Moje dziecko mnie nie potrzebuje

Moje dziecko mnie nie potrzebuje


Mirella

26 sierpnia 2016

Przyzwyczaiłam się mieć swoje dziecko w zasięgu wzroku. Jeśli zostawiam je w szkole czy u znajomych, to niejako przekazuję pałeczkę komuś innemu. Tymczasem ostatnio ze zdumieniem zauważam, że moje dziecko mnie nie potrzebuje. Coraz chętniej oddala się ode mnie, chce być samodzielne i niezależne.

Pamiętam pierwszy raz, kiedy straciłam Duśkę z oczu na dłużej. Miała wtedy może trzy miesiące. Przyszła do mnie siostra i zaproponowała, że weźmie małą na spacer, żebym mogła spokojnie się ogarnąć i coś zjeść. Propozycja spadła mi jak z nieba, ale gdy tylko zniknęły za zakrętem, nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Niby robiłam, to co miałam zaplanowane, ale cały czas patrzyłam w okno! Jednak ten instynkt macierzyński jest silniejszy od rozsądku. Nie bałam się, wiedziałam, że dałam dziecko w naprawdę dobre ręce, że moja cioteczna siostra, a przyszła matka chrzestna Duśki da się za nią posiekać, jak będzie trzeba, a jednak małe złośliwe robaczki pod skórą ciągle podgryzały mój spokój.

Później bywało różnie, ale zawsze to ja byłam inicjatorką rozstań, najczęściej wywołanych jakąś koniecznością. Nie było tak ciężko, jak za pierwszym razem, ale nie powiem, żebym nie tęskniła. Chyba gorzej znosiła to Duśka, która przy każdym takim pożegnaniu, a później powitaniu zasypywała mnie, lekko licząc, setką buziaków. Znaczy, ciągle byłam ważna i potrzebna.

Jak jest teraz?

– Mamo, idę do T.

I tyle ją widzę. Poszła na chwilę, wróciła po dwóch godzinach. Niby T. mieszka po sąsiedzku i nie może być mowy o żadnym niebezpieczeństwie, ale przecież jeszcze rok, dwa lata temu prosiła:

– Mamo chodźmy do T. Proooszęęęę.

Wysyłałam ją samą, bo to blisko i nie widziałam powodu, by jej towarzyszyć. Czy to był ten pierwszy moment, kiedy poczuła, że może iść w świat i nie brać mnie ze sobą?

 

– Mamo mogę iść na tor przeszkód?

– Idź.

Poszła. Nawet się nie obejrzała czy idę za nią. Nie poszłam, nie chciało mi się. Stałam na tyle blisko, by mieć ją w zasięgu wzroku i na tyle daleko, by móc spokojnie odpocząć. I co? I nic. Rozejrzała się, wyłowiła mnie wzrokiem z tłumu i z powrotem wspięła się na tajemniczą, właściwie nie wiem, do czego służącą konstrukcję. A przecież dobrze wiem, że rok temu musiałabym przy tej konstrukcji stać, tak żeby mieć ją nie tylko w zasięgu wzroku, ale i słuchu.

 

Wakacje rok temu:

– Chcesz spać w drugim pokoju?

– Nie, chcę być z wami.

Wakacje w tym roku:

– Przenoszę się do pokoju Z. bo jest pusty. Tam jest szersze łóżko. W ogóle umówmy się, że to jest mój pokój, dobrze?

Powoli, ale nieubłaganie dociera do mnie, że moje dziecko mnie już nie potrzebuje. Nie zawsze i nie w każdej sytuacji, ale coraz częściej chce sobie radzić beze mnie.

Dla mnie jako matki jest to, hmm… nie powiem, że trudne, ale ciągle zaskakujące doświadczenie. Mój czas biegnie inaczej niż jej. Dla mnie ciągle jest moją małą córeczką, we własnych oczach dużą dziewczynką. Prawie dorosłą, bo przecież już idzie do drugiej klasy! Wbrew sobie gryzę się w język, by nie używać słów: poczekaj, pomogę ci, pójdę z tobą, uważaj, ostrożnie itp. Zamiast tego trenuję mówienie: jasne idź, zrób sama, weź sobie, dasz radę.

Dorastam razem z dzieckiem. Kiedyś nie byłam gotowa na spuszczenie jej z oczu na pół godziny, dziś nie boję się zostawić jej na kwadrans w poczekalni, gdy idę do lekarza. A przecież jeszcze dwa lata temu się bałam. Dziś nie wyobrażam sobie, by mogła sama pójść do szkoły, wyjechać beze mnie na wakacje, w końcu wyprowadzić się do innego miasta. Jednak po cichu mam nadzieję, że gdy ona poczuje się na te kroki gotowa, to ja też będę miała w sobie tyle siły, by powiedzieć:

– Jasne, idź.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Moje dzieci zawsze byly samodzielne i moze łatwiej mi sie bedzie z tym pogodzic..gorzej ma tatus bo jak dziecko jedzie na oboz i nie pisze i nie dzwoni to dostaje padaki

    1. A mówią, że to mamusie są nadopiekuńcze ;)

  2. Oj tak :) ja bardzo się cieszę że moje dzieci są w wielu sprawach samodzielne i uczę ich tego od najmłodszych lat nawet Panie w żłobku dziwiły się jak one są samodzielne jednak tych sytuacji gdzie dzieci już mnie nie potrzebują jest coraz więcej, jestem dumna ale takie dziwne uczucie, lęk, obawa sama nie wiem jak nazwać to uczucie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Jak zostać kotem – czy iść z dzieckiem do kina?

Jak zostać kotem – czy iść z dzieckiem do kina?


Basia Heppa-Chudy

25 sierpnia 2016

Zanim trafiłam do kina, przeczytałam w sieci kilka opinii na temat filmu – zdecydowana większość widzów nie zostawiła na nim suchej nitki. Ale czego nie robi się dla dziecka, które bardzo chciało zobaczyć „Jak zostać kotem”.

Z jednej strony cieszyłam się na wspólny wypad do kina, z drugiej – nie ukrywam – byłam negatywnie nastawiona do samego filmu. Tymczasem czekała na mnie miła niespodzianka – nie zgrzytałam zębami, mało tego „Jak zostać kotem” podobało mi się!

W pierwszych minutach poznajemy zapracowanego i bezkompromisowego człowieka interesu (Kevin Spacey), który ambitnie realizuje założone cele. Cele nie byle jakie – ma ambicje by wybudować najwyższy budynek w Ameryce. Jego życie biegnie w szalonym tempie, a on sam nie znajduje nawet chwili, by odebrać telefon od żony, nie docenia swojego syna i nie pamięta o urodzinach córki. Wydaje się, że dla tego faceta rodzina ma niestety niewielkie znaczenie. Namówiony przez żonę, by sam wybrał prezent dla córeczki, niechętnie postanawia kupić jej wymarzonego kota. Wracając z upominkiem do domu, wpada jeszcze do firmy, gdzie ulega wypadkowi. W wyniku tego zdarzenia, zostaje uwięziony w ciele futrzaka. Od tego momentu musi odnaleźć się w nowej sytuacji, a wszystko po to, by mieć jedyną niezwykłą okazję na refleksję nad swoim życiem i relacjami z najbliższymi oraz szanse na odnalezienie prawdziwych wartości.

Schemat fabuły jest prosty i z morałem – to rodzina i czas, który spędzamy razem, jest najważniejszy.

Humor może nie jest wyszukany, ale gagi i żarty sytuacyjne z kotem w roli głównej znakomicie bawią dzieci (dorosłych też). Zresztą taka jest przecież konwencja klasycznego komediowego filmu familijnego.

“Jak zostać kotem” w polskich kinach pojawił się z dubbingiem, a głos głównego bohatera podkłada Tomasz Kot. Ten fakt — że Kot gra kota — bardzo śmieszył moje siedmioletnie dziecko, za każdym razem, gdy widział zapowiedź bądź filmowy plakat. Cel został osiągnięty – zaciągnął (prawie siłą) mamę do kina. I mama wcale tego nie żałuje, warto było!  Myślę, że po prostu trzeba do filmu podejść z dystansem, lub podobnie jak ja z mniejszymi oczekiwaniami, a wtedy duże prawdopodobieństwo, że jako osoba dorosła będziesz się na nim dobrze bawić. Bo Twoje dziecko na pewno!


Film możecie zobaczyć w Cinema City


„Jak zostać kotem” (Nine Lives)
Reżyseria: Barry Sonnenfeld, produkcja: Francja 2016
Polska premiera: 19 sierpnia 2016
Obsada: Kevin Spacey, Jennifer Garner, Christopher Walken

jak zostac kotem

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Trzeba wdrożyć do szkoły i zadać jakąś pracę, pisanie czytanie ;) ŻART :) ostatni wekend robimy grila zabawy ogólnie razem spedzony czas.

  2. My od dzisiak 3 tygodnie w sanatorium takze wakacje beda trwaly nieco dluzej :)

  3. dzięki wielkie! właśnie się zastanawiałam czy to jest dobry film dla moich dzieciaków, bo reklamy ich bardzo bawiły i chciały zobacyzć… a że mamy jeszcze darmowe bilety, to…. ;)

    1. 6- latkowi na bank będzie się podobało (Choć ja mojemu dociekliwemu 7 latkowi musiałam trochę tłumaczyć fabułę związaną z wątkiem w firmie głównego bohatera. Co do młodszego malucha – trudno mi doradzić – na pewno będzie się śmiał oglądając wygłupy futrzaka, ale czy wciągnie go cała historia, ciężko mi powiedzieć.
      Ja bym zaryzykowała :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Moje dziecko to nie święta krowa, której wszystko wolno!

Moje dziecko to nie święta krowa, której wszystko wolno!


Fizinka

24 sierpnia 2016

Taka sytuacja…

Siedzimy w restauracji. Jasiek o coś się burzy, nie pamiętam już o co. W każdym razie, jest na tyle głośno, że delikatnie zwracam mu uwagę, żeby był nieco ciszej. Nie reaguje. Powtarzam więc jeszcze raz, bez skutku. W końcu o spokój prosi go tata. A chwilę później do naszego stolika podchodzi jakaś kobieta, nie wiem kto to – menadżerka czy właścicielka lokalu? – i wtrąca się w naszą dyskusję, zwracając nam uwagę, żebyśmy „się opanowali i dali dziecku spokój”.

W tamtym momencie, miałam ochotę jej powiedzieć, że moje dziecko nie jest świętą krową, której wszystko wolno i żeby zajęła się swoimi problemami, zamiast wtykać nos w nieswoje sprawy. Ale z grzeczności – nie miałam ochoty na słowne przepychanki – rzuciłam jej tylko wymowne spojrzenie i jej komentarz przemilczałam.

Fakt jest jednak taki, że to nie pierwsza taka sytuacja, w której ktoś „obcy” zwraca mi uwagę na to – czy, jak i kiedy powinnam wychowywać swoje dziecko. A tego nie lubię.

Zdarzało się, często właśnie w miejscach publicznych i/lub przy stole – podczas posiłku, że ktoś krytykował mnie za to, że uczę i wymagam od dziecka KULTURY. Prostych zachowań i podstawowych zasad sovir vivre`u.

„Przecież to tylko dziecko. Jemu (wszystko) wolno!” – to są argumenty większości pouczających mnie ludzi. A skoro to „tylko dziecko” to znaczy, że ono nie musi uczyć się dobrych manier. Że nie musi poznawać ogólnie przyjętych zasad, które pozwolą mu, umieć odpowiednio zachować się w danej sytuacji i miejscu. Tak?

Nie zgadzam się. Uważam bowiem, że to od nas – rodziców, (w dużej mierze) zależy na jakich dorosłych ludzi wyrosną nasze dzieci. I według mnie, moją rolą, a w zasadzie nawet obowiązkiem, jest nauczyć dziecko kultury osobistej. Począwszy od tego, że jak gdzieś wchodzi ma mówić dzień dobry, przez zachowanie manier przy stole, okazywanie szacunku starszym, aż po odpowiednią postawę w miejscach publicznych.

Osobiście nie znoszę gdy ktoś mlaska przy jedzeniu, chlipie pijąc, mówi z pełną buzią, albo głośno stuka sztućcami o talerz wygrywając przy tym jakieś afrykańskie rytmy, dlatego od początku uczę syna by tak nie robił. Poza tym nie lubię też, będąc w lokalu, gdy cudze dzieci beztrosko sobie biegają pomiędzy stolikami, skaczą z butami po krzesłach, krzyczą, piszczą i ogólnie zwracają na siebie całą uwagę, a ich rodzice na to nie reagują.

Zawsze powtarzam, mojemu dziecku i wszystkim tym, którzy mnie rugają, że pewne miejsca publiczne, takie jak restauracja czy kawiarnia, to nie plac zabaw! Tu trzeba umieć się zachować, dostosować do reszty i uszanować pozostałych klientów, którzy być może, chcieli zjeść obiad czy wypić kawę w (względnej) ciszy i spokoju.

Dlatego jeśli moje dziecko nie wie lub zapomina o tym co wypada, a czego nie – bo ma do tego pełne prawo – jasno i konkretnie zwracam mu na to uwagę. I nie uważam, żebym w ten sposób wyrządzała mu jakąkolwiek krzywdę, wręcz przeciwnie jestem przekonana, że w bliżej nieokreślonej przyszłości wyjdzie mu to na dobre i być może będzie mi za te lekcje wychowania wdzięczny.

A wszystkie wielce zatroskane osoby o losy i spokój mojego dziecka, zapewniam – nie prowadzę w domu musztry, nie każę synowi stać na baczność, gdy ze mną rozmawia i nie wymagam by szczoteczką do zębów czyścił mi fugi w łazience. Mało tego! Pozwalam mu na beztroską zabawę, słodkie lenistwo i babranie się w błocie, jeśli ma na to ochotę. Także bez obaw – nie zabieram mu dzieciństwa. A to, że uczę go co wolno, a czego nie i co wypada, a co nie, to cóż – tak samo uczę go mówić, liczyć czy ubierać się…

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Miałam dzisiaj coś podobnego – tłumaczę dzieciom na straganie (całej trójce) by nie grzebały w owocach – mogą się poczęstować tym, co już będziemy mieli kupione, to była końcówka zakupów – tłumaczę spokojnie, bez krzyczenia, tylko że po kilka razy, bo każdemu z nich trzeba powtórczyć, by to do nich dotarło… I wtedy pan ze straganu mówi „A niech sobie grzebią, co tam komu szkodzi…”! A mi właśnie to przeszkadzało. Potem na odchodnym jeszcze mówi, „toż to dyscyplina jak w wojsku :) ” Ale niech no tylko spróbuje chodzić w ciąży po mieście z trójką małych dzieci, gdzie wszędzie pełno ludzi i samochodów, nieść zakupy i wszystko to ogarnąć :) potem możemy porozmawiać, czy zasady i ich przestrzeganie są konieczne i pomocne, czy nie…

    1. Ja też zawsze mówię synowi by nie „palcował” każdego warzywa, owoca, pieczywa itp. jeżeli nie zamierza go kupić, bo jak tak każdy będzie brudnymi rękami je dotykać to…… aż mi się odechciewa zakupów i jedzenia.

    2. No właśnie – zaś na placu zabaw dzieci mają się bawić, dopóki nikomu nie sprawia to przykrości – czy już tam moim czy innym dzieciom… Czasami trudno wszystko pogodzić, ale trzeba walczyć z uśmiechem na twarzy ;)

  2. Popieram ale …moze skoro czesto zdarza sie ze ktos zwraca Ci uwage warto sie jednak nad tym zastanowic a nie obrażać. Moze ktos kto stoi z boku widzi cos czego Ty nie zauwazasz. Nikt nie lubi krytyki wiadomo. Twoje dziecko pewnie tez nie…

    1. Nie, to nie zdarza się CZĘSTO. To po prostu się zdarza. „Z
      A krytyka względem mojego dziecka z mojej strony to akurat źle dobrane słowo bo ja go nie krytykowałam, tylko normalnie, po ludzku i po cichu zwróciłam mu uwagę by nie krzyczał ;)

  3. Zazwyczaj matki narzekają na odwrotne reakcje :) Sama widząc sytuacje podobne do opisywanych tutaj, mam ochotę powiedzieć coś podobnego – na zasadzie, wyluzujmy, bo oszalejemy :)

    1. W odwrotnej sytuacji – gdybym na wszystko kładła lachę, nie zważała na to co robi moje dziecko i nie uczyła go pewnych rzeczy, na pewno byłabym ostro skrytykowana za bezstresowe wychowywanie ;)

  4. Świetnie to rozumiem. Ja nie lubię też sytuacji np. na placu zabaw gdy pilnuję aby moja córka nie brała i nie zagarniała cudzych zabawek,czego nie lubimy również w przypadku naszych zabawek. Mówię do dziecka „to nie nasze wiaderko,tylko dziewczynki,choć dam Ci Twoje”. Moja córka rozumie,że jak coś czyjeś to się nie rusza i tu nagle wtrynia się idealna mamusia/ciocia/babcia z tekstem „ale niech się pobawi,my teraz się tym nie bawimy,niech weźmie!”. Mało tego,że kobieta decyduje za swoje dziecko i nie pytając go rozdaje innym dzieciom zabawki,to jeszcze burzy to porozumienia w sprawie między mną a moim dzieckiem! Córka na mnie patrzy i już nie wie czy w końcu można czy nie i jak mówię,że nie to jest płacz. Po co ludzie się wyrywają udając idealnych wychowawców dzieci,gdybym chciała radę albo pożyczyć choćby wiaderko to bym zapytała. Taka głupia,błacha sprawa a wkurza i wywołuje w dziecku niepokój i sprzeczność,nie mówiąc o histerii czasem..

    1. A moze ten ktoś chce byc po prostu miły?

    2. A może chce pokazać że jest lepszy niż matka która zabrania dziecku wiaderka;). Nie wiem jakie są intencje,ale wolałabym aby każdy zajął się sobą;)

      1. A może chcę nauczyć swoje dziecko dzielić się zabawkami? Czasem taki plac zabaw to jedyna okazja. Moim zdaniem trzeba po prostu uczyć dziecko że nie wolno brać cudzych rzeczy bez pytania. Inna sprawa że czasem nie wiadomo czy zabawka jest czyjaś czy „społeczna” – na naszych placach zabaw są takie zabawki, które są niczyje. Czemu dziecko ma się nie bawić czymś takim? A czy ucząc córkę że nie może brać czyichś zabawek nie uczysz jej też przypadkiem że to co jej to jest tylko jej i nikt nie powinien tego brać? Troll chyba nie zawsze jest dobre, no chyba że dzielenia się uczysz ją w innych sytuacjach.

    3. Zdecydowanie ten ktoś chce być tylko miły, Twoje zachowanie nie jest odbierane jako element wychowania tylko kultura osobista, że jesteś grzeczna i nie chcesz ruszać rzeczy innego dziecka. Zwykle w piaskownicy wszystkie dzieci bawią się wszystkimi zabawkami i dopiero jak się idzie do domu to się zbiera swoje.

  5. Nie wiem jak to wygladalo z boku i jak zachowywalo sie dziecko-moze Wy byliscie bardziej rzucajacy sie w oczy niz samo dziecko…ale czesto na placu zabaw widze takich rodziców co jedno przez drugie przekrzykuje sie „nie wolni”,”nue dotykaj”,”nie idz tam”,”to nie Twohe”,”nie krzycz”,”nie biegaj”….ktos by pomyslal, ze dziecko z tych niegrzecznych a ono jest calkiem zwyczajne i takie jak miliony innych dzieci…

    1. Ja nie jestem z tych co to wszystkiego zabraniają. Akurat na placu zabaw siedzę sobie na ławce, zazwyczaj z książką w ręce i tylko obserwuję co robi moje dziecko – interweniuję rzadko, kiedy muszę.
      A w restauracji zwracałam synowi uwagę po cichu i grzecznie więc tym bardziej nie rozumiem reakcji kobiety, która do nas wtedy podeszła.

  6. Jestem ZA choc nigdy mnie to niespotkalo wręcz odwrotnie

  7. Cieszę się ze nie jestem sama w tym dyscyplinowaniu. 2 tygodnie byliśmy na urlopie w pewnym ośrodku w górach, wszystkie posiłki o stałych porach z innymi wczasowiczami, stołówka na ok. 200 osób, większość z Małymi dziećmi. Zasiadmy do stołu, mija niecałe 5 min A gromadka dzieci biega po sali między paniami z obsługi noszacymi gorace dania. Moja 3 latka na taki widok oczywiscie zamierza dołączyć do rówieśników. Niestety na jej nieszczęście rodzice nie pozwalają, a ona w buncie nie je… aż przyszedł koniec turnusu, na ostatnich posiłkch niewiele osób i nagle się okazuje,że cały obiad zniknął bo Mała nie skupiała się na innych biegajacych dzieciach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Karmienie piersią – lepszy start dla malucha. Czy to mit?

Karmienie piersią – lepszy start dla malucha. Czy to mit?


23 sierpnia 2016

Już na początku trzeba to powiedzieć – nie ma gwarancji, że dzieci urodzone drogami natury i karmione piersią będą zdrowsze niż te, które przyszły na świat przez cesarskie cięcie i były karmione mlekiem modyfikowanym. Prawdą jest jednak, że rodzaj porodu i karmienia ma znaczenie w jednej (choć nie jedynej), bardzo ważnej kwestii – kształtowaniu się mikroflory u dziecka. Dlaczego jest to tak ważne? I co zrobić, żeby zapewnić dziecku od samego początku dobry „pakiet bakterii” na nową drogę życia?

Po co mikroflora jelit?

Temat naszych bakterii jelitowych dopiero od kilku lat intensywnie interesuje naukowców i badaczy. Wcześniejsze podejście, że bakterie, które nas zasiedlają albo są patogenne, albo, w najlepszym razie neutralne już odeszło w niepamięć. Badania pokazują, że nasza mikroflora wpływa na znacznie więcej aspektów naszego życia niż tylko wspomaganie trawienia i oddziałuje na znacznie więcej organów niż tylko same jelita. Jedną z jej głównych i kluczowych ról jest wspomaganie i stymulowanie układu odpornościowego. Innymi słowy – gdyby nie nasze bakterie jelitowe układ immunologiczny nie mógłby działać prawidłowo. Są bakterie, które pełnią rolą ochronną – znane większości Lactobacillus i Bifidobacterium. Są też takie, które stymulują układ do działania, np. niepatogenne szczepy E.Coli. Dlaczego jednak mówimy o mikroflorze w kontekście porodu i karmienia?

Zdrowy start pełen bakterii

Często rodzice najbardziej obawiają się bakterii, widząc je jako chorobotwórcze zarazki, które zagrażają zdrowiu dziecka. Dlatego przyjęło się, że przedmioty dla niemowląt (smoczki, butelki) trzeba wyparzać, ubranka prać w wysokiej temperaturze itd. Niektórzy idą krok (albo dwa kroki) dalej i zaprzyjaźniają się z płynami dezynfekującymi, a nawet lampami do dezynfekcji, nie wspominając o zaleceniach (które można znaleźć na portalach dla rodziców czy forach) dotyczących cotygodniowego wyparzania zabawek. Uznaje się, że właśnie nadmierna higienizacja może być, obok zanieczyszczonego środowiska, nieprawidłowej diety i nadużywania antybiotyków, przyczyną rosnącej epidemii alergii.

Ogromny wpływ na „zasiedlenie” dziecka korzystną mikroflorą ma rodzaj porodu i karmienia. Podczas przechodzenia przez kanał rodny matki dziecko zasiedlane jest dobrymi, ochronnymi bakteriami, głównie mikroflorą ochronną: Lactobacillus i Bifidobacterium. W przypadku porodu przez cesarskie cięcie pierwsze bakterie zasiedlające noworodka pochodzą ze skóry matki, lekarskich fartuchów itd. Aby „odzyskać” prawidłową mikroflorę potrzebują około pół roku. Jest to prostsze, kiedy dziecko jest karmione piersią, ze względu na obecność probiotyków w pokarmie. Można znaleźć szereg badań, które pokazują, że mikroflora we wczesnym dzieciństwie ma wpływ na późniejsze zdrowie dziecka. Czy poród naturalny i karmienie piersią jest jednak takim „gwarantem” zdrowego startu?

Dobre praktyki dla mikroflory

Wspomniałam już, że oprócz rodzaju porodu i karmienia na rozwój mikroflory mają wpływ też inne czynniki. Dlatego nie można powiedzieć, że wystarczy urodzić drogami natury i karmić piersią, żeby dziecko było zdrowe. Podobnie jak nie można stwierdzić, że urodzone przez cesarskie cięcie i karmione mlekiem modyfikowanym jest skazane choroby. Mikrobiota zasiedlająca nasze jelita jest bardzo „czułym” ekosystemem, dlatego tak ważne jest, żeby dbać o nią od samego początku, przez całe życie. Odpowiednia dieta bogata w błonnik i prebiotyki (pokarm dla bakterii), unikanie niepotrzebnej antybiotykoterapii, ograniczenie wysokoprzetworzonej żywności i cukru – to wyzwania, które warto podjąć, również kiedy dziecko jest starsze. Poza tym pamiętajmy – nie wszystko trzeba wyparzać i sterylizować. Układ odpornościowy musi trenować! Dlatego dbajmy o mikroflorę, hartowanie i kontakt dziecka z bakteriami. To nasi naturalni sprzymierzeńcy.

 Joanna Dronka-Skrzypczak – prowadzi stronę dietaeliminacyjna.pl na której porusza najważniejsze zagadnienia dotyczące diety eliminacyjnej, mikroflory jelit, alergii pokarmowych. Autorka wielu artykułów na temat gotowania bez alergenów, probiotyków, mikrobioty. Współpracuje między innymi z Instytutem Mikroekologii w Poznaniu, magazynem Hipoalergiczni, magazynem Współczesna Dietetyka.

 

Dziękujemy Joannie za wsparcie naszej akcji #NaturalnieRazem!

NASZE RECENZJE

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Mnie polozne w szpitalu tez probowaly zniechecic ale im sie nie udalo i w piatej dobie pojawilo sie mnostwo mleka ;)

    1. Pamiętam. To jakby było wczoraj ? A teraz nasze dzieciaki takie duże ?

    2. Kasia, mama Madzi

      Ha! Może rodziłyśmy w tym samym szpitalu? Mi próbowali wcisnąć, że Magdalena się nie najada. Raz bez mojej zgody ją dokarmili w pierwszej dobie. Poznałam po tym, że jej się ulało. Pielegniarka się wtedy przyznała. To moje pierwsze dziecko więc bałam się opierdzielić tą babke. Po cc pokarm ma prawo pojawić się później, a ja już w 2 dobie płakałam że mleko wolno leci i ” molestowałam” piersi laktatorem z polecenia pielegniarki i pediatry. Nie ominął mnie nawał, bo jak skoro sama napędzałam laktację. Co pielegniarka to inna opinia, 5 porad w ciągu dnia i każda inna. Kogo słuchać?? Okres w szpitalu (7 dni po cc) wspominam okropnie. Stres, płacz, bezradność…dziś już wiem, że przy drugim dziecku nie dam sobą manipulować.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku