Torba do szpitala – co będzie potrzebne do porodu, a co zbędne? Moja sprawdzona lista.


Do wyznaczonego terminu porodu zostały mi równe 4 tygodnie – aż nie dowierzam, że to już! Mam wrażenie, że z każdą kolejną ciążą czas płynie zdecydowanie szybciej. W każdym razie, doszłam do wniosku, że to już najwyższa pora by przygotować  torbę do szpitala. Tym bardziej, że poprzednią ciążę zakończyłam na przełomie 36 i 37 tygodnia, więc generalnie rzecz biorąc, nie ma z czym dłużej zwlekać. 

Teoretycznie pakowanie powinno pójść mi gładko, w końcu to już trzeci raz, ale powiem szczerze, że gdy wzięłam się do roboty, poczułam chwilową pustkę w głowie. Jakbym doznała jakiejś wybiórczej amnezji i nie pamiętała co było mi potrzebne lub przydatne przy pierwszym i drugim porodzie.

Musiałam więc przycupnąć wygodnie na kanapie, z kartką i ołówkiem w dłoni, trochę powspominać, pogłówkować i zapisać wszystko, żeby mieć czarno na białym. I żeby niczego nie zapomnieć.

Na wstępie założyłam, że dla własnej wygody przygotuję dwie, a właściwie to nawet trzy torby – jedna dla mnie, druga dla maluszka, a trzecia dla męża , tzn. na wyjście ze szpitala – nie będę brała jej od razu do porodu, bo po co? Tatuś weźmie ją dla nas w dniu wypisu.

Na pierwszy ogień pójdzie moja torba, bo ona będzie potrzebna w pierwszej kolejności. Generalnie nie zamierzam brać wielu rzeczy, bo zakładam, że w szpitalu spędzę tylko dwa dni. Dlatego jej zawartość dla kogoś może okazać się skromna, dla mnie natomiast po prostu praktyczna ;-)

No więc  TORBA DLA MAMY – co powinno się w niej znaleźć?

Koszula do porodu x 1 sztuka – ponieważ za pierwszym i drugim razem nie chciałam więcej nosić koszuli, w której rodziłam, tym razem postawiłam na jednorazową (kupioną za grosze), którą bez sentymentów wyrzucę, gdy będzie już po wszystkim.

Koszula / piżama poporodowa x 1 sztuka.

Wielorazowe majtki siateczkowe (Canpol) x 2 opakowania (4 sztuki) – są wygodne i praktyczne, bo można je prać w pralce, a po skończonym połogu bez żalu wyrzucić. Teoretycznie na dwa dni jedno opakowanie powinno wystarczyć, ale ponieważ ono nie zajmuje dużo miejsca, na wszelki wypadek wezmę dwa.

Podpaski poporodowe x 2 opakowania (20 sztuk).

Podkład poporodowy x 1 sztuka – do zabezpieczenia łóżka przed ewentualnym poplamieniem krwią lub do przewijania dzieciątka.

Tantum rosa (w proszku) x 1 opakowanie + butelka z dziubkiem – do przemywania krocza, w celu łagodzenia dolegliwości poporodowych.

Ręcznik do kąpieli x 1 sztuka, ewentualnie drugi mniejszy – do rąk.

Klapki pod prysznic.

Kapcie (klapki) do chodzenia po oddziale.

Papier toaletowy – bo nigdy nie wiadomo kiedy się skończy i kiedy doniosą nową rolkę  ;-)

Chusteczki higieniczne x 2 opakowania – jako osoba, która przez cały rok ma katar, muszę je mieć zawsze przy sobie.

Szlafrok

Miękki biustonosz do karmienia x 1 sztuka – co jak co, ale nie lubię paradować z „dyndającym” biustem przy obcych ludziach. I nie mam tu na myśli personelu, czy koleżanek z sali, a ich rodziny/znajomych, którzy tłumnie przybywają w odwiedziny.

Skarpetki x 1 para.

Poduszka typu „jasiek” lub tzw. rogal – przydadzą się do spania (wolę spać na swojej poduszce niż szpitalnej) i do karmienia maluszka.

Maść na brodawki (Bephanten) – sprawdzona przeze mnie dwukrotnie, skuteczna, pełniąca funkcję 2 w 1, bo nadaje się na popękane brodawki mamy oraz do pielęgnacji delikatnej pupy noworodka, nie trzeba więc kupować dwóch produktów. 

Pomadka nawilżająca – podczas długiego porodu usta „uwielbiają” wysychać, dając uczucie dużego dyskomfortu (czego nie znoszę!), dlatego koniecznie musi być pod ręką.

KOSMETYCZKA, a w niej:

Szczoteczka + pasta do zębów.

Woda różana + płatki bawełniane (kilka sztuk) i krem do twarzy – spotkałam się z twierdzeniem, że to zbędne kosmetyki w szpitalu, ale tak się składa, że dla mnie mycie twarzy i wklepanie w nią ulubionego kremu to podstawa w pielęgnacji i konieczność, taka sama jak codzienne szczotkowanie zębów.

Żel pod prysznic.

Szczotka do włosów + gumki/spinki.

Ponadto…

DOKUMENTY (karta ciąży, grupa krwi, wynik GBS, dowód osobisty)!

Telefon + ładowarka.

Naczynia (kubek, sztućce, talerzyk).

Przekąski typu herbatniki, biszkopty, czekolada… – nigdy nie wiadomo jak długo będzie trwał poród, warto więc mieć ze sobą coś co zaspokoi głód i doda nieco sił. Poza tym jeśli urodzi się po kolacji, na posiłek trzeba czekać do rana – o czym przekonałam się przy pierwszym porodzie i na co niestety nie byłam przygotowana ;-)

Woda niegazowana  – przynajmniej 2/ 3 niewielkie butelki, koniecznie z „dziubkiem”.

To by było na tyle. Wszelkie laktatory, wkładki laktacyjne, czy książki, choć często spotykane na tego typu listach wyprawkowych, osobiście uważam za zbędne. A jeśli okażą się jednak potrzebne, to zawsze można poprosić męża o dowiezienie.

TORBA DLA DZIECKA – tutaj lista będzie zdecydowanie krótsza, bo noworodek tak naprawdę niewiele potrzebuje. Szczególnie jeśli dużą część wyprawki  na sam pobyt oferuje szpital. Co prawda w naszym przypadku raczej trzeba mieć w większości swoje akcesoria,  ale i tak pakuję tylko kilka rzeczy:

Pampersy typu newborn x 1 małe opakowanie.

Chusteczki nawilżane x 1 opakowanie.

Ubranka: body z krótkim rękawem + pajacyk x 3 sztuki – po jednym komplecie na dzień, plus jeden dodatkowy. Moim zdaniem taka ilość w zupełności wystarczy, a przynajmniej nie zdarzyło mi się jeszcze, żebym wielokrotnie w ciągu jednego dnia przebierała dziecko i potrzebowała więcej ubranek.

Cienka bawełniania czapeczka x 1 sztuka.

Niedrapki lub skarpetki x 1 sztuka/para – na wypadek gdyby maluszek miał długie pazurki, którymi może się podrapać.

Ręcznik z kapturkiem – teoretycznie nie planuję kąpieli dzieciątka w szpitalu, ale wychodzę z założenia, że lepiej mieć swój ręcznik, niż pożyczać cudzy ;-)

Pieluszki tetrowe x 2 sztuki – do odbijania maluszka po karmieniu, wycierania buźki, jeśli uleje się mleko i ewentualnie do podkładania pod głowę dziecka.

Cienki kocyk lub otulacz – w szpitalu, szczególnie na oddziale noworodkowym zazwyczaj jest bardzo ciepło, dlatego cienki kocyk lub modne ostatnio otulacze, w zupełności wystarczą by okryć i owinąć maluszka.

Kosmetyków nie zabieram, bo w pierwszych dniach życia maluszka są raczej zbędne. A te, które są lub mogą być potrzebne, jak np.  octenisept do pępuszka, posiada szpital, więc po co je zabierać? ;-)

O maści do pupy też nie piszę, bo wspominałam o niej wyżej, w wyprawce dla mamy – maść na brodawki – więc gdyby była mi potrzebna, będę ją miała pod ręką.

Smoczka nie biorę, bo nie mam – ani jedno, ani drugie moje dziecko nie „ciągnęło smoka”, więc zakładam, że trzecie też nie będzie. A jeśli wyjątkowo okaże taką chęć, to wyślę męża do sklepu ;-)

TORBA NA WYJŚCIE – przygotowana dla taty,  żeby nie musiał sam główkować co naszykować mamie i dziecku, a sobie oszczędzić niepotrzebnych nerwów, że wziął nie to co trzeba ;-)

Ubrania dla mamy – w związku z tym, że trzeci raz rodzę zimą, potrzebny mi będzie ten sam zestaw co zawsze, czyli: spodnie, bluzka, sweter, skarpetki, buty i kurtka, ewentualnie czapka i szalik.

Ubrania dla dziecka – dres, kombinezon, ciepła czapka.

Fotelik – koniecznie, bo bez niego ani rusz! ;-)

To by było na tyle. Niby nie dużo, a jednak trochę się uzbierało. Wydaje mi się, że o wszystkim pomyślałam i niczego nie powinno mi zabraknąć. Ale może jednak coś przeoczyłam i pominęłam?

Jeśli tak koniecznie napiszcie w komentarzu (co wy zabieracie/łyście do szpitala), najwyżej jeszcze coś dopakuję – póki mam czas ;-)

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Rodzina na rowerze – jak podróżować z niemowlakiem?


Jazda na rowerze to jedna z moich ulubionych form aktywności i spędzania wolnego czasu. A ponieważ mój pierworodny szybko nauczył się jeździć na dwóch kółkach (w wieku 4 lat) i niemal od razu dał się zarazić sympatią do jednośladów, swoją radość mogę dzielić i na przejażdżki jeździć z rodziną.

Skoro więc miałam dwóch dzielnych kompanów (męża i syna) do wspólnych wycieczek, gdy zaszłam w drugą ciążę nie chciałam zrezygnować z roweru. Dlatego tak długo, jak mogłam, pozwalałam sobie na przejażdżki, pozostając dzięki temu w formie i humorze, mimo rosnącego brzuszka i przybywających kilogramów.

Jednak im bliżej było do rozwiązania, tym częściej głowę zaprzątała mi myśl, że jak już moja córka pojawi się na świecie, najprawdopodobniej będę zmuszona odstawić rower w kąt. Bo kto jak kto, ale matka karmiąca piersią, w pierwszym półroczu życia swojego dziecka nie ma wiele czasu dla samej siebie. W zasadzie wolność ogranicza się jedynie do przerw między karmieniami, a z doświadczenia wiem, że zazwyczaj nie są one dłuższe niż 2 godziny. Wycieczki rowerowe bez niemowlaka „pod pachą”  były więc z marszu wykluczone.

Z kolei wizja by (z zazdrością i łzami w oczach) patrzeć, jak mąż wraz z synem oddają się przejażdżkom, podczas gdy ja siedzę w domu, z dzieckiem przyczepionym raz do jednej, raz do drugiej piersi, była dla mnie niezwykle dołująca!

Dlatego coraz częściej rozmyślałam o zakupie przyczepki rowerowej, która wydawała się dla mnie idealnym rozwiązaniem. Co prawda ceny takich rowerowych gadżetów nie są małe – przeciętny koszt oscyluje w granicach dwóch tysięcy złotych (i wzwyż) – ale…

Po pierwsze, w tej cenie kupujemy porządną przyczepkę (nie chiński badziew) posiadającą  certyfikaty i testy bezpieczeństwa spełniające obowiązujące wymagania i normy.

Po drugie, z przyczepki możemy korzystać o wiele dłużej niż z tradycyjnego fotelika rowerowego – właściwie dobrych kilka lat, czyli do czasu aż dziecko nauczy się samodzielnie jeździć na własnym rowerku i będzie na tyle sprawne/wytrzymałe, by pokonywać zadowalającą nas ilość kilometrów. Tak więc koszt można sobie podzielić na długi okres użytkowania oraz ilość dzieci, które potencjalnie będą podróżować w przyczepie. Wówczas cena wcale nie jest taka straszna, na jaką wygląda.

Te dwa argumenty okazały się znaczące zarówno dla mnie, jak i dla mojego męża, którego udało mi się namówić na dodanie tego gadżetu do wyprawkowej listy ;-)

A ponieważ na rynku dostępne są również specjalne leżaki (hamaki) dla niemowlaków, które pozwalają podróżować z nieumiejącymi jeszcze siedzieć maluszkami, na rodzinne wycieczki mogliśmy sobie pozwolić bardzo szybko – w przypadku zwykłego fotelika przyszłoby mi czekać zdecydowanie dłużej, co również stanowiło dla mnie ważny argument przy podejmowaniu decyzji.

Poza tym, przyczepki rowerowe znanych i szanujących się firm są wykonane naprawdę solidnie, z porządnych materiałów – nieprzemakalnych i nieprzepuszczających promieniowania UV, dzięki czemu podróżowanie możliwe jest niemal w każdych warunkach atmosferycznych. Niezależnie od tego, czy świeci słońce, wieje wiatr, pada deszcz czy śnieg, wystarczą tylko chęci rodzica, który musi pociągnąć własnymi siłami dodatkowy balast ;-)

Co ważne dla dobrej widoczności na drodze i bezpieczeństwa, pokrycia renomowanych przyczepek z każdej strony posiadają elementy odblaskowe (my dodatkowo doczepiamy tradycyjne lampki rowerowe) oraz długą chorągiewkę. Natomiast dzieci zapinane są w pięciopunktowe pasy bezpieczeństwa.

Wielkość przyczepki zależna jest oczywiście od wybranego modelu – może być jedno lub dwuosobowa. My, mając już dwoje dzieci i wiedząc, że w bliżej nieokreślonej przyszłości będziemy mieć jeszcze jedno, wybraliśmy drugą opcję. Jasiek co prawda mało z niej korzystał, bo jako 5-latek doskonale radził sobie na swoim rowerze, więc Pola w dużej mierze podróżowała sama. Ale niebawem pojawi się na świecie nasza trzecia pociecha, więc w najbliższym sezonie rowerowym przyczepka będzie w pełni wykorzystana. I po same brzegi, bo im więcej dzieci, tym więcej bagaży, jakie trzeba zabrać na wycieczkę ;-)

A propos – kolejną zaletą podróżowania z przyczepką rowerową jest jej pakowność, ponieważ poza miejscami siedzącymi dla maluchów, ma też odpowiednią przestrzeń na to, by wrzucić do niej wszystko, co niezbędne podczas wypadu z dziećmi.

Dla przykładu nasza przyczepka zawsze woziła:
– dwa koce (by móc zrobić sobie przerwę na łonie natury),
– ręczniki – w okresie letnim, podczas wypadów nad Wisłę,
– dodatkową odzież na zmianę pogody (bluzy, kurtki, czapki, rękawiczki, etc.),
– niezbędnik niemowlaka, tj. pieluchy na zmianę, chusteczki nawilżane, zapasowe ubranka, itp.,
– suchy prowiant (kanapki, owoce, łakocie, …),
– zapas(y) wody,
– książeczki i zabawki dla Poli, żeby jej się nie nudziło w trakcie jazdy, no i dla nas na czas pikniku, np. piłkę ;-)
– apteczkę pierwszej pomocy,
– krem z filtrem UV,
– kamizelki odblaskowe,
– lampki dla dodatkowego oświetlenia przyczepki po zmroku,
– latarki,
– różnego rodzaju mapy,
– akcesoria do ewentualnej naprawy rowerów.

Jak widać, lista jest długa, bagaż spory, ale nigdy nie mieliśmy problemu, by się z tym wszystkim zabrać – bez przyczepki byłoby nam zdecydowanie trudniej.

Fajną opcją w przyczepkach rowerowych jest możliwość korzystania z nich również jako ze zwykłych wózków (w naszym modelu wystarczy doczepić z przodu kółko). Biegacze mogą uprawiać z nimi jogging, a miłośnicy śnieżnych wypraw mogą zamontować narty i śmigać po śniegu, ale to już wyższa półka ;-)

Reasumując, gdy odkryje się wszystkie atuty posiadania przyczepki rowerowej, z pozoru wysoka cena, staje się znacznie niższa. A to z kolei oznacza, że warto w nią zainwestować. Osobiście nigdy nie żałowałam tego zakupu i polecam go każdemu rodzicowi, który lubi aktywnie i rodzinnie spędzać czas. A także każdemu kto, tak jak ja, uwielbia jeździć na rowerze i nie chce rezygnować z podróży jednośladem, tylko dlatego, że ma małe dziecko/i.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja jeżdżę od wiosny do jesieni – dwoje dzieci (bliźniaki, 4 lata) w przyczepce + sześciolatek w foteliku. Zanim kupiłam przyczepkę było dosyć hardkorowo – jedno dziecko w foteliku na bagażniku, drugie w wiklinowym siodełku na kierownicy, trzecie w chuscie na plecach. Spojrzenia przechodniów bezcenne

    1. Mama “hiroł”! 😅
      Szacun! :)

    2. Oj, przyznaję że dosyć ciężko się jeździ, ale im częściej jeżdżę, tym jest łatwiej.

    3. Ja niebawem też będę dwoje wozić w przyczepce 😊😍

  2. Ja też kocham rowery! Mamy dwie córki które do 2017 jeździły w przyczepce. Od 2017r mlodsza (3l) w foteliku a starsza (6l) na swoim śmiga ;) na dalsze trasy mamy hak holowniczy :) już czeeekam na wiosnę!

  3. Bardzo ciekawy artykuł, super sprawa taka przyczepka rowerowa, a gdyby ktoś szukał bagażnika i haka do samochodu, żeby przewozić rowery to polecam swoje dziecko https://www.dobrehaki.pl/ i gwarantuję fajne rabaty dla mam :)

    1. Oooo to mi się przyda, bo póki co nie mamy jak przewozić rowerów, a marzą mi się dalsze wypady :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Długofalowe skutki dźwigania ciężkiego tornistra


Temat zbyt ciężkich tornistrów, jakie muszą dźwigać uczniowie, wraca jak bumerang chyba od czasów, gdy ja sama dźwigałam swój tornister. A może istniał już dawniej. Tylko jakby niewiele się zmieniło, tornistry są ciężkie, lekarze alarmują, a do szkoły chodzić trzeba.

Dźwiganie ciężarów jest ponoć dyscypliną sportową, ale nie oznacza to, że przeładowany plecak wpływa pozytywnie na postawę małego (i większego) ucznia. Ci więksi radzą sobie o tyle lepiej, że są więksi, ale nadal waga plecaka przekracza 15% masy ciała. Jest to górna granica ciężaru, jaki powinien dźwigać uczeń. Zaleca się, by waga tornistra nie przekraczała 10% wagi ucznia. Czyli tornister pierwszoklasistów powinien ważyć około dwóch kilogramów. Niestety w wielu przypadkach jest to marzenie ściętej głowy. Uczniowie noszą do szkoły taką ilość książek, zeszytów, pomocy naukowych, jedzenia i picia, że tę wagę bez trudu przekraczają. W większości szkół są szafki, w których można zostawiać podręczniki. Tylko jak bez książki odrobić pracę domową?

Tymczasem ciężki tornister to nie tylko problem pleców i kręgosłupa. Dziecko, chcąc zrównoważyć ciężar, automatycznie pochyla się do przodu. Na skutek tego:

– odczuwa bolesność szyi i górnej części pleców – to efekt naciągania mięśni i ścięgien, które „próbują przywrócić” prawidłową postawę ciała,

– odczuwa ból w pasie biodrowym,

– odczuwa ból w dolnej części pleców – jest on spowodowany zbyt mocno i długo napiętymi mięśniami.

Z powodu zbyt ciężkiego tornistra cierpią także nogi. Uginające się pod ciężarem plecaka kolana to nie mit, to początek poważnych problemów ze stawami kolanowymi. Stopy, które ostatecznie dźwigają cały ciężar ciała i dodatkowo tornistra, mogą ulec zdeformowaniu.

Przy tym wszystkim nie można zapominać o kręgosłupie, który ulega powolnym, lecz nieodwracalnym deformacjom. Warto też dodać, że nieprawidłowa postawa ciała (pochylenie do przodu) sprzyja problemom z oddychaniem i zmniejszeniu pojemności płuc. A nieprawidłowe działanie układu oddechowego, to brak odpowiedniego dotlenienia mięśni, tkanek oraz mózgu. I dlatego właśnie uczniowie na lekcjach dosłownie śpią!

Mali uczniowie rzadko skarżą się na skutki noszenia ciężkich tornistrów. To wszystko jak czkawką odbije się w późniejszym okresie życia. Dziecko co najwyżej może powiedzieć, że mu ciężko. I te właśnie słowa powinny być impulsem do rodzicielskiej interwencji. To, co na pewno możemy zrobić, to sprawdzić zawartość tornistrów naszych pociech. Oprócz rzeczy ważnych i potrzebnych znajdziemy też to, czego w tornistrze być nie powinno. Szczególnie zapominalscy uczniowie mają niedobry zwyczaj nosić komplet podręczników i zeszytów niezależnie od planu lekcji. Dodatkowo można „wykopać” z dna tornistra zapomniany komplet kredek, a nawet farb plakatowych, które były potrzebne miesiąc temu, zabawki, którymi trzeba było się pochwalić kolegom, a które same nie wyszły z plecaka, butelkę wody (nic to, że druga spoczywa grzecznie w kieszeni obok) oraz często drugie śniadanie z przedwczoraj. Niestety, nawet jeśli wynegocjujemy z dzieckiem wyjęcie wszystkiego, czego naszym zdaniem w plecaku być nie powinno, nadal istnieje ryzyko, że będzie on zbyt ciężki. Pozostaje negocjować z nauczycielem (na szczęście w młodszych klasach jest tylko jeden), by prace domowe nie wymagały zabierania do domu wszystkich podręczników. I jeszcze, by zostawianie podręczników w klasie, było obowiązkiem małych uczniów. Silne przywiązanie do własności sprawia, że dzieci zabierają nawet te podręczniki, które w domu nie są im potrzebne.

Co jeszcze mogą zrobić rodzice? Ano to, za co są tak masowo potępiani – dźwigać za dzieci. Chociaż nie jest to najbardziej pedagogiczne, to nie oszukujmy się – w tym wypadku jest mniejszym złem. Jak szkrab podrośnie, to będzie dźwigał sam, tymczasem lepiej pomyśleć o jego kręgosłupie, plecach, kolanach, stopach i układzie oddechowym niż upierać się, że dzieci powinny być samodzielne. Powinny. Owszem. Tylko nie takim kosztem.

Ja się bez bicia przyznaję – dwa razy w tygodniu, jak odbieram Duśkę ze szkoły, to połowę jej książek biorę do swojego plecaka. Aha, żeby nie było, że biedne dziecko do samochodu nie dojdzie – my idziemy piechotą dwa kilometry. Nawet dorosły by poczuł te pięć kilo na plecach, a co dopiero dziecko.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Nie marzysz? Nie żyjesz! Nie bój się ryzyka


Od zawsze miałam głowę pełną marzeń, które raczej nie doczekiwały się spełnienia, bo często ulegały zmianie. Wiadomo, młodego człowieka fantazja ponosi, ale o wytrwałość w dążeniu do celu o wiele trudniej. Jednak teraz, gdy mam ponad trzydzieści lat, inaczej patrzę na moje marzenia i pragnienie ich realizacji. I przyznam szczerze, że są one dość karkołomne i wyjątkowo niepewne w kwestii dopięcia na ostatni guzik. Ale pal licho, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Ostatnie siedem lat mojego życia ze smutkiem mogę określić mianem “siedmiu lat chudych”. Sytuacja jednak się odwróciła i los się uśmiechnął do mnie całkiem szeroko, przynosząc mi stabilizację zawodową, a co za tym idzie finansową. Co prawda, na kasie jeszcze nie śpię, ale na chleb i rachunki mam, cholerny frankowy kredyt sobie spłacam małymi krokami z myślą, że jeszcze jakieś dwadzieścia jeden lat i stanę się wolnym człowiekiem.

Kredycik w szwajcarskiej walucie zaciągnęłam na mieszkanie w bloku. Trzy pokoje, ładna okolica, całkiem sensowni sąsiedzi, sklep, plac zabaw. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie stała tęsknota za własnym domem, będącym cały czas daleko poza naszym zasięgiem.

Życie zaskakuje, więc gdy nadarzyła się super okazja, za uciułane pieniądze kupiliśmy kawałek ziemi pod lasem. Wspomnieliśmy kilku osobom, że chcielibyśmy za kilka lat o własnych siłach i z bieżących oszczędności – owszem, jeszcze ich nie mamy – wybudować mały domek i wynieść się bliżej natury i z dala od sąsiadów.

I co? Zamiast -” spoko, dacie radę, a ten nieszczęsny kredyt przeniesiecie na dom i sprzedacie chałupę w bloku”, wylano na nas kubły – bo nie jeden!- zimnej, ba, wręcz lodowatej wody.

  • sami chcecie budować…?!
  • a do starości zdążycie…?
  • a co z kredytem…?
  • skąd weźmiecie kasę…?
  • a źle wam się tu mieszka…?
  • kto wam pomoże…?
  • NIE DACIE RADY!!!

No to co? Mam usiąść na dupie i nie ryzykować, bo życie było uprzejme obdarzyć mnie mało zamożnymi rodzicami? Bo muszę liczyć tylko na siebie, i jeszcze mam ten pieprzony kredyt na mieszkanie w bloku? Bo zajmie mi to 10 lat, jak nie lepiej?

Nie, dziękuję, nie zamierzam słuchać cudzego jęczenia, może nawet podyktowanego zawiścią. Jeśli sami boicie się zmian i ryzyka, nie róbcie nic, nie musicie. Nie musicie planować, nie musicie marzyć, nawet żyć nie musicie ze strachu przed nowym, jeśli nie chcecie.

A ja chcę marzyć, chcę sięgać sięgać wysoko, nawet jeśli ryzykuję przez to bolesny upadek z naprawdę dużej wysokości. Trudno się mówi. Jak coś się stanie, sprzedam działkę, pewnie jeszcze z zyskiem. Ale jeśli mi się uda, nawet za te dziesięć, piętnaście lat, i będę mogła zostawić coś wartościowego dzieciom, to ja spróbuję. Nie, nie boję się przyszłości. Bardziej bałabym się tego, że przez niezdecydowanie i brak wiary w siebie, zawsze będę tkwiła w jednym miejscu.

Nie marzysz? Nie żyjesz! Dla mnie to proste.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Tak mi się jakoś skojarzyło… ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku