Nie wierzysz, że śmiech to zdrowie? Mamy na to dowody!


– Lepiej żartować, niż chorować – powiedział mi kiedyś pewien pan, który sprzedawał jajka na bazarze. Lubiłam u niego kupować wcale nie dlatego, że miał jakiś wyjątkowo dobry towar, ale dlatego, że po zakupach zawsze miałam lepszy humor. Coś jest w tym staropolskim powiedzeniu, że śmiech to zdrowie…

Śmiech to nie tylko czysto fizyczna przyjemność, to wymierne korzyści dla naszego ciała i ducha.

 

  1. Śmiech jest najlepszą metodą na zwalczenie stresu. Obniża poziom kortyzolu i adrenaliny i tym samym sprawia, że nabieramy dystansu do stresogennych sytuacji, jakie spotkały nas w ciągu dnia. Dlatego, jeśli to możliwe, dobrze w drodze z pracy do domu poczytać jakąś zabawną książkę.

 

  1. Śmiech jest jak narkotyk! I to niemalże dosłownie. Dzięki niemu organizm produkuje endorfiny. Zwane są one hormonami szczęścia, a działają dokładnie na te same receptory, co leki produkowanie na bazie opium. W tym momencie powiedzenie: „śmiech to zdrowie” zostaje potwierdzone naukowo. Zamiast łykać kolejną porcję leków przeciwbólowych – śmiejmy się.

 

  1. Są osoby, które starają się nie śmiać, w obawie przed powstaniem zmarszczek mimicznych. No cóż.. każdy ma prawo mieć swoją fobię. Co prawda ślady częstego śmiechu faktycznie mogą pogłębić kurze łapki, ale nie zapominajmy, że śmiech pobudza krążenie krwi. A lepsze krążenie, to zdrowsza i lepiej odżywiona cera. Koniec z szarością na twarzy, koniec z cieniami pod oczami. Nie masz czasu zrobić maseczki? Śmiej się!

 

  1. Podniesienie wydajności przy pracy umysłowej jest możliwe właśnie dzięki śmiechowi. Już nie potrzebujesz kawy ani mocniejszych dopalaczy. Szczery śmiech zmusza do głębszego oddychania, powoduje lepsze dotlenienie całego organizmu łącznie z mózgiem. Dotleniony mózg to lepsza koncentracja, a lepsza koncentracja to efektywniejsza praca. Nie bez powodu mówi się, że trzeba czasem „przewietrzyć” mózg. Gdy nie ma czasu na spacer, wystarczy solidna dawka śmiechu.

 

  1. Śmiech jest najlepszym naturalnym wzmacniaczem odporności. Ta wiedza przyda się szczególnie w sezonie jesienno-zimowym. Jak to możliwe? Otóż częste śmianie się wzmacnia produkcję limfocytów T, które są odpowiedzialne za zwalczanie mikrobów. Produkowane przy okazji częstego śmiechu endorfiny, nie tylko poprawiają samopoczucie na poziomie psychicznym, mogą pochwalić się także działaniem przeciwzapalnym.

 

  1. Śmiech jest niezawodnym sposobem na wzmocnienie mięśni brzucha, co w efekcie skutkuje jego… spłaszczeniem. Tak, jeśli mamy obwisły brzuch, to powinniśmy jak najwięcej się śmiać! Bolał was kiedyś brzuch od śmiechu? To dobry znak – mięśnie podjęły pracę. Oby tak dalej!

 

O powody do śmiechu wcale nie jest tak trudno. Dobra książka, film, porcja humoru jaką bez trudu znajdziemy w sieci. Ja wam zostawiam skecz kabaretu Smile. Ale nie taki byle jaki, tylko z pewnym drobnym żartem od kabaretu Ani Mru Mru. Bo najlepsze żarty są wtedy, gdy kabareciarze robią je sobie nawzajem ;)

 

 

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Baba z wozu, konie stoją


Mówi się, że baba z wozu, koniom lżej. Widząc to, w jaki sposób ustaje jakikolwiek ład i porządek w domu, kiedy mnie zmaga raz na ruski rok zmęczenie albo poważna niedyspozycja, śmiem w to wątpić. Ja z wozu, a raczej do łóżka, więc konie lekko powinny pójść dalej. A konie, jak te osły na łące stoją dalej. Bez matki ni centymetra nie ruszą, będą tak trwać…

Matka, “rzecz” święta, niezastąpiona, wyjątkowa, wszystkowiedząca i wszechmogąca. Moja mama nie leżała ugorem, wątpię, żeby kiedykolwiek położyła się kopytami do góry, bo tak, bo się należy. Ja na razie też tego nie robię, bo by mnie chyba sumienie zeżarło. A tak, gdy nie daję rady i leżę, zżera mnie nie tylko sumienie, ale i czas. Bo to co masz zrobić jutro, zrób pojutrze – będziesz miała dwa dni wolnego? Gówno prawda, mogę śmiało rzec. Czego nie zrobiłam dziś, to mi się na łeb zwali jutro, łącznie z tym, że będę musiała zrobić to, co standardowo zrobić powinnam. Kołomyja. Obowiązki pieprzone. Aż się nie chce.

Czasem mi żal, że nie mam córki, która mogłaby zrozumieć zamiłowanie do porządku i obowiązkowości. Mogłaby mi pomóc, tak sama z siebie, od serca, a nie, bo matka kazała. Ja tak robiłam, pytałam mamę każdego dnia, czy nie mogę jej w czymś pomóc. W końcu matkę ma się tylko jedną…

Moi synowie mają lepiej, bo mają robota wielofunkcyjnego – matkę, praczkę, sprzątaczkę, układaczkę bajzlu na półkach, zbieraczkę ich rzeczy po pokojach, kucharkę, organizatorkę dnia i podcieraczkę dup do tego.

Owszem, jak palcem pokażę, to coś zrobią, ale i tak muszę poprawiać – co drugi zebrany klocek, “ułożone” rzutem na półkę książki i innych parę innych rzeczy na chybił-trafił, gdzie popadnie. Faceci tak mają? Najstarszy z gangu na prośbę działa, jak trzeba. Poza prośbą  działa z doskoku, dla niego serio to żaden problem, gdy gary poczekają na lepszy czas, by zawędrować do zmywarki.

Czy tylko ja mam jakąś manię prześladowczą z powodu jednodniowego kurzu???

P.S.

Za którymś razem nie wytrzymałam. Zrobiłam eksperyment – wieczorem kolejno NIE:

  • ułożyłam gratów z podłogi na półki,
  • starłam kurzu,
  • odkurzyłam podłogi,
  • umyłam jej (opcja wykonywana 2 x w tygodniu, ew. gdy się skarpeta do niej klei wcześniej),
  • wywlokłam garów ze zmywarki / włożyłam brudnych do środka,
  • wykąpałam dzieci,
  • zrobiłam kolacji,
  • wyprowadziłam psa….

Dziwię się, bo nadal żyję i mam się dobrze, choć psychika mnie gniotła. Dzieci ogarnął ojciec. Ja poszłam spać. Reszta częściowo albo ogarnęła się sama, albo ogarnął mąż.

Przyznam, że czułam się jak dzieciak, który nabroił coś, czego absolutnie nie wolno było mu robić. I uszło mi to na sucho! Bez komentarzy, bez sarkania.

Teraz zbieram się na odwagę, by praktykować dezercję częściej, Może wtedy będzie tak, że baba z wozu do łóżka, a wóz pojedzie sam?

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja częściej olewam :p a kurze to raz w tygodniu przegonię szmatką.

  2. Dobiję osikowym kołkiem-to i tak Ty masz problem z sobą,mimo starań.Faceci reaguja prawidłowo.Jeśli czegos nie muszą,to po co maja sie wychylać? ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Jak zadbać o uzębienie maluszków?


Krytycznym problemem z punktu widzenia profilaktyki chorób zębów i przyzębia u dzieci okazuje się próchnica, która to nie tyle ma związek ze specjalnymi predyspozycjami: kserostomią, niedoborami immunoglobulin lub zaburzeniami składu śliny, co z nieprawidłową dietą, brakiem higieny zębów oraz innymi współtowarzyszącymi patologiami w obrębie uzębienia. U dzieci próchnica zaczyna się często rozwijać od pierwszych ząbków, co przejawia się najmocniej w występującej u populacji pediatrycznej próchnicy butelkowej.

Dlaczego warto działać?

Zapewne mało kto wie, jak zadbać o zęby najmłodszych. Po pierwsze, wdrażanie pewnych pozytywnych nawyków odnośnie zdrowia i higieny jamy ustnej na pewno zaprocentuje na przyszłość. Po drugie, należy uwzględnić fakt, iż zachowanie zdrowego uzębienia to nie tylko ekonomiczna oszczędność, redukująca ryzyko konieczności zastosowania kosztownego leczenia stomatologiczne, ale i troska o ogólne zdrowie dziecka i jakość jego aparatu zębowego w przyszłości.

Braki w wiedzy i szkodliwe nawyki?

Jednym z podstawowych czynników przyczyniających się bezpośrednio do występowania natężonej próchnicy u dzieci jest niewiedza rodziców. Rodzice bagatelizują mleko jako jeden z głównych składników predestynujących do powstania próchnicy. Jest to dla rodziców pewna sprzeczność, gdyż wszystkie media „trąbią’ o pozytywnym wpływie wapnia i fosforu (podstawowych składników mleka) na jakość i zdrowie uzębienia.

Problemem w klasycznym mleku nie są tyle elektrolity, co zawarta w nim laktoza, która niezwykle mocno potrafi przylegać do uzębienia dziecka i generuje jeszcze lepsze namnażanie się takich bakterii, jak Fusobacterium, Micrococcus i innych rodzin bakterii beztlenowych. Jakże powszechnym jest widok matek i ich dzieci, które to zasypiają najczęściej z butelką w buzi.

Należy dokładnie uświadamiać społeczeństwo na temat zdrowych nawyków stomatologicznych, w tym uwzględniając szczególne potrzeby najmłodszych pacjentów. Ograniczenie ekspozycji na laktozę, eliminacja słodyczy z diety dziecka oraz wypracowywanie codziennej, samodzielnej higieny to klucz do zdrowych i ładnie wyglądających zębów.

Kontrole i przeglądy

Doroczny przegląd stomatologiczny, lakowanie zębów, wraz z fluoryzacją maja zbawienny wpływ dla zapobieganie rozwojowi próchnicy. Tylko profilaktyka oparta o racjonalne zachowania, kontrole medyczne i codzienną higienę jest w stanie coś zmodyfikować w podejściu społeczeństwa do kwestii chorób zębów i przyzębia.

Codzienne postępowanie przekłada się na aktualny i przyszły stan uzębienia dziecka. Nie można absolutnie wyeliminować konieczności mycia zębów oraz właściwej, ubogiej w cukry proste diety!

Wizyty adaptacyjne

Uwzględniając profilaktykę pierwotną, przeprowadzanie lekcji adaptacyjnych w ramach przedszkoli i szkół ma kolosalne znaczenie. Możliwe jest ograniczenie ewentualnych traumatycznych doznań w trakcie leczenia, co przekłada się niesamowicie korzystnie na dalszą współpracę pomiędzy pacjentem a stomatologiem! Każdy przedszkolak musi obejrzeć gabinet i wiedzieć, jak to tutaj wygląda!

Artykuł powstał przy współpracy z Hippolit

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. U nas też rok minął,i trójki się nie ruszają…. Jedynki i dwójki wszystkie….

  2. Czesto najpierw czwórki a potem trójki czy jakoś tak

  3. 6 latka – wypadł pierwszy ząb stały

  4. u Marcinka (6,5 lat) poszły już jedynki na górze i jedna na dole.

  5. dużo zależy od tego, kiedy wyszły pierwsze zęby, u nas bardzo późno, rok miała i dopiero ząb wyszedł, dlatego też późno wypadają

    1. ale ta roczna przerwa jakoś mnie niepokoi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Nie chcę być dzieckiem. Chcę być dorosła!


Tydzień temu pokazałam Wam, czym moje dzieciństwo różni się od dzieciństwa mojej córki. Wniosek jest jeden – dzieli nas epoka lodowcowa. Dziś napiszę Wam, dlaczego nie chciałabym znowu być dzieckiem.

Pamiętam, jak byłam mała i krzyczałam (i to jak krzyczałam!), że chcę już być dorosła, nie raz i nie dwa słyszałam:

– Jeszcze będziesz chciała znowu być dzieckiem, zobaczysz. Niech tylko dopadną cię dorosłe problemy.

Dopadły. Nie raz. Stale dopadają. Życie mnie wcale nie oszczędza i nie rozpieszcza. Przeciwnie. Funduje siniaka za siniakiem, bije, kopie i patrzy, czy równo puchnę. A ja i tak za nic w świecie nie chciałabym znowu mieć dziewięciu lat.

Nienawidziłam tego czasu zależności od dorosłych i mówię to całkiem otwarcie. Byłam kochanym dzieckiem i chwilami nawet rozpieszczanym. Chwilami, bo jednak w tamtych czasach na pierwszy plan wysuwały się baaardzo przyziemne problemy – kupno mleka, chleba i połówki kurczaka na przykład. Nie cierpiałam tego „to rób, tamtego nie rób, to wolno, tego nie wolno, tak się nie robi”. A najbardziej ze wszystkiego nienawidziłam hasła: „za mała jesteś”. No niech to chudy byk strzeli! Takie były czasy i tak się dzieci wychowywało. No więc ja dziękuję bardzo. W dzisiejszych czasach też nie chciałabym być dzieckiem, bo presja, z jaką teraz muszą mierzyć się dzieci, jest ogromna. Dziękuję, postoję.

Nienawidziłam wcześnie chodzić spać i wcześnie wstawać. I tak mi zostało. I błagam niebiosa, Boga i wszystkich Świętych, niech mi pozwolą do końca życia być wolnym strzelcem, to idealny sposób na pracę dla mnie. Nigdy więcej etatu i wstawania z budzikiem! Tego budzika, który drze się co rano, na pobudkę dla Duśki też nie znoszę. Zresztą ona też. Po mnie to ma, genów się nie przeskoczy.

Nie cierpiałam chodzić na głupie przyjęcia, na których nudziłam się jak mops. Pół biedy, jak były tam jakieś dzieciaki, ale nie zawsze były. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. I oczywiście jako dziecko musiałam być grzeczna i nie marudzić. Bo dzieciom w tamtych czasach nie wolno było marudzić. Teraz mają jakoś lepiej, demokracja nastała, czy coś? Mimo to dziękuję bardzo. Cieszę się, że mogę sama się rządzić moim czasem i nie chciałabym wracać do epoki, w której mną dyrygowano.

Wreszcie mogę czytać takie książki, na jakie mam ochotę i nikt mi nie mówi, że to nie dla dzieci. Kiedyś takie sytuacje miały miejsce i… normalnie nie uwierzycie, musiałam wysłać rodziców do biblioteki, żeby mi „Mikołajka” wypożyczyli! A z dziesięć lat wtedy miałam! Przedwojenna bibliotekarka upierała się, że ta książka stoi w czwartym poziomie i to absolutnie nie jest dla mnie. Na szczęście rodzice nie podzielali jej obaw. Za to zabronili mi czytać kryminały. Zakaz wytrzymał całe dwa lata, dopóki nie zwędziłam z biblioteczki domowej książki „Błękitny młoteczek” Rossa McDonalda. To z pewnością nie była książka dla mnie, ale nie uważam, żeby mnie jakoś pokaleczyła emocjonalnie. Najbardziej fascynowała mnie pokręcona historia rodziny, przy której bohaterowie „Mody na sukces” mogą się schować.

Nie muszę się uczyć rzeczy, które mnie kompletnie nie interesują i których nie mam ochoty się uczyć. Wreszcie mam czas (ograniczony, ale jednak) na własne zainteresowania i pasje. Niby dzieciństwo też pozostawiało jakiś margines wolności w tym zakresie, no ale właśnie – tylko margines.

Jakbym się uparła, to pewnie znalazłoby się więcej przykładów. Ale myślę, że tyle wystarczy. Moje dzieciństwo nie było złe, ale było tylko przygotowaniem do dorosłości, niczym więcej. I nie mam zamiaru do niego wracać na żadnej płaszczyźnie. Teraz mi zdecydowanie lepiej. I to mimo tego, że nikt nie rozwiąże za mnie moich problemów. I chociaż wiem, że życie jeszcze nie raz mi dokopie, nic to. Ja też mu dokopię, jak będzie trzeba, a co!

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku