Zimowe bieganie


Zima nie jest najbardziej sprzyjającym czasem dla osób kochających bieganie. Niskie temperatury i  niesprzyjająca aura skutecznie potrafią zniechęcić do wyjścia na zewnątrz, a co dopiero przetruchtania kilku kilometrów. To co zdążyłam poczuć na własnej skórze, to szczególnie mało sympatyczne  bieganie w nieodpowiednim obuwiu po śniegu.

Nigdy nie udało mi się “wyciąć orła” jednak niejednokrotnie łapałam w akcie desperacji pion wymachując jak szalona rękoma. Niestety nie posiadam jeszcze odpowiedniego obuwia, więc jedynie zazdroszczę tym, którzy biegają wygodnie i suchą stopą. Wiem że jest możliwość zakupienia specjalnych kolców mocowanych do butów, co zapobiega poślizgnięciu się, jednak ja nigdy z tego nie korzystałam, więc nie mogę się na temat ich skuteczności czy wygody wypowiedzieć.

Ja (czego nie pochwalają moi koledzy wuefiści) zimą lubię biegać po chodnikach ponieważ z reguły są nieźle odśnieżone, więc nie muszę specjalnie skupiać nad tym na co za chwilę nastąpię. Co prawda mam za oknem możliwość biegania w pięknej scenerii lasu, jednak nie pociąga mnie perspektywa skręconej kostki, bo pod warstwą śniegu zwyczajnie nie widać zagrożenia (choć zupełnie inaczej wygląda bieganie po wydeptanych ścieżkach). Pod śniegiem nawet niewielki kamień obsuwający się pod stopą, o czym już zdążyłam się boleśnie przekonać, potrafi wyeliminować z biegania na dobrych kilka tygodni.

Kiedy już wiemy gdzie będziemy biegać, należy zastanowić się nad wyborem najlepszej ku temu pory. Jeśli wolimy bieganie na miękkiej nawierzchni (leśne czy polne dróżki) to nie zaszalejemy po ciemku, chyba że posiadamy zmysł echolokacji, albo bardziej po ludzku lampkę czołówkę :). Z chodnikami czy poboczami mniej ruchliwych ulic łatwiej jest według mnie wieczorem, ze względu na mniejsze natężenie ruchu, ponieważ nie  będziemy przeciskać się przez tłum piechurów, a światło lamp dobrze oświetli nam trasę naszego biegu. Dobrym pomysłem jest również odblaskowy element stroju, zwiększający naszą widoczność i bezpieczeństwo.

Ja tradycyjnie umilam bieg słuchaniem muzyki, naprawdę pomaga mi to w osiągnięciu zamierzonego dystansu, oraz skupieniu się na czymkolwiek innym niż śniegu padającym ostro w twarz ;) Tego musicie sami spróbować, czy odcięcie się muzyką, pomoże Wam czy przyniesie wręcz odwrotny skutek.

I pozostaje jeszcze kwestia ubioru, co nie zawsze jest  takie oczywiste o tej porze roku. Z reguły zanim zbiorę się do biegania, zawsze sprawdzam ile stopni pokazuje termometr zewnętrzny, czy wieje i sypie śnieg. Ja działam według swojego schematu, tak do 0 stopni ubieram termoaktywny komplet legginsy i koszulka na długi rękaw, z tej samej serii bluza z golfem, czapka i rękawiczki, ponieważ dłonie marzną mi ekspresowo.

Tak do 7 stopni poniżej zera, dorzucam do powyższego drugą parę skarpet, komin na szyję i koszulkę na krótki rękaw pod komplet i jak dla mnie jest idealnie. Ilość warstw może nie robi wielkiego wrażenia, ale należy wziąć pod uwagę termoaktywne właściwości stroju i to że ruch szybko rozgrzeje nasze ciała. Dobrze jest również zadbać o skórę twarzy i rąk, zabezpieczając je odpowiednim kremem ochronnym przed mrozem.

Wszystko to co zostało tu przedstawione, to są moje doświadczenia. Chcąc wiedzieć więcej o zimowym bieganiu proponuję skorzystać z literatury fachowej, ponieważ ja absolutnie nie poczuwam się do bycia specjalistką w tej materii, raczej zakochanym w bieganiu laikiem praktykiem ;)

A jeśli któreś z Was nie odpuściło biegania po wakacjach i chciałoby się podzielić własnymi pomysłami na bezpieczne i przyjemne bieganie zimą, zapraszam do pozostawienia komentarza. Dzielcie się wiedzą, sama chętnie skorzystam z doświadczenia innych biegaczy :)

Źródło zdjęcia: Flickr

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja niedawno zaczęłam biegać. Nie wiedziałam wcześniej, że to taka super sprawa.

    1. Podoba mi się takie podejście :)!

  2. Nie ma nic przyjemniejszego niż bieganie, ale bieganie takie swobodne bez celu, kiedy to możemy się wyładować lub też odwrotnie uspokoić się i nabrać energii. Najprzyjemniej biega się w spokojnym miejscu np. w parku, w lesie… na łonie natury, z daleka od gwaru ulicy, smogu i innych zanieczyszczeń. Bieganie to samo zdrowie.

  3. Kolorowe kredki w pudełeczku noszę,
    Kolorowe kredki bardzo lubią mnie,
    Kolorowe kredki kiedy je poproszę,
    Namalują wszystko to co chcę.

  4. Super kredeczki,
    jak z okładeczki!
    Synek mój po wszystkim rysuje
    i niczym kompletnie się nie przejmuje.
    Wiec bardzo prosimy podaruj je nam,
    a rysuneczek synka na pewno Ci dam :)

  5. Przed drugą ciążą dość często biegałam. Niestety teraz nie mam z kim synka zostawić, więc odpuściłam…za to mały daje mi taki wycisk, jest lepszy niż niejedna siłownia….w śniegu nie biegałam nigdy, ale taki bieg w zimowym lesie musi być super….

  6. chapeau bas :) dawno, dawno temu miałam ambitny plan – biegać! I pobiegłam… chyba ze dwa razy – zdyszana, zziajana, z jęzorem u ziemi i z wytrzeszczem oczu wróciłam do domu i jakoś samo się to bieganie zaprzestało :) Szumnie jednak powiem, że z mojego doświadczenia wiem (!), że łatwiej dolę (bądź niedolę) biegacza znosi się, gdy ktoś biegnie obok Ciebie – wtedy pojawia sie element konkurencji: “skoro on/ona może, to ja(!) nie dam rady?” wtedy człowiek choćby ostatkiem sił, to jednak powłóczy noga za nogą, bo przecież gorszym być… nieeee….

    1. Nie biegacz inny motywuje, ale system – wyznacz sobie , że 3 x w tygodniu wychodzisz z domu na 30 min wysiłku. Najpierw przyzwyczaj organizm to tych pór. Zacznij od marszu, potem marsz/bieganie/marsz, nastęnie bieganie/marsz/bieganie.

  7. Widzę, że nie tylko ja pozostałam na etapie planowania. Po lekkiej zadszyszce odpoczywam do dziś. Ale zgadzam się że bieganie z kimś (sąsiadem, psem) dodaje jakiejś energii, sensu. Nawet nie chodzi o konkurencję a o dodatkową motywacje. Może jakbym oglądała moje ciało codziennie w lustrze i z rana w wiadomościach podawali jakie to to dobroczynne właściwości ma bieganie to po tygodniowym przygotowaniu wybiegłabym na dłużej

  8. Widzę więc że nie tylko ja lubię się dobrze zmęczyć:) Fakt, najtrudniej jest znaleźć motywację i choć godzinkę w ciągu na tego typu przyjemność. Ale zaręczam, gdy to już się stanie, nawet nie zauważycie jak szybko to ustrojstwo wciąga. Ostrzegam, bieganie uzależnia :D!

  9. jak juz nie raz pisałam nie jestem bardzo za bieganiem choć bardzo żałuję i zazdroszcze tym co biegają a sposób na bezpieczne bieganie zimą? kupić bieżnie i biegać w domu. no tak ale zaraz ktos powie o swiezym powietrzu. Możemy otworzyc okno :-)

  10. Nie ma nic lepszego niż bieganie zima. To zimą trenujemy siłę. Mowiac o bezpieczeństwie nie proponuje biegania w mieście ze słuchawkami na uszach-nie słyszysz co się dzieje wokoło ani w butach do tego nie przystosowanych.

  11. Pingback: Domowe sposoby na piękne ciało - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – XXI Finał 2013


W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gra po raz dwudziesty pierwszy. Dwadzieścia jeden lat to szmat czasu, akurat tyle żeby wychować jedno pokolenie. Myślę, że sporo naszych Czytelniczek pamięta Orkiestrę „od zawsze”, bo już jako małe dziewczynki wrzucały pieniążki do skarbonek wolontariuszy. Ja też mam wrażenie że Orkiestra jest od zawsze, chociaż świetnie pamiętam jej początki. A Wy, pamiętacie jak to się zaczęło? Spróbuję Wam opisać co ja pamiętam, mam nadzieję, że Wy też dorzucicie swoje cegiełki do tych wspomnień. Jeśli coś pokręciłam to z góry przepraszam, w końcu to tyle lat…

Na początku wcale nie było tak formalnie jak teraz, nie było nawet fundacji –  dacie wiarę? Był jeden szalony wizjoner (czytaj: Jurek Owsiak), który sobie coś tam wymyślił pod wpływem emocji i spróbował wprowadzić to w życie. Jurek prowadził wtedy w radiowej trójce magazyn muzyczny BRUM, o ile dobrze pamiętam to w piątki, a chyba wtorki, należały do Kuby Wojewódzkiego, ale mogę się mylić, to było dawno, rok 1992… Jakby nie patrzeć poprzednie tysiąclecie :))

Gdzie ja wtedy byłam? No jak to gdzie? W liceum :)) Teraz powinnam westchnąć: to były czasy! No i były, polityczna odwilż pociągnęła za sobą wielkie boom w wielu dziedzinach – jak grzyby po deszczu rosły nowe firmy, często gęsto firmy krzaki, bo prawo gospodarcze było w powijakach i wiele rzeczy uchodziło na sucho. A po czym poznawało się biznesmena? Oczywiście po mokasynach i białych skarpetkach! Modne zrobiło się rozkładanie z towarem na chodniku i handlowanie czym się dało, szczególnie dużo było kaset magnetofonowych… Kurcze, sama mam w domu ponad setkę, na czym tego teraz słuchać? W mojej kolekcji jest parę perełek, zespołów jednej płyty – ktoś pamięta zespół „Poszła Czołgiem”, albo „Shout”. O przepraszam, Shout wydał dwie. W sumie ci którym udało się płytę wydać to i tak byli szczęściarzami – sporo zespołów zniknęło po nagraniu jednego utworu, a szkoda, bo niektóre były naprawdę dobre. Czy muszę mówić że stacji radiowych też się pojawiło nagle mnóstwo?

I w ten cały boom normalności (tak, po latach komuny ten stan można było nazywać normalnością chociaż przemiany też miały swoją cenę) wpasował się Jurek Owsiak – poruszony sercowymi problemami najmłodszych Polaków rzucając z anteny radiowej hasło: ludzie może byśmy coś zrobili! Nie pamiętam gdzie, ale czytałam, że następnego dnia po tym apelu ktoś przyniósł do radia 5000 w białej kopercie. Pamiętajcie tylko, że to było „na stare pieniądze”. Tak się zastanawiam czy to dużo czy mało, kojarzy mi się że to mogła być cena bochenka chleba, pensje wtedy szły w miliony. Trzy  lata później 10 000 zł zostało przemianowane na 1PLN.

Czujecie sytuację? Ktoś tak po prostu przyniósł jakiś pieniążek do radia i to był początek. Jak ktoś umie wyliczyć, ile formalności trzeba teraz przejść żeby ogłosić zbiórkę. to niech da znać, ja się nie podejmuję.

Następne co pamiętam to telewizyjny program „Róbta to chceta czyli rockandrollowa jazda bez trzymanki”. O tak, to naprawdę była jazda bez trzymanki, co tam się działo! Jesteście ciekawi zajrzyjcie na YouTube :)) To był naprawdę zwariowany program, pełen szaleństwa i muzyki, pozytywnego szaleństwa i pozytywnej muzyki. I w tym szaleństwie trwała zbiórka pieniędzy na operacje ratujące życie dzieciom z wrodzonymi wadami serca. Ktoś by powiedział, że to nie ma prawa się udać, a jednak się udało. Na początku zbierano na operacje konkretnych dzieci, operowanych w warszawskim Centrum Zdrowia Dziecka. Jedna operacja to był koszt 40 mln (oczywiście pod warunkiem, że pamięć mi nie szwankuje, ale 4 to mi się jakoś mało wydaje, a 400 to chyba jednak przesada więc pozostańmy przy 40). Potraficie uwierzyć, że ludzie przysyłali pieniądze do telewizji w kopertach? W użyciu były jeszcze przekazy pocztowe. O przelewach nikt nie słyszał, no może Ci świeżo upieczeni biznesmeni, ale mam takie wrażenie, że przelewy pojawiły się później. No i szły trzy tygodnie…

No więc pieniądze przychodziły w kopertach, fruwały po studiu telewizyjnym, było pozytywnie śmiesznie. Czasem trafił się jakiś biznesmen z walizką pieniędzy (dosłownie tak, pamiętam takie wypadki), który przychodził i mówił, że chce zasponsorować operację. Tak jak pisałam, na początku zbierano na operacje, lekarze z CZD świetnie wiedzieli, które dzieci ratowali dzięki… no właśnie nie WOŚP bo WOŚP jeszcze wtedy nie było! Był Jurek Owsiak i jego szaleństwo, ale w tym szaleństwie była metoda. Przede wszystkim trafienie do młodzieży, do której nikt trafić nie umiał albo nie chciał, za Owsiakiem poszli wszyscy.

Po roku takiego zbierania na wariata został zorganizowany pierwszy wielki finał, chociaż nie sądzę żeby to miało taką nazwę, a może miało? Może to rzeczywiście był wielki finał? Chociaż już wtedy mówiło się, że to nie koniec zbierania, że zbiórki będą trwały dalej.

Oczywiście ta impreza była transmitowana przez telewizję, właściwie cały dzień był pod hasłem WOŚP, transmisji ze studia WOŚP w Warszawie i z oddziałów regionalnych było dużo i często. W późniejszych latach to się popsuło, trudno zgadnąć dlaczego. Przejrzałam pobieżnie program telewizyjny i w tym roku wygląda to trochę bardziej obiecująco, jak będzie w praktyce czas pokaże. I jeszcze, skoro przy telewizji jesteśmy, powiem Wam, że bardzo mi brakuje obecności Agaty Młynarskiej, która przeniosła się do telewizji komercyjnej i już w finałach WOŚP nie uczestniczy. Szkoda, mogłaby migrować na ten jeden dzień.

Pierwszy Finał przeszedł najśmielsze oczekiwania, pieniędzy było dużo dużo więcej niż można się było spodziewać. Trzeba było je jakoś mądrze wydać i dopiero wtedy została powołana do życia fundacja WOŚP.

Kiedy pojawiły się serduszka? Kurcze, nie pamiętam…. Na logikę wydaje mi się, że były już przy pierwszym finale, że wtedy właśnie powstała nazwa, bo organizowano to wszystko w okolicach świąt Bożego Narodzenia – pierwszy finał odbył się 3 stycznia 1993 roku. Potem już na pewno były serduszka, bo jak w ciągu roku chodziłam na koncerty do klubu (no gdzieś te początkujące zespoły musiały grywać) za każdym razem wracałam do domu z serduszkiem przyklejonym do kurtki. Na początku zbiórki nie ograniczały się do jednego dnia w roku, trwały cały czas, potem to się zmieniło.

Ponieważ ludzie wrzucali do puszek nie tylko pieniądze ale i złoto, już przy drugim finale pojawiły się złote serduszka WOŚP, licytowanie złotych serduszek stało się tradycją.

Co jeszcze pamiętam z tych początków WOŚP? Chyba najbardziej prostotę idei. Są chore dzieci, trzeba im pomóc, po prostu to zróbmy. Takie to proste a takie piękne.

Tegoroczny Finał to zbiórka wyjątkowa bo po raz pierwszy fundacja zbiera nie tylko na chore dzieci ale także na pomoc osobom starszym. Na stronie fundacji można znaleźć taką informację:

Pieniądze zebrane w 21. Finale chcemy podzielić. Połowę wykorzystamy na wsparcie terapii noworodka i niemowlaka, połowę na wyposażenie w sprzęt szpitali geriatrycznych i zakładów opiekuńczo-leczniczych. W tym drugim przypadku nasza pomoc trafi tylko do kilku wybranych placówek w każdym województwie.

Jest to niewątpliwie bardzo symboliczny gest.

Przez dwadzieścia lat doroczna zbiórka pieniędzy na WOŚP urosła niemalże do rangi święta narodowego i stała się głęboko zakorzenioną tradycją. Każdy wie, że tak jest, można się zgadzać lub nie, w końcu mamy demokrację. Na szczęście nie można zakazać. Nie da się ukryć, jak wiele szpitali zostało dzięki WOŚP wyposażonych w sprzęt ratujący zdrowie i życie maluchów i starszych dzieci. Na pewno nie jedna z Was na oddziale położniczym lub noworodkowym widziała sprzęt oklejony serduszkami, prawda że robi się cieplutko na sercu?

Jeśli któraś z Was zetknęła się bliżej ze sprzętem od Orkiestry, proszę podzielcie się wrażeniami. Może są z nami mamy wcześniaków lub innych dzieci, którym ten sprzęt ratował zdrowie a być może i życie?

A taka rzecz jak przesiewowe badanie słuchu? W tej chwili to już chyba standard w polskich szpitalach, a tak naprawdę wprowadzone nie tak dawno właśnie dzięki WOŚP. Duśka ma wklejony w książeczkę zdrowia piękny certyfikat, dowód na to, że przeszła takie badanie. Jako mama jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa.

A czy Wy przyłączacie się do WOŚP? A jak tłumaczycie dzieciom dlaczego wrzucają pieniążki do puszki i dlaczego dostają serduszka? 

źródło zdjęcia: flickr.com

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja też pamiętam WOŚP od zamierzchłych czasów i od zawsze się przyłączam. W tym roku i moje maluchy miały wkład w zbiórkę i dorzuciły grosik. Daruś jest jeszcze za mały, by wiedział co i jak, ale Karolcia pytała o skarbonkę. Powiedziałam jej, że ten pieniążek, który wrzuciła, pomoże chorym dzieciom, by szybko wyzdrowiały i były wesołe. A naklejka, którą Karolcia dostała ma wskazywać, że ma dobre serduszko. Moja córeczka była szczęśliwa i dumnie nosiła serduszko na piersi :)
    Dobrze jest uczyć pomagania od najmłodszych lat, prawda? :)

  2. Ja początków nie pamiętam, bo byłam wtedy dzieciakiem….ale pamiętam wrzucanie pieniążków do puszek i akcje w podstawówce…w zeszłym roku po raz pierwszy moja 4 letnia wówczas córeczka została wolontariuszką. Mimo sporego mrozu wytrwała 2 godziny i była bardzo dumna, że pomaga zbierać pieniążki dla maluszków, które zbyt wcześnie przyszły na świat. była tym bardziej przejęta rolą, ponieważ w moim brzuszku rósł jej braciszek :)

  3. Elżbieta Komorowska

    Duma rozpiera moje serce, bo najukochańsze moje skarby nie są obojętne na los starszych ludzi, często skazanych na życie w ciężkiej rozterce, kupić leki, czy kawałek kiełbasy do chleba, a może zapłacić za wodę, bo też trzeba. Mając szczęśliwe dzieciństwo zauważają maluszków niedolę, starają się pomóc, jak potrafią, po przedszkolu, po szkole. Zbierają nakrętnki na dzieci leczenie, oddają słodycze do domów dziecka, dzieciom bez rodziców, na pocieszenie. W tym roku wzięły udział w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, córka zagrała w meczu przedszkolaków, do puszek wpadło sporo papierowych pieniążków i miedziaków, a syn rysował portrety, za pieniążki do puszki, dużo portretów stworzyły jego paluszki. A najważniejsze były ich uśmiechy na twarzy, że mogły pomóc, że im się udało, planują już udział w przyszłym roku, bo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, już XXII raz się zdarzy.

    Elżbieta Komorowska

    Mama Dzieci z OGROMNYMI serduszkami.

  4. Milena Kamińska

    Dla mnie WOŚP jest wspaniałym dniem, który otwiera naprawde serca wszystkich ludzi. Początki?, Może takich szczegółów nie pamiętam, ale od małego bardzo chciałam pomagać, chodzić i zbierać pieniążki do puszki, mimo iż chyba wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy jakie to ma ogromne znaczenie, że ratujemy życie ludziom, ze zbieram również “dla siebie i dla swoich dzieci” Skąd to się bierze? Ta bezinteresowność, chęć niesienia pomocy innym. Chęć pomagania tego dnia jest ogromna, ludzie zostawiają swoje problemy, troski i wyruszają na dobrą zabawę dzięki której ratują życie innym. Jest to święto rodzinne, na ulicach widać całe rodziny wielopokoleniowe, które razem graja z orkiestrą, z twarzy nie znikają uśmiechy, wszyscy się jednoczymy i mamy jeden cel. Jak jako dziecko chodziłam z puszeczką było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, ze w tą akcję zaangażowane sa również osoby, które na co dzień obojętne sa na krzywdę ludzi. Moze wielu z nich chodziło po to by móc dłużej “zostać na dworze” ale to nic, liczy się fakt że swój czas poświęcili dla kogo innego. Często miedzy kolegami koleżankami powstawała rywalizacja kto więcej zbierze, było to fajne bo była ona zdrowa, była motywacja do niesienia pomocy, Młodzież zamiast stać z piwkiem bod blokiem czy na boisku chodzili wytrwale iiiiiii? No właśnie – prosili o wrzucenie kasiorki. Początki były takie że wielu ludzi odwracało się, jak zobaczyli wolontariuszy komentowali że to złodzieje, że Orkiestra to jedna wielka farsa. Na szczęście z roku na rok nastawienie ludzi się zmieniało, coraz więcej ludzi zaangażowało się, Orkiestra zyskała zaufanie coraz większej liczbie ludzi, nie trzeba się już prosic, ludzie sami podchodzą i wrzucają kawałek swojego serca, rekordy zebranych pieniędzy cieszyły bardzo, motywowały do zyskania nowych.Tego dnia Orkiestra pokazuje ludziom starszym, że ta młodzież nie jest wcale taka zła i zdemoralizowana. Tego dnia widać jak wielkie mają serca. Pokazuje, że dzieciom i młodzieży potrzeba po prostu wyznaczyć cel i zapewnić zabawę. Ich złe zachowania są często wynikiem nudy, brakiem zorganizowanych zajęć w mieście. Może ta Orkiestra ma również na celu pokazanie że to dorośli muszą coś zmienić, A widać ze się da !!! Ja od małego “oswajam” dzieci, ze sa osoby którym trzeba nieść pomoc, że jest to coś wspaniałego bo super jest dostać prezenty ale o wiele bardziej przyjemne jest ich dawanie. Mój syn już to rozumie, uwielbia robić prezenciki i dawać innym, bez wahania oddałby innemu dziecku swoja zabawkę, z radością rzuca pieniążka na Orkiestrę, Gdy zobaczy kogoś w potrzebie (na ulicy czy telewizji) przychodzi do mnie i mówi żeby wyjąć pieniążki z jego skarbonki i dać innym. Cały rok zbieramy nakrętki, aby podczas zbiórki móc wręczyć cały wór korków, podczas akcji zimowej dla zwierząt zawsze dajemy coś od siebie a dodatkowo wystawiamy karmnik,dawaliśmy również maskotki do domu dziecka itd Uświadamiam na każdym kroku syna co daje niesienie pomocy. Mógł sam doświadczyć tego ze leżąc szpitalu leży w super łóżeczku zakupionym przez Orkiestrę ( korzystała z tego również moja 5 miesięczna córa). Moje dzieci korzystały także z aparatu do badania słuchu zakupionego przez Orkiestrę. w Polsce jest coraz więcej akcji, które niosą pomoc innym ludziom i pocieszające jest to że coraz większe jest zainteresowanie. Pomagajmy bo warto!!!! A Orkiestra niech gra każdego dnia w naszych sercach!!!!

  5. Chociaż raz mamy się czym pochwalić, mamy swoje fajne Święto. NIe jakieś tam zerżnięte Walnetynki czy Hallowen. Serce sie raduje jak widzi kolejne pokolenia młodych ludzi z puszkami w serduszka. Stoją na mrozie cały dzień, tak po prostu bezinteresownie. Ja nie potrafię tego dnia przejść obojętnie obok puszki. Zdarzyło mi sie nie spotkać wolontariusza to znalazłam numer telefonu pod który mogłam przekazać smsem jakieś pieniążki. A wiecie co mnie najbardziej zmotywowało do tego. Właśnie to o czym pisze autorka, że w mojej małej miejscowości zobaczyłam sprzet obklejony serduszkami, którym badano mojemu nowonarodzonemu dziecku słuch. Też ma w ksiązeczce zdowia certyfikat. A tto było 10 lat temu… Wiecie co dziwi mnie tylko podejście niektórych ludzi, którzy nie wierzą w dobre intencje… Ja wierzę! A pewnie zdarzy sie jakiś nieuczciwy wolontariusz, ale czy to ma jakieś znaczenie…?

  6. Pamiętamy Joasiu i wspominamy jak razem graliśmy w Orkiestrze.Buziaczki

  7. Pingback: Mówisz że nie dajesz na WOŚP? Twój hejt nie ma znaczenia. - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Bycie zorganizowaną mamą nie jest trudne


O tym, że po urodzeniu pierwszego dziecka doba wydaje się strasznie krótka, a czas który możemy poświęcić dla siebie, redukuje się niemalże do zera, wie każda mama. Po urodzeniu zaś drugiego, szczególnie jeśli nastąpiło zaraz po pierwszym, właściwie możemy tylko zanosić modły do nieba z prośbą o to, aby ze zwyczajowych 24h na dobę zrobiło się 48h – albo i więcej (tak na wszelki wypadek). 

Niestety, ilości dostępnego czasu nie uda się nam zwiększyć, ale zawsze możemy lepiej wyzyskać ten, którym dysponujemy, poprzez jego lepszą organizację. Nie wierzycie, że to możliwe? A przypomnijcie sobie, co myślałyście, gdy zaczynały się przygotowania do Waszego wesela? „Na pewno nie dam rady, jest tak wiele do zrobienia, a tak mało czasu.” A co później było? Zaczęło się od wrzucenia do Google’a frazy „organizacja wesela Warszawa” (albo podobnej) i oglądnięcia pierwszych sal, a później był ołówek oraz kartka papieru i planowanie kolejnych kroków oraz ich realizacja punkt po punkcie. I jakoś poszło.

W przypadku opieki nad dziećmi możecie wykorzystać te doświadczenia organizacyjne, a przy tym skorzystać z kilku dobrych rad na temat tego, co robić, aby nie tracić czasu tam, gdzie możecie go zaoszczędzić.

Po pierwsze, wstawajcie wcześnie, najlepiej przed dziećmi – dzięki temu zyskacie kilka chwil, które możecie wykorzystać albo dla siebie, albo na ogarnięcie spraw związanych z prowadzeniem domu.

Po drugie, przyzwyczajajcie siebie i Wasze pociechy do regularności – posiłek o tej i o tej, kąpiel o tej i o tej, a spanie o tej i o tej. W ten sposób wiedząc, o której najważniejsze z czynności się odbędą, będziecie mogły zaplanować wykonanie pozostałych.

I na koniec – dzieci powinno się uczyć samodzielności – choćby zawiązywania butów. Wasz pięcioletni synek może wszakże sam to z powodzeniem zrobić, dzięki czemu zyskacie czas z na przygotowaniu swych pozostałych pociech do wyjście na dwór.

A jakie są Wasze metody na dobrą organizację czasu?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. U nas dwójka dzieci jest, wprawdzie różnica 2,5 lat, ale na początku też nie było łatwo. Wstajemy zwykle budzeni przez dzieci, więc odpada poranna chwila dla siebie. Po wyszykowaniu córki mąż odprowadza ją do przedszkola (jakieś 200 m od domu :)), potem idzie do pracy (19 schodów na piętro), ja w tym czasie zajmuję się synkiem. Kolejna stała pora to powrót z przedszkola i spacer z dziećmi. A kolejny stały punkt – to kąpanie, kolacja i usypianie, mąż córeczkę, ja synka.
    A czas pomiędzy tym wypełniamy chaotycznie, tym, co akurat trzeba zrobić. Mąż pracuje w domu, więc czasami pomaga mi się zorganizować, ale często to ja pomagam mu załatwiać sprawy robocze. Mam też swoją pracę, jak znajdę chwilę w dzień, to siadam przed komputerem, jak nie, to odrabiam wieczorami (i nocami).
    A ogarnięcie domu, gotowanie a przede wszystkim opieka i wychowanie dzieci – to wszystko robimy wtedy, kiedy akurat trzeba, gdy musimy coś zaplanować, to dajemy sobie radę.
    Wiem że nie każdemu odpowiada nasz zwariowany styl życia (gdy siostra przychodziła do nas do pracy przez kilka dni to stwierdziła, że ona by padła… albo zwariowała). My jednak jesteśmy tak dobrani z moją kochaną drugą połówką, że nam to odpowiada. I jedna ważna, bardzo przydatna rada – fajnie dzieci włączać w domowe obowiązki, bo dla nich to nagroda, przecież mogą pomóc. Trzeba by było widzieć, jaka córeczka czuje się dumna, gdy może wyjmować naczynia ze zmywarki :) a lepiej mieć ją wtedy na oku niż pilnować, by gdzieś nie narozrabiała. A razem wiadomo, zrobione szybciej :)

  2. Odkąd jestem mamą dwójki idzie mi lepiej niż przy jednym, ale tego co sie nauczyłam to: po pierwsze – bez napinki, naprawdę nie wszystko musi być zrobione od razu, a jak się czegoś nawet nie zrobi to co? świat się nie zawali, po drugie – dzieciaki najważniejsze, więc wybierając one kontra reszta świata – wybieram je, po trzecie – skoro są ludzie którzy pragną towarzystwa moich panien prawie tak mocno jak ja, to czemu nie skorzystać, dlatego jak mama mówi, że chętnie weźmie panny na weekend, to ja je chętnie zawożę, a wtedy mam czas od piątku do niedzieli, by robić to, na co normalnie nie mam czasu, w tym także na rozpieszczanie samej siebie… a zdarza się, że mama zabiera laski i na cały tydzień :) i po czwarte – świat jest wymagający, więc dlaczego mam wyręczać we wszystkim czterolatkę, dzięki czemu ona się uczy, od niej uczy się dwulatka, a ja nie czepiam się jak im nie wyjdzie :) i naprawdę coraz rzadziej brakuje mi doby.

  3. ja mam dwójkę z różnicą 4 lata, w ogóle żadnej synchronizacji nie ma, już 2 lata nie mogę się zorganizować.

  4. Nie rozumiem dlaczego BYCIE ZORGANIZOWANĄ oznacza w tym przypadku BYĆ SAMĄ we wszystkim? Owszem, można wstawać wcześniej, tylko nie zawsze się udaje – jeżeli dziecko marudziło 3/4 nocy, to każde 5 min jest na wagę złota i marzysz wręcz o tym, by dziecko spało jak najdłużej, a Ty razem z nim. Po drugie – regularność to może być w więzieniu ;) w domu można coś zaplanować, ale nie co do minuty, nie zawsze nawet co do godziny się uda. Jak można nauczyć dziecko jeść o konkretnej godzinie, skoro jednego dnia ma taki apetyt, a drugiego inny? To samo jak dorosły – jednego dnia jesz jak przysłowiowa koza, co chwilę, a drugiego mało co! Dziecko też człowiek i nie wciśniesz w niego obiadu, bo jest akurat godzina 12 i masz zjeść! Owszem – można zaplanować kąpiel wieczorną, po której jest czytanie bajek i spać. Ale tutaj też – jeżeli dziecko jest bardziej zmęczone, czy chorowite i zasypia na stojąco, to chyba można odpuścić i nie wsadzać do wanny, tylko umyć szycbiutko i położyć dziecko wcześniej spać. Więc o jakiej regularności mowa? Z samodzielnością się zgodzę. Moje obie córki już przed ukończeniem 1 r.ż samodzielnie jadły, a tuż po 2 urodzinach same się ubierały. Wielka wygoda! Jednakże nie popadajmy w paranoję! Nie biegajmy z zegarkiem w ręku, bo wybiła konkretna godzina i czas na obiad, nie wstawajmy godzinę wcześniej mimo, że padamy z nóg, bo trzeba posprzątać. Wypoczęte jesteśmy zdrowsze, mamy siłę, jesteśmy weselsze… A właściwie wszystkie prace domowe można podzielić na domowników! Dlaczego to robić samemu? Mąż też ma rączki, może poodkurzać czy poprasować! No, a jeżeli już jest sytuacja, że faktycznie musimy wszystko same, to bez przesady – nie biegajmy z językiem na wierzchu, bo padniemy o godz 16 i… i właśnie, co wtedy? Wiem, co mówię, uwierzcie! Wieczorami byłam tak wypompowana, że nie wiedziałam jak się nazywam! teraz wszystko powoli! Nie zrobiłam dzis? Zrobie jutro!

  5. Asia Szarańska

    Przede wszystkim we wszystkie czynności przy córeczce wtajemniczyłam męża. Dzięki temu tata od pierwszych dni kąpał, karmił, zabawiał Milenkę i gdy przyszła chwila, gdy musiałam ich zostawić samych i na tydzień iść do szpitala poradzili sobie koncertowo. I teraz także gdy potrzebuję chwili tylko dla siebie, oni bawią i zajmują się sobą, a ja mogę zrobić coś dla siebie: paznokcie, książka, spacer – wszystko jedno :) U nas sprawdza się współpraca i wzajemna pomoc :) A także to, że od początku wprowadziliśmy kilka zasad względem wychowania córki i wymagaliśmy ich przestrzegania (nie że tresura, ale zasady :P )

  6. Anna Rogalska-Bućko

    Szczerze? Moja organizacja leży i kwiczy mimo iż mam ‘tylko jedno dziecko i ‘tylko’ prowadzę dom. Może i faktycznie organizacja nigdy nie była moją mocna strona ale swego czasu godzilam 2 szkoły, pracę w samorządzie uczniowskim i jeszcze chór i udzielanie korków i jakoś wtedy problemu nie było ;) choć faktycznie od tej pory sporo czasu minęło. Wtedy wystarczyło od 3 do 6 godzin snu- miałam system który się sprawdzał- musiałam spać równe 1,5 godziny i jej wielokrotność bo inaczej bylam nie do życia- a teraz gdy próbuje zaserwować mniej niż 6 godzin to bójcie się narody, zasypiam na stojąco. Może ma z tym coś wspólnego fakt że od prawie 2 lat nie przespalam całej nocy ciurkiem??
    Co do rad… Hmmm. Gdybym wstawala wcześniej to wogóle bym nie spała biorąc pod uwagę fakt że moje dziecko czerpie z kosmosu siły niespozyte i im więcej osób w jego towarzystwie tym tej siły więcej, a osoby bardziej zmęczone (zaczynam je podejrzewać o tzw wampiryzm energetyczny) i spanie o ‘dziecięcych’ porach nie dla dziecka mojego…
    Jeśli chodzi o regularność… Tzw rutynę mam obkuta i obcykana ale tylko ja. Dziecko moich wysiłków nie docenia. Szczególnie lubi spać dłużej jak mamy basen na 9 na który trzeba dojechać, albo inne zajęcia, a każda próba obudzenia wiąże się z płaczem i krzykiem (a nie na moje nerwy zarówno płacz jak i krzyk)… Więc przygotowuje wszystko łącznie ze śniadaniem na drogę i ubieram na szybko 15 minut przed autobusem.
    W dzień zarzuciło już kompletnie spanie a wieczorem… Od 19 jest rytuał do spania- kapanie, mycie zębów, książka w łóżku… Ostatnio kończy się on snem matczynym koło 21,30 (dziecka chyba też bo nikt po mnie nie skacze).
    Natomiast zajmowanie się sobą… Odliczam do tego momentu czas. Narazie moja 2latka zajmuje się sobą nq 15 minut co już jest ogromnym sukcesem.
    Może macie na to jakieś rady??

  7. Magdalena Dybizbańska

    Mój Synek jest na tyle kochany, że pozwoli mi ogarnąć dom i wszystkie inne sprawy:) Niestety żadko. Od zawsze byłam zorganizowaną osobąi wszystko było uporządkowane. Patrząc na to wszystko z boku stwierdzam, że nie warto się spinać- dom, bałagan, pranie, sprzątanie, gotowanie i masa innych rzeczy nie zając- nie ucieknie, a chwile spędzone z Synem są najcenniejsze i to On każdego dnia jest najważniejszy:)

  8. wcześniejsze wstawanie odpada, bo jak tylko ruszę się z łóżka to synek ma oczy jak 5zł :D a więc wstaje zaraz po mnie…5 letnia córka nie potrafi zawiązać butów…myślę, że jest to jeszcze za wcześnie…ale świetną metodą na dobrze zorganizowany dzień jest tzw. plan dnia. jeśli się ma w miarę ustalony, to nawet nie jest źle i na co dzień sama z dwójką urwisów daję radę (tatę mamy niestety tylko na weekendy). wstajemy 7-7.30 ubieramy się, robimy toaletę, potem idziemy- ja i 6 miesięczny synek, zaprowadzić 5 letnią córcię do przedszkola. wracając robimy czasem jakieś zakupy, potem śniadanie w domu, codzienne obowiązki, czasem jakiś spacer i ok 15stej znowu do przedszkola po córcię. tak dzień w dzień. jeśli uda mi się wszystko zrobić do 15 stej to popołudniem mam czas tylko dla dzieci (no i czasem dla siebie)

  9. U nas kluczem do sukcesu była regularność. Każde dziecko od początku miało stałe godziny wstawania, jedzenia, kąpieli tzw. rytuały powtarzane codziennie do znudzenia, pomimo że czasami naprawdę się człowiekowi nie chciało. Najważniejsza była współpraca, tata zawsze kąpał,ja szykowałam potrzebne do tego rzeczy, potem ubierałam i kładłam dziecko a on sprzątał po kąpieli… i tak ze wszystkim. Pilnowaliśmy żeby do godziny dwudziestej dziecko było w łóżeczku i wtedy można było się całkiem nieźle ogarnąć i jeszcze zająć sobą. Taka organizacja dnia pozwala zrobić w domu i przy dzieciach właściwie wszytko pod warunkiem, że w tym “wolnym” czasie po prostu nie padnie ze zmęczenia, a i tak się czasami zdarzało.

  10. Jeszcze 3-5 lat temu nigdy bym nie pomyślała że ja oto stanę się uporządkowaną zorganizowaną kobietą. Cały świat zawsze stał na głowie brak było ładu i składu. nie było planu nie było jakiejkolwiek wizji dnia. z reguły szło się na spontan aż tu nagle od czasu gdy zaszłam w ciążę ( to jedno było całkowicie planowane) zaszła we mnie totalna zmiana. Nie było mowy o przypadkowości nie było mowy o roztargnieniu zapominaniu. Nie mogłam sama uwierzyć że rosnąca we mnie maleńka istotka tak bardzo potrafiła przewrócić mój świat o 180 stopni. Od samego początku prawie wszystko szło zgodnie z planem ( całe szczęście nie było niespodzianek) łykanie witamin, regularne badania krwi, comiesięczna wizyta, USG na którym był zawsze mój mąż, jedynie termin porodu się zmienił bo córeczka postanowiła sobie poleniuchować w brzuchu o 2 dni dłużej. Całą ciążę się przygotowywałam na narodziny czytałam gazetki dla mam, poradnik o pielęgnacji więc ” teoretycznie byłam przygotowana!”
    A tu znów zaskoczenie wszystko działo się tak szybko i nie było mowy o zastanawianie się jednak tzw “instynkt macierzyński” na prawdę istnieje i pozwolił mi to wszystko zaakceptować zrozumieć i wykonać. I tak wszystko zaczęło się układać i mimo iż miałam niby na wszystko plan to na początku nigdy nie zdawał egzaminu, myslałam sobie jak ja to wszystko spamiętam terminy wizyt u pediatry szczepienia badania, i ciągle piętrzące się inne domowe obowiązki sprzątanie pranie gotowanie a płacenie rachunków w terminie to był wyczyn … na początku mimo iż myślałam że będzie łatwo to wcale nie było. Do czasu gdy stwierdziłam że trzeba to wszystko w końcu jakoś ogarnąć usystematyzować i uporządkować. Usiadłam z mężem gdy córeczka już zasnęła założyłam notes codziennych spraw. Ułożyliśmy plan działania. Co kto i kiedy robi. Zaplanowaliśmy kilka kolejnych dni. i Staraliśmy sie trzymać planu. Na lodówce wisiało zaplanowane menu obiadowe na cały tydzień, wypisane wszystkie rachunki do zapłaty w danym tygodniu, zaplanowane było cotygodniowe sprzątanie domu, spacery dziadków z Marysią i tak powoli wszystko się zaczęło układać. ale nie myślcie że nie było mowy o spontaniczności bo były też chwile niezaplanowanych niespodzianek i tak jest do teraz plan jest planem a spontaniczność wkrada się i tak na codzień.

  11. http://www.stalowka.net/wiadomosci.php?dx=9873 przeczytajcie artykuł i komentarz takasama mną wstrząsnoł

  12. ciezki temat łatwiej mówić niż zrobic każda z Nas chce byc super mama, ktora ma czysciutko w domku piekne dzieci, pracowac i nie korzystać z pomocy niestety rzeczywistosc jest zupełnie inna;-))

  13. Fakt nie jest łatwo, ja robię wszystko sama mój partner sporadycznie wykaże się zaangażowaniem na co dzień rano wychodzi do pracy a wraca wieczorem, w weekend na budowie lub przed telewizorem no i tak około 2h przez 2dninznajdzie dla dzieci. Więc ja robię wszystko w domu, przy dzieciach a nawet jak coś nawali w samochodzie to muszę sama sobie radzić. Do tego firma czeka na reaktywacje, w domu robię papiery i to by było na tyle.
    Za dużo tego ?, no cóż mam nadzieje że moje dzieci wyrosną na mądrych i zaradnych ludzi a i chociaż na dzień matki zawsze będą o mnie pamiętać.
    Pozdrawiam Was ? aaa jestem jeszcze w trakcie przeprowadzki.
    Bardzo się cieszę że czasami pomoże mi mama, bo na pewno bym nie ogarnęła tego..

  14. Szkodliwy i beznadziejny artykuł, który może powodować większą frustrację u młodych rodziców, że nie wszystko wychodzi jak chcą.

    Przedstawione rady są związane z dzieckiem, a nie z organizacją rodziców.
    1. Wstawaj przed dzieckiem – Decyduje o tym dziecko, np. gdy wybudza się w nocy przez wyrzynanie zębów. Co wtedy?
    2. Regularność – Tak samo decyduje dziecko. Jedne dzieci śpią 5 razy po 30 min. w ciągu dnia inne 3h ciągiem raz. Całkiem inaczej wygląda wtedy organizacja dnia.
    3. Uczenie samodzielność – też jest to związane z dzieckiem, bo 8 miesięczne dziecko jeszcze niewiele może samo zrobić w około siebie.

    Spodziewał bym się rad w stylu:
    – zorganizuj żłobek
    – nianie
    – panią do sprzątania
    – pomoc najbliższych

    Każde dziecko jest inne. Przy jednych dzieciach rodzice mogą przespać całą noc przez 10h, a u innych dziecko budzi się co 2h i rano rodzice wyglądają jak zombie, a jednak jedni i drudzy mają te same zadania, przygotować jedzenie, pranie, prasowanie, ogarnąć mieszkanie i zapracować na życie.

    Przepraszam że ostro piszę, ale wkurzają mnie dobre rady, które mają się nijak do rzeczywistości.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Sprzeczka „telefoniczna”


Jakiś czas temu wybiegłam w przód myślami o przyszłości mojej córki. Konkretnie o tym, jak potoczy się nasze życie. Na dłużej zatrzymałam się przy telefonach komórkowych. Jaki to ma związek?

Niedawno usłyszałam o 14 miesięcznym dziecku, które bez najmniejszych problemów korzysta ze smartfona rodziców. Ten przypadek nie jest odosobniony. Przyznam, że bardzo mnie to zaskoczyło, chociaż określenie „wstrząsnęło” jest bardziej adekwatne. Jeśli mnie ktoś zapyta – kiedy planuję zakup telefonu komórkowego czy innego gadżetu (sprzętu) służącego komunikacji z dzieckiem dla swojej córki, ze stanowczością odpowiem, że nie wcześniej niż za 10 lat i mam nadzieję, że mi się to uda.

Wiem, że wielu rodziców mogłoby to uznać za pobożne życzenia, ale ja właśnie życzę sobie i mojej rodzinie, by moje dziecko długo nie potrzebowało telefonu komórkowego. Myślę, że jego zakup to bardziej wygoda niż potrzeba. Kilkulatek nie powinien przebywać bez opieki dorosłych, więc zawsze wiemy gdzie jest. Jeśli jest z kimś innym niż my, to nie tyle co możemy, a powinniśmy kontaktować się waśnie z tą osobą, nie z dzieckiem. W szkole jest sekretariat lub wychowawca, który odpowiada za nasze dziecko  do którego w każdej chwili możemy wykonać telefon z prośbą o informację. Nie wyobrażam sobie również wołania dziecka na obiad SMSem czy sprawdzania w ten sposób, gdzie ono właśnie jest i co robi.

Myślę, że wszytko zależy od ustalonych zasad i wywiązywania się z wcześniej ustalonych umów. Poza tym strasznie nie podoba mi się widok okupujących ławki dzieci z telefonami w rękach. Pamiętam jak wymieniałam się z koleżankami kolorowymi kartkami z segregatora, dziś dzieci wymieniają się plikami Mp3 i tapetami na pulpit.

Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy musi się z tym zgadzać i pewnie tak jest, ale ja znajduję jeszcze jeden argument – niebezpieczeństwo. Nie chciałabym, żeby z powodu bardziej lub mniej nowoczesnego telefonu mojemu dziecku stała się jakaś krzywda. Chyba nie muszę przytaczać przykładów o tym, jak o przysłowiowe „5zł” tragicznie kończyła się niejedna historia. Chuliganem może okazać się starszy kolega lub zupełnie obcy rabuś. Chyba nie warto sprawdzać tej tezy. Poza tym na wszystko przyjdzie czas…

Oczywiście to, że jestem przeciwna posiadaniu telefonu komórkowego przez dziecko nie oznacza, że nie będę uczyła swoich dzieci jak z niego skorzystać by wezwać pomoc. Uważam to za swój obowiązek i zachęcam wszystkich do tego, by nauczyć dzieci wykręcania numerów alarmowych lub najzwyczajniej do mamy, taty czy babci.

Ciekawa jestem czy idziecie z duchem czasu pod rękę ze swoimi dziećmi, czy bardziej skłaniacie się ku temu co napisałam? Według Was jest to modny gadżet, czy jest to przydatny sprzęt, który może okazać się niezbędny np przy potrzebie namierzenia dziecka gdy zaginie?

źródło zdjęcia: flickr.com

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Joanna Pawlińska

    Absolutnie się z Tobą zgadzam. Moje dziecko dostało telefon po zerówce jak pojechało na obóz, tylko dlatego że uznałam, że łatwiej jej będzie zadzwonić do mnie niż biegać do wychowawcy i prosić o zadzwonienie do mamy. To też dało dziecku jakąś formę niezależności. Szybko okazało się, że to ja bardziej potrzebowałam kontrolować dziecko niż ona do mnie dzwonić. Po 3 dniach ciszy wymusiłam jeden telefon dziennie, żebym wiedziała, że jest ok. Rozmowy wyglądały tak: cześć córcia… cześć mamuś, żyję, pa! nie mam czasu, a następnie sygnał oznaczający, że rozmowa została rozłączona.

    Potem nosiła telefon do szkoły bo po lekcjach sama szła na zajęcia dodatkowe. 300m do przejścia po jednej stronie ulicy, ale znów matka kontrolerka, puść sygnał jak dojdziesz. Czasami zajęcia były odwołane, czasami zdarzyło się coś nieprzewidzianego, ta smycz dawała mi poczucie zwiększonego bezpieczeństwa i samodzielności dziecka, które nie musiało prosić nikogo o zadzwonienie do mamy.

    Natomiast telefon, który był w miarę modnym gadżetem dostała jako 12latka wcześniej udowadniając, że rozumie do czego służy telefon, że trzeba o niego dbać. Sama osobiście uważałam, że to zdecydowanie za wcześnie, ale zrozumiałam potrzebę akceptacji przez grupę rówieśniczą.

    Generalnie nasze decyzje powinny zawsze służyć dobru dziecka. Od zawsze dziecko ma zapowiedziane, że jak ktoś jej będzie próbował zabrać to jej zdrowie i życie jest cenniejsze od wszystkich telefonów. A ja wypracowałam kompromis między moimi opiniami n/t różnych rzeczy a aktualnymi potrzebami dziecka. Jeśli uznałam, że potrzeba akceptacji w grupie rówieśniczej stoi wyżej niż moja opinia n/t kupowania dzieciom modnego gadżetu to kupiłam. Oczywiście opinię wyraziłam, wytłumaczyłam i widzę, że młoda rozumie, a ona widzi że ja rozumiem potrzebę nieodstawania od rówieśników.

    Zatem droga autorko, życzę Ci żebyś kierowała się najpierw dobrem dziecka a dopiero potem własną opinią n/t potrzeby posiadania tej zabawki :) Doskonale rozumiem Twój punkt widzenia, zgadzam się z nim, ale… no właśnie jest to ale, zanim zafundujesz dziecku wykluczenie z grupy rówieśniczej upewnij się, że to będzie służyło dobru dziecka.

    Czasami przeraża mnie to, jak wiele ustępstw w stosunku do własnych poglądów poczyniłam dla dobra dziecka, ale z perspektywy tych 12 lat widzę, że każda sytuacja, w której poszłam na ustępstwo tłumacząc dziecku dlaczego ja uważam inaczej obraca się na moją korzyść i na korzyść świetnych relacji z dzieckiem.

    1. Piękny i mądry komentarz. Ja również zgadzam się z Joanną. Na szczęście mam jeszcze dużo czasu do tej decyzji ;)i z pewnością używanie telefonu będzie związane z przestrzeganiem pewnych reguł.

      1. Joanna Pawlińska

        Znacznie mniej niż myślisz :) czas leci zdecydowanie za szybko a nadążanie za dzieckiem jest niemożliwe. Ważne, żeby mieć świadomość tego jak daleko zostajemy z tyłu i słuchać dziecka.

    2. Moja córka za te 10 lat będzie w wieku w którym Pani córka dostała telefon. Myślę, że jest to odpowiedni czas, oczywiście zakładając dojrzałość dziecka o którym Pani wspomniała. Jednak wiem, że życie układa własny scenariusz i czasem wymusza na nas pewne decyzje. Bycie nastolatkiem rządzi się innymi prawami niż bycie kilkuletnim dzieckiem i czym innym jest danie dziecku telefonu kiedy musi samodzielnie przemierzyć drogę do domu, a czym innym pozwalanie na zabawę nim na placu zabaw, zamiast czerpać ze wspólnej zabawy z rówieśnikami. Każdy musi znaleźć swoje własne najlepsze rozwiązanie :)
      Mam nadzieję, że spotkam na swojej drodze rodziców, którzy również będą uważali za zbyteczne posiadanie telefonu przez ich kilkuletnie dzieci (bo nastolatkowie to już zupełnie co innego :) – jestem jak najbardziej za tym, by odnaleźli swoje miejsce w grupie rówieśniczej za sprawą odpowiednich kompromisów) i nie przez pryzmat tego gadżetu będzie umacniała się pozycja mojego dziecka w grupie :)

      1. Joanna Pawlińska

        Moja córka pierwszy telefon dostała jako sześciolatka. Wtedy ten telefon był bardziej dla mnie niż dla córki. Miała dawać mi sygnał, że na obozie nic się złego nie dzieje a potem że przeszła bezpiecznie do innego budynku. To był mój komfort i nauka odpowiedzialności dla dziecka. Jeśli zapomniała mnie poinformować to później tłumaczyłam, że się denerwowałam czekając. Dodzwonienie się do dziecka graniczyło z cudem, bo telefon zamykała w szafce z rzeczami.

        Pierwszy raz kiedy zaczęła coś wspominać, że chciałaby taki lepszy mniej więcej jako 11 latka. Było dużo rozmów n/t tego do czego jej potrzebny gadżet i do czego powinien służyć. Argumenty były mniej więcej takie jak autorka opisała używanie telefonów przez współczesne nastolatki. Bo ona też chce móc się wymieniać grami, tapetami, plikami, itp. Bo wiesz mamo, mi jest przykro jak inne dzieci…

        W swojej karierze matki trafiłam na wielu rozsądnych rodziców ale też na takich, którzy uważają, że dając dziecku gadżet za gadżetem działają dla dobra dziecka. Ja kupiłam dobry telefon, ustaliłam na jaki okres jest to telefon i powiedziałam, że jak telefon ulegnie zniszczeniu to dostanie grata zastępczego do końca ustalonego czasu. Znam rodziny, gdzie dziecko, jeden telefon zalało, drugi zgubiło a trzeci “spadł” ze schodów. Te telefony były wymieniane na nowe modele za każdym razem, żeby dziecko miało mocną pozycję w grupie rówieśniczej.

        Moim zdaniem wykluczenie dziecka z grupy rówieśniczej przez absolutne odmawianie zakupu gadżetu i kupowanie co chwilę nowszego, żeby tę pozycję zachować to dwie skrajności. Dziecko nie zbuduje pozycji w grupie mając gadżety czy ich nie mając. Ja też mogę mieć znajomych, którzy jeżdżą na narty, ba mogę pojechać z nimi na wyjazd, ale jeśli nie będę mieć nart, to z części wspólnego spędzania czasu będę wykluczona. Nie oznacza to, że muszę mieć najdroższy i najnowszy sprzęt, tylko taki, który będzie spełniał swoją rolę.

        Co zaś do dawania kilkulatkom telefonu:

        Dzieci bawią się w piaskownicy, wykopując dziurę telefonami komórkowymi.

        Nagle jedno z nich trafia na kamień i jego komórka łamie się.

        Dzieci w śmiech.

        – No i co się śmiejecie?! Jutro tatuś kupi mi nowy, lepszy! Płacze

        nieszczęsny malec.

        – Ale dzisiaj, jak ostatni wieśniak, będziesz kopać łopatką!

  2. Nasza córeczka (3 latka i 3 miasiące) uwielbia bawić się komórką – ma jedną swoją – starą, nieużywaną, bez baterii. Potrzebna jest jej do tego, by udawać rozmowy dorosłych, nie ma na razie pojęcia, jak należy się z tym naprawdę obchodzić, ale wie, że trzeba szanować. Gdy przypadkiem dorwie się do naszych “dorosłych” telefonów (klasyczne do dzwonienia, żadne gadżety), to nie psoci, są zablokowane i tyle.
    A jak będzie kiedyś, za kilka lat, to się okaże. Mam nadzieję że jeszcze długo będzia na tyle pod naszym okiem, że nie będzie potrzebny. Ale jeżeli ma być inaczej, to najpierw będzie rozmowa, dopiero potem decyzja. A córeczka ma taką bujną wyobraźnię, że (wierzę w to mocno) będzie umiała lepiej spędzić czas niż klikając na klawiaturce…

  3. Pingback: Wizyta u dentysty z osobą towarzyszącą : W Roli Mamy

  4. Pingback: To nie własne podwórko... - W Roli Mamy : W Roli Mamy

  5. mam 2 synów wieku 3,5 i 8 lat i córeczkę 15 mcy i moim zdaniem cała trójka, a nawet syn 8letni ma czas na posiadanie telofonu komórkowego, miał przez jakiś czas bo dostał od mojej siostry i niestety pokazał ze nie jest jeszcze gotowy na posiadanie takiego gadżetu

  6. Moja prawie 4 latka telefon uzywa moj . Uklada na nim puzle albi gra w engry birds gdy siedzimy u lekarza. Ale np posiada swob tablet w domu. Jest on tylko jej ma na nim swoje ulubione bajli do sluchania i ogladania. Choc z tego co zauwazylam tylko to na nim robi . W domu woli ukladac puzzle normalnie.

  7. mój opanował proste gry na tablecie. Pozwalam mu około pół godzinki dziennie. Za 3 miesiące skończy 3 latka :)

  8. Moja Corka (3,5 r) bawi się czasem telefonem moim lub taty, ale warunek taki, że siedzi na łóżku, żeby nie upadł. Ogląda zdjęcia lub gra. Czasem bajkę obejrzy np w kolejce w przychodni czy w podróży. Nie widzę w tym nic złego osobiście dopóki elektronika nie zastępuje rodziców i nie jest używana przez dziecko godzinami. Swojego rzecz jasna nie posiada i jeszcze długo nie będzie mieć.

  9. Mama pozwala….. osobiście jestem przeciwnikiem. Kolejna kropelka do przebodźcowania.

  10. Pingback: Nie wychowuj cyberprzestępcy! - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku