Świąteczna gorączka – po polsku, krok po kroku

Świąteczna gorączka – po polsku, krok po kroku


Fizinka

22 grudnia 2016

Święta to rzekomo magiczny czas i trudno się z tym spierać skoro zewsząd dociera do nas takie zdanie. Zresztą ja się z tym zgadzam, bo lubię ten okres, ale od lat nie opuszcza mnie wrażenie, że świat wtedy szaleje, a ludzie głupieją na punkcie przedświątecznych przygotowań. Czasem nawet zastanawiam się – jak udaje im się doczekać świąt cało i zdrowo, nie padając przy tym na twarz, wprost do wigilijnego barszczu?

Świąteczne przygotowania – niepisane polskie tradycje, krok po kroku:

Sprzątanie

Zwykle świąteczne przygotowania zaczynają się od sprzątania. Właściwie to od WIELKICH porządków. Bo nie wystarczy wtedy odkurzenie całego mieszkania, zmycie podłóg i wrzucenie kostki toaletowej do klozetu. Ten jeden raz w roku przeprowadza się akcję „Generalnych porządków”, co oznacza: mycie okien, pranie firan, trzepanie dywanów, szorowanie tapicerki kompletu wypoczynkowego w salonie, mycie lodówki i kuchennych szafek. Segregowanie ciuchów i wyrzucanie tych, które czekają aż schudniesz. Pranie, prasowanie, szorowanie łazienki, aż po sufit i klasyk gatunku – mycie kryształów…

Wszystko to czeka na Ciebie przez 11 miesięcy, bo nikt normalny przecież nie robi tego typu porządków, na co dzień i bez okazji. Logiczne wydaje się więc, że te „przedświąteczne porządki” wypadałoby zacząć z początkiem grudnia, żeby zdążyć. Ale przeciętny Polak wychodzi z założenia, że nie ma co się spinać i zdąży tę akcję przeprowadzić w krótszym terminie, czyli na kilka dni przed upływem deadline`u, np. dziś.

Zakupy

Spędzanie czasu wolnego na zakupach i gromadzenie zapasów żywności na wypadek gdyby miało go zabraknąć najpierw na naszym stole, a następnie na sklepowych półkach – to drugi obowiązkowy punkt przygotowań przedświątecznych. Myślę, że najlepiej by było gdyby co najmniej jeden przedstawiciel rodziny zrezygnował w tym okresie z wszelkich zajęć dodatkowych, a kto może, nawet z pracy, na rzecz robienia owych zakupów. Pamiętajcie, święta są tylko raz w roku, można się więc trochę poświęcić, by później z satysfakcją zasiąść za suto zastawionym stołem, a może i nawet w spiżarni by dumnie gapić się na swe świąteczne zdobycze.

Gotowanie

Apropo suto zastawionego stołu, czy się to komuś podoba czy nie, 12 wigilijnych potraw to tradycja, której nie można zmienić. Tak więc, mimo iż zapewne nie wiesz już w co ręce włożyć, jako (nie)perfekcyjna pani domu, musisz sprostać temu zadaniu, nie przejmując się zbytnio tym, że zostały ci już tylko dwa dni i cała masa innych obowiązków. Nie muszę chyba wspominać o tym, że wszystkie potrawy powinny być domowej roboty?

I z góry uprzedzam, niech Ci nie przychodzi na myśl, by prosić kogoś o pomoc! Podjęłaś wyzwanie, zaprosiłaś do siebie całą rodzinę, to teraz dla nich gotuj. Naprawdę nie jest w dobrym tonie najpierw spraszać gości, a później sugerować im, żeby nie przychodzili do ciebie z pustymi rękami! I nie martw się, w przyszłym roku się odwdzięczysz. No chyba, że jesteś mamą-babcią, to całkiem prawdopodobne, że w kolejnych latach również będziesz panią domu. Trudno, jakoś to przeżyjesz. W końcu święta są tylko raz w roku…

Prezenty

Istnieje prawdopodobieństwo, że również tę kwestię zostawiasz sobie na ostatnią chwilę i pewnie jutro będziesz jeszcze biegać w popłochu po centrach handlowych, w poszukiwaniu ostatnich podarków. Pocieszę Cię – jeśli jutro nie skompletujesz prezentów, będziesz mieć ostatnią szansę w wigilię, wszak sklepy są czynne mniej więcej do 14.00 – powinnaś więc zdążyć.

I pamiętaj – każdy lubi dostawać prezenty, aczkolwiek nie każdy ucieszy się z kolejnej pary skarpetek, bokserek czy innych rękawiczek. Wysil się więc trochę i nie szczędź każdej złotówki. Oszczędzać będziesz po świętach, tak samo jak odpoczywać po tej gonitwie i odchudzać się po obżarstwie.

A teraz tak zupełnie poważnie….

Kogo, w święta, obchodzą świeżo umyte okna i wyprane dywany? Kto normalny sprawdza czy wypastowałaś podłogi i wypolerowałaś deskę sedesową? Kto bawi się w detektywa i sprawdza czy te uszka co pływają w barszczu zostały ulepione Twoimi palcami, czy może zostały nabyte w sklepie? A sernik, makowiec i piernik – to z cukierni, czy twojego piekarnika? Co za różnica?!

Nikt normalny nie biega przed wieczerzą z białą rękawiczką w poszukiwaniu zakurzonych zakątków twojego mieszkania. Nikt nie szpieguje, nie ocenia i nie krytykuje. Nikt nie liczy prezentów (no poza dziećmi ;-) pod choinką, bo jakież to wszystko ma znaczenie?

W świętach nie o to chodzi by się gonić i urabiać po pachy, a potem czekać na ich koniec by móc wreszcie odetchnąć i zwolnić. Najważniejszy jest bowiem czas spędzony wspólnie z rodziną. A to czy będziesz mieć brudne okna i nieodkurzone kryształy, czy przygotujesz wieczerzę samodzielnie lub z czyjąś pomocą – kogo to do diabła obchodzi?!?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja sama ulepiłam pierożki, sama pieke ciasta, sama robie sledziki, sałatki , cwikle i inne potrawy jedyne co w tym roku kupuje gotowe to barszcz czerwony zawsze sama gotowałam ale.u znajomych sprobowałam krakusa taki w kartonie bomba trzeba troche po swojemu doprawić

  2. już od dobrych kilku lat nie daję się ponieść…. :D

  3. Dokładnie ja sie tym nigdy nie przejmowalam i nie przejmuję

    1. Nie dość, że człowiek zdrowszy, bo spokojniejszy, to jeszcze zdąży nacieszyć się tym świątecznym czasem ;-)

  4. A u nas też jest na luzie, w domu trwa remont, więc niby się sprząta, ale i tak zawsze można by było bardziej… zamiast tego odwiedziła nas dziś siostra z dziećmi, wczoraj dzieci miały koncert, w piątek spotkanie ze znajomymi – i uważam to za lepiej spędzony czas niż przy pucowaniu wszystkiego na glanc i gotowaniu godzinami ;) no bo ile można zjeść przez te trzy dni???

  5. Mamy też jeszcze fajną tradycję, spotykamy się (kiedyś u babci mojej) całą rodziną u kuzynki, jakieś 30 osób, i dzielimy się przygotowaniami – każdy coś, w sumie i tak się zawsze tego sporo uzbiera – ale najważniejszy jest wspólnie spędzony czas i fajne pamiątkowe zdjęcia – to oto jest akurat sprzed dwóch lat, od tego czasu przybyły trzy kruszynki ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Byle do wiosny czyli koci sposób na nudę

Byle do wiosny czyli koci sposób na nudę


(nie)Magda(lena)

20 grudnia 2016

Zimowe wieczory, wymagają dokładnej organizacji czasu wolnego najmłodszych domowników – bo jak tu inaczej przetrwać do wiosny? Jak oderwać ich od telewizji, tabletów czy innych konsoli? To proste – wystarczy wywołać Kotostrofę!

Kotostrofa to odmiana znanego wszystkim Piotrusia – gracze muszą pozbyć się wszystkich swoich kart. Jednak nie jest to takie proste – przeszkadzają w tym między innymi Harry Kotter, Batcat czy Hrabia Kotula.

Śmiało można powiedzieć, że gra ta wymaga umiejętności strategicznych. Kart możemy pozbywać się na dwa sposoby: ten sam kolor lub taka sama wartość kart. W drugim przypadku nasza decyzja wywołuje efekt specjalny, np. 8+8 wymusza na następnym graczu wylosowanie od nas trzech kart zamiast jednej, a 1+1 pozwala na odrzucenie wszystkich kart o wartości 1 lub zmienia kierunek gry. Oczywiście nie obejdzie się bez karty nie do pary czyli Kotrusia. Kto zakończy rozgrywkę z tą kartą – przegrywa! Na szczęście jest kilka sposobów by się jej pozbyć w trakcie gry.

Dlaczego Kotostrofa?

Jest to dość prosta gra, przeznaczona dla 3 do 5 graczy, składająca się z 46 pięknie ilustrowanych, kwadratowych kart z kocimi bohaterami, 5 kart pomocy gracza – ze „ściągą” oraz karty wskazującej kierunek gry. Choć dedykowana jest dzieciom w wieku 7+, uważam że początkowo potrzebne jest wsparcie osoby dorosłej lub przynajmniej potrafiącej sprawnie przeczytać podpowiedzi z karty „ściągi”. Każda kolejna rozgrywka sprzyja przyswojeniu zasad, więc z czasem pomoc nie będzie potrzebna.

Kiedy gra na chwilkę się znudzi lub będzie brakować wymaganej ilości graczy, Kotostrofa może zamienić się w grę memory – szukanie par takich samych kart świetnie ćwiczy pamięć i zabija nudę. A może mała wojna? Kocie karty idealnie nadają się do tej gry!

Niewątpliwą zaletą jest poręczność Kotostrofy oraz jej metalowe pudełko. Dzięki temu można zabrać ją właściwie wszędzie i mieć w pogotowiu, na przykład podczas przedłużającej się podróży. To idealny sposób na nudę!

Gra ta nie należy do tych najczęściej wybieranych w naszym domu, ale kiedy chcemy rozegrać szybką partię przed kolacją sięgamy po “kocie karty”, idealnie się do tego nadają. Poza tym jest to najlepsza i najciekawsza odmiana Piotrusia jaką kiedykolwiek udało mi się spotkać – jej nieprzewidywalność może zaskoczyć i zmienić przebieg gry. Kotostrofa to jedna z tych gier, w którą musi zagrać każde dziecko, w końcu to klasyk choć w nowej odsłonie.

Zdjęcia – Paulina Garbień

Wpis jest elementem współpracy z Rebel.pl

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Czy karmienie piersią to tylko karmienie?

Czy karmienie piersią to tylko karmienie?


19 grudnia 2016

O karmieniu piersią w Polsce ostatnio robi się coraz głośniej. I dobrze. Bo choć statystyki GUSU nie pozostawiają złudzeń (wciąż jest źle – bo w zależności od rejonu Polski, wyłącznie piersią do 6 m.ż. karmi do 33% kobiet.), i wciąż społeczeństwo niedostatecznie sprzyja karmieniu piersią (głośne przypadki w restauracjach wypraszania mam do toalety), to badania pozostają bezwzględne – karmienie piersią to najlepsze, co matka może dać swojemu dziecku w pierwszych latach życia i nic, co człowiek stworzył do tej pory, nie dorówna temu pokarmowi.

Wymieniane są korzyści zdrowotne dla kobiety i dla dziecka, finansowe w prowadzeniu gospodarstwa domowego, oszczędnościowe w perspektywie państwowej opieki zdrowotnej, a także, czasem, te emocjonalne. Głównie jednak nacisk kładziony jest na wpływ hormonów na dobre samopoczucie matki oraz uspokajający wpływ na dziecko podczas choroby.

Jak dowiedziałam się ze swojego już prawie 2 letniego doświadczenia, karmienie piersią w znacznie większej ilości sytuacji, niż jest to głośno przez media omawiane, ma faktycznie niewiele z samym karmieniem wspólnego. Dzięki niemu dziecko czuje się bezpiecznie w nowym dla niego świecie, koi nerwy w stresowych sytuacjach.

Każda z nas doskonale na pewno pamięta wiele okoliczności, w których dziecko wołało o pierś, ale niekoniecznie kończyło się to jedzeniem. Chciało potrzymać, possać, dotknąć. A dokładniej?

Chciało poczuć:

  • ciepło skóry matki,
  •  jej zapach,
  •  miękkość piersi,
  • delikatną skórę matki
  • bicie serca matki,
  • jej głos w ciele,
  • jej oddech na swojej twarzy.

Chciało też:

  • przytulić się w swój ulubiony sposób (to już starsze dzieci) i z tej bezpiecznej, znanej sobie perspektywy móc oceniać otoczenie,
  • schować przed światem,
  • upewnić się, że mama jest blisko,
  • upewnić się, że jest bezpieczne.

I kiedy tak robiło? Kiedy przechodziło przez skok rozwojowy i nabywało nowe zdolności – te fascynujące, ale i nieznane, czasem niepokojące, które zaskakiwały jego samego; kiedy dostrzegało swoją odrębność od matki, postrzeganej do tej pory jako jedno ciało ze swoim własnym, i w grupie ludzi czy w dużych przestrzeniach czuło się nieswojo; kiedy miało około dwulatkowe wybuchy emocji, które się w nim kumulowały, po których chciało sprawdzić, czy świat nadal jest taki sam, gdy się przewróciło i zakręciło mu się w głowie, a do tego bolało je kolano.

Czy smoczek, butelka czy zabawka potrafią to zastąpić?

I życie matek usiane jest miliardami takich „drobnych” sytuacji, które bywają czasem spłaszczane mianem posiadania płaczliwych czy rozpuszczonych dzieci przyzwyczajonych do ssania piersi. Miliardy sytuacji w życiu dziecka sprawiają, że ono dojrzewa, uczy się, usamodzielnia. I tym, co mu  pomaga, jest poczucie bezpieczeństwa – poczucie, że najbliższa mu osoba jest przy nim.

I jak w takiej perspektywie postrzegać karmienie piersią jako „wyłącznie” karmienie? Można by przecież rzec, że karmienie piersią, to także przyjaciel, który wspiera, dodaje odwagi, asekuruje, trzyma za rękę – wtedy, gdy dziecko tego potrzebuje i się po pierś zgłasza. Pierś mówi językiem dziecka – intuicją i instynktem, gdy nie rozumie ono jeszcze innego języka.

I o tym jest książeczka .CYNIO. – o miłości do bliskości. O emocjonalnym wymiarze karmienia piersią. Napisałam ją w oparciu o doświadczenia łączące mnie w karmieniu piersią z moją córką, aby wesprzeć inne mamy, które miewają wątpliwości związane z karmieniem. Dziewczyny – warto karmić piersią, warto o to walczyć nawet mimo problemów! Znam mamy, które karmiły 4 lata i dłużej i mimo powrotu do pracy na pełen etat, pozostawiły karmienie piersią jako rytuał na początku i na końcu dnia. To bardzo dużo dla dziecka.

Na początku roku ruszy zbiórka na druk książki na Polak Potrafi. Zapraszam!

Dominika Naborowskaautorka książki .CYNIO. – o miłości do bliskości, mama 20-miesięcznej córki

www.fb.com/cynioksiazka

www.polakpotrafi.pl/projekt/cynio

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Karmiłam przez 22 miesiące i żałuję że synek się odstawił bo to byl najpiękniejszy okres w moim życiu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

To nie lenistwo, to choroba!

To nie lenistwo, to choroba!


Mirella

16 grudnia 2016

Prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia. – tak twierdzi ciocia Wiki.

Prokrastynacja to fajne słowo. Dużo fajniejsze niż lenistwo. Zamiast mówić, że mam lenia, wolę powiedzieć, że mam atak prokrastynacji. W końcu to choroba, a sama nazwa brzmi fachowo, czyż nie?

Efekty tejże choroby są dosyć zaskakujące, przynajmniej u mnie. Jak nie daj Bóg mam pisać, a nie mam weny na pisanie, to ho ho ho… Co prawda zleceniodawca ma gdzieś moją wenę, chce mieć gotowy tekst, ale co tam, atak choroby nie wybiera.

 

Tak więc, zamiast pisać potrafię:

– upiec ciasto

– ugotować obiad na dwa dni (a przypominam uprzejmie, że nie cierpię gotować!)

– umyć okna

– umyć podłogi

– umyć łazienkę

– zrobić ze dwa prania

– powycierać kurze i poodkurzać w każdym kątku i zakątku domu

– pójść na niecierpiące zwłoki zakupy (nic to, że mogę je spokojnie zrobić za dwa dni)

– zrobić porządek w szafie Duśki (nie wiem po co, bo za dwa dni będzie tam bajzel jak był)

– zrobić porządek w papierach, co ma jeszcze mniej sensu, bo i tak zaraz nabałaganię

– uporządkować zakładki w komputerze! – a że mam ich z tysiąc to robota na dwie godziny co najmniej. Co chwila jakieś wywalam i dodaję nowe, więc porządek wystarcza na tydzień. Oczywiście, nie muszę dodawać, że jak czegoś szukam, to pytam wujka Google, a nie moich zakładek?

– siedzieć z Duśką na podłodze i grać w bandziaki – to jedno ma trochę sensu, w końcu z dziećmi trzeba się bawić, prawda?

 

Efekt prokrastynacji zazwyczaj jest taki, że mam uporządkowane mieszkanie i zarwaną nockę. Co mnie czeka także dzisiaj…

Znacie tę przypadłość? Ja się poważnie boję, że dopadnie mnie w trakcie przygotowań do świąt, bo jakoś w tym roku wyjątkowo nie mam chęci stać przy garach…

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Chorowałam notorycznie szczególnie na studiach, jak trzeba było się uczyć do egzaminów lub pisać prace zaliczeniowe… :)

  2. Hmmm, no całkiem pospolita choroba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku