Kultura 15 marca 2019

Całe szczęście – recenzja nieobiektywna

Całe szczęście, że kino polskie nie zeszło na psy. Całe szczęście, że Piotr Adamczyk pozbył się łatki papieża. Całe szczęście, że Roma Gąsiorowska wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim. Całe szczęście, że powstał film „Całe szczęście”.

Ona – bizneswoman, celebrytka uwielbiana przez tłumy, królowa kolorowych magazynów i pierwsza dama polskiego fitnessu. On – skromny muzyk grający na trójkącie w filharmonii.

Ona – bajecznie bogata. On – radzi sobie.

Ona – ma piękny i przestronny dom w stolicy. On – nieduży i wymagający remontu domek nad morzem.

Ona – samotna, piękna i niedostępna („Nie tacy jak ty próbowali!”). On – wdowiec wciąż opłakujący żonę, nieszukający miłości.

Ona – zjawia się znikąd i proponuje mu górę pieniędzy. On – nie wierzy w bajki o dobrych wróżkach.

Ona – wie o nim wszystko. On – nie wie o niej nic.

Ona – zdobywa jego serce. On – postanawia spróbować.

Ona – nosi w sobie mroczny sekret. On – czyli Piotr Adamczyk – nazwał ten film melodramatem.

Ja – kompletnie nie rozumiem dlaczego.

Całe szczęście – komedia nieklasyczna

W klasycznej komedii romantycznej ona jest piękna, skromna i biedna, on przystojny, bogaty i zakochany. A tu odwrotnie! On co prawda jest przystojny, ale niemajętny i skromny. Ona może niekoniecznie piękna, za to bogata i pewna siebie. I chwała scenarzystom, że mieli odwagę przełamać schematy!

W klasycznej komedii zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, potem coś idzie nie tak, na końcu się całują na tle zachodzącego słońca. Tu nie ma miłości od pierwszego wejrzenia. I całe szczęście (ten tytuł to naprawdę jest trafiony!), bo takowa zdarza się rzadko, najczęściej w liceum.

Kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością nie są tak otwarci na nowe uczucie, nawet jeśli on proponuje jej na początek słodkie ruchanki. Ostrożnie stawiają pierwsze kroki ku sobie, przy czym Marta dobrze wie, czego chce i do czego dąży. Robert obserwuje i próbuje rozgryźć, o co chodzi Marcie. W końcu oczywiście zrozumie, bo taka jest konwencja tego typu filmów. Przy czym muszę przyznać, że tu rozwiązanie zaskakuje. I nie jest wcale takie oczywiste. Ja i mąż załapaliśmy w dwóch zupełnie różnych momentach filmu. A i tak do końca nie mieliśmy pewności, czy dobrze myślimy. Jednak do melodramatu temu filmowi daleko. W klasycznym melodramacie jeden z bohaterów powinien umrzeć. Nie bójcie się. Może nie powinnam, ale powiem, że tu nikt nie umiera. Nie żyje żona Roberta, ale to żadna tajemnica. Umarła, zanim zaczął się film. I to jedyna śmierć. A czy na końcu będzie zachodzące słońce, to Wam nie powiem. Co za dużo, to niezdrowo ;)

Całe szczęście – inteligentny humor i doborowa obsada

„Całe szczęście” to komedia. Ale nie byle jaka. Inteligentny humor, subtelna gra słów, brak ogranych tekstów i żadnych sucharów. Naprawdę jest się z czego pośmiać.

Roma Gąsiorowska i Piotr Adamczyk stworzyli duet doskonały, a partnerujący im Maks Balcerowski, w przyszłości zostanie pierwszym amantem polskiego kina, wspomnicie moje słowa! Ta trójka to bez wątpienia postaci pierwszoplanowe i to o nich jest film. Jednak warto zerknąć i na drugi plan. Jacek Borusiński urodził się właśnie po to, by zagrać w „Całym szczęściu”. On może nic nie mówić, wystarczy, że jest i człowiek zaczyna się śmiać. Joanna Liszowska i Tomasz Sapryk – małżeństwo nie całkiem doskonałe, ale z potencjałem – ich teksty przejdą do historii. Ojciec Roberta i pani Jadzia – niby ich tam niedużo, ale nie dadzą się nie zauważyć. Szczególnie jego jakże trafne teksty na temat konsumpcji ryb nad morzem. A jako wisienka na torcie – Michał Urbaniak w roli siebie samego. Tylko przez chwilę, ale zapomnieć się nie da.

Całe szczęście – do obejrzenia we dwoje

Film lekki, w sam raz do obejrzenia we dwoje. Do śmiechu, do płaczu, do wzruszeń i ukradkowego ściskania dłoni. Powiem Wam w sekrecie, że gdyby nie czekająca w sali zabaw Duśka, po wyjściu z sali poszlibyśmy prosto do kasy po bilety na następny seans. I byliśmy w tym wyjątkowo zgodni! A nie zawsze jesteśmy. Jak uznałam, że Miszmasz to gniot, to się pokłóciliśmy ;)

 

PS. Kilka dni po premierze z ciekawości przekopałam internet, żeby zobaczyć, co o tym filmie sądzą inni. Hmmm, o gustach się ponoć nie dyskutuje, ale nie ukrywam – negatywne recenzje mocno mnie zaskoczyły. Nawet się przez chwilę zastanawiałam, czy autorzy nie zostali opłaceni przez konkurencję.

Moi Drodzy – jeśli szukacie filmu głębokiego psychologicznie, a w Piotrze Adamczyku ciągle widzicie Karola Wojtyłę, to ostrzegam – nie idźcie tą drogą! Ten film w założeniu miał być lekki, łatwy i przyjemny i dokładnie taki jest. No dobra, miejscami może mniej łatwy, ale nadal jest to po prostu ciepła komedia romantyczna i jakiekolwiek próby potraktowania jej inaczej kończą się źle.

I może faktycznie jestem nieobiektywna, bo akurat bardzo lubię polskie kino w ogóle, a polskie komedie szczególnie, niemniej jednak nie boję się powiedzieć, że „Całe szczęście” ma szansę stać się komedią roku.

 

PPS. Zdjęcie na baner zrobiłam w kinie i nawet nikogo o zgodę nie zapytałam, ale mam nadzieję, że producenci będą wyrozumiali ;)

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Emocje 13 marca 2019

Trashtag Challenge – nowy trend w social mediach, podejmiesz wyzwanie?

Trashtag Challenge to nowy trend, który dosłownie w kilka dni opanował social media na całym świecie. Stanowi kolejne wyzwanie do zrobienia, tym razem jednak sensowne i ważne.

Portale społecznościowe co jakiś czas zalewa fala różnego rodzaju łańcuszków z zadaniami/ wyzwaniami do zrobienia – popularnie (z angielskiego) zwane „challenge”.  Jeśli choć trochę buszujecie w sieci to pewnie słyszeliście co nieco np. o Ice Bucket Chellenge – wylewanie na siebie kubła lodowatej wody, Freeze Challenge – stanie w bezruchu, czy 10 Years Challenge – pokazywanie swoich zdjęć teraźniejszych i sprzed 10 lat.

Niektóre formy tej zabawy są zupełnie nieszkodliwe, inne bywają głupie lub wręcz niebezpieczne i w zasadzie większość z nich niczego mądrego, ani pozytywnego nie wnosi do naszego życia. Zdarzają się jednak czasami takie pomysły i wyzwania, o których warto mówić, bo niosą za sobą pewien ważny przekaz. Tak właśnie jest z najnowszym Trashtag Challenge.

Trashtag Challenge co to takiego?

Nowe wyzwanie polega na tym, by sprzątać śmieci, które spotkasz na swojej drodze. Robisz przy tym zdjęcia typu „przed i po”, oznaczasz je odpowiednim hashtagiem (#trashtag challenge) i wrzucasz do sieci, na Facebook`a, Twitter`a, czy Instagrama.

Akcję zapoczątkował pewien Amerykanin Byron Romanz, który kilka dni temu wrzucił prowokacyjnego posta na facebook`u, skierowanego do nudzącej się młodzieży…

Here is a new #challenge for all you bored teens. Take a photo of an area that needs some cleaning or maintenance, then take a photo after you have done something about it, and post it. Here are the people doing it #BasuraChallenge #trashtag Challenge, join the cause. #BasuraChallengeAZ”.

Byron Romanz

Jego post w ciągu kilku dni przekroczył 320 tysięcy udostępnień! A zdjęcia zaśmieconych, a później wysprzątanych miejsc, wrzucają do sieci ludzie z całego świata. Czyż to nie wspaniała, mega pozytywna i pożyteczna  zabawa?

W czasach kiedy produkujemy miliardy ton śmieci rocznie(!), wyrzucamy je dosłownie wszędzie – w lasach, górach, parkach, morzach, na ulice pod naszymi domami, czy na place zabaw, gdzie bawią się nasze dzieci/wnuki…   

Gdy Ziemia zaczyna tonąć w owych odpadach i grozi nam katastrofa, wystarczy z pozoru prosta akcja, zwykła prowokacja – zachęta, by ludzi skłonić do myślenia i pracy na rzecz środowiska, na całym świecie.

To jak, kto z Was dołączy do wyzwania #trashtag challenge? :-)

Źródło

Źródło

Źródło 

Źródło

Źródło

 

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Bartolomeo
1 rok temu

Zdecydowanie jest to najlepsza inicjatywa ostatnich lat w internecie. Oby tak dalej!

Asia
Asia
1 rok temu
Reply to  Bartolomeo

Zgadza się! Niech pociągnie to za sobą falę kolejnych takich akcji (łańcuszków) ;-)

W przedszkolu 12 marca 2019

Plan dnia, czyli gdy na początku jest chaos

Prośby, groźby, obiecanki, krzyki, jęki, nerwy – o której byśmy nie wstali i tak zawsze jesteśmy spóźnieni! Nie mam pomysłu, sił i czasu, by o poranku wszystko nie stawało na głowie i działo się bez popędzania. Marzę, by na spokojnie zaczynać nowy dzień. Co więc robić, by poranne czynności mnie nie nokautowały? Czy jest na to uniwersalna rada? – zapyta niejedna mama.

Plan działania

My dorośli mamy swój plan, prawda? Chodzimy na określoną godzinę do pracy, pewne czynności wykonujemy od wielu lat, ich kolejność jest dla nas logiczna, dawno temu wypracowana. Podobnie więc od dzieci oczekujemy, że będą funkcjonować zgodnie z zasadami, które dla nas są po prostu sensowne. Tymczasem dla nich upływ czasu jest czystą abstrakcją i nie czują, że to, czego od nich wymagamy w danym momencie, jest po prostu racjonalne.

Jak ułożyć plan dnia?

Warto poświęcić trochę czasu, by pomóc dzieciom zrozumieć, czego i kiedy od nich oczekujemy. Na spokojnie, razem z dzieckiem, ustalić jakie czynności, trzeba zrobić rano po wstaniu, żeby zdążyć do żłobka, przedszkola, szkoły. Czyli pomagamy uporządkować poranek i tworzymy PLAN DZIAŁANIA.

W zależności od tego, ile nasze dziecko ma lat, wybieramy sposób przygotowania planu. Maluszkowi przygotujmy gotowe obrazki (ja, gdy Aleks miał trzy lata, powycinałam je z kolorowych gazet), starszak może już sam narysować, a uczeń – zapisać.

Ważne, by plan dnia przygotować wspólnie. Dlaczego? Wtedy dziecko ma poczucie sprawczości, chętniej wykonuje dane czynności, jest więc większa szansa, że będzie trzymać się ustalonego planu.

Przygotowany plakat, na którym znajdują się wszystkie punkty, zawieszamy w widocznym miejscu.

Czy plan dnia powinien zawierać dokładne godziny na wykonanie danego zadania?

Niekoniecznie, najważniejsza jest kolejność. Młodsze dzieci nie znają się na zegarku, ale z drugiej strony ustalenie konkretnego czasu może przydać się nam dorosłym. Wybór należy do Was. Jak również to, jak bardzo szczegółowy chcemy mieć plan. W przypadku małego dziecka uwzględniamy np. skorzystanie z nocnika, a starszego – nie tylko zjedzenie śniadania, ale i wstawienie talerza i kubka do zlewu.

Czy następnego dnia wszystko będzie od razu świetnie działało?

Może tak, a może wcale nie. Niektóre dzieci od samego początku chętnie się angażują, inne potrzebują więcej czasu. I wtedy należy cierpliwie z nimi ćwiczyć albo dodatkowo dopracować plan, a z każdym dniem będzie trochę lepiej.

Co nam daje plan działania?

Rodzic nie musi już ciągle gderać i bez przerwy powtarzać te same polecenia. Wystarczy odnieść się do wspólnie opracowanego planu i zadać pytanie: ,,Co jest następnym punktem w Twoim planie?” albo „Umyłeś zęby, więc sprawdź na planie, co teraz będziesz robił?”. Plan ma zadanie przypominać, by każdy punkt poranka został wykonany, a systematyczne działanie według niego pomoże stworzyć nawyki. Ułatwi odnalezienie się w chaosie, dziecko nie będzie czuło się już zagubione i będzie miało poczucie, że samo kontroluje sytuację. Rozkład dnia  uczy też planowania – i to nie tylko obowiązków, ale i znalezienia czasu na przyjemności.

Pisząc dzisiejszy tekst, skupiłam się na planie poranka, ale oczywiście plany mogą dotyczyć przeróżnych sytuacji – całego dnia, tygodnia, wieczornych rytuałów, wakacyjnych zajęć.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close