Gry planszowe i nie tylko 1 godzinę temu

Everdell: Srebrnoszrony – znajomy świat w zimowej odsłonie, która wciąż potrafi oczarować

Są gry, do których wraca się z przyjemnością, nawet jeśli nie zaskakują już tak mocno jak za pierwszym razem. Dla mnie właśnie taki jest „Everdell: Srebrnoszrony” – zimowa odsłona dobrze znanego świata, która nie wywraca zasad do góry nogami, ale rozwija je w sposób bezpieczny, spójny i po prostu bardzo przyjemny.

Jeśli znacie klasyczne Everdell, albo to w wersji dla juniorów,  wejście w „Srebrnoszrony” będzie niemal intuicyjne, choc pojawia się kilka nowych smaczków. I w tym przypadku wcale nie traktuję tego jako wady. Wręcz przeciwnie – ogromnym plusem jest to, że autorzy nie próbują na siłę komplikować mechanik ani odcinać się od fundamentów, które gracze pokochali.

Fot. Archiwum prywatne

Nie było tu wielkiego efektu „wow”, ale było coś równie ważnego – poczucie powrotu do miejsca, które już znam i lubię. W efekcie za nami kilka udanych rozgrywek,  które zawsze sprawiają, że dobrze się bawimy.

Zimowy krajobraz Everdell zachowuje charakter serii. Nadal budujemy własne miasto, zarządzamy zasobami i planujemy ruchy tak, by wycisnąć z każdej tury maksimum korzyści. Jednocześnie śnieżna oprawa i nowe rozwiązania sprawiają, że gra ma własną tożsamość i klimat.

Fot. Archiwum prywatne

Na pierwszy rzut oka uwagę przyciąga plansza przestrzenna. Zamiast charakterystycznego drzewa otrzymujemy ośnieżoną górę do samodzielnego złożenia. To ciekawa zmiana, która od razu buduje bardziej surową atmosferę tej krainy. Nie ma tu wiosennej lekkości czy bajkowej zieleni – jest chłód, śnieg i poczucie, że przetrwanie wymaga większego wysiłku, al. eni etraci przy tym swojego bajkowego charakteru.

Fot. Archiwum prywatne

I właśnie klimat „Srebrnoszronów” jest jednym z największych atutów tej gry.

Jak gra się w „Srebrnoszrony”? Krótka instrukcja

Rozgrywka opiera się na dobrze znanym systemie worker placement i budowania własnego miasta.

Fot. Archiwum prywatne

Co robisz w swojej turze?
W każdej turze możesz wykonać jedną z trzech akcji:

  • Wysłanie robotnika – umieszczasz swojego pionka na wybranym wolnym polu, np. na planszy głównej, w kuźni albo na karcie w swoim mieście. Dzięki temu natychmiast zdobywasz surowce lub aktywujesz specjalną akcję przypisaną do danego miejsca.
  • Zagranie karty – jeśli dysponujesz odpowiednią liczbą surowców, możesz zagrać kartę z ręki albo z „doliny”, czyli wspólnej puli dostępnej na planszy. Karty rozwijają Twoje miasto, zapewniają nowe możliwości i pomagają zdobywać punkty.
  • Przygotowanie do nowej pory roku – gdy skończą Ci się robotnicy, rozpoczynasz kolejny etap gry. Wszystkie pionki wracają do Ciebie, a Ty rozpatrujesz efekty związane z nadchodzącą porą roku.

Fot. Archiwum prywatne

Najważniejsze mechaniki „Srebrnoszronów”

Walka ze śniegiem
Jednym z największych wyzwań jest wszechobecny śnieg, który z czasem gromadzi się na kartach i polach akcji. Zasypane miejsca stają się niedostępne, dlatego trzeba usuwać śnieg za pomocą zasobów ognia, by ponownie z nich korzystać.

Wielkie stworzenia i gildie
W trakcie rozgrywki możesz spotkać potężne stworzenia wspierające mieszkańców krainy oraz gildie oferujące dodatkowe zadania i wyzwania. Odpowiednie wykorzystanie ich możliwości może znacząco wpłynąć na końcowy wynik.

Ogniska i stosy sygnałowe
Rozpalanie ognisk nie jest jedynie klimatycznym dodatkiem – zapewnia mieszkańcom ciepło i poczucie bezpieczeństwa, a w surowym świecie „Srebrnoszronów” często decyduje o powodzeniu całej strategii.

Fot. Archiwum prywatne

Koniec gry

Rozgrywka toczy się przez kolejne pory roku. Gdy nadejdzie wiosna i nie będziesz już mógł lub nie zechcesz wykonać kolejnych działań, pasujesz. Kiedy zrobią to wszyscy gracze, następuje podliczenie punktów zdobytych dzięki kartom i wykonanym zadaniom. Zwycięża osoba, która zgromadzi ich najwięcej.

Fot. Archiwum prywatne

Znajome zasady, nowe krajobrazy

To, co szczególnie doceniam w „Srebrnoszronach”, to konsekwencja autorów. Kolejne odsłony Everdell nie próbują udawać zupełnie nowych gier – raczej rozwijają istniejący świat i pozwalają odkrywać go w nowych sceneriach. Dzięki temu osoby grające wcześniej w klasycznego Everdella bardzo szybko odnajdą się przy stole. Nie trzeba uczyć się wszystkiego od początku ani przebijać przez kilkadziesiąt stron zasad, które burzą wcześniejsze doświadczenie.

Fot. Archiwum prywatne

To nadal ten sam Everdell, którego wielu graczy polubiło za planowanie, spokojne tempo i budowanie własnej strategii – tylko ubrany w zimową szatę. I właśnie to działa. Nie czułam znużenia czy powtarzalności. Raczej przyjemne poczucie, że wracam do dobrze znanej gry, ale oglądam ją z innej perspektywy. Jest jednak coś, czego naprawdę mi zabrakło. Mam tylko jeden minus, i dla fanów serii może być on zaskakująco istotny.

Surowce.

Fot. Archiwum prywatne

Klasyczny Everdell rozpieścił nas pod tym względem. Kultowe jagódki, bryłki żywicy, kamienie czy gałązki były czymś więcej niż elementami mechanicznymi – stanowiły małe dzieła użytkowej planszówkowej sztuki. Akrylowe bryłki i „skarby lasu” były smaczkiem, który budował wyjątkowość tej serii i dawał radochę szczególnie młodszym graczom. Dlatego trochę boli, że w „Srebrnoszronach” odpowiedniki surowców zostały sprowadzone do kartonowych żetonów.

Oczywiście nie wpływa to na mechanikę i sama gra nadal działa świetnie, ale trudno nie odnieść wrażenia, że to efekt oszczędności. A szkoda, bo właśnie wysokiej jakości komponenty były jednym z wyróżników Everdella i sprawiały, że każda partia miała w sobie coś luksusowego.

Tutaj ten efekt jest po prostu słabszy.

Fot. Archiwum prywatne

Czy warto?

Jeśli lubicie klasycznego Everdella – odpowiedź brzmi: tak. „Srebrnoszrony” nie próbują rewolucjonizować serii i właśnie dlatego sprawdzają się tak dobrze. To znajoma mechanika, piękny zimowy klimat i rozgrywka, która nadal daje dużo satysfakcji.

Brakuje mi bardziej efektownych surowców, bo seria przyzwyczaiła nas do wyższego standardu, ale mimo tego trudno odmówić tej grze uroku.

Fot. Archiwum prywatne

To nie jest najbardziej przełomowy Everdell. Ale zdecydowanie jest to Everdell, do którego wraca się z przyjemnością.

Dziękujemy firmie Rebel za przekazania egzemplarza do recenzji.

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

„Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin” zachwyca klimatem, ale łatwo nie będzie

Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin to jedna z tych gier, które zostają w głowie na długo po zakończeniu rozgrywki. Nie tylko dlatego, że jest piękna wizualnie, ale też dlatego, że potrafi solidnie przycisnąć i zmusić do myślenia na kilku poziomach jednocześnie.

Zacznę od tego, co od razu robi największe wrażenie – oprawa. Japoński klimat alternatywnego Wiedźmina jest tu zrobiony z ogromnym wyczuciem i rozmachem. Grafika to po prostu sztos, dopracowana w każdym detalu, a klimat dodatkowo podkręca przepiękna mata zamiast klasycznej planszetki. Całość wygląda jak luksusowa, kolekcjonerska planszówka, w której każdy element ma znaczenie i estetyczny sens. Ba, nie tylko tak wygląda, tak po prostu jest.

Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia - Ronin

Fot. Archiwum prywatne

Na osobne wspomnienie zasługują również figurki postaci przeznaczone do samodzielnego malowania. To świetny ukłon w stronę graczy, którzy lubią kolekcjonerskie i modelarskie akcenty. Już same prezentują się bardzo dobrze, ale dopiero po nadaniu im własnych kolorów potrafią naprawdę ożyć i jeszcze mocniej podkreślić klimat tej japońskiej odsłony świata Wiedźmina. To nie jest obowiązkowy element zabawy, ale zdecydowanie jeden z tych detali, które budują wyjątkowy charakter całego wydania i sprawiają, że gra robi jeszcze większe wrażenie na stole. My do pierwszych rozgrywek skorzystaliśmy z pionków kartonikowych, ponieważ malowanie figurek to świetna frajda, ale nie lubi pośpiechu.

Jeśli chodzi o rozgrywkę – to nie jest lekka, przyjemna gra „na chwilę” dla świeżaków. To tytuł, który spokojnie zabiera cały wieczór. Przygotujcie się na dłuższą sesję z Geraltem i Jaskrem, bo tutaj każda decyzja ma znaczenie, a planowanie kilku ruchów do przodu jest absolutną koniecznością. Gra jest wymagająca, momentami bardzo wymagająca, ale jednocześnie daje dużą satysfakcję, kiedy wszystko zaczyna się spinać. Jeśli nie macie dużej praktyki przy grze w tak rozbudowane tytuły, liczcie się z faktem, że trochę posiedzicie z instrukcją w ręku. Jednak jak to w przypadku tak kultowych tytułów, zapewniam, że warto.

„Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin” – kiedy klimat spotyka prawdziwe wyzwanie

Fot. Archiwum prywatne

Jak grać?

Sama struktura gry opiera się na trzech rozdziałach, a każdy z nich to trzy tury intensywnej rywalizacji. W każdej turze dobierasz karty z wybranego rzędu, a następnie zagrywasz je na swoją oś czasu, natychmiast aktywując ich efekty – zbieranie symboli, budowanie strategii i reagowanie na to, co robią inni gracze. Kluczowe jest to, że symbole nie są tylko „do zbierania”. One żyją własnym życiem i wpływają na punktację w sposób bardzo strategiczny – jeden typ musi być dominujący, inny słabszy, a balans między nimi jest absolutnie kluczowy.

Czy warto zagrać w „Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin”? Ta gra potrafi zaskoczyć

Fot. Archiwum prywatne

Do tego dochodzi bardzo ciekawy system doświadczenia, gdzie za odpowiednie wyniki odblokowujemy jednorazowe zdolności postaci. To daje momenty przełomowe w rozgrywce i pozwala mocno wpłynąć na przebieg partii.

„Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin” – gra, która najpierw zachwyca, a potem stawia wysoko poprzeczkę

Fot. Archiwum prywatne

Najbardziej wyróżniającym się elementem jest jednak tor współpracy, czyli ceremonia picia herbaty. I to jest mechanika, która robi ogromną różnicę.

Każdy gracz ma dwa osobne tory współpracy – jeden z sąsiadem po lewej, drugi z sąsiadem po prawej, a ich rozwój zależy od tego, czy uda się „zsynchronizować” symbole na kartach (strzałki skierowane do siebie). Jeśli tak się stanie, znacznik współpracy przesuwa się w górę, a obaj gracze dostają natychmiastowe bonusy.

Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia - Ronin

Fot. Archiwum prywatne

I to nie są małe bonusy. Można zdobywać dodatkowe punkty, zasoby, symbole, a nawet kopiować zdolności sąsiadów. To powoduje bardzo ciekawą dynamikę – z jednej strony rywalizujesz, ale z drugiej realnie opłaca się pomagać innym graczom.

Czy warto zagrać w „Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin”? Ta gra potrafi zaskoczyć

Fot. Archiwum prywatne

Najważniejsze jest jednak to, że na końcu gry liczy się „słabszy” z dwóch torów współpracy. Czyli nie wystarczy pomagać jednemu sąsiadowi i ignorować drugiego. Trzeba dbać o oba sojusze równomiernie, bo tylko wtedy maksymalizujesz końcowy wynik. To genialnie wymusza balans między egoizmem a współpracą.

Na koniec rozdziałów dochodzi jeszcze reset części kart i punktowanie, co sprawia, że gra ma wyraźne etapy i tempo narastającego napięcia. Każdy rozdział zmienia trochę zasady gry, bo aktywne stają się inne symbole, więc trzeba stale dostosowywać strategię.

Dałam się porwać tej historii. „Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin” robi ogromne wrażenie

Podsumowując – Ronin to gra piękna, bardzo klimatyczna i jednocześnie wymagająca. Momentami może przytłoczyć ilością symboli i zależności, szczególnie na początku, kiedy trzeba je wszystkie zapamiętać, ale kiedy już „kliknie” w głowie, daje ogromną satysfakcję i przyjemność.

Piękna i wymagająca. „Wiedźmin: Ścieżka Przeznaczenia – Ronin” zostaje w głowie na długo

Fot. Archiwum prywatne

Minus? Dla części graczy właśnie ta warstwa symboliczna w japońskim stylu może być na starcie mało czytelna i wymaga chwili oswojenia.

Plusy? Absolutnie wszystko inne – od wykonania, przez klimat, po bardzo inteligentny system rywalizacji i współpracy.

To nie jest gra na pół godziny. To gra na wieczór, który po prostu znika nie wiadomo kiedy.

Serdecznie dziękujemy firmie Rebel za przekazanie egzemplarza do recenzji.

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Bandido: Alcatraz – najlepszy symulator ucieczki, w jaki zagrasz w tym roku! | Recenzja

Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy blokowaliście Bandido lub Bandidkę każdy możliwy korytarz, żeby tylko nie dać im uciec? Aż trudno uwierzyć, ale od premiery tamtej kultowej, kieszonkowej karcianki minęło już równe 10 lat! Z okazji tej okrągłej rocznicy wydawnictwo IUVI Games postanowiło zaskoczyć graczy i postawić sprawę na głowie. W najnowszej odsłonie – Bandido: Alcatraz – zmieniamy front. Koniec z pomaganiem strażnikom. Tym razem to my stajemy się wspólnikami w ucieczce z najsłynniejszego więzienia świata!

Czy ta zmiana zasad po dekadzie od premiery pierwowzoru daje radę? Przekonajcie się sami!

Nowy cel: Wielka ucieczka!

Jeśli graliście w klasycznego Bandido, zapomnijcie o starych nawykach. Tam celem było całkowite zamknięcie tuneli. W Alcatraz byłaby to totalna klęska. Nasz nowy plan wymaga czegoś zupełnie innego.

Bandido: Alcatraz

Fot. Archiwum własne

Żeby Bandido mógł bezpiecznie opuścić wyspę, musimy poprowadzić tunele tak, aby na samym końcu gry została dokładnie jedna otwarta droga ucieczki. Ale to nie wszystko! Żeby przetrwać w lodowatych wodach otaczających Alcatraz, nasz uciekinier potrzebuje odpowiedniego sprzętu. W trakcie rozbudowywania podziemi musimy zebrać karty z:

  • 3 sztormiakami (żeby nie zamarznąć w oceanie),
  • 2 linami (żeby wdrapać się na mury).

Jeśli na koniec gry zostanie więcej dróg ucieczki, tunele zostaną zalane albo zabraknie Wam choćby jednego sztormiaka – plan spala na panewce, syreny wyją, a Bandido ląduje w karcerze.

Fot. Archiwum własne

Jak się gra w Bandido Alcatraz? 

Sama mechanika to wciąż ten genialny w swojej prostocie samograj: masz na ręce 3 karty, dokładasz jedną do układu na stole i dobierasz kolejną.

Jednak zmiana celu gry diametralnie zmienia to, jak patrzymy na stół. Teraz każda decyzja to potężny dylemat. Z jednej strony musicie zamykać ślepe uliczki, żeby na koniec została tylko ta jedna, jedyna trasa. Z drugiej – nie możecie zamknąć tunelu za wcześnie, jeśli na stole nie pojawiło się jeszcze odpowiednio dużo kart z linami i sztormiakami.

Podobnie jak 10 lat temu, małe pudełeczko potrafi nieźle oszukać, bo gra może zająć pół podłogi w salonie. Rozgrywka na małym stoliku kawowym odpada – rozrośniecie się w mgnieniu oka! 

Dlaczego ta wersja to hit na 10-lecie?

  • Świeżość w klasyce – ta prosta zmiana zasad sprawia, że gra staje się o wiele bardziej taktyczna. Stary Bandido bywał czasem losowy, tutaj czuć realny wpływ na strategię.
  • Pełna kooperacja i emocje – w tej grze nie ma lidera. Wszyscy musicie patrzeć na stół, liczyć zebrany ekwipunek i wspólnie decydować, kiedy zacząć „zwężać” drogę do tej jednej jedynej.
  • Genialny syndrom „jeszcze jednego razu” – kiedy przegrywacie, bo zabrakło Wam jednego sztormiaka, od razu tasujecie karty na nowo. Ta gra po prostu uzależnia.
Bandido: Alcatraz

Fot. Archiwum własne

Podsumowanie

Bandido: Alcatraz to świetny prezent na 10-lecie serii. Twórcy nie poszli na łatwiznę – zamiast tylko zmienić obrazki, dali nam zupełnie nową, genialną łamigłówkę. Pomaganie rzezimieszkowi w ucieczce, zbieranie lin i sztormiaków oraz pilnowanie tej jednej drogi wolności daje masę satysfakcji.

Fot. Archiwum własne

Dla nas to absolutny hit na rodzinne wieczory i wyjazdy. Wiele razy ponieśliśmy klęskę, ale juz kilka razy udało nam się uciec z Alcatraz, tak, że sam Sean Connery byłby z nas dumny.  Zatem pakujcie sztormiaki, bierzcie liny i widzimy się na zewnątrz murów!

  • Tytuł: Bandido: Alcatraz
  • Autor: Martin Nedergaard Andersen
  • Wydawca: IUVI Games
  • Wiek graczy: 6+ 
  • Gra logiczna dla 1 gracza, Gra wieloosobowa

Fot. Archiwum własne

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close