Kobieta od stóp do głowy

Kobieta od stóp do głowy


Basia Heppa-Chudy

8 marca 2012

Bycie współczesną kobietą to nie lada wyzwanie. Bo czym jest kobiecość w czasach w których przyszło nam żyć? Wyznacznikiem stało się ciało, które by było „kobiece” staje się polem nieustannej walki i jest obarczone wieloma wyrzeczeniami.  Gdziekolwiek się nie ruszymy jesteśmy bombardowane wizerunkami pięknych kobiecych kształtów – w reklamach, na bilbordach, w ulubionych czasopismach. A że nie znamy potęgi retuszu i fotoszopa to wierzymy, że to co widzimy w telewizji i gazetach jest prawdą i nabawiamy się kompleksów.
Stoimy przed lustrem i przyglądamy się wszystkim partiom naszego ciała! Bierzemy pod lupę każdy jego fragment i… widzimy jedno, a co według obowiązujących standardów chciałybyśmy zobaczyć?

Stopy – muszą prezentować się nieskazitelnie, nie mogą od tak ,zostać pozostawione same sobie. Pięty gładkie jak pupa niemowlaka, a na paznokciach lakier koniecznie w kolorze wiśni, bo seksowny.

Nogi – ideałem są kształtne, wysportowane i opalone. Nogi muszą być jedwabiście gładkie – kobieta nie ma innego wyjścia, jak zacisnąć zęby i zaprzyjaźnić się z jednym z narzędzi tortur: depilatorem, woskiem, laserem, w ostateczności ostrą maszynką. Tak to jest na tym świecie, że włochate męskie łydki są seksowne, a owłosione nogi kobiet są czymś niedopuszczalnym. Od zawsze wiadomo, że to my musimy starać się więcej. My kobiety powinnyśmy bojkotować windę i chętnie biegać na siłownię. A tam nie machać byle jak hantelkami, ale poruszać się systematycznie według ułożonego harmonogramu.

Uda – oczywiście bez celulitu, który wprawdzie u kobiet jest czymś normalnym i naturalnym, ale za to jakże nieładnym! Uda muszą być jędrne i szczupłe – dlatego należy zawsze być na jakiejś diecie cud i przynajmniej co dwa dni okupować fitness klub. Ewentualne wyjątki od narzuconego reżimu powinny być popełniane w zaciszu własnego domu i być okupione wyrzutami sumienia.

Brzuch – płaski, a zadaniem kobiety jest zapobieganie wszelkim wałeczkom i fałdkom, nawet jeśli jest to praca mitologicznego Syzyfa. Oprócz ćwiczeń i diety wpływ na odkładanie się tłuszczu w okolicach brzucha i bioder ma stres, dlatego współczesna kobieta powinna być zawsze zrelaksowana, wypoczęta, świeża i ani przez chwilę sfrustrowana – np. swoim biustem.

A ów biust – niczym dwa jabłka – jędrny, gładki i stojący. I co z tego że nasz osobisty, jeśli jest jednak ogólnym obiektem fantazji i ciekawości.

Twarz – powinna się zatrzymać w czasie, czyli żadnych zmarszczek, bruzd, kurzych łapek, cieni, za to blaski (skóra powinna być pięknie rozświetlona). Obowiązkowo musimy posiadać zestaw skutecznych kremów do twarzy, a liczba ich wzrasta wraz z wiekiem kobiety. Każdego dnia niezbędne jest wklepywanie w twarz specyfików z przeróżnymi witaminami, filtrami, substancjami nawilżającymi, odżywczymi, kwasami, retinolem, kolagenem i innymi cudami…

Usta – wydatne, kuszące i seksowne. Z pomocą przychodzą błyszczyki, szminki, pomadki, konturówki, a w ostateczności zastrzyki z kwasu hialuronowego – ała! Usta wymagają ciągłego nawilżania, ujędrniania, wygładzania i koloru! I to takiego który z jednej strony pasuje do naszego typu urody, z drugiej – jest modny w tym sezonie.

Włosy – w przeciwieństwie do innych fragmentów ciała – na głowie powinny być mocne, gęste i puszyste. Oczywiście idealnie ułożone –  dlatego powinnyśmy wstawać na tyle wcześnie, by zdążyć na akrobacje z lokówką, prostownicą, pianką, żelem, lakierem, grzebieniem… Nie możemy też zapominać o farbie, to ona nadaje włosom połysk, a poza tym naturalny kolor jest passe.

I długo by tak wymieniać i analizować te cechy bycia kobietą. A i tak cała ta wyliczanka jest niczym przy jednym niezaprzeczalnym fakcie – kobiecość rodzi się z samoakceptacji i pokochania samej siebie. Nie ma nic bardziej atrakcyjnego niż kobieta świadoma swojej wartości!  Wysoka czy niska, szczupła, czy gruba, z makijażem czy bez – kobieta pewna siebie. Tylko, że tego trzeba się nauczyć, a współczesny świat wcale nam w tym nie pomaga. Jak mamy pokochać i być dumne z naszego ciała, jeśli tak bardzo odbiega od tego co jest lansowane przez media? A przecież każda z nas jest wyjątkowa! Dlatego nie pozwólmy byśmy zostały przytłoczone  pogonią za nierealnymi wzorcami. Obudźmy na wiosnę naszą kobiecość by emanowała z naszego wnętrza.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. A ja tam się nie przejmuję ideałami :P Staram się o siebie dbać, by czuć się szczęśliwą i spełnioną. Nie muszę mieć wymiarów 90-60-90, bo po co? Mój mąż kocha mnie taką, jaką jestem – prawdziwą, a nie wykreowaną przez programy do obróbki zdjęć. Moje dzieci nie widzą poza mną świata – i nie obchodzi ich idealna barbie pokazywana w telewizji. Ja czuję się dobrze z samą sobą i nie potrzebuję operacji plastycznych by to zmieniać. Jestem kobietą zwyczajną – nie idealną. Jestem sobą – i dobrze mi z tym :)

  2. Brawo za ten tekst Basiu! W Dniu Kobiet życzę sobie i wszystkim kobietkom, aby odnalazły radość w zwyczajnym byciu sobą…

  3. Siła reklamy i kreowanego przez media wizerunku ogromnie wpływa na nas (i nasze dzieci). Dobrze, że staje się to być problemem dla tych, którzy mogą coś zmienić (choć na wybiegach nie spodziewam się innych modelek niż w rozmiarze 0). Ale na szczęście jesteśmy mądrymi kobietami i jak to bywa z nami- jesteśmy na diecie, która nie pozwala nas karmić do syta tym wyimaginowanym wizerunkiem współczesnej kobiety (bo doskonale wiemy, jak wygląda prawdziwa kobieta), prawda? :)

    1. Z drugiej strony ostatnio zauważa się odchodzenie od typu wychudzonej modelki na rzecz modelek w rozmiarze XXL i to też uważam za niesłuszne. Sama jestem kobietką w rozmiarze „S” bez żadnej diety – przeciwnie – przytyć nie pomogły ani ciąże ani diety wysokokaloryczne! I przyznam, że czasem czuję się dyskryminowana własnie z powodu bardzo szczupłej sylwetki… Niejednokrotnie zdarza mi się słyszeć, że się głodzę, że wyglądam jak anorektyczka itp. Zawsze dziwi mnie, dlaczego ludzie oceniają wygląd innych, ich tuszę czy jej brak? Czy sprawia im przyjemność takie komentowanie? Uwierzcie, że przykrym jest nie tylko ważyć „za dużo” (oczywiście pod miarkę innych), ale też „za mało”…

      1. Joanna Pawlińska

        Ludzie Cię nienawidzą za to, że masz coś czego oni pragną, tak już jest. Najłatwiej zwalczać swoje kompleksy wyśmianiem u innych tego o czym się marzy. Jak przytyjesz to znajdą inny powód, żeby dokopać. Kochaj siebie taką jaką jesteś, a tym co Cię wyzywają od anorektyczek odpowiadaj, że przynajmniej w drzwiach się mieścisz przodem a nie bokiem jak oni, albo coś równie wrednego. Możesz też zapytać kto im broni się głodzić.

        Ludzie zawsze znajdą w każdym coś co można ocenić, żeby tylko poczuć się lepiej. Czasami mnie łapie zazdrość jak widzę pięknie zrobioną kobietę, najpierw są myśli, że niektórym łatwiej, bo mają czas się wymalować, dopiero później przychodzi olśnienie, że ja też mam, ale wolę go zużyć na coś innego.

        Owszem, fajnie to wygląda, ale ja wolałam pospać 15 min dłużej niż się malować, koleżanka wstawała 40 min wcześniej i prostownicą włosy leciała. Wściekałam się, że moje się tak nie układają, ale wstawać wcześniej… jeszcze nie zwariowałam.

  4. Hanna Szczygieł

    Mimo wszystko… „być kobietą, być kobietą” zdecydowanie „Lubię to”. Na szczęście jestem świadoma zafałszowania pewnych obrazów-ikon ilustrujących „kobietę”, więc nie muszę się zadręczać snuciem marzeń o pośladkach przypominających wszystko oprócz ludzkich pośladków :-P natomiast uważam, że każda kobieta powinna o siebie dbać ( ale nie tylko o ciało! )- choć tu powinnam się przyznać do lekkiej hipokryzji- bo czasem owszem fajnie jest umalować paznokcie ( do pierwszego zmywania:-P), lecz czasem jeszcze fajniej jest po prostu w dresie i z kubłem lodów posadzić swój bardzo „ludzki tyłek” na kanapie!

    1. Bo każda kobieta jest piękna, jeśli jest zadbana:) A takie dresowe lenistwo to także dbałość – o kondycję psychiczną i dobre samopoczucie:)

      1. Kapitalnie to podsumowałaś!

    2. Haniu bo zmywa się w rękawiczkach :P Wtedy wszystko zależy od jakości lakieru :)

      1. Ja nie potrafię ani malować paznokci (tak, żeby nie pomalować przy tym też palców:)), ani zmywać w rękawiczkach!:)

      2. A ja nigdy nie zmywałam w rękawiczkach :P

      3. Joanna Pawlińska

        zmywa to się w zmywarce ;) Najlepiej jak ma na imię Ania ;)

  5. właśnie z samoakceptacji… a ja nie umiem ciągle mi coś nie pasuje a po porodzie to już dramat….

  6. hhahah atez nie umiem malować paznokci i zmywać w rękawiczkach;P

  7. Kobieta zawsze powinna czuć się idealnie na tyle, że sama zawsze stwierdza, czy jest jej dobrze, czy źle z tym – grunt to, aby nam było odpowiednio z taką wagą z jaką czujemy się dobrze – wszystko zależy od osobistego podejścia do siebie samego :)

  8. Dokładnie zgadzam się, ale najważniejsze jest abyśmy czuły się dobrze we własnym ciele. Zaakceptowały siebie takimi jakimi jesteśmy, a wszelkie niedoskonałości zwalczyły bez „naporów”. Co do odchudzania jestem zwolenniczką zmiany nawyków żywieniowych, a nie kategorycznej diety. Obecnie chciałabym zrzucić 5 kg, tak dla samej siebie. Także wybieram się na basen, pozostaje kwestia jedzenia. Macie jakieś porady?:)

    Agata

  9. Grunt to podejście do siebie samej, a jeśli już odchudzać się, to tylko z głowa, spokojnie, bez dużych susów…Zawsze do celu dojdzie się bez przeszkód, kiedy się nie śpieszy, w końcu to nie pociąg, aby coś mogło uciec nam.

  10. W roli mamy - wrolimamy.pl

    No i co – znów dooopa. Nikt się nie chce pochwalić. Ja np. lubię w sobie oczy, smukłe palce, zgrabne nogi. Teraz Wy:)

  11. dopiero widzę :) ja mogę napisać :)

  12. Mimo nadwagi jestem piękną kobietą
    w moim spojrzeniu jest więcej dobra niż w słowach
    a moje serce jest pełne miłości
    jestem oddaną matką i żoną
    jestem spontaniczna i radosna
    potrafię się śmiać z siebie i mam wiele pasji
    jestem super kobietą!!!
    choć mój mąż tak nie uważa
    umiem pisać, i poruszać ludzkie serca,
    umiem czynić dobro i pomagać ludziom
    ps. jak ktoś ma coś dla noworodka dziewczynki do
    oddania to składam paczkę dla jednej miłej pary <3
    oddam ostatnią koszulę i sama nie będę miała w czym chodzić
    żeby uszczęśliwić kogoś innego
    i niestety teraz musiałam wydać majątek by uzupełnić szafę
    bo wszystko rozdałam :) i nie mam w czym chodzić :D

  13. jestem cała fajna ;) mam zajefajne oczy i ponoć tyłek. No i kiedyś cycki były fajne, ale teraz wisi na nich Rumpel i trochę im przybyło w waze ale ubyło w wyglądzie…

  14. Mam super małe oczy ;) dziewczecy głos oraz jeden doleczek jak się uśmiecham ;) no i nie wyglądam na swój wiek jupi ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wykluczeni

Wykluczeni


Agnieszka Jelinek

5 marca 2012

Jestem protestantką i w swoim krótkim pobycie tutaj na ziemi, spotkałam się wiele razy z nietolerancją “religijną” oraz co oznacza wykluczeni. Cóż jestem w mniejszości, więc nie było to dla mnie dużym zaskoczeniem, ani nie ubolewałam nad tym, że po trochu czułam się wykluczona, a w szczególności kiedy głowa państwa mówiła ”że każdy Polak to katolik”. Na to nie mamy wpływu. Po prostu jesteśmy, żyjemy obok, obchodzimy te same święta (Boże Narodzenie, Wielkanoc), naprawdę nie wiele się różnimy. Wierzymy w tego samego Boga, ale i tak dla wielu pozostaniemy sektą, odłamem prawdziwego kościoła. Po prostu jesteśmy wykluczeni.Można się nauczyć, jak żyć, jak funkcjonować w mniejszości, nie tylko religijnej. Ale dla mnie ważniejszym pytaniem jest: jak żyć w większości? Powszechnie akceptowana, propagowana, jest rola rodziców: matki i ojca. To podstawa rozwoju każdego społeczeństwa, a jednak, jako młody rodzic, czuję się wykluczona społecznie. Czuję się jak inni wykluczeni ze społeczeństwa. Cokolwiek jest organizowane przez miasto, ośrodki publiczne, nie bierze pod uwagę jednej z największych grup w naszym społeczeństwie: rodziców z małymi dziećmi. Spotkania, koncerty organizowane są wieczornymi porami, kiedy to my, rodzice zazwyczaj kąpiemy nasze pociechy, kładziemy je spać, i sami nie mamy już sił, by gdziekolwiek pójść. A także jawi się problem, z kim zostawić dziecko. Ktoś odpowie: no pewnie że z teściami. A jak teściowie mieszkają po drugiej stronie Polski, albo nie koniecznie teściowe to najlepszy wybór? Rodzice często są zdani na samych siebie.

Dlaczego czuję się wykluczona? Bo nie mogę “po ludzku” załatwić podstawowych spraw w urzędzie, na poczcie, czy w banku. Pierwszą barierą najczęściej są schody, za wąskie drzwi, nie mam gdzie w spokoju nakarmić dziecka, a nawet go przebrać. Po drugie, płacz  zniecierpliwionego dziecka, bo nikt mnie nie przepuścił w kolejce. I to spojrzenie i częste  komentarze: “niech Pani uciszy to dziecko”, “a dlaczego nie chce Pani dać smoczka”, “pewnie jest głodne”, to wystarczy bym poczuła się, że jestem złą matką, która nie dba o swoje dziecko – no bo przecież tak płacze… Zadaję sobie pytanie: Czy tak powinno być?

Wykluczenie nie dotyczy tylko sfery życia publicznego, ale też prywatnego. Może jest tak tylko w moim przypadku, gdzie nagle część znajomych nie ma już czasu do nas wpaść, bo wie już że; nie pogramy w gry planszowe, nie napijemy się procentów, nie posiedzimy do nocy.

O czym z nimi rozmawiać, jak nie tylko dziecku?, bo myślą, że jako młodzi rodzice, tylko tym teraz żyjemy. Dlaczego nie podejmą próby zapytania się nas wprost,  bo nie wypada. Dlaczego młodzi rodzice, często skazani są na kiszenie się w swoich czterech kątach? Oprócz spacerów, jakie inne aktywności na zewnątrz czekają na młodych rodziców. Dlaczego w każdym mieście, miasteczku, gminie, nie ma prowadzonych  regularnych zajęć, spotkań dla młodych rodziców? Gdzie mogliby się dowiedzieć np. o rozwoju dziecka, czy po prostu wymienić doświadczeniem z innymi rodzicami.

No tak mamy happeningi, wystawy, kino, teatry. Niestety podobnie jak wyżej nie ma przygotowanych miejsc dla rodziców (karmienie, przewijanie), a często płacz dziecka jest nie mile widziany, bo zaburzy muzealną ciszę, lub zakłóci spektakl.

Więc powracam na łono kościoła. No gdzie jak nie w kościele dzieci powinny być mile widziane. Pomyłka. Ile razy widzę rodziców wychodzących z kościoła, bo dziecko płacze, lub stojących na zewnątrz, z dala od innych. Czy w kościołach są miejsca dla rodziców z małymi dziećmi? Przyznam, że dotychczas tylko w niewielu kościołach, kaplicach spotkałam się z wielką życzliwością i zachętą, aby uczęszczać w nabożeństwach z maleństwem.

Drodzy Rodzice, czy czujecie się wykluczeni? A czy w rodzinie można  poczuć się wykluczonym?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Brzmi dziwnie znajomo (choć sfera religijna mnie tu nie do końca dotyczy, bo jestem katoliczką).
    Dopiero w chwili, gdy zostałam mamą poczułam co to są przeszkody. Sklepowe schody to jedno, ale jak tu się zmieścić z wózkiem w małych sklepowych alejkach?
    Kluby dla mam? Są, ale raczej w większych miastach – ja mieszkam w małym i nic takiego tu nie ma. Ciężko mi też spakować 2 maluchów, by przez pół godz jechać do większego miasta, gdzie coś się dzieje.
    O koncertach już nawet nie pamiętam, a znajomi? No cóż… Stara ekipa przez długi czas bawiła się dalej – tylko, że bez nas. Spotkania zawsze zaczynały się ok. 20, gdy ja właśnie kładę dzieci spać… A przecież nie zostawię ich samych w domu :( A za dnia? Wszyscy pracują, albo są zmęczeni po pracy. I tak życie towarzyskie niestety umiera…

    Na szczęście właśnie w rodzinie jest już troszkę maluchów i nasze rodzinne spotkania skupiają się wokół świetnie bawiących się dzieci. Taki widok daje wiele radości i człowiek trochę odżywa.

    Pocieszam się też faktem, że dzieci szybko rosną i że może za jakiś czas znów będę miała możliwość gdzieś wyjść, spotkać się z kimś na dłużej.

  2. Tak, tak, tak! Rękoma i nogami podpisuję się pod tym, czuję się w wielu sytuacjach bardzo podobnie! To ma się też do takich zwyczajnych spraw jak zakupy!
    Najbardziej wkurzają mnie „życzliwi” ludzie udzielający 1000 bezczelnych rad dzięki czemu także czuję się jak zła matka – bo dziecko krzyczy i płacze (kiedyś miałam awanturę z autobusie, bo Kuba koniecznie chciał postawić na swoim a ja nie chciałam mu ustąpić).
    Znajomych – mam właściwie tylko tych co sami mają dzieci. Do kościoła nie wchodzę, bo mój urwis jest niesamowicie ruchliwym dzieckiem – byłby dosłownie wszędzie, więc odpuszczam sobie nie chcąc widzieć pokrzywionych min ludzi, albo słyszeć upomnień.
    Co do rodziny? hmmm często tak się czułam i bywa nie raz, że to uczucie występuje i dziś – wszyscy dziwili mi się, że ja – najmłodsza z dziewczyn – chcę tak szybko założyć rodzinę i mieć dziecko. Gdyby mogli to pukaliby się po głowach (ale pewnie przez „grzeczność” nikt tego nie robił). Mówili tylko „i co? chcesz w pieluchach utonąć?” Tak! właśnie tego chciałam! Wykluczenie minęło właściwie wtedy gdy już byłam w ciąży, gdy Kuba urodził się. Zobaczyli, że jednak sobie radzę, że jestem szczęśliwa z moim wyborem. Ale rodzina to nie cały świat wobec którego czuję się czasem mała i zagubiona tylko dlatego, że jestem rodzicem.
    Do do wyjść. Mieszkam w dużym mieście. Jedyne miejsca jakie zazwyczaj „zwiedzam” to market, albo względnie Zoo, które pełni u nas funkcję parku i można odwiedzać je za darmo. Gdy młody był malutki to musieliśmy z zakupami zmieścić się pomiędzy karmieniami – mimo, że gdy była potrzeba karmiłam w miejscach publicznych wolałam tego uniknąć. W czasie ponad 3 lat nie odwiedziłam właściwie żadnego muzeum, teatru ani żadnego z miejsc gdzie chodzą „odchamić się” „normalni” ludzie. Nawet w kawiarni .

  3. Kurcze to może ja jakaś dziwna jestem, bo mieszkam na wsi (wieś mówi sama za siebie), ale jakichś większych problemów nie mam. Odkąd urodziła się Karola wszędzie z Nią jeździmy: zakupy, kościół, imprezy-znajomi.
    Mniejsze, codzienne, zakupy robimy w naszych wiejskich sklepach, ale podjazdy mamy i szerokie alejki sklepowe też. Większe zakupy w hipermarketach robimy raz na 2 tyg też wszyscy razem. Do kościoła jeździmy co tydzień całą trójką, od zawsze. Nawet ksiądz powiedział, że dzieci nie potrafią wyrażać słowami swojej modlitwy, więc płacząc też się modlą.
    Ze znajomymi spotykamy się regularnie albo na domówkach albo w kawiarniach, bo uwierzcie mi są takie miejsca gdzie można z dzieckiem iść, wystarczy tylko poszukać lub popytać innych rodziców.
    Wymieniamy się radami z dziewczynami na forum lub koleżankami, które też mają małe dzieci.
    Co tydzień jeździmy na basen – dla nas to normalne, przecież dziecku też się coś od życia należy.
    Do urzędów nie mamy potrzeby jeździć, bo większość rzeczy można załatwić telefonicznie lub przez internet, a jeśli już trzeba jechać to jedzie jedno z nas, więc według mnie jest to kwestia organizacji.
    Jedynie jak jeździmy na deskę to babcia zostaje z Karolcią w domu, bo jeszcze za mała, żeby jeździć z nami, ale za rok już pewnie w trójeczkę będziemy śmigać :)

  4. Święte słowa.. Co do religii… Myślę, że w chrześcijaństwie robimy wszystko na przymus… No bo w jakim celu idziemy do kościoła jeżeli nie chcemy a rodzice nas wyganiają! Myślę, że do kościoła się idzie jak czuję si taką potrzebę… Myślę, że to jest religia na „odpierdól” bo niby wierzymy, ale o swojej religii wiemy na prawdę mało… Druga sprawa… Faktycznie jest bardzo mało miejsc dostosowanych dla rodziców z dzieckiem… I jeszcze ta nietolerancja osób trzecich… Kościół… W mojej parafii był ksiądz, który zabraniał przyprowadzać małe dziecko. A jak ktoś przyprowadził to z ambony przez mikrofon kazał wyjść z dzieckiem… Nawet zimą!

    1. Ciekawego macie księdza :/ Przykro, że tacy ludzie zostają kapłanami :(

    2. Weronika Militowska

      Nasz ksiądz „przemiły” nic nie musiał mówić… Wystarczy charakterystyczne spojrzenie i te znaczące chrząknięcia podczas mszy :-)

  5. Weronika Militowska

    Rachelo,trudno mi nawet pisać o tym co przeczytałam… Niestety jest coś takiego w naszym społeczeństwie(nie mówię ogólnikowo – wiem,że są ludzie bardziej przychylni) co nie daje funkcjonować w pełni komfortowo… Karmienie to już ogólnie wiadoma sprawa… Poruszona w mediach spowodowała,że miejsca do karmienia maluszka zaczęły się pojawiać… Zaczęły i szybko skończyły… Co do reszty… Moja znajoma ma problem religijny i czuje się podobnie jak ty… Wykluczona po za społeczeństwo… Jak sama często mówi :” Czuję się inna…”. Tolerancja Polaków jeszcze długo powinna się kształtować w dobrą stronę… Czy kiedyś nastąpi taki dzień,że ten „inny” będzie taki sam jak ja czy ty?!? Nie wiadomo,ale możemy to kształtować od małego w naszych dzieciach…

    Problem z tolerancją pojawił się u nas kiedy zaczęliśmy wychodzić z domu z naszym kochanym autystykiem… Zaczęliśmy,bo od kiedy zupełnie cofnął się w rozwoju zamknęliśmy się w domu bojąc się komentarzy kiedy zacznie bić główką w miejscu publicznym albo wrzeszczeć tak,że szyby drżą… I nie myliliśmy się… Pierwsze zakupy – „Jakie to dziecko rozlulane!!!”(komentarz starszej pani na to,że Krzysiek zaczął drapać się po rączkach i płakać, „Jak nie umie się wychowywać dzieci nie powinno się ich mieć” (ten zabolał najbardziej i jakoś do dzisiaj nie mogę go zapomnieć… Nie wiem czy ktokolwiek widząc płaczące dziecko pomyśli,że ono może być niepełnosprawne… Do kościoła jeździmy wtedy kiedy nie ma w nim ludzi… Nie ma możliwości wyjść z domu „spokojnie”,bo po prostu nikt oprócz nas nie umie zając się synkiem,a dziadków nie ma po za babcią chorą ciężko…

    Wiem,że pomyślicie,że to sytuacja wyjątkowa… Tylko takich „wyjątkowych” dzieci jest coraz więcej,a ich rodzinom jest bardzo ciężko funkcjonować… I nawet to,że mieszkamy na wsi tu nie pomaga… Wręcz przeciwnie,bo tym trudniej o dobrą organizację leczenia… :-(

    Droga Rachelo, kwestia rodziny to tym trudniejsza sprawa, bo to właśnie RODZINA… Osoby,które powinny nas tolerować takimi jakimi jesteśmy… Z innym wyznaniem czy z „innym” dzieckiem… U nas tej akceptacji nie ma… Krzyś nadal jest pod ostrzałem spojrzeń podczas rodzinnych uroczystości… Kiedy tylko zaczyna płakać uciekamy ukradkiem do domu,widząc,że wszystkim wokół to przeszkadza :-(

    1. Droga Weroniko,

      często brak akceptacji ze strony tych najbliższych najbardziej nas rani. Mogę jedynie się domyślać jak jest wam trudno. Do dziś niewiele mówi się o autyzmie. Ze swojej strony mogę polecić kilka ciekawych lektur – choć pewnie z większością jesteście obeznani.
      Życzę Wam drodzy Rodzice dużo sił, miłości, a Krzysiowi niepowtarzalności w poznawaniu świata.

      1. Weronika Militowska

        Rachelo, oczywiście ja zawsze jestem żądna wiedzy… Zatem jeśli masz jakieś tytuły to poproszę… Tutaj albo na blogu mojego synka… Zapraszam i dziękuję!!!

        http://autyzm-krzyska.blog.onet.pl/

      2. Droga Weroniko,

        szczerze polecam książki pani prof. Hanny Olechnowicz, dla mojego męża (pedagoga specjalnego z wykształcenia), wielki autorytet.
        np z 2004 „Wokół autyzmu. Fakty, skojarzenia, refleksje”, Warszawa, WSiP
        oraz gorąco polecam książkę „Opowieść ojca. Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu” Ruperta Isaacsona.

      3. Weronika Militowska

        Rachelo dziękuję ci bardzo za odpowiedź… Taki mąż to w moim przypadku byłby skarb(tak a propos wykształcenia) :-) Tak naprawdę nie czytałam drugiej książki i już za chwilkę przekopię internet w poszukiwaniu… „Wokół autyzmu…” znam i polecam… (na razie nie udało mi się zakupić tej książki na własność,a warto do niej wracać… ) Nie tylko rodzicom autystów… Jest wokół nas coraz więcej „takich” dzieci i w ten sposób może być łatwiej je zrozumieć… Dzieci i rodziców,bo poruszany w tym wątku brak zrozumienia boli czasem najbardziej… Trudno jest zamknąć się we własnym bezpiecznym świecie,żyć bez ludzi obok – dlatego ich zrozumienie i akceptacja są tak ważne…

  6. od kiedy mieszkam w Anglii widzę jak wielu rzeczy w Polsce brakuje, przede wszystkim ludzi szczerze szanujących i kochających dzieci… tutaj wiele rzeczy jest dostosowanych do potrzeb matek z dziećmi, pokoje do przewijania, karmienia… nikt nie spojrzy krzywo jeśli karmi sie piersią w kościele (co i mi się zdarzyło kilka razy), a poza tym w Anglii w kościołach, czy to katolickich czy anglikańskich są specjalne liturgie dla dzieci (wychodzą one z kościoła do salki, gdzie mają swoją liturgie i wracają w procesji na ofiarowanie) i nikt nie nie krzywi jak dzieci sobie chodzą, tańczą, czy co tam jeszcze. Oczywiście czasem musimy wyjść, gdyż nasza niepełnosprawna córka, czasem jest niecierpliwa i zaczyna krzyczeć (ale nie wychodzimy bo krzywo patrzą, tylko dlatego by po prostu innym nie przeszkadzać – bo wiemy, że to bywa uciażliwe). Poza tym zycie nauczyło mnie być asertywną i nie składam wózka w autobusie, jak jestem w sklepie i muszę zrobić zakupy a moje dziewczynki marudzą – nie przejmuje sie uwagami (takie zdarzają się tylko w Polsce), a poza tym jestem pyskata i mam ostrą ripostę, więc głupio to jest tej drugiej stronie. Poza tym w swoim zyciu miałam szczęście do księży, a jeśli bym spotkała takiego, który każe mi wyjść z kościoła, to po pierwsze chyba bym weszła na ambonę i powiedziała co myśle, a na pewno napisałabym skarge do biskupa – skoro księża sobie nie radzą z nudą dzieci w kościele ich obowiązkiem jest dostosować liturgie do potrzeb dzieci, a nie zniechęcac je od samego początku.

    1. U nas w parafii jest msza typowo dziecięca, na którą chodzę. I wiem, że jeśli wtedy nawet moja rozbrykana 2latka skacze czy biega z inną dziewczynką, to nikt nam nie zwróci uwagi. Jeśli komuś przeszkadza, niech przyjdzie na inną mszą i tyle. Księża tylko się uśmiechają, a po Komunii Św. jest specjalne błogosławieństwo dla dzieci, które są za małe na ten sakrament. Księża wychodzą przed ołtarz, a wszystkie maluchy gromadzą się wokół nich. Miło popatrzeć :)

      1. Oj tak, dziecko w Kościele to „problem”… Te karcące spojrzenia starszych pań w ławkach i innych mam, których dzieci grzecznie siedzą 45 minut w ławkach, podczas, gdy moja Julka komentuje na cały głos pajęczyny za ławką i śmieszny kapelusz pani siedzącej przed nami…Dlatego odkąd mam dziecko moje wizyty w Kościele stały się ograniczone, baaardzo ograniczone…

  7. Swego czasu napisałam taki felieton: http://www.familie.pl/artykul/Polak-mentalnosc-nieprzyjazna-mamie-i-dziecku,3896,1.html
    Spotkał się on z bardzo skrajnymi opiniami: zarzucano mi, że oczekuję wyjątkowego traktowania, że to my, młodzi rodzice dyskryminujemy tych, którzy nimi nie są, że jestem bezczelna domagając się prostych chodników, miejsca w przedziale czy po prostu zwykłej, ludzkiej empatii…
    Twój wpis Rachelo jest mi bardzo bliski, bliski mojemu artykułowi i mojemu punktowi widzenia.
    Niestety – nadal młodzi rodzice są w wielu miejscach traktowani jak intruzi czy zło konieczne. Moja córeczka ma już 4 latka, ale za niespełna 2 m-ce znowu stanę się młodą mamą niemowlaczka i na nowo będę przeżywać to wszystko…Co do kościoła – jestem katoliczką, ale nie uczęszczam własnie dlatego, że nie widzę tam miejsca dla mojego dziecka…

    1. Olu bardzo trafny pomysł dotyczący „zmiany mentalności” :)
      Fajny tekst :)

  8. Ja spotykam się z brakiem tolerancji ponieważ nie jestem wierząca… boimy się z partnerem odpowiedzieć na pytania znajomych i rodziny „kiedy chrzest?” więc zwykle jest to odpowiedź wymijająca…bla bla nie teraz…później…nie wiemy…bo ludzie reagują jednoznacznie negatywnie. Mało kto potrafi zrozumieć, że można żyć „moralnie i uczciwie” i wychować dziecko w zgodzie z zasadami społecznymi,nie deklarując przynależności do kościoła…i to w dużym mieście jakim jest Warszawa!

    1. Aniu, koniecznie zajrzyj do innego wpisu na blogu – będzie Ci wyjątkowo bliski :)
      https://wrolimamy.pl/2011/11/15/inni/

    2. Hanna Szczygieł

      Aniu, absolutnie nie powinnaś się tym przejmować ( rozumiem, że to trudne, bo bliscy często są głusi na wersję odmienną od ich wyobrażeń)! Nawet osoby wierzące, posiadające choć odrobinę części „operacyjnej” mózgu – powinny szybko dojść do wniosku, że słynne 10 przykazań to nie tylko własność wyznania religijnego, a ogólnie przyjęte zasady etyczne i moralne współczesnego świata ( przynajmniej w kontekście globalnej wioski- jaką jest Europa). Życzę powodzenia i żeby udało Wam się nawiązać dialog:)

      1. Rzeczywiście bycie katolikiem wydaje się niektórym ludziom w naszym kraju tak oczywiste jakby nie było innej możliwości… A przecież jesteśmy różni, także pod względem wiary i mamy do tego prawo! Szkoda, że nadal jesteśmy pod tym względem tak uprzedzeni…

  9. Ja mieszkam w Czechach a u nas protestantów jest bardzo wielu, więc z tym akurat kłopotu nie ma. I chyba mam też szczęście, bo w kościele katolickim dzieci są mile widziane – pod opieką rodziców oczywiście. Jestem teraz z 9 miesiącu ciąży więc to mąż pilnuje córeczkę, by nie zrobiła z kościoła szopki, ale ludzie się już przyzwyczaili. Pozatym w tygodniu też bywa specjalna msza dla dzieci. A maluchy nieprzystępujące z racji wieku do Komunii św. i tak zawsze podchodzą z rodzicami przed ołtarz, by ksiądz zrobił im krzyżyk na czole – dzieci to uwielbiają :)
    A zakupy? Jeżdżę kiedy potrzebuję, córeczka ma prawie 2,5 roku, więc czasami się niecierpliwi, ale to nic strasznego.
    Mamy też kilka miejsc „publicznych” gdzie spokojnie można pójść z dziećmi, w niektórych kawiarniach czy sklepach są nawet stoliki z zabawkami dla dzieci, tak samo w bankach – tylko na poczcie ludzie zawsze jakoś dziwnie patrzą…
    Jeżeli zaś chodzi o znajomych, to mamy samych równie młodych i starszych i tak samo jak my zwariowanych, więc pory odwiedzin zawsze można dostosować, jak ktoś jest u nas to nie marudzi gdy poprosimy by przenieśli się na chwilę do pokoju obok (plusem jest mieć taki pokój) bo akurat usypiamy dziecko. Gdy córeczka miała coś ponad rok urządziliśmy nawet spotkanie klasowe u nas w domu i było fantastycznie – bo tatuś czuwał a reszta kolegów świetnie się bawiących przestrzegała jedynej prośby – by w kuchni rozmawiać półgłosem.
    W naszym mieście (25 tys. ob.) jest też taki klub, gdzie mogą przychodzić rodzice z dziećmi na zajęcia ruchowe, na bajki, by się wspólnie pobawić, porysować czy czegoś się dowiedzieć. Ja akurat nie chodzę, bo nie mam takiej potrzeby, ale koleżanka np. dojeżdża z pobliskiej wioski, chociaż to jakieś 20 minut samochodem. Są też kursy pływania dla dzieci, miasto też organizuje od czasu do czasu jakieś imprezy…
    Oczywiście miejsc do karmienia czy przewijania przydałoby się więcej, ale w gruncie rzeczy nie mam na co narzekać, u nas jest właściwie Bardzo fajnie i przykro mi, że tak nie jest wszędzie…

  10. Hanna Szczygieł

    nic dodać nic ująć ( niestety) nasza matczyna codzienność. Mam ulubioną „sąsiadkę z bloku- starszą Panią z utrwalonym na twarzy grymasem wiecznego niezadowolenia i złośliwości- jeszcze mi się nie zdarzyło żeby nie zatrzasnęła mi drzwi przed nosem
    obojętnie czy szłam sama, z brzuchem czy z dzieckiem pod jedną pachą , zakupami pod drugą i sankami na plecach!
    Na szczęście tą regułę potwierdzają jeszcze wyjątki w postaci życzliwych ludzi:) mam nadzieję, że te wyjątki zarażą całą resztę!

  11. Dziękuję Basiu:) Bo moim zdaniem większa część winy za ten stan rzeczy tkwi nie po stronie prawa, a po stronie ludzi, którzy nie chcą rozumieć młodych rodziców!

  12. Jest 30 minut po północy (mieszkamy w Londynie, więc godzina do tyłu). Właśnie odwiedza nas moja siostra i jej mąż-to-be (mam nadzieję:)). Dziecko smacznie śpi, a my gramy od kilku godzin w Wormsy (gier planszowych nie mamy). Pijemy piwo (no dobra, oni piją, bo ja karmię). Siedzimy codziennie do późna. I to nie pierwsi goście z Polski, którzy nas odwiedzają odkąd mamy dziecko. I nie pierwsi znajomi z Londynu, którzy spędzają z nami czas mimo obecności noworodka. Myślisz, że z tymi wszystkimi ludźmi rozmawiamy jedynie o dziecku? To, że jest ono obecne w naszym życiu nie znaczy, ze jest JEDYNYM tematem do rozmów. Chyba bym zwariowała!!! Może Ty sama się „wykluczasz” poprzez schematy, którymi żyjesz? Masz pretensje, że nie grają koncertów np. o godzinie 16? A kto by na nie chodził? Myślę, że Majka Jeżowska pewnie takie daje. Fakt, zajęcia i spotkania dla rodziców są potrzebne i genialne, narzekasz, że nie ma ich w Twojej gminie, ale mam wrażenie, że jak lepiej poszukasz to coś znajdziesz. I dlaczego piszesz, że „w każdym mieście, miasteczku, gminie, nie ma prowadzonych regularnych zajęć, spotkań dla młodych rodziców” – a byłaś w każdym mieście, miasteczku i gminie w Polsce? Chcesz chodzić z dzieckiem do kina albo teatru? Wybieraj sztuki i seanse dla dzieci, a jak będziesz chciała obejrzeć coś Nikołaja Gogola to feel free, ale jeśli mogę Ci coś poradzić, to wydaje mi się, że Twoje dziecko tego nie skuma. Jedyne, z czym się zgadzam to nieprzystosowanie polskich miast dla niepełnosprawnych i dzieci (choć przecież karmić można wszędzie – nie widzę problemu) – za miesiąc pewnie przekonam się o tym osobiście i coś mnie strzeli. Ale pomimo tego nie umartwiaj się, tylko rozejrzyj dookoła co możesz zrobić, by żyło Ci się lepiej. Z dzieckiem czy bez. I nie obwiniaj znajomych o wykluczenie, tylko zamiast czekać z założonymi rękami Ty wyjdź z inicjatywą. Powodzenia! :)

    1. To trochę nie do końca tak jak piszesz. Nie każde dziecko śpi w każdych warunkach. Nie każdy ma też duży dom, by dziecko spało na jednym końcu, a impreza ze znajomymi odbywała się na drugim. Jeśli masz w domu dwa pokoje, to ciężko, by w jednym spało dziecko (nie mówię o noworodku, który z założenia śpi wszędzie, ale o starszym maluchu) a w drugim głośno, gwarno i huczno. Nie zawsze da się wszystko pogodzić. Nie każdy ma też gdzie zostawić dziecko chcąc się wybrać do teatru czy kina – bo teściowie mieszkają za daleko, a nie w każdej małej miejscowości znajdziesz zaufaną nianię na wieczór.
      Dobrze, Kasiu, że mieszkasz w Londynie, gdzie życie jest może trochę inne, że nie dotknęły Cię polskie problemy. Tylko pozazdrościć, ale nie mów, że to autorka tekstu zgotowała sobie los wykluczonego, bo problem dotyczy wielu z nas.

    2. Troszkę się tu nie zgadzam, nie w każdym mieście są teatry czy nawet kina, a już nie wszędzie są seanse dla dzieci, nie wszędzie można je zabrać, mimo szczerych chęci. Wchodząc do restauracji czy kawiarni z dzieckiem mam wrażenie, że nie tyle obsługa co goście mają ochotę wypchać mnie wzrokiem za drzwi (oczywiście nie wszędzie). Z wiekiem dziecka napotyka się na różne inne „techniczne” problemy, które głównie powodowane są mentalnością ludzi. Pierwszy z brzegu przykład: chcę wejść z wózkiem do autobusu, grupa ludzi stoi na miejscu dla wózków i ani myśli się przesunąć, nie mówiąc o tym, ze blokują wejście do autobusu (mimo, że cały tył wolny), poproszeni o przejście z problemem ustępują dwa kroki, więc stoję w przejsciu ku irytacji innych wchodzących pasażerów- kto jest później obrzucony niemiłymi komentarzami? na pewno nie Ci, którzy zajęli miejsce dla mam z dziećmi (oznaczony nakleją).

      Jak sama napisałaś- masz w domu noworodka, więc „problemów” codzienności siłą rzeczy nie mogłaś wiele doświadczyć, ale mam nadzieję, że z czasem nie będziesz musiała dołączyć do grona znacznej większości :)

  13. Kasiu w pewnych sprawach można wyjść z inicjatywą, w pewnych nie. Nie fair jest pisanie czy mówienie, że wszystko zależy od nas, bo tka nie jest! Żyjemy wśród ludzi i to od nich także wiele zależy. Nie da się nikogo „przerobić” na siłę. Ja też mam znajomych – bezdzietnych – z którymi fajnie spędzam czas, ale mam i takich, którzy zaczęli mnie unikać, odkąd jestem mamą. Poza tym, tak jak pisze Ania, wiele zależy też od warunków, w jakich się żyje. Ja np. mieszkam na wsi, do najbliższego miasta mam ponad 20 km i nie mam możliwości swobodnego wybierania takich miejsc, które są naprawdę przyjazne rodzicom – nie będę np. jeździć na zakupy 60 km do galerii handlowej, gdzie akurat jest pokoik do karmienia maluszków… Wiadomo, że w różnych miejscach ta sytuacja rodziców wygląda różnie – i jak piszę – zależy to w ogromnej mierze także od otaczających nas ludzi. Generalizowanie w obie strony jest nie w porządku.

  14. Edyta Skrzydło

    Ja nie chodzę do kościoła, bo jeśli ksiądz twierdzi, że dzieci profanują mszę to sory,jak ksiedzu dzieci przeszkadzają, to i mnie też nie zobaczy na mszy! Również nie zgadzam sie z podejsciem księży do ludzi, którzy nie mają ślubu kościelnego, czy chrztu dziecka. Obiema rękoma się podpisuję za tym aby zdjąć celibat,niech oni mają swoje rodziny,żyją normalnie wtedy taki pan będzie mi mógł mówić o rodzinie, czy też nawet umoralniać,jeśli nie ma pojęcia jak funkcjonuje rodzina wiec niech przemilczy tą kwestię.

  15. Edyta Skrzydło

    Jeszcze jedna kwestia ksiądz to zwykly facet, ze zwyklymi potrzebami,myślący głównie……,to ludzie zrobili z nich bóstwa!! Niejeden ma dziecko i nasuwa mi sie pytanie kto je ochrzcił,i dlaczego? Ogolnie kler to dla mnie temat silnie alergizujacy!

    1. Dlatego m.in. nie potrafiłabym należeć do kościoła rzymskokatolickiego. U protestantów ksiądz może mieć żonę i dzieci – to po prostu naturalne

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Cukier, lukier i inne słodkości

Cukier, lukier i inne słodkości


1 marca 2012

Autorką tego wpisu gościnnego jest Mamaronia – zwykła mama, która dzięki swojej córeczce nauczyła się od nowa patrzeć na rzeczywistość. Cieszyć się z kropli wody, pierwszego śniegu albo zwykłej piłeczki. Mamaronia odwija cukierek zwany życiem razem z jego gorzkimi zakamarkami. Napisała nam, że macierzyństwo to przygoda, wyzwanie i ogromna odpowiedzialność a czasem „totalny ciężar materii”. Odkąd mała jest na świecie jej hierarchia wartości trochę się zmodyfikowała. Wie co jest ważne, do czego dąży. Córka jest całym jej światem i organizuje w dużej mierze jej życie ale przy tym wszystkim Mamaronia nie zapomina o sobie.

Kiedy zaszłam w ciążę byłam szczęśliwa jak nigdy. Kolejne USG i podglądanie maluszka, który z każdym mijającym miesiącem nie był już taki mały, bo ekran przestawał ogarniać go w całości.
Wiedziona wyobrażeniami i cudownościami jakie prezentują filmy i wszelkiej maści reklamy po prostu widziałam samą słodycz. Taką sielankę, która wiecznie trwa. Mama, która ciągle się uśmiecha i tata który równie mocno uśmiecha się co mama.

Niewyspanie? E tam, nie straszne to mi było, bo myślałam sobie, że jak zombie nie będę wyglądać przecież. Wszystkie ładne panie w  pięknych filmach, tak słodko się uśmiechały i były świeże. I takie idealne. Niczym Bree z „Gotowych na wszystko”.
Karmienie piersią od razu wydawało mi się mistycznym przeżyciem, chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam czym to pachnie, ale  byłam już pewna, że chcę karmić. Poród? Hmmm niby wiedziałam, że boli ale myślałam sobie, że nie może być aż tak źle więc i to przeżyję. I wszyscy mówili, iż to się tak szybko zapomina, to od razu stwierdziłam że zapomnę i po sprawie.

I przyszedł najpierw dzień porodu. Niespodziewany ale może to i dobrze, bo jak miałabym się zastanawiać to wyszło by pewnie gorzej. Niby wiedziałam co i jak, niby szkoła rodzenia, ale jak przyszło co do czego, byłam jak sparaliżowana. Teoria u mnie nie przełożyła się na praktykę – niestety. Bolało! Oj bolało jak cholera. Bo inaczej chyba tego określić nie mogę. I cóż “nie zapomniałam” i pamiętam do dziś. Ale racjonalnie do tego podchodząc inaczej być nie mogło.

Później przyszedł czas na pierwsze karmienie. Muszę przyznać, że niesamowite uczucie, tylko czemu nikt nie wspominał o tym, że to boli? Zwyczajnie i po prostu boli. Zaciskanie się małych dziąsełek na wrażliwych brodawkach skutkuje bólem i niekiedy krwawieniem. Fakt niezaprzeczalny. Pamiętam jak na samym początku kiedy miałam małą przystawić do piersi to zaciskałam zęby. Było ciężko. I tu pierwszy sielankowy widok o samych wspaniałościach, wygodzie i przyjemności podczas karmienia – poszedł precz.

Wstawanie nocne. Cóż. Chyba nie muszę wspominać, że jednak wyglądałam jak zombie i ani trochę świeżej i pięknej i wiecznie uśmiechniętej  Bree  – nie przypominałam. Wstawanie przekładało się często na poziom irytacji, która pojawiała się jakoś tak znikąd. Była i już. Z czasem się przyzwyczaiłam i teraz to wstawanie mi nie przeszkadza. I powiem nawet, że teraz już po wstawaniu potrafię świeżo wyglądać. A jak. No ale początki nie były za cukierkowe i znów moja wizja się trochę rozjechała.

Mała to moje oczko w głowie. Istny cud. Miłość w czystej postaci. Oddałabym za nią życie i jest moją dumą. Czasem żałuje, że tak szybko dorasta, ale staram się chwytać wszystko co życie przynosi i cieszyć się razem z nią wszystkim co w koło nas. Na początku tylko spała i jadła. Później łapała kontakt, pierwsze samodzielne siedzenie, raczkowanie, pierwsze kroki…a teraz to już w ogóle szaleństwo. Czasem zachowuje się jak by szaleju się napiła. I choć jest świadoma tego co się do niej mówi i wie co znaczy „nie wolno” to i tak robi swoje. Mimo całej mojej miłości do niej i uwielbienia czasem mam po prostu za dużo dziecka w dziecku. Czasem odzywa się zmęczenie a innym razem wystarczy chwila moment żebym wybuchła. Najczęściej wtedy obrywa się tacie.

Cóż życie zweryfikowało moje idylliczne spojrzenie. Macierzyństwo to wyzwanie ale nie zawsze jest cudowne i wspaniałe. Nie zawsze jest tylko natchnione. Nie zawsze jest lukrem posypane bo nawet najlepszy lukier się kruszy i pęka. Chyba to i lepiej, że to nie tylko lukier bo od nadmiaru słodyczy aż robi się mdło. I ja jestem tylko człowiekiem, i Mała jest tylko małym człowieczkiem, i tatuś jest tylko człowiekiem. Każde z Nas z własnym temperamentem i własną porcją uporu w pakiecie. Każde z Nas chce w pewnym momencie po swojemu.

Macierzyństwo to nie tylko bajka, czasem to ciężar materii, ale nie zmienia to faktu, że ja kocham ten ciężar i każdą materię z jakiej jest ulepiona.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Mi też nikt nie powiedział, że początki karmienia „po prostu bolą”.
    Wiedziałam, że nie jest to takie proste, na jakie wygląda, że zarówno Dziecko jak i ja – musimy się karmienia nauczyć. Ale do licha nie wiedziałam, że będę przy tym płakać! I kląć, że macierzyństwo miało być przecież takie piękne i ból porodowy miał być ostatnim „cierpieniem” ! A w rzeczywistości ból zranionego krocza i brodawek był na tyle silny i uciążliwy że byłam zła na cały świat! -Czemu nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?!?! ……. :) :P

    1. Fizinko, dokładnie to samo mogłabym napisać.
      Niby wiedziałam co to poród, co to karmienie itp. Ale w rzeczywistości wszystko wyglądało jakoś inaczej. Po pierwszym porodzie czułam się koszmarnie przez dobry miesiąc- nie mogłam ani leżeć ani siedzieć (no a jak już siedziałam, to na wielkiej poduszce; prawie jak księżniczka na ziarnku grochu). Do tego ten ból brodawek. Też była złość, niemoc, płacz.
      Po drugim porodzie było całkiem inaczej. Mogłam raz dwa fikołki fikać. Ale ból przy karmieniu był. Widocznie tak to już musi być ;p
      Kolorowe pisma, tv itp. bombardują nas tylko tematami takimi jak to cukierkowe jest być w ciąży, jak należy się odżywiać…bombardują nas jakie to cukierkowe jest macierzyństwo.
      Nie wiem dlaczego tak mało mówi się o połogu. O tym co może się wydarzyć, jak kobieta może się czuć. Powinno się to zmienić.

  2. Ja też wiedziałam, że kolorowo nie będzie. Jednak poród wspominam dobrze (dało się przeżyć, nie bolało aż tak bardzo jak się nastawiałam). Z karmieniem było gorzej, bo wylądowałam na antybiotykach, by zaleczyć brodawki. Ale i to minęło. Dało radę przeżyć.
    Niewyspana chodzę do dziś (może temu, że urodziłam już dwójeczkę), do wyglądu zombie przyzwyczaiłam się ja i moi znajomi.
    Nikt nie mówił, że macierzyństwo będzie kolorowe.
    Bolało, mam rozstępy, jestem wiecznie zmęczona. Jest to jednak niewielka cena za dwoje tak wspaniałych maluchów. Nikt nie dał mi w życiu tyle radości, co one. A ta cała reszta to po prostu skutki uboczne szczęścia. Zawsze są jakieś skutki uboczne, prawda? ;)

  3. Artykuł trafiony jak nie wiem :) samo życie :) mnie siostra ostrzegała, że wcale nie musi być wszystko piękne i kolorowe, to przez co ona przeszła to prawdziwa szkoła życia, więc nie nastawiałam się na sielankę, tylko na wyzwanie – i całe szczęście, bo tym bardziej cieszył mnie każdy „sukces” :) bólu porodowego niby nie da się zapomnieć, ale mi wydaje się, że poszło fajnie. Potem pielęgniarka zobaczyła moje brodawki i mówi, niech raczej nie liczę na karmienie – ale cóż, córeczka tego nie słyszała i nie mając porównania, jakoś obie nauczyłyśmy się siebie nawzajem. Przez chwilę też było zaciskanie zębów i krwawienie, ale się zagoiło, udało nam się karmić przez rok (potem zęby i figle małej zdecydowały o odstawieniu od piersi).
    A niewyspanie? Teraz dopiero poczułam się na serio zmęczona – córeczka ma przeszło dwa latka, ja gdzieś za 3 tygodnie spodziewam się drugiego dziecka – i to nocne wstawanie (mała śpi niespokojnie, lubi do nas uciekać :)) dało mi się w znaki – więc jak trzeba to mąż teraz wstaje, bo jest szybszy :) zanim ja podniosę siebie i brzuszek to on już wszystko załatwi…
    Jednak nawet najbardziej „przykre” doświadczenia nie są w stanie zmienić naszego poglądu, że zostanie rodzicami naszej pociechy to był niesamowity cud i cieszymy się każdego dnia naszym szczęściem.
    Pozostaje pytaniem, czy optymizm przetrwa kolejną próbę – pojawienie się nowego domownika :) jak na razie wierzę że tak, choć cukru, lukru ani słodyczy w czystej postaci się nie spodziewam – przecież musi być jakaś „odrobinka goryczy” by docenić smak pozostałych rodzinnych przeżyć :)

    1. Z dwójką maluszków jest ciężko, ale za to ja przy drugim dziecku nie miałam ŻADNYCH kłopotów z karmieniem (a przy pierwszej latorośli niestety dość spore – o czym już pisałam). Głowa do góry!
      A co do niewyspania, to moja córeczka zaczęła przesypiać nocki gdy skończyła dwa latka. W międzyczasie urodził się synek, który budzi się w nocy. Pocieszam się tym, że może jak on skończy dwa latka to też zacznie normalnie spać. I wtedy wreszcie się wyśpię ;) Czego i Tobie życzę :)

      Szybkiego i gładkiego porodu! Niech maleństwo będzie śliczne i zdrowe :)

  4. Gratuluję fajnego tekstu-bardzo trafiony. Nie jedna mama już na tym blogu ( w tym ja ;) ) pisała o tym jak bardzo macierzyństwo które znamy z filmów,reklam itd rożni się od tego prawdziwego. Ja wiedziałam,że poród strasznie boli ale do głowy mi nie przyszło,że karmienie też. Na początku to był dla mnie ogromny ból,poranione brodawki. Na szczęście jakoś to wszystko przetrwaliśmy i później już mogłam się cieszyć karmieniem-było jak w filmie ;) pozdrawiam

  5. Aż się łezka w oku zakręciła;) Też sobie wyobrażałam będąc w ciąży jak to jest miło, fajnie, sympatycznie…. Ba, nawet po porodzie byłam pełna optymizmu… Poród, hmm…czy to w ogóle jakaś „męczarnia”? Nie…półtorej godziny i przywitaliśmy się z Naszą Marysią… Ojj jak cudownie… Malutka urodziła się w nocy, do rana spała jak Aniołeczek, ja już o 6 rano byłam po prysznicu, gotowa do opieki nad naszą córcią… Jednak mijały godziny i nic… Spała, spała i tylko spała, nawet na jedzenie się nie budziła, nie płakała… Nie wiedziałam co robic… Poszłam do położnej, która powiedziała, że tak odreagowuje dziecko poród.. Hmm… ok… Jednak przez cały dzień Marysia jadła tylko (!) dwa razy… Coś nie tak… Zgłosiłam lekarzowi, zbadali małą, zrobili badania i okazało się, że Marysia ma ZUM… ;/ Od razu trzy antybiotyki na 7 dni… ” że co, słucham, pomyślałam. My mamy tu być 7 dni? Nie zgadzam się na to” Jednak ni było wyjścia… A żeby tylko 7 dni, to byłoby dobrze zostałyśmy w szpitalu na 12 dni, bo nie antybiotyk nie zadziałał…. Wyobrażacie sobie jak wyglądał pobyt 12 dni i nocy przepłakałam… Pokarmu miałam tak dużo, że chyba mogłabym karmić wszystkie noworodki na oddziale, jednak nasza księżniczka nie zdecydowała się na cyca… :( Sciąganie pokarmu i karmienie, butelką, o co była największa awantura z położnymi, „że jak to karmić dziecko butelką, że od tego jest strzykawka jak dziecko nie umie złapać piersi… itp…” O nie (!) tego już za wiele pomyślałam… Po to ktoś wymyślił butelki, żeby nimi karmić nasze maleństwa… I tak mijały te zapłakane dni… Ok… Wreszcie przyszła Pani doktor i mówi, że czas już do domu… Szczęście jakie mnie ogarnęło było niesamowite… Jednak i ono nie trwało długo… Pierwsza noc w domu, Marysia obudziła się tylko raz na mleczko… Super rano usmiechnięta, zadowolona patrzyłam na córeczkę… po jakimś czasie Marysia zaczęła jeść tylko mleczko modyfikowane i się zaczęły problemy z brzuszkiem…wrrr…. płakałam razem z nią:( później kolki, od 15 do 24 na rękach i tak kilka dni, kupiliśmy lekarstewko, płacz minął…. Ufff…Będzie teraz już dobrze pomyślałam… I jest ;) reszcie nauczyłam się cieszyć macierzyństwem… Marysia ma teraz 8 miesięcy, a ja czuje że jestem szczęśliwą Mamą;) Nauczyłam się, że podchodzą z usmiechem i spokojem do Małej przekazuję również jej te uczucia a to ma same pozytywne skutki ;) Mimo że Marysia mając 5 miesięcy przeypiała już całe noce nie raz zdarza jej się spać po 10 min.w nocy, a samo usypianie trwa 20, to i tak z uśmiechem i czułością śpiewam jej kołysanki nosząc ją na rączkach:):) Mamy, zdajmy się na własną intuicję… To my wiemy co dla naszej pociechy jest najważniejsze, a uśmiech i dobre samopoczucie na pewno nam w tym pomogą;)

  6. Nie ma co ukrywać, ze macierzyństwo to nie tylko cukier i lukier! To ciężka praca 24 h/dobę, ale…za to przynosi tyle satysfakcji, dumy i radości, co żadna inna!:)

    1. Weronika Militowska

      Pani Aleksandro,czasem wydaje się,że doba ma 48 godzin… W fizycznym i psychicznym odczuciu… Mimo to uśmiech na trzech zadowolonych buźkach wynagradza wszystko…

    2. Bo macierzyństwo to praca na 3 etaty ;) Czasem sobie mówię, że byłabym bardziej wypoczęta gdybym poszła do pracy, a nie siedziała z moimi łobuzami w domu. Ale ominęłoby mnie tyle pięknych rzeczy, że aż żal…

      1. Zgadzam się z Wami dziewczyny! Ja nie żałuję, że wybrałam bycie mamą na cały etat! Co prawda od jakiegoś czasu dorabiam sobie on – line, ale nadal jestem z dzieckiem w domku i nie czuję się sfrustrowana z tego powodu. To mój świadomy wybór.

  7. Weronika Militowska

    Dziewczyny macie zupełną rację… Początki to nie zawsze idylliczna sielanka jaką obiecują kolorowe pisemka dla przyszłych mam… I nawet pełna organizacja nie daje nam takiej pewności… Powiem Wam szczerze,że łatwiej było mi poradzić sobie z bliźniakami,po drugim porodzie niż z pierwszym charakternym łobuziakiem… Karmienie było przyprawione wieloma łzami,ale przetrwałam i mój synek otrzymywał ode mnie mleczne wartości aż do 14 miesiąca życia… Później już rzadziej ze względu na inne pokarmy… Za to bliźniaki, pomimo że dwójka były spokojne,jadły po kolei i w konkretnych porach,więc nie było tak trudno… Trudności zaczęły się później… Gdy przyszły kolki, początki siadania itd.,ale jakoś dotrwaliśmy… Teraz czasem jest lukrowo-cukrowo,a czasem gorzko… Mimo tego,że jeden z bliźniaków okazał się niepełnosprawnym łobuziakiem to tym bardziej widzimy te różowe chwile… Trzeba je łapać i mocno ściskać żeby nie uciekły,dlatego nabierają takiej wartości… Dlatego nie podłamujcie się po pierwszych niepowodzeniach, nieudanych próbach… One dają mnóstwo doświadczenia,które z nawiązką może przydać się w przyszłośći… Pozdrawiam mamy i „niemamy” kochane :-)))

  8. Ja mam 4-letnią córcię – żywe srebro:) Obecnie jestem w 8 m-cu ciąży. Przez 3 lata nie pracowałam w ogóle, a od niespełna roku pracuję on-line. Nie wyobrażałam sobie innej opcji – choć nie krytykuję mam, które wracają do pracy – dla mnie macierzyństwo to jednak najważniejsza rola:) Każda z nas jest inna, ale zarówno mamy niepracujące jak i pracujące muszą być przekonane do swojego wyboru.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Ma(ma)gazyn rzeczy przeróżnych – wkrótce wielkie otwarcie

Ma(ma)gazyn rzeczy przeróżnych – wkrótce wielkie otwarcie


Basia Heppa-Chudy

27 lutego 2012

Odkąd jesteście żonami i matkami, to nie wystarczy ubrać tylko siebie od stóp do głów – trzeba jeszcze pomyśleć o mężu, dziecku, ich wykarmieniu i o wyposażeniu mieszkania od piwnicy po sam dach. Wydawanie pieniędzy na lewo i prawo nie jest fajne gdy w efekcie stajemy się posiadaczkami tandetnych rzeczy i ofiarami „super ofert”.
Czy nie jesteście czasem zagubione, gdy musicie podjąć decyzję co wybrać, co kupić, na jaką markę postawić? Czy nie lubicie świadomie dokonywać zakupów? Chcecie kupować produkty o wysokiej jakości i zdajcie sobie sprawę, że nie zawsze wysoka cena idzie w parze z jakością? No i czy nie znacie problemu typowego dla każdej mamy “brak czasu” – a na rynku wciąż przybywają nowe marki i towary – jak to wszystko ogarnąć?

Znalazłyśmy rozwiązanie!
Nasza propozycja ułatwi Wam życie, pozwoli oszczędzić czas i podejmować mądre decyzje! Każda z nas ma swoje ulubione produkty, które regularnie wrzuca do sklepowego koszyka, jednocześnie z przyjemnością od czasu do czasu sięgamy po coś nowego – innego. Idealna jest sytuacja, kiedy nowo nabyta rzecz spełnia nasze oczekiwania, gorzej jeśli po pierwszym użyciu wiemy, że już nigdy więcej nie wydamy na ten bubel złamanego grosza. Ale jest na to sposób!

Wkrótce uruchomimy specjalny serwis Recenzje.wrolimamy.pl  – szczególne miejsce w wirtualnym świecie, które powstaje z myślą o mamach – konsumentkach.  Chcemy wykorzystać tę przestrzeń w Interencie, by dzielić się z Wami swoimi odkryciami i opiniami.

W informacji siła
Recenzje.wrolimamy.pl to serwis, na którym będą prezentowane opinie i testy  ogólnodostępnych produktów dla mam i dzieci. Znajdziecie tam wyłącznie artykuły, które same wypróbowałyśmy. Blog W Roli Mamy jest z Wami nie od dziś – znacie już nas – autorki, wiecie, że przeżywamy podobne do Waszych emocje, problemy i możecie nam zaufać. Będziecie miały gwarancję, że każda opisana rzecz została wzięta przez nas pod lupę i przetestowana w domowym laboratorium. Nie będziemy szukać dziur, tam gdzie ich nie ma, ale jeśli coś nie spełni naszych oczekiwań – na pewno podzielimy się tym z Wami.

Nie przyjęłyśmy żadnego schematu opublikowanych opinii, chcemy dzielić się z Wami naszymi rekomendacjami swobodnie i naturalne – jeśli jakiś produkt będzie wymagał obszernego opisu – taka właśnie recenzja na jego temat powstanie. I odwrotnie – nie będziemy rozwlekać się i zanudzać Was mało istotnymi detalami, jeśli wystarczające będzie skupienie się na głównych cechach towaru.

Współpraca
Liczymy bardzo na Wasz wkład  – jeśli znacie rekomendowany przez nas artykuł – koniecznie podzielcie się swoimi odczuciami i doświadczeniem w komentarzach. Jeśli dotąd nie używałyście produktu, chcecie dowiedzieć się na jego temat jeszcze więcej – śmiało pytajcie (także w komentarzach), odpowiemy nawet na pytania, które nie zadałybyście sprzedawcy.

Koszyk pomysłów.
Jeżeli znacie niebanalny lub rewolucyjny produkt, napiszcie do nas, jeśli będzie to możliwe postaramy się przemaglować go osobiście.

My czekamy na Recenzje.wrolimamy.pl z wypiekami na twarzy i zapartym tchem! A Wy?
Ruszamy już wkrótce!

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. już nie mogę się doczekać:)

  2. no właśnie tego Nam trzeba!

  3. bardzo mi się podoba ten pomysł! Do dzieła! :)

  4. Super! Już nie mogę się doczekać! Wreszcie będzie gdzie poszukać konkretów i informacji z pierwszej ręki!

  5. świetny pomysł:) czekamy..

  6. Bardzo dobry pomysł! Bo kto, jak nie inne, doświadczone mamy, lepiej doradzi w zakupach?:)

  7. Weronika Militowska

    Czekaaam intensywnie… Rzeczywiście doskonały pomysł :-)))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku