Szaleństwo zakupów – Dzień Darmowej Dostawy

Szaleństwo zakupów – Dzień Darmowej Dostawy


Basia Heppa-Chudy

29 listopada 2013

Chyba niewiele jest kobiet, które trzeba przekonywać do zakupów. Większości z nas kupowanie daje wiele radości, a gdy jeszcze trafimy na coś, czego szukałyśmy i to w dobrej cenie, wtedy satysfakcja gwarantowana. Okazuje się jednak, że preferujemy zakupy tradycyjne i rzadziej od mężczyzn decydujemy się na wydawanie pieniędzy przez internet. Prawda? Dla mnie zakupy w sieci to chleb powszedni, a dla Was?

Zastanówmy się, czy warto odrzucać tę formę robienia zakupów. Ma on przecież tak wiele plusów. Tym bardziej, że wielkimi krokami zbliża się Dzień Darmowej Dostawy – w którym za dostarczenie zakupów on-line nie wydamy ani złotówki i niech to będzie wstępny argument rozpoczynający listę pochwalną internetowych zakupów.

Po pierwsze internetowe „półki” są po brzegi zapełnione niezliczoną wręcz ilością produktów. W żadnym stacjonarnym sklepie nie znajdziemy tak dużo towaru.

Po drugie gdy coś nas zainteresuje możemy od razu znaleźć opinie i rekomendacje innych osób (także kobiet takich jak my) na temat produktu oraz odnaleźć wirtualny sklep, w którym wydamy najmniej pieniędzy (nieocenione porównywarki cenowe) – i w tym momencie zgrabnie przechodzimy do punktu kolejnego…

Bo po trzecie  – oszczędzamy pieniądze. To wręcz niesamowite, jakie mogą być różnice w cenie tej samej rzeczy.

Po czwarte wszystko o czym właśnie piszę „dzieje się” bez schodzenia z wygodnej kanapy – chyba, że chcemy przemyśleć, czy zakup jest dobry pomysłem, i w tym celu kierujemy się do kuchni po filiżankę kawy. Żadnych tłumów, kolejek, żadnego pośpiechu czy stresu.

Po piąte decyzję podejmujemy same i nie ma na nią wpływu nadskakująca pani sprzedawczyni. Dla osób, które cenią swobodę ważny jest także brak skrępowania przy oglądaniu – możemy patrzeć na ciuch tak długo jak tylko zapragniemy, by w efekcie jednak zrezygnować z zakupu. W rzeczywistości często przeszkadza nam obecność pani/ pań ekspedientek.

Po szóste właśnie w sieci znajdziemy rzeczy, które nie są powszechnie dostępne – designerskie, nietuzinkowe, stare. Jeśli nie przepadamy za tym, co jest dostępne w sieciówkach, to koniecznie potrenujmy przeszukiwanie zasobów wirtualnych regałów i wieszaków.

Po siódme internetowe sklepy są otwarte 24 godzin na dobę – możemy więc przebierać w towarze o dowolnej porze dnia czy nocy. Możemy spontanicznie wykorzystać te niespodziewane chwile, kiedy to np. dziecko nagle ucięło sobie drzemkę lub cicho (byle nie za cicho!) bawi się w swoim pokoju.

Po ósme nie wychodzimy ze sklepu obładowane ciężarami – nadal zalegamy na kanapie – zakupy same (no prawie) dotrą do naszego domu.

Po dziewiąte oszczędzamy czas na dojeździe do marketu, staniu w korkach, w kolejkach, czasochłonnym powrocie. Nie mówiąc już o sytuacji, gdy mieszkamy w małej miejscowości lub wsi i do sklepu mamy po prostu daleko!

Po dziesiąte zakupy on-line są idealne dla tych z nas, które nie lubią robić zakupów z dzieckiem (marudzącym lub z rączkami jak magnesami, które przyciągają wszystko co niezdrowe/ słodkie/ kolorowe/ drogie/ niepotrzebne).

Po jedenaste trudniej zepsuć sobie humor – kojarzycie te sytuacje, gdy po godzinach bezowocnych poszukiwań i przemierzania galerii w centrach handlowych jesteście coraz bardziej wkurzone?

Korzystajmy więc z dobrodziejstw cywilizacji decydując się na zakupy on-line!

Wracając do Dnia Darmowej Dostawy – w tym roku przypada 2 grudnia tj. poniedziałek. Jest to idealny moment, by zaopatrzyć się w świąteczne prezenty, ba zdążycie nawet  zakupić upominki dla tych, którzy wysłali listy do św. Mikołaja i będą go oczekiwać 6 grudnia. Jest to  dodatkowa możliwość zaoszczędzenia kilku groszy.

Pamiętajcie, że w Dniu Darmowej Dostawy zakupy są wysyłane do nas za darmo. Aby skorzystać z darmowej dostawy, należy złożyć zamówienie w sklepie biorącym udział w akcji właśnie tego dnia, dlatego koniecznie zajrzyjcie na stronę akcji, na której znajdziecie pełną listę sklepów uczestniczących w tym wydarzeniu. Czy kogoś jeszcze nie przekonałam?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. w pełni się zgadzam ze wszystkimi zaletami zakupów online. Można to podsumować jednym słowem WYGODA, WYGODA i jeszcze raz KOMFORT.

  2. ja działam z zakupami w sieci odkąd mam neta, i tylko raz niemile się rozczarowałam, a tak same pozytywy.

  3. Kupowałam nawet lodówkę przez internet. Jak dotąd same plusy takich zakupów i można zaoszczędzić pieniądze. A z dnia darmowej dostawy korzystam odkąd się pojawił w Polsce. W tym roku też planuję :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Świąteczna ucieczka z kuchni

Świąteczna ucieczka z kuchni


Mirella

28 listopada 2013

Z czym kojarzą Wam się Święta Bożego Narodzenia? Pewnie z choinką, prezentami, zapachem makowca? Pysznym śledziem, karpiem, kluskami z makiem? Białym obrusem na stole? A kto u Was w domu przygotowuje to wszystko? Jeśli idziecie na święta do rodziców to macie dobrze, ja święta muszę przygotować sama. A ponieważ też chcę trochę z nich skorzystać opracowałam do perfekcji zminimalizowanie wszelkich przygotowań, jak również świątecznego stania przy kuchni. Tak moi drodzy, zauważyliście, że gospodynie, które mają zaszczyt przyjmować gości zazwyczaj spędzają święta w kuchni? Mnie to jakoś nie pasuje, tak samo jak nie pasuje mi czekanie na koniec świąt, żeby wreszcie trochę odpocząć.

Kiedyś, w czasach “przedduśkowych”, byłam ambitną gospodynią, mocno zapracowaną przed świętami, praktycznie mieszkającą w kuchni. Może kiedyś, gdy Duśka dorośnie i naprawdę zacznie mi pomagać, wrócę do tego, a może nie, czas pokaże. Póki co wypracowałam sobie własne skróty w przygotowaniu potraw świątecznych, kilkoma chcę się dziś z Wami podzielić. Jesteście ciekawi?

Karp smażony

Kiedyś zgodnie z zasadami kupowałam żywego i namawiałam męża żeby go zabił, musi mnie bardzo kochać bo się na to godził. Teraz idę na łatwiznę i kupuję gotowe dzwonki, to naprawdę oszczędza sporo czasu i nerwów. Moczę godzinę w kefirze, płuczę, lekko solę, czekam pól godziny, obtaczam w mącę i na patelnię.

Ryba po grecku.

Aby zrobić rybę po grecku przede wszystkim trzeba mieć robot kuchenny, jak się nie ma robota i czasu można sobie odpuścić, ewentualnie kupić mrożoną krojoną włoszczyznę, ale szczerze mówiąc to nie to. Zaczynam od posiekania cebuli, w robocie oczywiście, wrzucam do garnka na olej, i się dusi. W tym czasie mój robot trze za mnie marchewki i pietruszki – pietruszki trzy razy mniej niż marchewki, a wszystkiego razem dwa razy więcej niż cebuli. Tak mniej więcej. Dorzucam warzywa do cebuli, dolewam wody, dodaję soli i przypraw, i się dusi. Jak się warzywa uduszą dodaję koncentrat pomidorowy. Nie powiem ile bo nie wiem, tak na oko, aż będzie dobre, zresztą każdy ma inny smak, trudno narzucać.

No i ostatni składnik czyli ryba. Teoretycznie powinno się ją podziabać na małe kawałki i usmażyć, ale nie ze mną takie numery. Kupuję dwa kilo mintaja i pakuję go do warzyw zamrożonego. Potem to wszystko gotuje się na wolnym ogniu tak długo aż ryba się rozmrozi i rozgotuje a nadmiar wody odparuje. Dwa kilo jest wielkością umowną, w zależności od ilości warzyw dorzucam tyle ryby, żeby było jej bardzo dużo w tych warzywach. Goście nigdy nie narzekają, że ryba nie usmażona ;) A idzie to naprawdę piorunem. Proponuję mieszać potrawę dużą łyżką (np. do bigosu), żeby ryba nie porozpadała się na trociny, tylko na kilkucentymetrowe kawałki.

Tilapia w porach

Może ciut więcej pracy ale pyyyyychotka. W oryginalnym przepisie był dorsz, ale akurat w sklepie nie było, kupiłam tilapię i tak zostało.

2 pory siekam w krążki, wrzucam na pięć minut na osolony wrzątek i odcedzam. Rybę polewam sokiem z cytryny, solę, posypuję przyprawą do ryb i białym pieprzem, układam w naczyniu żaroodpornym posmarowanym olejem. Na rybę wrzucam sparzone pory. 2 jajka mieszam z łyżką mąki i śmietaną, i tartym żółtym serem, ile go się tam zmieści, polewam tym rybę, na wierzch układam pokrojone pomidory i wkładam do pieca. W oryginalnym przepisie rybę się najpierw podsmaża, a pomidory układa na upieczone danie, ja robię po swojemu :P Piecze się aż będzie gotowe, biorąc pod uwagę, że ryba jest surowa, to pól godziny minimum trzeba jej dać, jeżeli ktoś ma chęć podsmażyć, to zapiekanie nie musi trwać tak długo.

Śledź w oleju

Wiadomo, śledź w kawałki, cebulę robot sieka, poprzekładać to na zmianę w słoiku i zalać olejem, można zrobić dwa dni przed świętami.

Śledź w śliwkach

Słoik albo i dwa śliwek w occie to podstawa tej potrawy. Dwa dni przed świętami wyjmuję śliwki ze słoika, kroję na połówki i wyjmuję pestki. Śledzie kroję w kawałki i wkładam do zalewy po śliwkach. I tak to stoi do Wigilii. W Wigilię śledzie układam na talerzu, posypuję posiekaną cebulką, na to posiekane śliwki(nie wszystkie), całość smaruję majonezem, dekoruję połówkami śliwek i posiekaną pietruszką a jak nie mam pietruszki to czymkolwiek. Pychotka

Śledź pod pierzynką

Pierzynka w mojej wersji składa się z cebulki, jabłka, jajka na twardo i majonezu. Na wierzch starty ser żółty i posiekana pietrucha i jest pysznie. Można zrobić dzień wcześniej żeby się przegryzło.

Barszcz wigilijny

Przepis prosty i tani jak barszcz ;)  Duży burak, marchewka, grzybki jak akurat mam, sól, pieprz, listek laurowy i ziele angielskie. Żadnych zasmażek wywarów ani niczego takiego, to postny barszcz. Buraka obieram i kroję w kostkę, marchewkę wrzucam do garnka całą. Razem z przyprawami i grzybami gotuję na wolnym ogniu koło godziny. Dobrze zrobić dzień przed Wigilią, wtedy jest najsmaczniejszy.

Uszka do barszczu

kupuję gotowe w sklepie, broń Boże nie mrożone.

Pierogi

Całkiem tak jak uszka.

Kompot

Paczka lub dwie suszonych owoców i do gara.

Kluski z makiem

Paczka łazanek ugotowana według przepisu i mak z puszki.

Kiedyś oczywiście bawiłam się w parzenie maku i trzykrotne mielenie, niestety nie mam elektrycznej maszynki, na mielenie ręczne nie mam czasu i tyle. Jak komuś za mało w puszcze bakalii to nic nie stoi na przeszkodzie żeby dorzucić, podobne z cukrem lub miodem, jeśli ktoś lubi naaaprawdę słodko.

Ciasta

czyli coś bez czego nie da się przeżyć świąt

Pierniczki

Wiadomo robi się miesiąc wcześniej, żeby skruszały więc można się bawić, ja mam taki przepis, są super (MagdaM dziękuję!)

Dajesz tak: 1 kg mąki, 2 jajka, szklanka miodu, 3/4 szklanki cukru, kostka margaryny, 2-3 łyżki przyprawy korzennej, 2 dag sody. Margarynę, cukier i miód topisz w rondelku, dodajesz przyprawę, mieszasz i studzisz. Potem przesiewasz mąkę, dodajesz jajka i to z rondelka i wyrabiasz ciasto jak na pierogi.

Jak będzie już jednolite to dzielisz na kawałeczki i dajesz mu poleżeć z 5 minut pod przykryciem, a potem wałkujesz na ok 1cm, wykrawasz wzorki, dajesz na blachę przykrytą papierem do pieczenia i do piekarnika.

Ja z termoobiegiem miałam na 170 stopni i piekły się 5 minut na złoty kolor i tyle

Piernik dojrzewający dwa tygodnie

Uważam to ciasto za genialne głównie z tego powodu, że robi się je odpowiednio wcześniej, więc można mu poświęcić trochę czasu, chociaż wcale nie za dużo. Oryginalny przepis ze starej książki kucharskiej gdzieś mi wsiąkł, korzystam z tego http://kuchnia-polska.net/piernik-dojrzewajacy-2-tygodnie-i,16
ale wcale się nie upieram że jest najlepszy. Piernik jest pysznym ciastem, kojarzy się ze świętami, urok akurat tego polega na tym, że kiedy nie ma już czasu na ukręcanie, wyjmuję z lodówki gotowe ciasto i wkładam do pieca ;)

Makowce

Kiedyś zmora każdej gospodyni, przynajmniej w sensie czasowym. Ja nie mam takich problemów. Jak mówiłam jest mak z puszki, mnie to wystarcza. A ciasto? Robot kuchenny z misą lub dzbankiem do ciasta daje radę, naprawdę makowiec to chwila roboty, później oczywiście ciasto musi wyrosnąć, a potem to już byle mieć gdzie stolnicę położyć ;)

Przepisów na ciasto drożdżowe jest tyle ile gospodyń, ja korzystam z takiego:

Pół kostki drożdży, teoretycznie powinno się rozmieszać z łyżką cukru, łyżką mąki i łyżką mleka, ale ja jakoś więcej na oko daję, i czekam aż wyrośnie, żeby nie zmarnować reszty gdyby drożdże były do kitu, jak wyrośnie to rozpuszczam pół kostki margaryny, a do robota sypię na oko 1/3 torebki mąki, tak z pół szklanki cukru i mleka tyle samo, jedno żółtko, chociaż teoretycznie powinno być więcej na tyle mąki, ale jakoś daję jedno, i to miksuję, potem dodaję drożdże wyrośnięte, i miksuję, na koniec margarynę i tez miksuję. I teraz uwaga ciasto musi wyjść elastyczne gładkie, i odchodzące od wszystkiego, to znaczy jak mi się zrobi z niego kula w robocie, a ścianki i środek są czyste, to znaczy że się udało, jak mam breję to dodaję mąkę, małe ilości, i dalej miksuję, aż się zrobi ta kula, jak widzę że się robi to palcem sprawdzam czy dobre, dobre jest jak dotykam i wydaje mi się że ciasto mi się do palca przylepi a się nie przylepia.

Wyrobione ciasto wkładam do miski, przykrywam czystą ściereczką i daję mu wyrosnąć. Jak wyrośnie dzielę na pól, wałkuję na długość brytfanki, smaruję makiem, zawijam, wierzch smaruję pozostałym białkiem (dobry do tego jest pędzel do golenia) i do pieca. Ciasto drożdżowe piecze się stosunkowo szybko, myślę że góra 40 minut.

Tort makowy

Robię specjalnie dla męża, bo go uwielbia, oczywiście też na bazie maku z puszki,

tak więc w mojej wersji wygląda to następująco:

ucieram pięć jajek i pół kostki margaryny, dodaję szklankę bułki tartej i pól proszku do pieczenia, następnie puszkę maku, ucieram i próbuję czy jest dobre na słodkość, jak nie jest to dodaję cukru. Jeżeli jest zbyt rzadkie to dokładam bułki tartej . Obowiązkowo dodaję bakalii bo lubię jak jest dużo. Wkładam do tortownicy i do pieca. Piecze się około godziny.

Ciasto jest na tyle słodkie że nie wygłupiam się z przekładaniem go kremem, ale gdyby ktoś miał chęć to można, tylko wtedy proponuję nie dosypywać cukru do ciasta.

Wuzetka

Bo na święta musi być przynajmniej jedno ciasto z kremem.

Najprostszy przepis na świecie:

Wrzucam do robota pół margaryny, pół szklanki cukru, 4 łyżki dżemu, 2 łyżki kakao i 2 jajka. Po dokładnym zmiksowaniu dorzucam: 2 szklanki mąki, szklankę mleka i jedną łyżeczkę sody. Miksuję aż będzie gładkie, przekładam do wysmarowanej tłuszczem brytfanki i piekę około godziny.

Wuzetka lubi być przechowywana w lodówce, ale uwaga!!!!! nie można włożyć do lodówki żadnego ciasta jeśli są w niej śledzie i posiekana cebula, szkoda naszej roboty, ciasta będą do wyrzucenia. Dlatego wuzetkę piekę wcześniej, ale kremem przekładam po Wigilii oczywiście pilnuję, żeby goście zjedli śledzie :P Krem, jak się pewnie domyślacie, robię błyskawiczny dr Oetkera ;) Jakoś nie bawi mnie po kolacji wigilijnej siedzenie w kuchni i ubijanie jajek na parze.

Bigos i mięso to działka mojego męża, nie pytajcie jak to robi, nie mam pojęcia, zresztą ja tego nie jem. Wiem tylko, że do bigosu wlewa czerwone wytrawne wino. Aha, mięso powinno poleżeć w przyprawach ze dwa dni, tak twierdzi doświadczona gospodyni, której ufam, dopiero wtedy się je piecze.

Jak chcecie możecie uznać, że jestem leniwa, ja tam wolę myśleć, że mam praktyczne podejście do świąt ;) No i trochę czasu na całą resztę przygotowań, wszak nie samym chlebem człowiek żyje ;)

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. A co z sodą do pierniczków- dodajemy do rondelka, czy do mąki? :)

    1. Ja dodaję do mąki

      1. dzięki! dziecko właśnie zasnęło, zaczynam piec pierniczki :)

      2. Pochwal się efektami ;) Mnie jeszcze dekorowanie czeka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Szemrana skarbonka

Szemrana skarbonka


(nie)Magda(lena)

25 listopada 2013

Znacie bajkę o żartownisiu pastuszku? Tym, który dla hecy podnosił alarm, że wilk chce porwać jego owce? Mieszkańcy wioski nabrali się kilka razy, a kiedy potrzebna była pomoc uznali to za kolejny psikus. Znam współczesną wersję, ale wolałabym by ta historia mieszkała między stronicami jakiejś zakurzonej księgi. 

Chcę pomagać kiedy mogę, bo dlaczego nie? Wcale nie bezinteresownie, toć dobro powraca! Moja inwestycja w pomoc mogłaby się kiedyś przydać, taka innowacyjna forma ubezpieczenia na życie :) No ale nie mogę.  Nie chcę się nabierać na te metalowe puszki domokrążców z lipną legitymacją. Nie mogę w pełni zaufać fundacjom, bo ta która budziła zaufanie zrujnowała je do reszty. Ufałam facetowi, choć jego wizerunek zupełnie mi nie odpowiadał, ale nie ocenia się książki po okładce. A teraz pychą się zasłania…

A dziś co czytam na stronie jednego z serwisów informacyjnych? Jakimś trendem stało się wykorzystywanie wizerunku chorego dziecka, by jedynie w domyśle pomagających dołożyć się do jego leczenia. I tak matka pięciorga dzieci padła ofiarą naciągaczy. Podjęła „współpracę” – jak uważała –  z fundacją, która jest zwykłą firmą, a raczej bandą oszustów. Przesyłali śmieszne kwoty na konto kobiety, a sami zarabiali krocie na sprzedaży pocztówek. Pytam się jak tak można?! Jak można żerować na cudzym nieszczęściu i to w tak perfidny sposób?! Nie od dziś za serce chwyta widok chorego dziecka, a niech jeszcze będzie przypięte do aparatury i zabandażowane od stóp po czubek nosa – no jak tu nie pomóc? Portfel sam się otwiera… Znam przynajmniej kilka historii kiedy to „wolontariusze” pięknie i bardzo wzruszająco prosili o pomoc dla dziecka, zwykle zaopatrzeni w zdjęcie Malucha. Sama wrzuciłam kilka monet, by po jakimś czasie usłyszeć apel policji, że oszuści podszywają się pod jakąś organizację lub w bardziej bezczelny sposób sami takową „zakładają”. Co czuję w takiej sytuacji? A ci rodzice?

Nie wiem gdzie naciągacze zgubili sumienie, może w ogóle go nie mieli? Szczerze liczę, że skoro dobro powraca to zło również. Sama daleko szukać nie muszę. Moja rodzina padła ofiarą takiego „prywatnego” oszusta. Prosił o podżyrowanie kredytu, który był niezbędny do ratowania życia jego dziecka. Bydlak zagrał na emocjach i doświadczeniu ogromnego bólu po stracie dziecka. Zabrał rodzinę, uciekł z kasą i tyle go widzieli… A kredyt sam spłacać się nie chciał. Po latach karta się odwróciła, dzięki pomocy detektywa dosięgła go ręka sprawiedliwości (i prawa).

Nie życzę sobie, by ktoś mnie oszukiwał. Nie życzę sobie, by Ci którzy pomagają szczerze i uczciwie musieli przebijając się przez tłum oszustów i do tego udowadniać, że nie są wielbłądem. Ja już nie ufam. Wiem, że błądzę, ale czasem wolę dać piątaka panu spod sklepu, bo ten szczerze przyzna, że zbiera na wino…. Dziś jestem jak ten mieszkaniec w bajce o pastuszku.

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Smutny, lecz prawdziwy obraz dzisiejszych czasów… Bo im więcej ludzi chętnych do pomocy, tym więcej ludzi chce się na nieszczęściu obcych dorobić… W Czechach niestety nie ma możliwości (a przynajmniej nie wiem o niej) przekazywania 1% podatku na szczytne cele, pozostaje więc skarbonka. No i przyznam bez bicia, że wrzucam, ale tylko do „sprawdzonych”, jak mnie nie wiadomo jaki ktoś zaczepi i potrząsa plastikową łatwootwieralną skarbonką, to nie widzę sensu by cokolwiek wrzucać. Serce się kraje, tym bardziej że mamy trójkę na szczęście zdrowych dzieciaków, jak by przyszło co do czego to pewnie ruszylibyśmy niebo i ziemię by ich ratować. Jednak rozum zapala czerwone światełko i czasami mówiąc „nie, przepraszam” ruszam dalej…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Skoczna niedziela

Skoczna niedziela


Mirella

24 listopada 2013

No i po zawodach. Pierwszych indywidualnych zawodach Pucharu Świata w skokach narciarskich. Obiektywnie rzecz biorąc powodów do narzekań nie ma, Krzysio Biegun wygrał, wynik idzie w świat, o reszcie nikt nie będzie pamiętał. Obiektywnie rzecz biorąc tak będzie. A subiektywnie? Subiektywnie to ja liczyłam na piękne widowisko, sportową rywalizację, emocje… ehhhh, stara ja a ciągle naiwna.

Zaczęło się całkiem przyjemnie, nie powiem, że nie. Dobre warunki, wiatr pod narty – efekt natychmiastowy – Krzysztof Biegun odleciał. Przypadek? Po wczorajszym konkursie nie sądzę, jest chłopak w formie i tyle! Jednak sędziowie jak to sędziowie, natychmiast obniżyli belkę, no bo jak Biegun tak daleko skoczył, to co zrobi reszta? Teraz i tak jest lepiej niż kiedyś, niby to dodawanie i odejmowanie punktów za belkę i wiatr do szału może doprowadzić przeciętnego kibica, ale przynajmniej zawody toczą się dalej. Kilka lat temu po takim skoku młodego zawodnika owszem, belkę obniżano, ale zawody zaczynały się od nowa, czasem i połowa zawodników musiała oddawać skoki jeszcze raz. No więc zostańmy przy tym, że sędziowie belkę obniżyli, bo przecież o bezpieczeństwo zawodników trzeba dbać. No niech im będzie.

Później było jak było. Zawodnicy skakali, wiatr wiał, zawody przerywano i wznawiano, jednak ogólnie było powoli do przodu. W chwili gdy to piszę, nie wiem jeszcze za co konkretnie zdyskwalifikowano Stefana Hulę (nieregulaminowy kombinezon to bardzo szerokie pojęcie ). Generalnie zawodnicy i nasi i nie nasi skakali zgodnie z oczekiwaniami i możliwościami. Niespodzianek nie było. Do czasu.

Pierwsza dziesiątka zeszłorocznej klasyfikacji pucharowej to nie byle jakie nazwiska. Oczekiwania wobec nich były więc całkiem spore. Niestety – wiatr ma w nosie oczekiwania kibiców, czekali od marca to i jeszcze trochę mogą poczekać. Ambicje zawodników wiatr ma tym bardziej w nosie. Skoki w okolicach stu dwudziestu pięciu metrów nie są satysfakcjonujące dla nikogo – ani dla zawodników, ani dla trenerów, ani dla kibiców. Ot, takie przeciętniactwo. Czasem tak się zdarza i tyle, kto śledzi skoki to wie.

Ale nikt nie wie co przyświecało włodarzom zawodów, żeby przerwać rywalizację po skoku Kamila Stocha (kiepski wynik – przykro patrzeć, ale pretensji mieć nie można, robił co mógł). Warunki były jakie były i cudów oczekiwać nie należało. Niby na co więc mieli czekać Bardal i Schlierenzauer? Nie od dziś wiadomo, że „Szlifierka” jest przez sędziów faworyzowany, nie raz i nie dwa zdarzało się oczekiwanie na lepsze warunki dla mistrza. Jeśli ktoś mi spróbuje powiedzieć, że mistrz na to zasługuje, to proponuję cofnąć się do Oslo kilka lat temu i przypomnieć sobie skok Adama Małysza. Jeśli ten sam ktoś nie wie czym mówię, to trudno, zawsze można wujka Google zapytać.

Nie ma się co łudzić, ile by sędziowie nie czekali, ciężko byłoby o warunki w jakich skakali zawodnicy z początkowymi numerami startowymi, w ciemno można było obstawiać, że zarówno Bardal jak i Schlierenzauer oddadzą skoki, które nie pozwolą im wygrać zawodów, ba – mogą nie pozwolić im w ogóle się zakwalifikować do pierwszej trzydziestki tak jak Kamilowi Stochowi – jakby nie patrzeć Mistrzowi Świata.

Dlaczego obaj zrezygnowali? Hmmm, na mój gust łatwiej narobić zamieszania i krzyczeć że to z obawy o swoje zdrowie (wypadek Koflera był niezłym pretekstem) niż czekać na odrobinę spokojniejszego wiatru i oddanie słabych skoków, które nie wiadomo czy zapewnią pierwsze pucharowe punkty.

Dlaczego sędziowie nie pozwolili im skakać tylko bezsensownie przerwali zawody? To już pozostanie ich równie słodką jak idiotyczną tajemnicą. Mnie pozostaje czekać na zawody w Kuusamo, okaże się czy mamy sezon rywalizacji sportowej czy sportowej farsy.

Zwycięstwa żadnego z Polaków organizatorzy moim zdaniem nie przewidywali. Dlaczego? A słuchaliście hymnu?

Źródło zdjęcia: sport.wp.pl

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku