) nie trzeba go nosić 24h/dobę :)
    Noo ogółem mówiąc – mam zdrowe i szczęśliwe dziecko!! :)

  2. Paulinko! Opisałaś moje macierzyństwo! :) U nas również z pomocą dla kręgosłupa przyszła chusta :) a i teraz po prawie 10 miesiącach nie potrafię sobie odmówić częstego przytulania mojego szkraba :) choć śpi sam w łóżeczku – czasem w środku nocy coś nie pozwala mu zasnąć, więc biorę go do siebie i smacznie śpimy razem :)
    p.s. Jeżeli nie teraz to kiedy będę go mogła przytulać?! Jak będzie nastolatkiem czy dorosłym mężczyzną? TERAZ jest nasz czas :)

    1. otóżto przytulajmy nasze szkraby póki tego chcą bo potem powiedza nam: Mamo nie rób mi obciachu ;)

  3. Gdy urodziłam Michasie była cudownym grzecznym dzieckiem. Było dużo przytulania i noszenia w chuście. Gdy pojawiły się kolki miała problemy z zasypianiem. Mąż usypiał ją na rękach bo tak czuła się bezpieczniej i łatwiej było jej usnąć. Później jej tak zostało, ale już bez kołysania. Siedząc na kanapie karmiłam ją butelką a ona usypiała w moich ramionach. Odłożona do łóżeczka z kilkoma przerwami na picie spała do rana. Gdy miała 1,5 roku pojawiły się inne problemy, które zrywały ją w nocy. W swoim łóżeczku spała zazwyczaj do północy do pierwszej w nocy. Później brałam ją do nas i wtulona w moje włosy spała juz do rana. A nawet jak się zrywała to byłam blisko i łatwo mogłam ją uspokoić. Teraz Michasia ma prawie 2 lata, nadal w środku nocy przychodzi lub jest brana do nas. Ale nie uważam, że nasza bliskość na tym cierpi. Kładziemy się wcześniej, gdy Misa jest u siebie mamy czas na przytulanie, bliskość i rozmowy. Lada moment Michalinka będzie miała swój pokoik. Nowe duże łóżko z barierkami i możliwością wyjścia :) Pewnie troche potrwa oswajanie jej z nowym miejscem i spaniem samodzielnie, ale jesteśmy na to gotowi. Kochamy bardzo swoje dziecko i wkładamy całych siebie żeby wychowywać ja w miłości i poczuciu bliskości i bezpieczeństwa

  4. Tulić, całować, ściskać, gilgotać, nosić…. oj mozna wymieniać w nieskończoność :D Kiedy?? TERAZ bo kiedy będzie na to czas, jak dziecko podrośnie?? Od małego trzeba pokazywać maluszkowi jak okazuje się miłość. Kubuś jest ściskany, tulony…. tyle razy ile się da. Widzi wzajemne okazywanie sobie czułości pomiędzy rodzcami. Sam w czasie zabawy nie raz się odrywa i podchodzi przytulić się do rodziców. Przytuli mnie i pędem do taty, od taty do mamy i tak z kilka razy :D Jest towarzyskim, radosnym i nie bojącym się obcych małym odkrywcą.

  5. hehe jakbym czytała o sobie :) moja ciąża też była zagrożona i mały po powrocie do domu też spał z Nami :) do dziś czasem ląduje w Naszym łóżku..jest od samego początku przytulany i całowany najwięcej jak się da:) a jak płaczę to biorę do na ręce bo jakoś tak nie wyobrażam sobie zostawić go na podłodze i patrzeć jak ogromne łzy kapią po jego ślicznej buzi. Oczywiście mały chce na ręce jak sobie coś zrobi,jest śpiący lub po prostu chce się tulić. Odkąd nauczył się chodzić nie chce być noszony bez powodu :)

  6. po porodzie wszystkie poglądy się zmieniają

  7. Rzeczywistość rewiduje pogląd na wyidealizowane “książkowe” macierzyństwo :)

    1. Hanna Szczygieł

      zazwyczaj okazuje się, że poradniki mozna zrolować i do … włożyć celem podparcia kręgosłupa :) choć oczywiście nie wszystkie :)

      1. często okazuje sie, że poradniki pisza ludzie którzy… nie mają własnych dzieci :0

  8. Ja zawsze mówiłam, że Kuba nie będzie spał z nami… ale… gdy budził się na cycusia brałam go “tylko na chwilkę” i w rezultacie rano budziliśmy się razem :P
    Myślałam, że mąż będzie protestował, ale on (do dziś mu to zostało) zawsze mówił, że jemu to nie przeszkadza i że jak mały chce i potrzebuje to niech śpi z nami. Jednak nigdy nie zasypiał ze mną – tzn. jak był malutki to zazwyczaj na początku zasypiał w rękach. Gdy podrósł odkładałam go do łóżeczka i czytałam trzymając za rączkę lub głaszcząc po główce. Potem była baja na kolanach, buzi na dobranoc i tylko siedziałam przy łóżeczku i czekałam aż zaśnie. Potem gdy rozmontowaliśmy łóżeczko (tak, że zostało bez jednej ściany i przypominało łóżko) siedziałam w 2 koncie pokoju a teraz Kuba ma tapczanik i nawet nie muszę być w pokoju. W nocy przychodzi nadal, czasem pozwalam mu przyjść i zostać, ale najczęściej odprowadzam go do swojego łóżka – jest nam wszystkim razem ciasno a Kuba rozumie już bardzo wiele, także to, dla czego już śpi całkiem sam całą noc.
    Nosiłam go bo lubiłam a nie dla tego, że się domagał :P nawet potrafiłam wykonywać różne czynności domowe z dzieckiem na ręku.
    Czy jest rozpieszczony?
    Nie wydaje mi się. Raczej często zapomina o granicach (tych, które wyznaczam ja a inni domownicy ich nie przestrzegają :/)

  9. REWELACYJNY TEKST! AZ MI STANEŁY ŁZY W OCZACH BO ROBIE,ROBIŁAM DOKŁADNIE TAK SAMO I UWAŻAM ZE DZIEKI TEMU MOJE DZIECKO JEST TAKIE JAKIE JESTKOCHANE,RADOSNE,WESOŁE:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wielobój klasyczny


Zawsze byłam „sportowa”, nawet reprezentowałam swoje szkoły w przeróżnych dyscyplinach. Przez pewien czas miałam przerwę, ale wróciłam do uprawiania sportów w ilości niezliczonej. Uprawiam wielobój klasyczny :)

Pobudka w dzień powszedni plasuje się między 6 a 8 rano. Podnoszenie ciężarów dla wagi piórkowej – czyli unoszenie ciężkich powiek, po usłyszeniu sygnału: „E. E.”, „mamm” lub „a ba ba ba”. Następnie przerwa na poranną toaletę, a tuż po niej śniadanie. Wspomniana czynność oczywiście w pierwszej kolejności dotyczy dziecka, na siebie znajduje się czas w tak zwanym międzyczasie.

Po śniadaniu (zasada podobna jak w przypadku toalety) trzeba posprzątać. Nic trudnego, przecież to tylko śniadanie. Ja sprzątam, a dziecko bałagani i tak do obiadu, ale żeby go przyrządzić należy objąć strategię (jak to w sportach bywa): co dziś na obiad? Danie nie może być skomplikowane, nie może zbytnio rąk ubrudzić, żeby móc interweniować, gdyby ściana przypadkiem stanęła na drodze dziecku i oczywiście ma być idealne dla prawdziwego faceta i małego dziecka. Gdy menu już wybrane, można wziąć się do dzieła.

Oczywiście uprzednio trzeba zmienić kolejny raz pieluszkę. W najbardziej brudnym etapie gotowania dziecko akurat poczuło się spragnione, więc trzeba rzucić wszytko, a niech się przypala. Egzekwowanie potrzeby jest o wiele gorsze od smaku spalenizny. Obiad się gotuje, dziecko bawi, więc można w końcu nastawić pranie. Ale nasza mała pani detektyw wywęszyła sprawę i nie odpuści – trzeba mamie pomóc posegregować ubrania. Mama kładzie kolorową bluzkę na kupkę z kolorowymi rzeczami, dziecko kładzie na tą samą kupkę nowa, białą koszulkę taty. Ale bystre oko mamy wypatrzyło pomyłkę. Szkoda, że dwóch innych rzeczy już nie widziało…

Jeszcze przed obiadem piąty raz trzeba poukładać zabawki, choć to oczywiste, że na miejscu będą jakieś 15 sekund, ale warto próbować. Pranie się wyprało więc trzeba je rozwiesić. I tu mama odkrywa niespodziankę zrobioną własnymi rączkami przez swą pierworodną latorośl. Po obiedzie mamy jogę z elementami stretchingu i pilatesu, czyli ćwiczenie cierpliwości przy ubieraniu uciekającego szkraba.

No i nadszedł też czas na przejście do kategorii podnoszenia ciężarów XXL, a właściwie znoszenia. Dziecko w nosidełko, wózek w rękę i tak 3 piętra w dół. No i chciałoby się powiedzieć: czas na relaks, czyli spacer. „Spacer” to tylko przykrywka, bo tak naprawdę to maraton z przeszkodami.

Rozgrzewka zaczyna się od licznych, mniejszych lub większych krawężników – cóż to dla mnie. Nawet chodnikowe „patataj” to małe piwo. Ach, zapomniałam dodać, że mam całe mnóstwo trenerów. Ktoś przecież musi mnie dopingować w codziennych treningach, więc stawiają mi oni nowe wyzwania. Pewnie zastanawiacie się na czym polega ich praca? To proste: wystarczy w odpowiednim miejscu zaparkować samochód – jakieś 50 cm od budynku, płotu, krzaków (to już pozostawiam ich inwencji). Samochody stoją w odległości od metra do kilkuset. I tu już ode mnie zależy czy chcę uprawiać w tym momencie slalom gigant czy przechadzać się ulicą.

Są też inne przeszkody dla zaawansowanych. Schody. I tu znów mam do czynienia ze strategią. W przypadku schodów mam do wyboru dwa rozwiązania: wózek wciągnąć lub nim zjechać. Niekiedy dla ułatwienia w bonusie dostaję podjazd, choć czasem to jest zwyczajny koń trojański, ponieważ jego konstrukcja lub stan techniczny nie pozwala na jego użycie, bo jest za wąski lub za szeroki do rozstawu kół w mojej bryce. Na to wszytko też jest rada: przed wyjściem z domu trzeba zaplanować jak i którędy dostaniemy się do punktu B, wystarczy przypomnieć sobie ostatni trening i zarysować sobie w głowie mapę „miejsc zakazanych” i wtedy suniemy po chodniku jak łyżwy po lodzie :).

A słyszałyście o pogodowych gratisach sportowych? Wszystko uzależnione jest od pory roku. Jesienią ćwiczyłam sprint (chociaż tegoroczne lato wypuściło już jej zajawkę), lub jak kto woli – bieganie na czas, czyli w jakim czasie uda mi się dobiec do domu, zanim zmoknie mi bielizna. Takim gratisem również jest śnieg, a właściwie drogowcy i inni odśnieżacze. Zimą strategia jest nie mniej ważna, bo prócz całorocznych niespodzianek, trenerzy znów nas testują: nie odgarniają śniegu z chodników/odgarniają śnieg na szerokość jednej płytki chodnikowej (a wózek potrzebuje 3), odgarniając ulice zasypują przejścia dla pieszych, robiąc zaspy do pasa. Takie to biegi przełajowe uprawiam.

W przypadku powrotu do domu, żeby nie wyjść z wprawy, dziecko wkładam do nosidła i wnoszę wózek na to samo piętro z którego go zniosłam. W domu znów uprawiam te same sporty co rankiem. Dla odmiany wieczorem jestem instruktorem pływania w wannie i opowiadaczem bajek na dobranoc. I tak sobie sportowo mija dzień (aż strach wspominać ile dyscyplin uprawiam w dniu kiedy trzeba coś załatwić).

Mimo wszytko uwielbiam te sporty i mam zamiar dalej je trenować, choć liczę na to że moi trenerzy czasem pomyślą, że nawet StrongMama czasem potrzebuje trochę wytchnienia.

A czy Wam taki sport jest bliski?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Hehe bardzo fanie napisane. Ja również uprawiam te wszystkie sporty..u Nas jeszcze taniec z małym ciężarkiem na rękach wchodzi w grę ;) bo jest to jedna z ulubionych zabaw mojego synka. Co do spacerowego maratonu z przeszkodami to się zgodzę…nic mnie tak nie denerwuje jak samochody na chodniku i 20 cm miejsca żeby przejść!!! Wrrrr….No nic olimpiada trwa pozostało Nam tylko czekać na złoty medal ;)

  2. Ale mi poprawiłaś humor ;-))))) Okazuje się, że każda matka to urodzony sportowiec ;-) Aż strach pomyśleć w jakiej dziedzinie specjalizują się rodzice bliźniaków. To musi być chyba sport ekstremalny. Póki co, życzę wielu sportowych sukcesów ;-)
    Ewa

  3. Genialne!!! I kto by pomyślał,że jednego dnia tyle sportów się uprawia,a ponadto-ma się wszystkie zawody świata w rękawie???
    Jak powszechnie wiadomo-sport to zdrowie,więc my,mamy,będziemy żyły długo i szczęśliwie..hehehe

  4. Z moich doświadczeń także wynika także, że mamy są niezłymi dźwigaczami. Pomyślcie tylko, ile może ważyć 6-7 miesięczne dziecko w nosidełku (zakładając, że nie jest w 97 centylu wagowym)? A z tym nosidełkiem naprawdę się czasem biegało…na przykład, by zdążyć na wizytę do lekarza :-)

    1. moje dziecko na szczęście waży tylko 10 kg (14miesięcy) uff ;D

  5. A ja myślałam że sportem mam niewiele wspólnego… :) Świetna publikacja!!! W moim przypadku ciężar jest XXXL, w wózku jeden 12 kg szkrab, a żeby droga zajęła mniej czasu to drugi 16 kg szkrab na wózku siedzi… Do tego podwójny stretching i pilates przy ubieraniu, bo starsze nie chce się samo ubierać wiec trzeba pomóc…Przeszkody się zdarzają, np samochód blokujący podjazd dla wózków (brawo dla straży miejskiej w końcu blokady na koła zaczęli zakładać)
    Dzięki za ten tekst :) i dalszych wielu sukcesów w sporcie :):):)

  6. Dziękuję i cieszę się, że się podoba :)
    Jak widać sport możemy śmiało dopisać do listy umiejętności “Jedynego takiego zawodu” (https://wrolimamy.pl/2011/08/07/jedyny-taki-zawod/)

    Macie jeszcze jakieś pomysły na uprawiane dyscypliny? :D

  7. Do listy można dopisać CIERPLIWOŚĆ, może to nie dyscyplina olimpijska, ale każda mama gotująca się z nerwów w środku musi starać się ochłonąć i byc oazą spokoju :) Terning cierpliwości to niekiedy wyzwanie.

  8. Hanna Szczygieł

    Dyscyplin wręcz nie sposób zliczyć!
    Zastanowiłabym się jedynie nad naszą uczciwością :
    bo czy Superbohater, może nazywac siebie Sportowcem?! :-P

    1. ciekawe, który Superbohater czy Sportowiec stanąłby z nami do rywalizacji? Przegraliby w przedbiegach! A my śmiało możemy nazwać się SuperSportsMama! :D

  9. Dodałabym jeszcze WSPINACZKĘ :) – ja codziennie wspinam się z 10kg bobasem (+ torba + zimowe ubrania + zakupy :) ) po schodach, na IV piętro :)

    1. jak ja mogłam to pominąć!! :D

  10. Hanna Szczygieł

    jeszcze turnieje rycerskie dla mam starszaków- walka ze smokami z szafy i potworami łóżkowymi :)

  11. hehehe Ja też z tych co to robią te czynności z dodatkowym obciążeniem i ze zwiększoną częstotliwością – dwa szkraby i ich mala różnica wieku :):):)

  12. Oj tak, coś o tym wiemy. Może tylko mam o tyle lepiej, że nie mam schodów do pokonania, poza tym wszystko się zgadza. Bardzo trafne ujęcie tematu :-)

  13. jak już wspomniałam tylko taki sport mi pozostał, dawno zapomniałam o siatkówce, no i od czasu do czasu jest gimnastyka :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Wegetarianka w ciąży, czyli co z tym białkiem?


11 stycznia swój dzień obchodzą wegetarianie. Autorką dzisiejszego wpisu gościnnego jest po raz drugi Magdalena Czajkowska – doradczyni noszenia dzieci w chustach. Magda jest wegetarianką i chciała na łamach naszego bloga poruszyć kontrowersyjny temat, jakim jest wegetariańska dieta kobiety w ciąży (przypominamy, że w kwietniu zostanie mamą). Serdecznie zapraszamy też na bloga Magdy http://przytulia.blogspot.com/ 

Często ktoś pyta mnie: Jak to właściwie jest z tą wegetariańską ciążą?
W tym jednym pytaniu kryje się tak naprawdę cała masa innych (wiem, bo często je słyszałam), zaczynając od tych uprzejmych: Jak się czujesz? Czy masz mięsne zachcianki? Czy wyniki badań krwi są w porządku? Ot, zwykłe zainteresowanie moją brzuchatą osobą, w którym oprócz ciekawości, wyczuwa się po prostu troskę :)

Lubię te rozmowy, lubię kiedy po kilku moich zdaniach na twarzy rozmówcy widać uśmiech i ulgę – wszystko jest w porządku. Cieszy mnie też ta ciekawość, dzięki niej mam okazję wiele wytłumaczyć, wyjaśnić. Rozumiem, że choć “wegetariańskich ciężarówek” jest coraz więcej, to nadal nie jesteśmy codziennością. Fajnie jest, gdy ktoś (mimo swojego mięsożerstwa) interesuje się mną i tym tematem. Im więcej świadomych osób, tym mniej mitów i “opowieści dziwnej treści” o wegetarianizmie będzie krążyło po świecie.

Mniej lubię (czytaj: nie znoszę) napastliwe pytania, a raczej komentarze i stwierdzenia typu:
No, ale teraz jak jesteś w ciąży to zaczniesz przecież jeść mięso!?
-Zjedz chociaż kawałek, dla dziecka.
-I tak będziesz miała ochotę na mięso!
-Z sobą to możesz wyczyniać takie głupoty, ale szkodzisz dziecku, chcesz poronić, albo żeby urodziło się jakieś chore!
-Ciekawe, co lekarz na to?
-Musisz jeść białko, kobiety w ciąży potrzebują dużo białka!
-Na pewno będziesz miała anemię!

Problem z tymi osobami jest taki, że wcale nie chcą słuchać. Rozmowa przebiega w znanym mi schemacie, wiem, co za chwilę usłyszę, argumenty też są mi znane: Bo tak. I jeszcze nieśmiertelne: Człowiek to zwierze i musi jeść mięso. Najwięcej do powiedzenia mają, oczywiście, osoby, które o żywieniu, dietetyce wiedzą niewiele, dla których piramida żywienia to mgliste wspomnienie z czasów szkolnych, a wartości odżywcze oznaczają: smaczne albo niesmaczne. Kiedyś jako wojownicza (pyskata) małolata kłóciłam się do upadłego, obrażałam, prowokowałam. Dziś wiem, że szkoda nerwów. Są ludzie, do których nie dotrą żadne argumenty, bo ich po prostu nie wysłuchają.
Wiem też, że mimo wszystko warto rozmawiać, warto odpowiadać na pytania i szanować poglądy innych i nawet jeśli się ich nie podziela to próbować zrozumieć :) Odpowiadam więc na te miłe i mniej miłe pytania:
Moje samopoczucie, wyniki badań krwi i lekarz
Jeszcze przed ciążą regularnie oddawałam krew, byłam więc 2-3 razy w roku kompleksowo badana. Zawsze miałam rewelacyjne wyniki badań krwi. Teraz, w ciąży, jest tak samo :) Mimo tego, że nie przyjmuję dodatkowo preparatów z żelazem (często standardowo przepisywanych ciężarnym) mam wysoki poziom hemoglobiny, a mój lekarz śmieje się, że niejedna osoba “nieciężarna” pozazdrościłaby mi takich wyników, a on ja jestem pacjentką idealną: zdrową i uśmiechniętą :)Jeśli chodzi o informowanie lekarza o moim wegetarianizmie. Ja nie czułam potrzeby zgłaszania tego, nie sądzę żeby kobiety niewege opowiadały ginekologowi, co jadły na obiad, a co planują na kolację. Jednak tyle osób wokół męczyło mnie ciągłymi pytaniami o opinię lekarza, że w końcu powiedziałam mu. Co on na to? Powiedział, że jeśli wyniki badań są dobre, ja czuję się świetnie to, on może mi tylko pogratulować świetnego zdrowia. Bo, co innego miałby z tą wiedzą zrobić? Wiem jednak, że wiele kobiet ma problem ze swoimi lekarzami. Polega on głównie na tym, że większość lekarzy (ginekologów, internistów, pediatrów) “liznęło” odrobinę wiedzy dietetycznej wiele lat temu na studiach i od tego czasu nie odświeża jej. Lekarze nie czytają raportów najnowszych badań, publikacji z dziedzin spoza ich specjalizacji. Stąd biorą się częste przykrości: Boli panią głowa, oko, ręka, dziecko jest przeziębione. To na pewno z powodu braku mięsa w diecie. Smutne, ale wiem, że wegetarianie spotykają się z takim traktowaniem.Mięsne zachcianki:
Nie mam ;) Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej czuję, że dieta bezmięsna jest dla nas najlepsza :)

Wartości odżywcze:
Żelazo, czyli sławetna anemia.
Jak już pisałam wyżej, anemii nie mam i chyba nigdy nie miałam. Wręcz przeciwnie, lekarze często dziwią się i gratulują, że mam tak wysoki poziom hemoglobiny, jak na kobietę (standardowo mamy niższą niż mężczyźni). Co tu dużo pisać? Trzeba przyznać, że w pokarmach pochodzenia zwierzęcego około 40% żelaza występuje w postaci łatwoprzyswajalnej (hemowej). Jego przyswajalność wynosi około 20%. Żelazo zawarte w produktach roślinnych jest w postaci niehemowej, czyli przyswaja się dużo trudniej (około 5%). Jednak wystarczy wiedzieć, że witamina C i białko zwierzęce zwiększają ją nawet 5-krotnie. Przecież nie jest problemem  dodanie do potrawy warzywo obfitujące w witaminę C, ser lub jogurtu albo popijać posiłek sokiem lub woda z cytryną.
Poza tym – ile mamy mięsa w mięsie? Czy mięso naładowane chemią, antybiotykami jest wartościowe i dobre? Parówki, sklepowe wędliny, tłusta wieprzowina i przemysłowy drób… jakoś nie wierzę, że rośliny strączkowe, ziarna zbóż (w tym kasze), owoce i warzywa są gorsze.

Mięso, mięso, mięso, czyli walka o białko.
Kto nie czyta nowych (czyli z ostatnich nawet 20 lat) publikacji, nie wie, że zapotrzebowanie człowieka na białko, to tak naprawdę zapotrzebowanie na aminokwasy, które znajdziemy także w roślinach. Kiedyś przeczytałam artykuł, który pięknie i jasno tłumaczy to. Postanowiłam umieścić fragment, ponieważ to białko budzi najwięcej kontrowersji.
“W świetle dzisiejszej wiedzy, stwierdzenie – […] Potrzebujemy białka odzwierzęcego […] – jest błędne z punktu widzenia fizjologii żywienia człowieka. Zapotrzebowanie człowieka na białko to zapotrzebowanie na aminokwasy, które są elementami budulcowymi białka. Niezależnie od źródła białka, po spożyciu posiłku jest ono najpierw przekształcane do aminokwasów, z których później organizm sam wytwarza odpowiednie białka. […] Aminokwasy w białkach roślinnych są takie same jak w białku mięsa, jaj, czy sera, ponieważ są to te same związki chemiczne. Przykładowo lizyna – aminokwas egzogenny (nie wytwarzany przez organizm, czyli taki, który musi być dostarczany z pożywieniem) w soczewicy nie różni się niczym od lizyny w wołowinie (wzór chemiczny C6H14N202), tak jak woda zawarta w marchewce nie różni się niczym od wody zawartej w szynce (wzór chemiczny H2O).
Co więcej, zwierzęta roślinożerne czerpią aminokwasy, będące składnikiem ich mięsa, z roślin, które są pierwotnym źródłem białka na ziemi.
W produktach roślinnych występują wszystkie aminokwasy egzogenne. Różnice między białkiem roślinnym i zwierzęcym wynikają z różnic w proporcjach poszczególnych aminokwasów. […] Niektóre produkty roślinne zawierają więcej jednych aminokwasów i mniej innych w porównaniu do tego stosunku i na odwrót. stanowiłoby to problem, gdyby wegetarianin lub weganin odżywiał się tylko jednym produktem, na przykład tylko pszenicą. natomiast w zwyczajowej diecie wegetariańskiej czy wegańskiej występuję wiele produktów roślinnych z różnych grup: ziarna zbóż, rośliny strączkowe, owoce i warzywa. Podczas każdego posiłku następuje uzupełnianie się aminokwasów, na zasadzie podobnej do układania puzzli.”
(Małgorzata Rzeszutek-Desmond, “Czy człowiek potrzebuje białka odzwierzęcego?”, cały artykuł: http://wegetarianie.pl/Article1950.html).

Witaminy i błonnik.
Gdy jakiś napastliwy antywegetarianin prawi mi morały o mięsie i niedoborze białka pytam: A ile zjadasz dziennie warzyw i owoców? Po chwili zastanowienia pada odpowiedź: Jem wystarczająco, a poza tym biorę witaminy. I ten ludzik, pożeracz białych buł, dosładzanych soków i garści witamin brnie dalej, próbując wmówić mi, że “zła kobieta ze mnie”. A ja wiem swoje, gdyby brakowało nam białka, to na każdej sklepowej półce zamiast suplementów witaminowych stałyby te z białkiem. A to witamin nam strasznie, okrutnie brakuje. Jemy bardzo mało warzyw, troszkę nadrabiamy owocami. A jeśli już jemy to tylko jako mały dodatek, najczęściej gotowane. A rośliny są nam bardzo potrzebne – ogórek na kanapce i ziemniak do obiadu nie wystarczą. Jemy stanowczo za mało ziaren – czasami (gdy na obiad ma być krupnik lub gulasz) sięgamy po kaszę, zazwyczaj jaglaną. A gdzie gryczana, kuskus, jaglana, z pszenicy? Gdzie surowe warzywa? Witaminy w pigułce ich nie zastąpią. Podobnie jest z błonnikiem, białe pieczywo, makarony, jeśli owoc to bez skórki.

Na szczęście nasze myślenie o żywieniu bardzo się zmienia, jesteśmy coraz bardziej świadomi, staramy się jeść i żyć zdrowo! Oby tak dalej :) Przecież nieważne, czy jesteśmy wege, czy mięsożerni, liczy się zdrowy rozsądek i chęć zadbania o siebie i rodzinę :) Trzeba rozmawiać, słuchać i szanować.

Życzę wszystkim samych zdrowych smakołyków! :)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja w ciąży nie jadlam mięsa, obrzydzalo mnie po prostu. Wszystkie wyniki mialam ok. Dzidzia zdrowa;-)

  2. Dobrze napisany artykuł. Zachęca do dyskusji i do tego, o czym autorka tekstu wspomina wielokrotnie – do wzajemnego szacunku i odnowienia sztuki słuchania siebie na wzajem.
    Życzę szczęśliwego rozwiązania
    Ewa

  3. ja w ciąży też byłam “wegetarianką”, ale nie z wyboru. Podobnie jak Julia miałam obrzydzenie do mięsa surowego i już przyrządzonego. Wiele nie brakowało żebym tłukła kotlety dla mej miłości z klamerką na nosie :)
    Pod koniec ciąży lekarz zalecił mi, żebym jadła mięso, ale już nie pamiętam czy zapytał czy ja w ogóle jem mięso. Na szczęście pod koniec przeszła mi niechęć do niego :)

  4. Mimo tego, że lubię i jem mięso to w ciąży nie mogłam na nie patrzeć. Na wędliny, mięso smażone, czy pieczone…fuj. Dziecko zdrowe, ja zdrowa. Wyniki ciążowe miałam rewelacyjne. Podczas karmienia piersią mięso nadal było blee. I jakoś synek nie chorował, dobrze się rozwijał. Znam ludzi, którzy w tej swerze lekko przesadzają. Ale popieram gdy ktoś wie co mówi i robi to rozsądnie :) Pozdrawiam autorkę :*

  5. Dziewczyny, dziękuję za miłe słowa, życzenia i pozdrowienia :) Tak jak piszecie, nasz organizm często sam “mówi”, czego mu potrzeba – najważniejszy jest zdrowy rozsądek :)
    Pozdrawiam Was ciepło i życzę Wam i Waszym maluchom samych przyjemności! :)
    Ps. Nie mogę zalogować się przez fejsbuka więc podpiszę się po prostu Magda ;)

  6. Hanna Szczygieł

    Temat bardzo gorący- jednak wiekszość kontrowersji rodzi się nie wokół wegetarianizmu w ciąży jako takiego, a w przypadku pewnych osób. Magda doskonale wie o czym pisze i jej postawa nie wynika z mody czy własnego “widzi mi się”. Jednak możemy spotkac gro osób, które o wegetarianiźmie nie maja bladego pojecia- a próbują zakładać maskę specjalisty. Więc jeśli planujecie ciąże/dziecko/karmienie piersią a przy tym chcecie utrzymać nietypową bądź bardziej wymagającą dietę- nie zapominajcie o spotkaniu np z dietetykiem lub lekarzem- na pewno pomogą ustalic zdrowe granice – i dla Was i dla Maluchów!

  7. ja z mięsem też kiepsko, ale póki czuję się dobrze i wyniki ok, to się nie martwię. zresztą jestem pod kontrolą lekarza. za to dał mi na wzmocnienie i zwiększenie odporności d-vitum, bo witamina D też ma w tym swój udział:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Test zabawki – magiczne kule Playskool Busy Balls


Moja 6 – cio miesięczna córka Maja, testuje Playskool Busy Balls firmy Hasbro. Są to trzy kule o różnej strukturze. Kulki są świetną zabawką dla dzieci właśnie w jej wieku, które rozpoczynają swoją przygodę z obrotami, pełzaniem i raczkowaniem. Mają odpowiednią wielkość, idealnie dopasowaną do małych rączek, a ich faktura dodatkowo ułatwia ich złapanie. Są lekkie i z przyjemnego w dotyku tworzywa. Zabawka jest odporna na wszelkie uderzenia, wstrząsy i upadki z wysokości. Kule wyglądają bardzo niepozornie, ale daję wielkie możliwości zabawy, wspomagając rozwój i zdolności psycho-ruchowe dziecka.

Opiszę teraz kolejno trzy plastikowe piłeczki, z których każda jest inna.

Pierwsza z nich składa się z ruchomych kręgów, które z łatwością się poruszają i dziecko bez wysiłku może je przesuwać. Trzy środkowe kręgi obracają się niezależnie od siebie, natomiast skrajne są ze sobą zespolone i poruszają się jednocześnie. Doskonała kula do treningu małych rączek. Myślę, że gdy dziecko już pewnie siedzi lub raczkuje, może je chwycić i „jeździć” jak samochodzikiem, tylko że takim na jednym kole;-) Kula ma z resztą fakturę zbliżoną do opony samochodowej.

Druga to dwie płaszczyzny, które się przesuwają (kręcą wokół własnej osi). Podczas przekręcania słyszymy pewien odgłos, zbliżony do przeskakujących trybików. Kulka ta ma świetną formę, jej powierzchnia pokryta jest wgłębieniami, które doskonale ułatwiają chwyt. Dodatkowo czerwona warstwa, ma głębsze wyżłobienia doskonale nadające się do treningu chwytania kciukiem i palcem wskazującym. Jeśli mogłabym coś zasugerować producentom, to to by zlikwidowali dziurkę, znajdującą się w niebieskiej warstwie. Jest ona takiej wielkości, że doskonale wchodzą w nią małe paluszki dziecka i łatwo o ich uszkodzenie.

Trzecia kula również jest dwuwarstwowa, tym razem jednak warstwy są nieruchome. Jedna z nich – zielona jest obciążona, co sprawia że kula nie toczy się tak łatwo i zawsze zatrzymuje się w jednej pozycji. Przy delikatnym ruszeniu, po paru obrotach z łatwością się zatrzyma. Uważam, że jest to rewelacyjne rozwiązanie. Kula nie oddali się zbyt daleko, a dziecko może ją popychać i starać się do nie dopełznąć i ponowić próbę toczenia. Ale nie musimy się obawiać, że ta oddali się za daleko. Będzie świetnym kompanem jak dziecko zacznie raczkować.

Myślę, że zabawa tymi kulami nie skończy się szybko, ponieważ wraz ze swoim rozwojem dziecko może wymyślać im różne, nowe zastosowania. Ich faktura pozwoli wykorzystać je w przyszłości np. do robienia szlaczków, odcisków w plastelinie;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Chętnie pobawiłabym się kulami z moim 7-miesięcznym synkiem :) Zresztą on kocha wszystkie kulki, piłki i to, co okrągłe :)

  2. bardzo ciekawe te piłeczki:) moj synek już prawie 3 latek też uwielbia wszelkiego rodzaju piłeczki i dla takich pewnie też by znalazł miejsce w swojej kolekcji.

  3. Fajne te kulki, modelka widać że zainteresowana :)
    Lubię zabawki, które można wykorzystać w różnych zabawach, nie tylko zaproponowanych przez producenta :)

  4. Moja Igusia uwielbia wszystko co się toczy;-) Na pewno pokochalaby te kulki i zastanawialaby się co to z nimi można wykombinować;-) Fajna rzecz;-)

  5. Malgorzata Kaptur

    mamy kulki w domu i super się sprawdzają.

  6. Bardzo fajne te kule..szczerzę powiem,że wcześniej ich nie widziałam a są godne uwagi :) Śliczna mała modelka na zdj :)

  7. Tak, mój 9-miesięczny syn też lubi okrągłe przedmioty – można nimi kręcić, a jeśli wydają z siebie szelesty lub jakieś mało inwazyjne dźwięki – tym lepiej. Z kolei mój starszy, 3 latek woli zdecydowanie struktury klockowe, o czym od czasu do czasu piszę na moim blogu. :-)

  8. pytanie do autorki tekstu, gdzie można kupić takie piłeczki? prosimy o podpowiedź…z góry dziękujemy :-)

  9. Tutaj kilka sklepów internetowych, w których można kupić kule:
    http://www.twenga.pl/dir-Gry-i-zabawki,,Magiczna-kula-1396

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku