5 powodów, dla których warto spać ze zwierzakiem w łóżku


Wielu osobom towarzyszą zwierzęta. Najczęściej są to psy i koty, których miłośnicy dostrzegają wiele pozytywów z ich obecności w domu, obok człowieka. Często przy tej okazji pojawia się dyskusja, czy wpuszczać zwierzaka do łóżka.

Zdania są podzielone –  wiele osób podnosi argumenty, że to jest niehigieniczne, ponieważ zwierzęta bywają brudne, na ich sierści bytują drobnoustroje, a czasem i pasożyty. Dla wielu  nie do wyobrażenia jest spać w pościeli pełnej sierści ukochanego zwierzaka. Ale są też tacy, którzy uważają, że obecność czworonoga w łóżku nie jest czymś złym. To, czy warto spać ze zwierzakiem jest decyzją indywidualną, ale istnieją  mocne argumenty ‘za’ podzieleniem się kawałkiem pościeli z psem czy z kotem.

5 powodów dla których warto spać ze zwierzakami

    1.Pozytywne emocje

Zazwyczaj naszych pupili obdarzony głębokim i szczerym uczuciem, zapewniamy im troskę, ciepło, miłość, a one się odwzajemniają  towarzystwem i bezwarunkowym oddaniem. Z tego powodu wiele osób zaprasza psa czy kota do łóżka. Szczególnie doceniają to osoby samotne i w podeszłym wieku, które po prostu czują się bardziej komfortowo z bliskością zwierzaka, będącym czasem jedynym miłym towarzystwem.

  1. Lek na bezsenność

Zwierzęta mogą pomóc zwalczyć bezsenność, ponieważ łagodzą emocje, pozwalają zrelaksować się, odganiają złe myśli. Osoby, które pozwalają zwierzakom spać obok siebie zasypiają szybciej również ze względu na zwiększone poczucie bezpieczeństwa.

  1. Łagodzenie lęków

Zwierzaki pomagają przy lękach i depresji. Osoby cierpiące z powodu różnych lęków, depresji czy innych zaburzeń psychicznych częściej niż inni, koncentrują myśli na swoich problemach. Najczęściej wieczorami, gdy jest więcej czasu na rozmyślania, poddają się złemu nastrojowi. Zwierzęta mają kojący wpływ na ludzką psychikę, zwłaszcza gdy przytulają się i zasypiają obok właścicieli. Myśli zajęte zwierzakiem w danej chwili nie odpływają tak często w szkodliwym kierunku.

  1. Ciepło i przyjemność

Futrzaki dają ciepło, nie tylko emocjonalne, ale także fizyczne. Dodatkowym atutem jest to, że w chłodne dni można dotknąć stopami ciepłej sierści zwierzaka.

  1. Korzyść dla zwierzaka

Miłośnicy zwierząt uważają, że aby uszczęśliwić swoich pupili, warto pozwolić im spać w łóżku. Tym bardziej, że zalety odczuwają zarówno właściciel, jak i ulubieniec.

Co prawda zwierzęcy behawioryści (osoby zajmujące się zachowaniem zwierząt) twierdzą, że takie rozwiązanie nie zawsze jest pożądane, ponieważ ten sposób może ulec zaburzenie hierarchii w stadzie, ale tę kwestię pozostawiam do rozstrzygnięcia każdemu właścicielowi z osobna.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Rany, ludzie! Po co Wy chodzicie z dziećmi do cyrku?!


– Mamusiu, cyrk przyjeżdża do nas. Pójdziemy, prawda?
– Niby po co? Mało razy byłaś w cyrku?
– No weź, tradycja, co roku chodzimy.
– I jeszcze ci mało?
– Zawsze jest coś nowego. Idziemy.

No i zadecydowała. Faktycznie, co roku w wakacje przyjeżdża do nas cyrk. W czasie roku szkolnego też jakiś wpada. W ogóle, z tego co mi kilka lat temu naplotkował jeden pan od wielbłądów i innych zapleczowych spraw w cyrku, warte uwagi w Polsce są trzy cyrki: Zalewski, Korona i Arena. Za nimi jest jeszcze Arlekin. A o całej reszcie nie ma co mówić. Takie tam „objazdowe trupy cyrkowe”. Ponoć jeżdżą po wsiach, gdzie większe cyrki nie goszczą. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale faktycznie – do nas przyjeżdżają tylko trzy. Z czego Arena chyba najczęściej.

Pierwszy raz zobaczyłam cyrk Arena dwa albo trzy lata temu i flaki mi na lewą stronę wywróciło. Szczerze? Myślałam, że on się już kończy. Rok temu miło mnie zaskoczył. Wyszłam z widowiska oczarowana. W tym roku? W tym roku było tak:

Usiedliśmy sobie w pierwszej ławce w sektorze. Niby nisko, ale przed nami była akurat przerwa w lożowych krzesełkach, więc teoretycznie miejsce super. W praktyce okazało się, że lożowe krzesełka stoją na swoim miejscu tylko do rozpoczęcia przedstawienia, potem zaczynają wędrować. Przed nami nagle stworzyły się trzy dodatkowe rzędy. I mam silne wrażenie, że osoby, które tam zaległy, nie miały biletów na lożę. No ale nie mój cyrk, nie moje małpy. Nie ja na tym straciłam. Chcą tam siedzieć, ich sprawa. Tylko kurde – jak się siedzi w loży, to się siedzi, nie wstaje co chwila!

Myślicie, że miejsca wyżej są lepsze i sama sobie jestem winna? Powiem Wam, że przez chwilę też tak myślałam. Dokładnie do momentu, kiedy z tych wyższych miejsc zszedł pewien pan i poprosił tych państwa z dzieckiem w pierwszym rzędzie loży, żeby łaskawie schowali balon, bo im zasłania. Faktycznie mógł zasłaniać, bo to był duży balon wypełniony helem. A że większość widowiska to były popisy akrobatów na linie lub obręczy, ten balon naprawdę mógł być wkurzający.

Gdybyście uznali, że najlepiej widać z loży i warto się wykosztować, uczciwie uprzedzam: klaun, który miał najwięcej wejść, wyciągał sobie z loży widzów i brał na scenę. Kto nie lubi wystąpień publicznych, niech się nie pcha :P

Ale kij tam z lożą i balonami. Takich pielgrzymek dzieci i rodziców, jak w tym roku, to nie widziałam nigdzie. No serio, tego to jeszcze w żadnym cyrku nie grali :P Obstawiam, że połowa szła z maluchami do łazienki, ale kurde – już po kwadransie?! Łazili przede mną tam i z powrotem. Tych łazienkowych od biedy jestem w stanie zrozumieć – dziecko woła, nie ma zmiłuj. Ale tych, co w trakcie przedstawienia szli po popcorn, za nic zrozumieć nie mogę. A średnio co druga osoba, która przede mną przeszła, wracała z popcornem, albo watą cukrową. Taniej by im było iść do parku, przynajmniej za bilety by nie płacili. Serio, po to się przychodzi do cyrku, żeby w ogóle nie patrzeć na arenę?! Kilka osób to w ogóle szlajało się z tymi dziećmi tam i z powrotem. Dzieci na oko dziesięcioletnie biegały po popcorn same.

 

No dobra, jesteście ciekawi, czy było na co patrzeć?

Cyrk opanowali artyści z Ukrainy i Mołdawii. I czapki z głów, bo sporo tych podniebnych akrobacji zrobili bez linki asekuracyjnej. Są dobrzy, chociaż do tych z zeszłego roku sporo im brakuje. O ile w zeszłym roku to też była Arena, ale chyba tak. Głowy nie dam.

Zwierzęta – temat najbardziej kontrowersyjny w cyrkach. W Arenie jest spoko. Najlepiej wytresowane były psy i koty, było na co popatrzeć. Kucyka, osła, lamy i wielbłądy po prostu nam pokazano. Każde wykonało po jednym prostym poleceniu i tyle. Ale były super. Moje serce skradł wielbłąd Simir. Korciło mnie iść go wygłaskać, ale ja jestem sierściowa alergiczka i mogłoby się to dla mnie kiepsko skończyć. W przerwie dzieci na nim jeździły, więc ogólnie jest przyjazny.

Hit sezonu, czyli Transformers, za przeproszeniem dupy nie urywa. Chociaż amerykańską myśl techniczną ogólnie doceniam. Jednak ukraińska akrobatka, która nie tylko pierwszą, ale i drugą młodość ma za sobą, bije go na głowę. O tej przemijającej młodości świadczy tylko stan jej szyi, jakby tak założyła inny kostium, to w świetle reflektorów mogłaby się upierać, że ma dwadzieścia lat. Makijaż oszuka wszystkich. Figura i gibkość… noooo, figurę taką to nawet kiedyś miałam, jakieś dwadzieścia lat i dwadzieścia kilo temu, ale tak porozciągana nigdy nie byłam.

Czego mi zabrakło? Porządnego żonglera i magika. Tak jednego, jak i drugiego, w żadnym cyrku nie widziałam już dawno, a Duśka mnie ciągle namawia i od paru lat chodzę regularnie. Żadnych wyciąganych z kapelusza królików nie zobaczycie, gołębi wylatujących nie wiadomo skąd też nie. I nikt Was nie przetnie na pół. Trochę żal.

Czy poleciłabym ten cyrk z czystym sumieniem? Hmmm, za bilet rodzinny daliśmy 120 złotych, wyszło 40 na głowę. Jakbyśmy mieli jeszcze jedno dziecko, też by weszło i byłoby 30 na głowę. Więc drogo raczej nie jest. Ale też przedstawienie nie jest najwyższych lotów. Można iść, można nie iść. Dzieciom się spodoba na pewno. Tak naprawdę wielką i genialną robotę odwala klaun. Ma naprawdę dobrze przygotowane numery, potrafi namówić publiczność do współpracy, i chociaż nie wygląda (ani on młody, ani szczupły), ma niesamowitą kondycję. I wydepilowane nogi, ale to tak na marginesie ;-)

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Zapach jabłek


Obracam w dłoni dorodne jabłko. Błyszczy, pięknie pachnie i wygląda… W smaku nie jest już takie wspaniałe, bardziej jak papier, niż wymarzony smakiem owoc. A u mojej babci na wsi, tam gdzie i ja lata temu mieszkałam, to dopiero były jabłka!

Stare, niemieckie jabłonie, powykręcane czy to siłą wiatru, czy przygięte do ziemi przez wiek, niosły owoce, prawdziwe i zachwycające.Tego smaku już nie ma i chyba wszystko stracone, bo najstarsi w rodzinie nie pamiętali fachowych nazw tych babcinych jabłoni, więc nijak je odzyskać. Drzewo ścięte dobrze ponad dekadę temu, po ataku zarazy, nie ma nawet jak zdjęć zrobić, żeby znawcy zapytać, więc tylko żal został, bo jak tu odzyskać smak dzieciństwa?

Nawiedziło mnie, chcę mieć taką jabłoń jak u babci, obok swojego domu, który kiedyś wybudujemy z mężem. Szukałam więc w sieci informacji o niej, ale sprawa jest trudna. Jak znaleźć jabłko, odtwarzając wygląd, smak i aromat na podstawie doznań z dzieciństwa? Bo, to co pamiętam, zawiera się w strzępkach wspomnień – niewielkie jabłka, wyjątkowo soczyste, żółciutkie z zaczerwienieniami na skórce. Ich miąższ był zwarty, chrupiący, pachnący o smaku… no właśnie, jaki to był smak? Nie umiem określić, kojarzy mi się z czymś świeżym, słodkim, pysznym.

Sama jabłoń nie była wysoka, miała gęste, ciut pokręcone gałęzie, które bardziej rozkładały się na boki, niż pięły się w górę. Pień nie był zbyt gruby, kora chropowata, na dole bielona – chyba jak u większości drzew owocowych, nie tylko jabłoni. Jabłka najlepsze były te zleżałe na ziemi, ich wysyp kojarzy mi się z końcówką sierpnia  lub wrześniem i słonecznymi dniami.

Często dopada mnie nostalgia za przeszłością, za tymi wspaniałymi jabłoniami, czereśniami, śliwami, słodko-kwaśnymi wiśniami, które trwale brudziły ubrania. Smaczne, zdrowe, ekologiczne i wpół dzikie, niezapomniane. Szukałam więc dalej zdjęć tych jabłek w google i… nie znalazłam nic idealnie pasującego wśród bardziej popularnych odmian jabłoni.

Żeby się pocieszyć i uporządkować posiadane informacje o jabłonce rosnącej na koplu, zadzwoniłam do taty. Od słowa do słowa, stworzyliśmy charakterystykę tych jabłek, bo im więcej informacji, tym większa szansa na sukces. Już miałam kończyć rozmowę, a tato nagle zaskoczył “czekaj, dziadki mówili kiedyś o niej Cukrówka, ale nie jestem pewien, czy dobrze pamiętam”.

Tato może i nie był pewien, ale Google wiedział!!! Tak, to stara przedwojenna Cukrówka!!! Tyle czasu szukałam, tyle pytałam i bez efektu, aż do teraz. Przyznam, że łzy zaświeciły mi w oczach, bo można jeszcze kupić tę jabłoń, można ją przeszczepić. A dzięki temu, przywrócę wspomnienia, nie tylko o dziadku, który zasnął na wieki, zaraz po ścięciu tej jabłoni. Odeszli oboje, tak jakby odejście jednego, pociągnęło odejście tego dawnego, powojennego świata na dawnej, pruskiej wsi.

Zasadzę i Złotą Renetę i Cukrówkę, a za kilkanaście lat, podnosząc z miękkiej trawy złociste, znaczone czerwienią jabłka, znów ciepło pomyślę o świecie, do którego zawsze będzie mi tęskno.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Szerszenie – czy jest się czego bać?


Chyba u każdego, kogo znam, szerszenie budzą grozę! Czy to ich duży rozmiar, czy donośne brzęczenie sprawia, że na samą myśl o tych owadach dostajemy dreszczy? Myślę, że największą zasługą naszej paniki, są mity, które powstały na ich temat. Teraz – na początku sierpnia – gdy liczba szerszeni w gnieździe jest największa i najczęściej możemy je spotkać – postanowiłam obalić najpopularniejsze wyobrażenia na temat tych „wrednych” i „agresywnych” stworzeń.

Na początku lata wieczorem wpadł w odwiedziny do naszego domu szerszeń. Zareagowaliśmy typowo – przerażeniem. Nawet koty uciekły i schowały się przed jego głośnym brzęczeniem. Kilka dni później odkryliśmy gniazdo szerszeni na naszym balkonie! Mój mąż od razu postanowił znaleźć w Internecie informacje na temat sposobów pozbycia się „nieprzyjaciół”, a ja w tym samym czasie szukałam ogólnych wiadomości na temat tego gatunku owadów. To, czego się dowiedziałam, bardzo mnie zaskoczyło i tym samym wpłynęło na losy „naszych szerszeni”. Mieszkają sobie u nas do dziś i zarówno one, jak i my mamy się dobrze :)

Zacznę od najpopularniejszego mitu…
Czy trzy użądlenia szerszenia mogą zabić człowieka?
Ciekawostka — użądlenie przez szerszenia jest o wiele mniej niebezpieczne niż użądlenie przez pszczołę. Jego jad jest o zdecydowanie mniej toksyczny i w dodatku owad uwalnia go mniej. Tak więc nieprzyjemne spotkanie z szerszeniem dla większości z nas nie stanowi niebezpieczeństwa. Natomiast u osób uczulonych na jad – ogromne, gdyż może wystąpić wstrząs anafilaktyczny.

Dokonując matematycznych obliczeń, wychodzi, że do zabicia zdrowego człowieka, niezbędny byłby atak kilkuset szerszeni. Czy prawdopodobne jest by taka ilość osobników była żądnych ludzkiej śmierci? Załóżmy, że poczułyby zagrożenie wobec swojego gniazda, wtedy wyleciałoby 10% roju, by bronić swojego domu, w którym mieszka do tysiąca owadów. To nam daje wynik dopiero jednej setki atakujących. To pocieszające fakty, prawda?

Skąd więc ten mit i prastary strach przed szerszeniami?
Może stąd, że użądlenie szerszenia bardzo boli. Podobno, bo nigdy nie miałam tej wątpliwej przyjemności i nie znam też nikogo, komu by się to przytrafiło. W jadzie szerszenia występuje duże stężenie toksyny odpowiedzialnej za ból, która powoduje największe pieczenie rany, a długie żądło głębiej penetruje. Najlepiej więc jest w ogóle nie dać mu się użądlić.

Jak więc uniknąć użądlenia?
Ciekawostka — szerszenie są łagodne i nastawione do nas pokojowo! W przeciwieństwie do os, które podlatują blisko człowieka, zaglądają do naszych talerzy i szklanek, szerszenie unikają ludzi. W moim domu tego lata normalnie korzysta się z balkonu, przy którym szerszenie mają gniazdo – te owady nie są nami w ogóle zainteresowane! Wieszając pranie, fruwają mi nad głową i mają mnie w nosie.
Jeśli jednak szerszeń do nas podleci, należy wtedy zachować spokój, nie ruszać się i poczekać aż się oddali. Jeżeli wpadnie do domu, najlepiej szeroko otworzyć okno – odleci. Gdy jest ciemno i przyleci zwabiony światłem, sprawdza się sposób, żeby zgasić w pokoju lampy i ustawić latarkę przy oknie. W ciągu paru sekund owad poleci w stronę światła i wyleci na wolność. Metodę tę praktykowałam już kilka razy.

Jak chronić małe dziecko przed szerszeniami?
Dokładnie tak samo, jak w przypadku os czy pszczół najlepszym sposobem uniknięcia spotkania dziecka z szerszeniem jest założenie w oknach moskitier i osłanianie nimi wózka. Trzymajcie jedzenie i napoje w zamkniętych pojemnikach. Nauczcie malucha, że gdy pojawia się w pobliżu brzęczący owad, nie może machać rączkami i wykonywać gwałtownych ruchów.

No i na zakończenie muszę jeszcze dodać, że szerszenie odgrywają ważną rolę w przyrodzie. Pożerają każdego dnia wiele groźnych owadów – szkodników pól i lasów, z muchami i komarami na czele.

Czy udało mi się trochę odczarować tych skrzydlatych drapieżników i spróbujecie spojrzeć na nie łaskawszym okiem?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Cóż, nie zgodziłabym się mieć gniazdo szerszeni na domu, dlatego w zeszłym roku gdy była taka sytuacja zostało ono zlikwidowane gdy do pokoju wpadło kilka, w tym jeden mnie użądlił. Ból przeokrutny,użądlenie osy to przy tym pikuś. Na samo wspomnienie włosy dęba stają. No i latające szerszenie, osy, ślepaki, pszczoły to średnio dobre towarzystwo dla małych dzieci, które nie potrafią zapamiętać, że to osa , ślepak atakują a szerszeń i pszczoły rzadziej.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku