Lubisz “małą czarną”? Poznaj 7 zalet picia kawy


Kto lubi kawę? Tak, wiem, śmiało mogę założyć, że większość z Was sięga po przynajmniej jedną filiżankę kawy w ciągu dnia. Oczywiście lepiej jest, gdy sięgamy po kawę czarną, mieloną, a nie rozpuszczalną, która ma znacznie mniej zalet. O ile ma jakiekolwiek ;).

Wracając do tematu “małej czarnej”, zazwyczaj straszy się miłośników wypijania większych ilości kawy zawałem serca, problemami ze snem, nadpobudliwością, czy odwodnieniem, ale nie zawsze ma to pokrycie w rzeczywistości. Dla odmiany ja Wam powiem, ile niesamowitych zalet picia kawy dla zdrowia czeka Was w filiżance dobrego naparu.

7 zalet picia kawy:

  1. Dostarcza składników odżywczych

Kawa pobudza, co jest zasługą obecnej w niej kofeiny. Jednak mało kto wie, że kawa zawiera wiele innych substancji, cennych dla funkcjonowania organizmu: mangan, ryboflawina, potas, niacyna, chrom, magnez, tiamina, fosfor i kwas pantotenowy

  1. Zmniejsza ryzyko wystąpienia cukrzycy typu 2

Badania pokazały, że magnez pomaga organizmowi w produkcji insuliny i może wpływać na regulowanie poziomu cukru we krwi.

  1. Zawiera antyutleniacze (antyoksydanty)

Obecność antyoksydantów w kawie pomaga zapobiegać uszkodzeniom tkanek powodowanym przez wolne rodniki. Dzięki temu procesy starzenia mogą zostać spowolnione, a zdrowsze tkanki oddalają ryzyko wystąpienia np. nowotworów.

  1. Obniża ryzyko rozwoju chorób neurodegeneracyjnych

Kawa dobrze wpływa na zmniejszenie ryzyka chorób, takich jak Parkinson czy Alzheimer, które mają związek z niszczeniem komórek mózgu.

  1. Zmniejsza ryzyko wystąpienia udaru i zawału serca

Ponieważ kawa poprawia stan naczyń krwionośnych, zmniejsza jednocześnie ryzyko pojawienia się związanych z nimi zawału serca i udaru mózgu.  

  1. Pomaga spalić tłuszcz

Kawa, a dokładnie zawarta w niej kofeina nie tylko pobudza umysł, ale również przyspiesza spalanie tłuszczu. To cenna właściwość, szczególnie dla osób na diecie. O ile nie serwuje się jej z tłustą śmietanką i kilkoma łyżeczkami cukru.

  1. Pobudza

To zazwyczaj jedyny powód, dla którego sięgamy po kawę. Wszystko dzięki cudownej kofeinie, która pobudza ciało, wpływa na pamięć, czas reakcji i nastrój.

Tak więc smacznego i na zdrowie :)

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Momio, czyli Facebook dla dzieci. Opinia rodzica


Duśka miała praktycznie od dziecka do czynienia z komputerem. Nigdy jej tego nie zabraniałam, ale też nigdy specjalnie nie zachęcałam. Po prostu chciała robić to, co ja. Nic więc dziwnego, że w jakimś momencie usłyszałam o Momio. Cokolwiek by to nie miało znaczyć.

Właściwie nie wiem, co oznacza to słowo i czy w ogóle cokolwiek oznacza. Za to wiem, że Momio to taka odmiana portalu społecznościowego. Cukierkowy do bólu, bo stworzony z myślą o najmłodszych internautach. Obejrzałam pobieżnie i pozwoliłam Duśce założyć konto. Co jakiś czas zaglądałam, co ona tam wyczynia, czasem sama mi coś pokazuje i tłumaczy. Chętnie odpowiada na pytania.

 

Czym jest Momio

Kiedy próbowałam wyguglać Momio, usłużny wujek G. próbował mi wmówić, że to jest gra. Nie wierzcie mu. Co prawda na Momio można grać, tak samo jak można grać w różne gierki na Facebooku, ale przecież nikt nie nazwie Facebooka grą. W moim pojęciu Momio to portal społecznościowy, którego zadaniem jest umożliwienie małolatom (można tam mieć konto tylko do pełnoletności, nie wiem, co potem) bezpieczne kontaktowanie się ze znajomymi. Teoretycznie brzmi jak bajka, w praktyce… wszystko da się obejść.

 

Mail jest potrzebny

Znalazłam gdzieś informację, że do założenia konta na Momio nie jest potrzebne absolutnie nic, nawet mail. Nieprawda. Duśka miała swojego maila już wcześniej, więc nie było problemu z założeniem konta na Momio, jeśli dziecko nie ma maila, musi poprosić rodzica o użyczenie swojego. Prawdą jest, że można sobie założyć dowolny nick. Jednak żeby dać się odszukać znajomym, trzeba dodać się do bazy danych, gdzie podaje się dane szkoły, klasy oraz imię. Pozwoliłam Duśce to zrobić, żeby koleżanki ją odszukały, ale niebawem skasuje. Im więcej anonimowości, tym lepiej. W końcu to jeszcze dziecko i naprawdę nie musi upubliczniać nawet takich danych.

Po wejściu RODO Momio wprowadziło jakieś obostrzenia dotyczące polityki prywatności. Żeby odblokować dostęp do wszystkich funkcji, potrzebna była moja zgoda. W praktyce polega to na tym, że dostałam maila ze szczegółowym regulaminem i link, za pomocą którego mogę jednym gestem usunąć konto. I powiem Wam, że to mi się nawet podoba.

Czat nie tylko ze znajomymi

Teoretycznie na Momio można rozmawiać tylko z osobami, które ma się dodane do znajomych. Duśka dostała kategoryczny zakaz przyjmowania zaproszeń od obcych, a te niestety mnożą się jak grzyby po deszczu. No dobrze, może już nie tak bardzo. Ale na początku przygody z Momio tych zaproszeń przychodziło naprawdę dużo.

Obejść zakaz można dość łatwo. Co prawda czat nie będzie prywatny, ale zawsze to jakiś punkt zaczepienia. Na Momio można publikować posty, podobnie jak na Facebooku. I tak samo mają opcję publiczne albo dla znajomych. Te publiczne mogą komentować wszyscy. Duśka przypadkowo (przynajmniej tak twierdzi, a ja nie mam powodu nie wierzyć) wrzuciła dwa posty jako publiczne. I szczerze mówiąc, sporo komentarzy pozostawiało wiele do życzenia. Kazałam usunąć. Potem porozmawiałyśmy sobie o tym, na czym polega życie w sieci i dlaczego takich rzeczy lepiej nie robić.

 

Te wszystkie diamentowe bzdury​_

Niebieskie diamenty trzeba kupić za prawdziwe pieniądze, więc nie ma o czym mówić. Ja nie płacę za swoje gry, tym bardziej nie będę finansować Momio. Czerwone diamenty (widział ktoś czerwone diamenty??) dostaje się za przejście na wyższy poziom, złapanie ptaka i być może coś jeszcze. Z kolei przejście na kolejny poziom wymaga zebrania odpowiedniej liczby punktów. Pomocne w tym są momo, czyli wirtualne prezenty za darmo. Oprócz tego są jeszcze prezenty, które kupuje się za diamenty (tak, czuję że rymuję ;-) ) Do tego można praktycznie dowolnie zmieniać wygląd swojej postaci, meblować jej pokój, bawić się kolorami – takie trochę przebieranki. Na Momio TV można oglądać filmiki, jeszcze nie wpadł mi w oko nieodpowiedni, ale nie mogę zagwarantować, że nie ma tam takich. Duśka twierdzi, że nie są to filmy wrzucane przez momiowiczów, pochodzą z serwisu.

 

Zaufanie i kontrola

To nie tak, że nie ufam mojemu dziecku. Myślę, że choćby ze względu na wiek nie doszła do etapu kręcenia i ukrywania czegokolwiek. Jednak mam bardzo ograniczone zaufanie do internetu, dlatego co jakiś czas zaglądam sobie na Momio, czasem proszę Duśkę, żeby mi pokazała, co się tam dzieje. Ponoć jej koleżance zhakowali konto, nie znam szczegółów, nie umiem powiedzieć, czy to prawda.

Dlaczego w takim razie na to pozwalam? Duśka ma szczęście, bo ma mnie. A ja szkołę poruszania się w sieci, etap błędów i wypaczeń, mam już za sobą. Nie chwaląc się, wiem to i owo, potrafię rozpoznać zagrożenie (tak mi się przynajmniej wydaje). Uczę tego Duśkę właśnie na Momio, bo wiem, że niebawem zapragnie „prawdziwego fejsa”, a potem pójdzie na te wszystkie nowomodne snapchaty, o których ja mam bardzo mgliste pojęcie. Jednak zasady życia w społeczności internetowej są na wszystkich portalach takie same. I wolę, żeby nie poznawała ich sama, to bywa bolesne.

Samo Momio mimo wszystko uważam za bezpieczne i odpowiednie dla dzieci. Oczywiście pod czujną kontrolą rodziców. Dostępne jest w przeglądarkach internetowych i jako aplikacja na smartfony.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Wiktoria Darabasz

    Usuneli mi konto z 56 lvl – męskie miałam je z kolega a teraz mi pewnie uduną z 59 lvl ja nie chce stracić tego konta ): !!!!

  2. Niebieskie “diamenty” można zdobyć, 27 poziom, oraz 34. Do tej gry nie ma ŻADNYCH hacków, a niemiłe komentarze są usuwane, a ich autorzy idą do “kąta” i muszą czekać około 1 dnia, aby zostało odblokowane. Natomiast jeśli wiadomość jest naprawdę nieodpowiednia konto zostaje usuwane, to samo dzieje się, gdy określoną ilość razy złamie się regulamin.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Wspomnienia tworzą człowieka


Ostatnio przeczytałam gdzieś, że to wspomnienia tworzą człowieka, i to jest bardzo piękne. Zamknięte w obrazach pamięci, uchwycone na zdjęciach, w zapachu domowego ciasta. Jest wiele rzeczy, za które kocham mój rodzinny dom, beztroskie dzieciństwo, spędzane najczęściej na dworze (tak, u nas mówi się “dwór” nie “pole” ;) Czasem zastanawiam się, co będą wspominały moje dzieci, czy będą tak szczęśliwe i stęsknione za domem jak ja? Tego beztroskiego czasu dawno już nie ma, ale są wspomnienia, dzięki którym budzi się we mnie serce kilkuletniego dziecka…

Gdybym miała określić siebie w jednym zdaniu, brzmiałoby ono “osoba twardo stąpająca po ziemi”. Dokładnie tak, daleko mi do romantyczki, wielu sentymentów też nie posiadam, jednak mam jedno dość dziwne przyzwyczajenie, które przynosi mi natychmiastowy spokój, ukojenie…

Patrzę w okno – ale nie obojętnie jakie i o byle której porze dnia czy nocy. Okno w sypialni, w noc gdy nie mogę spać, po prostu patrzę przez nie w dal. Opieram głowę o chłodną szybę, słucham dźwięków przez nie dochodzących. Zamykam oczy, na długą chwilę i widzę znacznie więcej niż las i rozgwieżdżone niebo po drugiej stronie ulicy. W jednej chwili wszystko się zmienia, przenoszę się myślami do czasu dzieciństwa, do miejsca gdzie widzę dobre ręce mojej mamy i czuję cudowny zapach domowego jedzenia. Dalej widzę siebie i moje siostry, psa i powietrze aż drgające od sierpniowego słońca. Pachnie łąką, krzyk dzieci wibruje w uszach, radość w czystej postaci. Aż nie chcę się z niej wynurzać…. Dalej wysokie drzewa, na które uwielbiałam włazić, a które odwdzięczały mi się siniakami za karkołomne wyczyny.

Obrazy lawinowo przesuwają się pod powiekami, aż dech zapiera w piersi, a  uśmiech sam wędruje po twarzy. Widzę to wszystko, czuję, tym znów oddycham. Miejsca do których powrócę jedynie w snach, twarze których imion już nigdy sobie nie przypomnę, zapachy których żaden alchemik nie zaczaruje w magicznym flakoniku. Coś niepowtarzalnego, mojego.  Abstrakcja, której nie jestem w stanie wytłumaczyć, ale jestem w stanie poczuć całym sercem.

Jak to dobrze choć przez chwilę móc znów być dzieckiem, czuć beztroskę i dawać sobie do tego pełne prawo. Aż żal otwierać oczy, by to zbyt szybko umknęło.

W mojej głowie tkwi swoista mapa szczęśliwych wspomnień, najczęściej z dzieciństwa, tak cudownych, że wciąż wracam do tamtego czasu, choć jestem tu i teraz. A może właśnie dlatego? Moje wspomnienia to cudowny relaks i odskocznia od problemów dorosłego życia, lecz mam świadomość, że zatracanie się w nich nie jest dobrym rozwiązaniem, przeszłość nie wróci, choć nie wiem jakbym jej pragnęła. Życie biegnie własnym torem, radość miesza ze smutkiem, strach z nadzieją  i mimo wszystkich trudności tworzę w głowie plan, jak obrócić to na dobrą kartę tak, aby za kilkadziesiąt lat móc zamknąć oczy, oprzeć głowę o szybę i oddać się cudownemu wpływowi tej chwili. Tego dziwnego wehikułu czasu, w którym znów zobaczę moje wspomnienia z czasu pełni sił i zdarzeń minionych lat…

A wy co nosicie pod powiekami?  

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Ciąża prywatnie – ile kosztuje i czy wogóle warto?


W pierwszej ciąży poszłam do prywatnego ginekologa, którego poleciła mi teściowa. Innego i tak nie znałam, bo byłam świeżo po przeprowadzce z rodzinnego miasta, więc w zasadzie więcej opcji nie miałam. Na moje szczęście doktorek okazał się bardzo fajnym człowiekiem, miłym, ciepłym i z ogromnym doświadczeniem – dzięki niemu donosiłam ciążę, pomimo zagrażającego przedwczesnego porodu. 

W każdej sytuacji był spokojny i opanowany, nigdy nie siał zbędnej paniki (jak niektórzy). Podczas wszystkich wizyt dużo ze mną rozmawiał, opowiadał co mnie czeka w danym etapie ciąży, omawiał wyniki badań, cierpliwie słuchał i odpowiadał na moje pytania.

Poza tym, pracował wówczas jako ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego, w szpitalu, w którym planowałam rodzić. A to było dla mnie ważne, tym bardziej, że leżałam na patologii ciąży i mogłam być niemal pod stałą jego opieką.

Wizyty w tamtym czasie kosztowały 60 zł, plus usg 20 zł. Lekko licząc na same wizyty wydałam około 800 zł. Do tego badania i różnego rodzaju farmaceutyki. Nie prowadziłam wtedy notatek, ale myślę, że plus/ minus 1000 zł poszło.

Mimo ogólnego zadowolenia ze współpracy z doktorem, drugą ciążę (po czterech latach) postanowiłam spróbować prowadzić mniejszym kosztem, czyli na NFZ Szybko jednak mi się odbiło tą decyzją.

Ten ginekolog, w przeciwieństwie do poprzedniego, okazał się bowiem bardzo oszczędnym w słowach. Właściwie w rozmowach ograniczał się do minimum, nie odpowiadając mi nawet na “dzień dobry”. Nic nie mówił na temat wykonywanych badań, nie tłumaczył, nie zgłębiał żadnego tematu. A szczytem ignorancji było dla mnie przeoczenie wielkiego krwiaka, przez którego z obfitym krwawieniem i zagrażającym poronieniem trafiłam do szpitala.

Wtedy nie miałam już żadnych wątpliwości, że oszczędzanie na opiece w ciąży to nie jest dobry pomysł. Dlatego wróciłam do mojego pierwszego ginekologa i do samego końca zostałam pod jego skrzydłami, spokojna o swoje i mojego dzieciątka zdrowie.

W trzeciej ciąży już nie eksperymentowałam i od razu zadzwoniłam do mojego doktorka mimo, że przeszedł już na zasłużoną emeryturę i opuścił szpital. Nie zniechęcił mnie też fakt, że z biegiem lat wzrosła cena i teraz wizyta kosztuje 100 zł (z usg). Co przez 9 miesięcy wyciągnęło ze mnie 1000 zł. Do tego doszły badania – tym razem prowadziłam notatki 😉 – na które wydałam prawie 300 zł.

Jak widać końcowy rachunek wyszedł spory – becikowe nie zwróci całych kosztów 😉

Ale wiecie co, nie żałuję, bo przynajmniej byłam dobrze traktowana i właściwie zaopiekowana, a przez to też spokojna i pewna, że wszystko będzie dobrze. I gdyby przyszło mi nosić pod sercem kolejnego dzidziusia, poszłabym po raz kolejny do mojego prywatnego (dosłownie i w przenośni ;-) ) doktorka. 

A jakie są Wasze doświadczenia z ginekologami – stawiacie na prywatną opiekę, czy NFZ? I ile złotówek wyciągnęło z Was prowadzenie ciąży?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. A u mnie akurat było odwrotnie. W pierwszej ciąży chciałam chodzić prywatnie do lekarza, wydawało mi się ze lepiej poprowadzi ciążę. Znalazłam wydawało mi sie fajną panią ginekolog. U nas w okolicy akurat żaden lekarz nie bierze za wizytę mniej niz 130 zl + koszt usg. Wizyta ci miesiac wiec koszty ogromne. Niestety poroniłam. Gdy zadzwonilam do pani doktor co robić, kazała jechac do szpitala ale potem ani razu nie zadzwonila czy wszystko ok. Szczytem wszystkiego była ostatnia wizyta u niej. Ja zapłakana po poronieniu a ona odbiera telefon od architekta budującego jej dom i wszystko przy mnie omawia z nim. Kazala mi zrobic masę niepotrzebnych badan tak na wszelki wypadek czy wszystko ze mna ok. Koszt badan jakie nawymyślała 1500zl. Zalamana poszlam do mojej ginekolog w przychodni, ta spokojnie mnie uspokoila.wyjasnila ze wiele z tych badan wykonuje sie dopiero w sytuacji wielokrotnych poronień. W kolejnych ciazach chodzilam do niej, wszystkie badania włacznie z usg mialam za darmo. Dodam ze pani doktor nie pracuje w szpitalu. Dwukrotnie w czasie porodu trafialm na zupelnie nieznanych mi lekarzy w różnych szpitalach. Zależałam także na patologii ciazy bi syn był wczesniakiem. Za kazdym razem zajmowano sie mną tak samo jak każdą inną pacjentką. Ja osobiście uważam że prywantnwe wizyty to tylko niepotrzebne wyciaganie kasy od matek. Lekarze zrobili sobie na nas matkach dobry biznes, ze strachu o malenstwo zrobimy wszystko. Trzeba znalesc zaufanego lekarza z NFZ i on tak samo dobrze poprowadzi ciążę. Potem trzeba poszukac szpitala z dobrą opinią i już.

  2. Karolina Barcikowska

    Oczywiście,że tylko i wyłącznie lekarze prywatni! Na NFZ nic nie da się załatwić.. A lekarze są bez serca i w ogóle nie mają czasu dla nas. Szkoda gadać. Może prywatni trochę kosztują ale warto wydać “trochę” kasy, żeby dziecko było zdrowe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku