Ciąża 28 marca 2012

Z pamiętnika ciężarówki

37 TC
Poniedziałek – standardowa wizyta kontrolna, badanie ginekologiczne, USG – maluch ułożony prawidłowo, szyjka gotowa, waga dziecka wg USG ok. 2500g – jeszcze 5 dni mam brać leki a potem odstawić i czekamy na decyzję malucha o wyjściu :) jeśli nie urodzę kolejna wizyta za 2 tyg.

39 TC
Piątek – za 3 dni wizyta, a ja nadal czuję skurcze, które na KTG nie wychodzą…
W akcie desperacji sprzątam całe mieszkanie łącznie z myciem okien i pastowaniem podłogi na kolanach!!! Dwa dni później Chrzciny u znajomych, dodatkowo długi spacer, żeby się rozruszać.

Poniedziałek – wizyta u lekarza. USG, badanie ginekologiczne. Uśmiechnięta mina lekarza mówi wszystko: „Pani Paulino mamy rozwarcie na 1cm”.
Jestem zadowolona, bo moje działania przyniosły efekt- mieszkanie na błysk i jeszcze rozwarcie ;)

Wtorek popołudniu – jedziemy do znajomych, mąż pomaga im skręcić meble dla córki.
Wracamy do domu ok. 23.00 biorę prysznic i kładę się do łóżka.

Środa 1:00 – budzi mnie dość mocny skurcz, sytuacja dość znajoma więc zasypiam, za chwilę kolejny… biorę zegarek i sprawdzam która godzina. Zanim zdążyłam zasnąć kolejny skurcz.
Sprawdzam odstępy, wynoszą mniej więcej 5 minut. Idę do wanny, żeby uspokoić skurcze, bo już to kilka razy przerabiałam.
Po wyjściu z wanny czuję kolejny, tym razem dużo mocniejszy i dłuższy. Biorę zegarek i mierzę czas… odstępy ok. 4 minut. Postanawiam obudzić męża, w między czasie zjadam coś na szybko włączam komputer i piszę koleżankom z forum, że jadę na porodówkę.

2:50 – Dojeżdżamy do szpitala, a ja czuję, że skurcze są coraz mocniejsze…
Przyjmuje nas położna i zaprasza mnie do gabinetu, a mężowi każe czekać na korytarzu. Wykonuje po kolei badania, zadaje mnóstwo pytań, a ja na nie odpowiadam milknąc na chwilę, gdy nadchodzi skurcz. Pojawia się lekarka i robi USG, przewidywana waga synka ok. 3200g rozwarcie na ponad 3 cm.

4:00 – Wreszcie przechodzimy do sali porodowej. Rozkładamy się z całym ekwipunkiem ;) Najważniejsze radio, przecież nie będę rodzić w ciszy ;)
Kolejna położna– bardzo miła– wita się i mówi, że będzie się nami zajmować do 7 rano jeśli tyle tu będziemy. Podpina KTG i proponuje się zdrzemnąć, żeby zebrać siły na poród. Potem zabiera sprzęt, a ja zaczynam przysypiać między skurczami.

7:00 – zmiana położnych. Rozwarcie na 4,5 cm.
Idę pod prysznic, żeby się trochę odświeżyć.
Już wiem, że mojego lekarza nie będzie, bo akurat wyjechał.
Zaczynam odbierać sms od koleżanek z forum, które pytają czy wszystko ok. Skurcze są częstsze i silniejsze, ale mimo to mam dobry humor i świetnie się czuję, bo drzemka bardzo mi pomogła. Podjadam czekoladę i odpisuję na wiadomości.
Położna radzi poskakać na piłce, żeby rozwarcie lepiej postępowało. Korzystam z jej rady i ćwiczę sobie tak jak uczono nas w Szkole Rodzenia.
Znowu idę pod prysznic, żeby rozgrzać brzuch i kręgosłup, podobno to przyspiesza poród.

13:00 – jest 8 cm :) jestem zadowolona z siebie i choć skurcze są już bardzo silne nadal skaczę na piłce.
Kolejne 2 godziny, jestem coraz bardziej zmęczona a rozwarcie utknęło na 8 cm i szyjka nie chce współpracować. Nie zgadzam się na Oxy, chcę jeszcze spróbować sama.

16:30 – staram się spacerować cały czas bo na piłce jest mi już niewygodnie. W końcu zgadzam się na podanie oksytocyny, bo rozwarcie nadal nie postępuje. Najpierw KTG potem kroplówka i nadal KTG. Skurcze zaczynają być nie do zniesienia. Przestaję kontaktować co dzieje się wokół, kojarzę tylko jakieś wycinki sytuacji.
Położna podtyka mi coś szumiącego, odpycham to, ale mąż trzyma nadal a położna każe głęboko oddychać, po chwili orientuję się, że to maska z tlenem, maleństwo reaguje przez chwilę niezbyt dobrze na Oksytocynę i trzeba je dotlenić. Po chwili jest już dobrze.

Jest prawie 18 – przyszedł lekarz, bada mnie, ból potworny, do tego co chwilę skurcze, czasem mam wrażenie, że jak kończy się jeden to zaczyna drugi. Na szczęście wreszcie jest 10 cm i zaczynają się bóle parte.

Jest 19 – nadal staram się przeć, ale maluch nie chce za bardzo współpracować ze mną tak jakby utknął. Kolejna zmiana położnych pytam czy jest Pani Jadzia-  położna, którą poznałam na zajęciach Szkoły Rodzenia. Pani Jadzia przychodzi i śmieje się, że chyba specjalnie na nią czekaliśmy. Zaczyna zwozić jakieś sprzęty do naszej sali i wzywa lekarza położnika oraz neonatologa. Zbiera się niezła grupka i wszyscy oglądają moje krocze… Ciekawe co tam widzą?

Za radą położnej zmieniam pozycję i zaczyna się poważne parcie. Położna pyta czy wyrażam zgodę na nacięcie krocza. Zgadzam się jeśli uważa, że to konieczne. Czuję tylko lekkie uszczypnięcie, bo robi to bardzo sprawnie.

Po następnym skurczu pytam męża i położną czy synek ma włoski, mówią mi żebym sama sprawdziła. Robię to i czuję maleńką, cieplutką, owłosioną główkę. Czuję napływ nowych sił i przy następnym skurczu rodzę synka.

19:50 – po raz pierwszy i na zawsze zostajemy rodzicami !!!!
Następuje cudowna błogość, położna kładzie mi mokre i ciepłe ciałko na brzuch, synek zaczyna płakać, a mąż w tym czasie przecina pępowinę i widzę jak łzy płyną mu po policzku.
Neonatolog bierze małego na stolik obok i bada go dokładnie, a ja w tym czasie rodzę łożysko. Pytam czy wyszło całe, bo ze szkoły rodzenia pamiętam, że to ważne. Wszystko jest ok i dostaję synka z powrotem na brzuch. Lekarz zakłada szwy w miejscu nacięcia krocza.

Mąż robi nam z synkiem zdjęcie a ja widzę, że nadal płacze choć stara się to ukryć. Synek szybko się uspokaja, a Ja próbuję go nieudolnie przystawić do piersi. Położna pomaga mi i po chwili Adi chwyta ładnie pierś i zaczyna łapczywie ssać. Zostajemy w tej sali z mężem jeszcze przez ponad godzinę.

Tuż przed 23 trafiam na zwykłą salę. Mąż jeszcze chwilę jest ze mną żebym mogła się odświeżyć pod prysznicem, a potem jedzie do domu się zdrzemnąć.
Jakaś pielęgniarka przynosi mi coś do jedzenia i herbatę. Zjadam szybko i kładę się z synkiem. Zasypiamy zmęczeni. Po 2 godzinach budzę się i już do rana leżę i obserwuję mojego Adrianka, jak śpi lub ssie moją pierś. Mąż odwiedza nas w czwartek i w piątek a ja marzę już, żeby wrócić do siebie.
Wreszcie w sobotę mąż przyjeżdża i zabiera nas z synkiem do domu.

Zaczynamy nową życiową rolę – rolę Rodzica z Naszym synkiem Adriankiem. Jak wypadniemy w tej roli nie wiem, ale wiem jedno – mąż i synek są moim całym życiem i bardzo ich Kocham.
Mąż był przy mnie cały ten czas i pomagał jak tylko mógł. Razem przywitaliśmy Adiego na świecie i razem będziemy o niego dbać, aby wyrósł na cudownego i wspaniałego mężczyznę jak jego Tata :)

184
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
33 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Zaradna MamaFizinkaAnia;) Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna Haluszczak
Gość

Gratuluję – dzielna dziewczynka :) Poród widzę, że długi i ciężki… Ważne, że był z Tobą mąż. To naprawdę dużo daje. Dla mnie obecność męża przy porodzie była bezcenna. Dlatego wiedzieliśmy, że przy drugim też będzie – i był.
Zresztą drugi poród jest szybszy i łatwiejszy! Tak więc powodzenia w nowej życiowej roli! :)

Ania;)
Gość
Ania;)

Drugi poród szybszy i łatwiejszy..?? Oby to była prawda;)) Okaże się za 3 miesiące:))

Anna Haluszczak
Gość

Napiszę tak:
– pierwszy poród to skurcze od 1,40 w nocy. Urodziłam o 15,05. I do tego przetrzymali nas dodatkowy dzień w szpitalu, bo córeczka miała podwyższoną temperaturkę.
– drugi poród to sączenie się wód od ok. 5 rano, pół godz później skurcze i o 8,15 synek był na świecie :)
To chyba mówi samo za siebie :)

Powodzenia i trzymam kciuki za szybkie i bezproblemowe porody obecnych tu ciężarówek!

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Jeśli to miałaby być reguła, to aż się trochę boję, bo z córką do szpitala dojechałam ok. 10, a o 12: 15 już było po wszystkim:)

Anna Haluszczak
Gość

Reguła to pewnie nie jest, ale w wielu przypadkach tak było. Swoją drogą – Ty to miałaś w takim razie ekspres! :)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Oj tak! I z jednej strony boję się dłuższego porodu, a z drugiej obawiam się, że jak pójdzie szybciej, nie zdążę dojechać do szpitala:)

Anna Haluszczak
Gość

Aż tak szybko to przecież nie idzie, więc zdążysz na pewno ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Nigdy nie wiadomo:) Do szpitala prawie 30 km:)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Aniu, u mnie okaże się za miesiąc, a może wcześniej:)

Anna Haluszczak
Gość

To trzymam kciuki, żeby było wcześniej niż za miesiąc, bo najgorzej jest czekać po terminie (wiem z doświadczenia ;) )

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Aniu, córkę urodziłam 3 tyg. przed terminem, więc nie było mi dane poczuć tego stresu i mam nadzieję, że i teraz tak będzie:)

Anna Haluszczak
Gość

Tylko pozazdrościć! Ja córeczkę urodziłam tydzień po terminie – czekanie było męczarnią…

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Modlę się, żebym nie musiała tak długo czekać…

Paulina Garbień
Gość

no cóż mam nadzieję, że drugi faktycznie będzie łatwiejszy :) okaże sie w październiku :)

Anna Haluszczak
Gość

A na którego masz termin? Moja córeczka jest z października :>

Paulina Garbień
Gość

na 1.10 :) może się okazać, że będzie wrześniowy dzidziuś :)

Anna Haluszczak
Gość

To moja córeczka jest z 24 (termin miałam na 18). Ale październikowe dziewczyny są fajne :)

Paulina Garbień
Gość

ja mam przeczucie, ze to chłopiec, ciekawe czy trafne :)

Anna Haluszczak
Gość

U mnie było tak, ze w ciąży z córką strasznie popsuła mi się cera i włosy, przy synku nic. Może u Ciebie to też będzie jakiś wyznacznik? A czemu czujesz, ze to synek? :)

Paulina Garbień
Gość

takie przeczucie gdzieś w środku :) przy Adim tez czułam, ze to będzie synek :) choc na początku chciałam dziewczynkę

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Ja z córką miałam przeczucie ok. 6 m-ca ciąży. USG nic nie chciało pokazać, dopiero w 32 t.c. lekarz potwierdził, że prawdopodobnie córcia będzie. Teraz jak pierwszy raz zobaczyłam małego na USG, powiedziałam, że wygląda jak chłopiec:) Potem różnie mi się przeczucia zmieniały, ale okazało się, że pierwsza myśl była słuszna:)

Anna Haluszczak
Gość

Fajna taka intuicja :) U mnie przy pierwszym maleńśtwie szybko było wiadomo, że będzie córeczka. Przy drugim mąż stwierdził, że co by nie było- będzie syn. I jest :)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

Moja mama 1 dziecko urodziła najłatwiej a czwarte najciężej;-) Tak stopniowo, więc to chyba kwestia indywidualna;-) Ja pojechałam do szpitala we wtorek, urodziłam w czwartek a do domku wróciłam w poniedziałek;-) Więc prawie tydzień w szpitalu;-) Za nim urodziłam to 2 dni męczyłam się ze skurczami, aż płakałam z bólu, a położne na to, że udaje, żeby mi pomogli przyśpieszyć akcje;/ Ehh…

Paulina Garbień
Gość

tak to jest z lekarzami i położnymi… kazdy inaczej odczuwa ból, ma inny próg bólu i nie można tego generalizować
Moja mama każde równie szybko rodziła kazde z trójki dzieci więc to faktycznie kwestia indywidualna :)
w każdym razie zdam relację w październiku :)

Anna Haluszczak
Gość

Pewne cechy są dziedziczne, więc może Tobie też pójdzie gładko – jak mamie :) U nas genetyczne było tycie w ciąży. Zarówno w 1 jak i w 2 przytyłam dokładnie tyle samo, co moja mama :P

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Ja z kolei urodziłam pierwsze dziecko znacznie szybciej niż moja mama którekolwiek z naszej 3 rodzeństwa:)

Paulina Garbień
Gość

u mnie pierwszy poród sie nie sprawdził bo jak widać jakieś 16 godzin a u mamy mimo wywoływania niecałe 8 i waga w ciąży też, mama przytyła ze mną w ciąży 32,5kg a ja 16kg więc połowę mniej, więc u nas ta dziedziczność nie działa ;)

Anna Haluszczak
Gość

To tylko się cieszyć :) Ja pierwsze dziecko też urodziłam łatwiej niż moja mama, bo ona miała poród kleszczowy, a ja naturalny.

Sylwia Chojnowska
Gość

U mnie się nie sprawdziło. Urodziłam szybciej niż mama ( mój poród – 2 godz 15 min) i przytyłam też mniej.

Fizinka
Gość
Fizinka

I się poryczałam :) Twoja historia bardzo przypomina moją :) też długo rodziłam, „obskoczyłam” 3 zmiany położnych!! :) i na koniec też spotkałam położną ze szkoły rodzenia :) co prawda nie przyjmowała mojego porodu ale siedziała z nami (ze mną i mężem) i nas dopingowała :)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Gratuluję:) Kurcze, ale dosyć długo się męczyłaś… U mnie pierwszy poród 4 godziny i 15 minut… Za chwilkę drugi… jak czytam Twoją historię, to mam ciarki – jak będzie tym razem????

Paulina Garbień
Gość

bedzie dobrze :) szybko i mało bolesnie :) trzymam kciuki i czekam na relację jak było :)

Anna Haluszczak
Gość

Ola – na pewno będzie dobrze :) I mamy nadzieję, że jak już wypoczniesz, to zdasz relację z tego, że wszystko poszło jak trzeba :)

Ania;)
Gość
Ania;)

Właśnie, właśnie dziewczyny..:) Mamy się tutaj wspierać, a nie straszyć;P;) Na pewno pójdzie, jak po maśle;P;)

Anna Haluszczak
Gość

Aniu – innej opcji nikt nie bierze pod uwagę ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Aniu, masz rację – musi być dobrze:)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Paulina, Ania – nie dziękuję, żeby nie zapeszyć:) A relację na pewno zdam:)

Zaradna Mama
Gość
Zaradna Mama

Gratulacje dla rodziców i dużo zdrowia dla Adusia :-)

Angelika Ludwicka
Gość

aż sie popłakałam przypomniał mi sie mój poród choć o wiele krótszy bo tylko 2,5 h
Gratuacje dla rodziców

Dom 27 marca 2012

Zabawne gotowanie – recepta na zdrowie i przepis na nudę!

Zdrowe = nudne?
Każdy kto próbował przekonać do zjedzenia czegoś „niejadalnego” swoja mniejszą lub większą pociechę, doskonale wie, że nic nie może być nudne! A już na pewno nie to, co chcemy podstępem wprowadzić do żołądka małych smakoszy!  Nie jeden domowy strażnik diety, stracił w  swojej karierze garść włosów – z powodu marchewki, pół dnia – w intencji szpinaku czy też został dumnym posiadaczem paru nowych siwych włosów i plam na ścianie –  z okazji  „kuchennego dnia: BO NIE!”. Niektóre z forteli rodziców, mające na celu perswazję swoich racji, mogłyby fabułą i poświęconym, na nie czasem, rywalizować z niejednym „wenezuelskim” tasiemcem :). Jednak zapewne wiele z Was odkryło już  magiczny sposób na pomoc w tym trudnym zadaniu, jeśli nie to zapraszamy do próby!

Oczywiście byłybyśmy Optymistkami na krawędzi szaleństwa, twierdząc że jest „niezawodny” sposób na każdego Malucha! Jednak warto udać się na poszukiwanie „swojej recepty” na zdrowe posiłki kierując się kilkoma zasadami.

Cuda – wianki:

Jednym ze sposobów na „zachętę” młodego Smakosza, jest niewątpliwie podanie potrawy w atrakcyjnej wizualnie formie.  Niestety często jest to niepraktyczne rozwiązanie – mało kiedy możemy poświęcić dodatkowy czas na ulepienie klusek w kształcie samolotu i zrobienia łódki z pomidorów… a szkoda! Mimo mankamentu w postaci pożeracza czasu- zachęcam, aby od czasu do czasu w ramach atrakcji skusić się na taką próbę zachęty.  Gwarantuję, że sprawi to nie tylko przyjemność dziecku, ale i Wam – na pewno będziecie z siebie dumne, gdy zaprezentujecie swoje kulinarne arcydzieło!

Nieco prostszym rozwiązaniem jest układanie jedzenia na talerzu w taki sposób , aby za jego pomocą powstał pyszny jadalny obraz.  Na pewno znajdzie się jakaś okazja na takie jadalne arcydzieła!

Razem przy stole… i nie tylko:

Drugim sposobem, moim zdaniem – Zwycięzcą w kategorii, zaangażowania dziecka, jest wspólnie spędzony czas w kuchni.  Bardzo ważne jest budowanie „świadomości jedzenia” u naszych dzieci. Jest idealne połączenie przyjemne z pożytecznym:  Uczmy nasze dzieci, najlepiej własnym przykładem i możliwością uczestnictwa. Własnoręcznie (dosłownie i w przenośni ) posmarowana serkiem kromka ( i ściana :-P ) smakuje nieporównywalnie lepiej od gotowej kanapki na talerzu. Pokażmy dzieciom jak przygotowuje się potrawy i z czego sie je robi. Nawet najmniejsze Szkraby, są zainteresowane takimi nowościami – oczywiście należy  dostosować „kuchenne atrakcje” do wieku Waszych pociech.

Mój Skarb – dobrze znany wam już niejadek-aktywista (choć odpukać, ostatnio nie trzyma się swojego „manifestu”) bardzo interesuje się tym co mama robi w kuchni – wymaga to ode mnie również większego nakładu pracy i uwagi – jednak nie jest „nie do zrobienia”! Wspaniałą zabawą jest poznanie przez dziecko produktu – dotknięcie go, powąchanie – zachęcajcie do tego swoje dzieci! Później można obejrzeć serię dziwnych czynności, które za pomocą naszych rąk zamieniają ten produkt, na przykład w obiad! I znów apeluję, pozwalajcie doświadczać Waszym dzieciom (zawsze pod kontrolą – bezpieczeństwo przede wszystkim! W kuchni nie ma miejsca na ryzyko!) Zwykły ziemniak potrafi być magiczny: najpierw jest brudny i pachnie ziemią, potem czyściutki, po chwili zmienia się nie do poznania – obrany zmienia kolor, jest inny w dotyku, nieco inaczej pachnie –  tylko po to by znaleźć się w garnuszku i niczym królik z kapelusza – powrócić w jeszcze innej formie, smaczny, pachnący, miękki! Czy to nie magia?

A pieczenie ciastek, „samodzielne” przygotowanie posiłku z pomocą rodziców– to dopiero gratka dla starszych dzieci.

Pamiętajcie o Maluchach – obiekty kuchennych doświadczeń wybierajcie starannie i nie spuszczajcie małych kuchcików z oka (obiekt badań najmłodszych milusińskich zawsze może zostać pożarty lub przefrunąć sporą odległość, może też rozpocząć swoje drugie życie wetknięty np. do nosa)!

A wspólnie spędzony czas zawsze jest bezcenny!

Tradycjonaliści krzykną „ Jedzeniem nie wolno się bawić!”– a ja odpowiem „Jedzenie trzeba szanować, ale trzeba je poznać i pokochać!”

Co w duszy gra:

Kolejna ważną wskazówką jest zasada– Dziecko to człowiek– tak jak Wam, może mu coś nie smakować, może nie mieć ochoty na daną potrawę! Jak każdy człowiek – bez względu na to jak wysoko nad stół sięga jego głowa! Starajcie się o tym pamiętać! Słuchajcie i zobaczcie co Wasze dzieci, chcą Wam powiedzieć – zawsze można dojść do kompromisu, już dawno skończyły się czasy, gdy na sklepowym regale stał tylko ocet – na pewno znajdziecie składniki, które zadowolą podniebienie każdego z domowników i nie zrujnują świnki skarbonki! Obie strony muszą wykazać dobrą wolę– a wtedy na pewno wszystko uda się pogodzić!

Zapewne zapytacie teraz– „gdzie można dokupić parę godzin do doby”, albo „i kto to posprząta?” No cóż, sprzątaniem będziecie musieli zająć się sami– może z pomocą małych kucharzy (choć ta pomoc czasem generuje kolejne sprzątanie :-P), a czas? Nie musicie od razu brać się za pieczenie dzika- wystarczy „szybka” kanapka (destrukcja ograniczy się do okruszków i masła w promieniu zasięgu rąk) albo spaghetti – jak pamiętacie z naszej relacji z Warsztatów Pudliszek– większość dzieci uwielbia spaghetti (im dłuższe tym lepsze :-P).

Bieg przez płotki– czyli „Kuchenny sprint”:

„Nowe, lepsze czasy” podsuwają nam pod nasz zapracowany nosek niejedno ułatwienie. W Internecie w mgnieniu oka odnajdziecie pomysły i przepisy, w sklepie raz dwa znajdziecie produkty w kolorach tęczy. Nie bójmy się korzystać z ułatwień, które pukają do naszych kuchennych drzwi– jednak nie zapominajmy o odpowiedzialności i o rozsądku. Wybierajmy produkty, do których mamy zaufanie!

Każdemu kto na swojej głowie ma pół świata, a w załączeniu jeszcze kilka innych spraw, czasem zdarza się skorzystać z przeróżnych kół ratunkowych. Dziennie powinnam ugotować jednego klopsika (bo tylko one ostatnio są jadalne)- jednak uciekam się do tricku w postaci zamrażalnika i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Jeśli ktoś ukradkiem podbiera Wam czas, gdy na chwilę odwrócicie wzrok, skorzystajcie z pomocy.

Fajną propozycją są sosy do spaghetti Pudliszek (znów zaproszę Was do naszego wpisu o Warsztatach). Sosy są przygotowane z myślą o dzieciach (powyżej 4 roku życia), zarówno w doborze delikatnych smaków, jak i jakości (nie zawierają konserwantów, są polecane przez Instytut Matki  i Dziecka– co niewątpliwie wyróżnia je na sklepowej półce). Oczywiście zawsze dobrze jest gotować ze świeżych produktów, jednak życie weryfikuje często nasze szczytne idee.  A czasem po prostu dobrze jest zaszaleć dla odmiany!

Wszystkim, i dużym i małych koneserom smakołyków różnej maści, życzę SMACZNEGO!!!!

Źródło zdjęcia: Flickr

 

12
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna Haluszczak
Gość

Dotrwałam do publikacji tego art ;)
U nas na szczęście nie było nigdy kłopotów z karmieniem i na razie dzieci ładnie jedzą. W ciąży jadłam wszystko, w okresie karmienia też. WIdocznie przyzwyczaiły się moje maluchy do różnych smaków :) Ale uśmiech na twarzy córeczki, gdy daję jej „uśmiechnięte kanapki” jest bezcenny :) Z synkiem na razie „nie cuduję”, bo za mały. Apetyt raczej mu dopisuje. Zresztą jak czasem dziecko na coś nie ma ochoty – nie zmuszam. Niech posiłek będzie przyjemnością, niech kojarzy się z czymś miłym, a nie z ciężkim i smutnym czasem spędzonym przy stole.

Magda Kupis
Gość

my jeszcze nie praktykujemy zabaw na talerzu, ale obiad bez pomocy jest niemożliwy (nie dla mnie oczywiście hihi), pomocnik chętny do wszelkich prac domowych :)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

Moja Igusia ma roczek, a apetycik ma za dwóch;-) Zjada wszystko! Nie muszę się głowić co zrobić, aby się najadła. Nawet sama woła mniam mniam;-)

Anna Haluszczak
Gość

Szczęściara! U nas też tak było, ale teraz bywają gorsze dni. Tłumaczę to sobie tym, że ja czasem też nie mam apetytu, więc dziecko też może tak mieć :)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

Mnie to ominęło;-) Zobaczymy latem jak nie będzie czasu się najeść bo trzeba będzie się bawić he he-)

Anna Haluszczak
Gość

To naje się owocami i też nie będzie chodziła głodna :) Podobno jeśli dziecko ma możliwość zjeść, to nie da się zagłodzić ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

U nas z jedzeniem bywa różnie. Raz jest super apetyt i Jula wcina wszystko, a innego dnia trzeba ją prosić, namawiać…Takie podejście do karmienia dzieci, jak przedstawione w powyższym wpisie naprawdę pomaga:) Trzeba mieć trochę dystansu, fantazji i umieć nauczyć dziecko czerpania radości z jedzenia!

Anna Haluszczak
Gość

Albo umieć zagadać – u nas czasem się sprawdza ;)

Katarzyna Jaroszewicz
Gość

Takie witaminowe stworki-potworki to same wskakują do buzi:)

Ania Stanczak
Gość

My na szczęście nie mamy problemu z jedzeniem ale nie zawsze tak było kiedyś to był koszmar ale nie wiem co się zmieniło ;) Amelka pokochała jedzonko i namawiać jej nie trzeba sama sie upomina

Milena Kamińska
Gość
Milena Kamińska

My również stosujemy zasadę, ze jedzenie trzeba szanować ale trzeba je poznać wszystkimi zmysłami wzrokiem, dotykiem, węchem,smakiem a także słuchem. My nie mamy problemu z jedzeniem, mimo to stosujemy zabawy wyżej wymienione aby pokochać jedzenie smaczne i zdrowe i czerpać z tego przyjemność

Edyta Skrzydło
Gość
Edyta Skrzydło

U mnie dzieci też się bawiły jrdzeniem,nie marnowalo się bo pochłaniał resztki pies sasiadki, żeby nie wyrzucać. Teraz też nie ma problemów, chlopcy jedzą wszystko,najkepiej idzie szpinak,papryka surowa,makarony i kotlety.

Emocje 26 marca 2012

Zazdrośnica

Miłość to piękne uczucie. Uczucie wymagające ciągłej troski i pielęgnacji, uczucie potrafiące przenosić góry – ale również wzniecać pożary i wznosić mury… ponieważ naszą miłość, często śledzi z ukrycia ZAZDROŚĆ.

Na pytanie czy jestem zazdrosna, większość z nas w pierwszym momencie odpowie : „Nigdy!”, jednak po chwili refleksji, małe przebłyski zaczną zalewać nasze głowy. Drodzy Czytelnicy, nie wstydźmy się naszej zazdrości – zamiast marnować energię na próby przepędzenia tego „potwora” z naszego Królestwa, spróbujmy go ujarzmić!

Pewnie zastanawiacie się ileż można pisać o relacjach damsko-męskich? I tu, muszę Was zaskoczyć lub zawieść… ponieważ moja Zazdrośnica, nie jest wcale zazdrosna o inną kobietę! Zazdrośnica, zazdrosna jest o swojego partnera w oczach dziecka – o wytęsknionego Tatusia!

Większość naszych Szkarbów najwięcej czasu spędza z nami –  z Mamami, nic więc dziwnego, że kiedy po długim dniu spędzonym w pracy, Tatuś szybko staje się numerem 1!

Nic, tylko się cieszyć! Najlepszy kompan do zabaw, wyczekany przez cały dzień witany  jest szerokim „półzębnym” uśmiechem i serią podgryzających całusów – na które my musimy sobie „zasłużyć”. Nic więc dziwnego, że może ogarnąć nas mała zazdrość – przecież spędzamy z Malcem cały dzień, na dobre i na złe, w zabawie i w czułościach – a w zamian często zamiast wyczekanego tulenia czeka na nas na przykład tupanie.

Czy to źle, że czujemy to, co czujemy? Czy jesteśmy złe? Nie! Nie! Nie! Każdy ma prawo do frustracji i zmęczenia „materiału” – ale nikt nie ma prawa do wyładowywania swoich złości na niewinnych najbliższych. Co w takim razie zrobić?!

Myślę, że jedynym sposobem na wygranie tej nierównej walki, jest wykorzystanie naszej miłości na jeszcze jeden sposób, pokochać naszą małą zazdrość…

Pierwsze słowo „Tata” ?- zamiast pytać się w myślach dlaczego nie „Mama”, warto docenić to, że udało nam się razem – jako Rodzicom, zbudować piękne i trwałe uczucie!

A małe zazdrości są jak najbardziej dozwolone, no bo jak tu nie zmieniać się w „Zazdrośnicę” kiedy na pytanie, Tatusia wskazującego mnie: „Kto to jest?”, moja córka odpowiada ” Tata z „cysie” !!!”

Źródło zdjęcia: Flickr

13
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna Haluszczak
Gość

U nas też pierwsze słowo to było tata :) Bo mama zawsze mówi „tata jest w pracy”, „tata przyjdzie”, „tata…”, a o sobie mówimy „ja”.
Zazdrosna o to, że córka czy syn chcą się bawić z tatą nie jestem. Wreszcie mam wtedy chwilę dla siebie :)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

U nas.. Mimo, że ja spędzam cały dzień z córeczką, a tatuś jest w pracy to i tak mamusia jest numerem 1;-) Zaś babcia numerem 2- a to dlatego, że babcia na wszystko pozwala;-)

Anna Haluszczak
Gość

Tak – babcia jest zdecydowanie ważną osobą w życiu dziecka. Jak mama zabroni – babcia pozwoli ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

U nas na szczęście tego nie ma i bardzo mi się takie zachowanie babć nie podoba!

Paulina Garbień
Gość

u Nas też tego nie ma bo Adi mało czasu spędza z Babciami, za to Tatuś jak najbardziej popołudniami i w wekendy jest numerem jeden i Tatuś było pierwszym słowem, choć teraz na tapecie jest głównie mama ;) mnie to zupełnie nie przeszkadza, bo mam czas dla siebie, kiedy Tata przychodzi do domu :)

Beata Prusińska
Gość

Powiem szczerze, że nie czuję zazdrości, kiedy tatuś po powrocie z pracy staje się numerem 1 dla synka ;) To jest piękny widok, który mnie bardziej rozczula niż wzbudza zazdrość ;) Mój roczny synek Tymek uwielbia zabawy z tatą, co nie znaczy, że ze mną nie lubi ;) To naturalne, że jeśli nie widzi taty przez połowę dnia to później chce się nim nacieszyć ;) A to, że do niego zwraca się tatuś a do mnie mama też w ogóle mnie nie martwi ;) Tym bardziej, że po chwili zabawy z tatą, kiedy mnie zobaczy „na horyzoncie” to leci jak… Czytaj więcej »

Anna Haluszczak
Gość

Ja też uwielbiam patrzeć jak moje maluchy bawią się z Tatą. On nie jest po pracy tak zmęczony jak ja po całym dniu siedzenia z dziećmi w domu i zajmowania się gospodarstwem. I co robię gdy oni się bawią? Zdjęcia ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

U nas jest dokładnie tak samo – tzn. Julia od zawsze jest „córeczką tatusia”:) I ja…naprawdę nie jestem zazdrosna!:) Dzięki temu, że tata i córcia tak fajnie się dogadują, spędzają razem czas, ja mam chwilkę dla siebie (tym bardziej, że pracuję w domu, a więc jestem z Julą 24 h/dobę). Jestem dumna z ich dobrej relacji! Bardzo!:) Jedynie, kiedy zaborczość córci przybiera zbyt duże rozmiary troszkę zaczynam się niepokoić:) Czym te „zbyt duże rozmiary” się objawiają? Ano np. mówieniem: „To nie jest twój maż tylko mój TATA!”:)

Anna Haluszczak
Gość

Ola – w jakim wieku jest Twoja córeczka? Taki tekst swiadczy o jej samoświadomości i inteligencji :) Broni swojego!
Moja córa na szczęście jeszcze tak nie mówi ;)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Aniu, Julka ma 4 lata:) I tata jest jej księciem na ten moment;)

Anna Haluszczak
Gość

To może u nas przyjdzie na to jeszcze czas – moja ma niecałe 2,5 roku :)

Aleksandra Greszczeszyn
Gość

Myślę, że tak:) Chyba wszystkie dziewczynki mają taki czas! Choć muszę przyznać, że u ans od początku to tata jest ten The Best:)

Milena Kamińska
Gość
Milena Kamińska

:-) ALE TO JEST TAKA FAJNA ZAZDROŚĆ U MNIE JAK SIEDZIAŁAM Z CÓRĄ TO PO POWROCIE TATY Z PRACY TO ON BYŁ NUMEREM 1, PIERWSZE SŁOWO „TATA” TERAZ JAK OBOJE PRACUJEMY A JULA JEST W ŻŁOBKU PO POWROCIE DO DOMU NUMEREM 1 JESTEŚMY OBOJE PO RÓWNO I TROCHĘ TĘSKNIE ZA TYM CO BYŁO WCZEŚNIEJ. PLUSEM BYŁO TO ŻE MIAŁAM DUŻO CZASU DLA SIEBIE BO CÓRA CHCIAŁA WSZYSTKO ROBIĆ TYLKO Z TATĄ :-)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close