Uroda 2 grudnia 2012

Naucz się ratować swoje dziecko – relacja z warsztatów

Gdy zostajemy rodzicami, stajemy się odpowiedzialni za nowo narodzonego człowieka – jego zdrowie i życie. Na samą myśl o tym, co może przytrafić się dziecku, dostaję gęsiej skórki. Nawet posiadając moce superbohaterki i mając oczy dookoła głowy nie sposób przewidzieć i zapobiec wszystkim niebezpiecznym sytuacjom, które czyhają na nasze pociechy. Ale przecież nie możemy dziecka zamknąć w ochronnej kuli, nie możemy ograniczać jego ciekawości i energii z jaką poznaje otaczający świat.

Naszym obowiązkiem jest zapewnić maluchowi bezpieczeństwo, a w momencie, gdy przytrafi się coś niedobrego, zachować spokój i WIEDZIEĆ JAK POMÓC.

Droga Mamo, drogi Tato – czy wiesz co zrobić, gdy Twój maluch się zadławi kawałkiem jedzenia lub zachłyśnie łykiem wody?
Czy wiesz, jak zareagować, gdy Twoje dziecko wyleje na siebie kubek gorącej herbaty?
Czy znasz sposoby na opanowanie gorączki, która nie spada po zażyciu środka przeciwgorączkowego?
Czy potrafisz podtrzymać funkcje życiowe niemowlaka, gdy przestanie oddychać?
A czy niania, dziadkowie – osoby, które spędzają czas z Waszym dzieckiem wiedzą, jak zareagować w tych i innych niebezpiecznych momentach?

Życie niesie mnóstwo groźnych sytuacji, a żeby im przeciwdziałać potrzeba odpowiedniej wiedzy i umiejętności.  Wystarczy więc CHCIEĆ SIĘ NAUCZYĆ, w jaki sposób pomóc.

Bardzo się ucieszyłam, gdy dowiedziałam się o warsztatach „Naucz się ratować swoje dziecko” organizowanych przez Świadome Rodzicielstwo „Miś Kuleczka”.  Wiedziałam, że jest to szkolenie, w którym chciałabym wziąć udział.

Spotkania odbywały się przez dwie kolejne niedziele listopada. Tak! –  właśnie w ten piękny wolny od pracy dzień, kiedy można dłużej poleżeć w łóżku. Ani przez sekundę nie żałowałam, że poświęciłam dwa niedzielne leniwe poranki na naukę. Wręcz przeciwnie czułam, że robię coś niezwykle ważnego – bo być może inwestuję w zdrowie i życie własnego dziecka.

Z każdą kolejną chwilą zajęć nabierałam pewności, że w razie sytuacji krytycznej będę w stanie pomóc każdemu, a przede wszystkim najważniejszej osobie na świecie – mojemu synkowi.

Spotykaliśmy się w sześcioosobowej grupie – oprócz mnie – rodzice półrocznej dziewczynki, małżeństwo, które w styczniu spodziewa się narodzin maluszka, mama dwójki – przedszkolaka i dwulatki. Wszyscy nastawieni na to by jak najwięcej skorzystać, dowiedzieć się, przećwiczyć.

Warsztaty prowadził Krzysztof Bujacz – instruktor pierwszej pomocy przedmedycznej – osoba charyzmatyczna, dzięki której poczułam, że udzielenie pierwszej pomocy nie musi być wcale trudne. Uczestnicząc w innych szkoleniach (obowiązkowych w pracy) niestety odczuwałam coś zupełnie odwrotnego, że to przekracza moje możliwości. Instruktor przekonywał nas, że to właśnie nasze obawy i strach  nie pozwalają udzielić pomocy w wielu sytuacjach. Pan Krzysztof przekazywał informacje konkretnie, jasno i posługiwał się przykładami działającymi na wyobraźnię. Duża wiedza prowadzącego, łatwość jej przekazania i dobry kontakt z uczestnikami – to niewątpliwie największe plusy warsztatów.  Każdy z nas mógł wielokrotnie przećwiczyć poszczególne czynności na nowoczesnych fantomach niemowlaka i dziecka.

Podczas rozmów okazało się, że każdy uczestnik warsztatów znał jakieś mity dotyczące sposobów udzielania pierwszej pomocy. Aż strach pomyśleć, że te fałszywe przekonania mogłyby się zamienić w błędy, które można popełnić. Jednym z najpopularniejszych mitów był ten o uniesieniu rączek w sytuacji, gdy dziecko się zadławi. Albo kolejny o włożeniu czegoś do ust osoby, która ma atak epilepsji, lub mit o rozcieraniu i masowaniu odmrożonych dłoni. Jestem pewna, że także większość z Was posiada te bądź inne błędne informacje na temat udzielania pierwszej pomocy.

Na zajęciach poruszane były wszystkie zawarte w programie zagadnienia oraz dodatkowe, które wyniknęły z pytań dociekliwych rodziców. M.in. mieliśmy okazję zobaczyć na czym polega działanie i w jaki sposób użyć defibrylatora, dostępnego w coraz większej ilości publicznych miejsc. I mimo, że warsztaty przeciągały się poza ustalone ramy czasowe – pan Krzysztof Bujacz z dużym zaangażowaniem cierpliwie wyjaśniał, tłumaczył, odpowiadał na spontanicznie pojawiające się pytania.

Gorąco namawiam Was Rodzice, Opiekunowie, Dziadkowie, Nianie, do udziału w zajęciach „Naucz się ratować swoje dziecko” – poznania zasad i poćwiczenia umiejętności, dzięki którym można uratować zdrowie, a nawet życie najdroższego dziecka. Tym bardziej, że jest to wiedza na wyciągnięcie ręki – nie trzeba studiować kilka lat, wystarczy poświecić kilka godzin swojego wolnego czasu, by w razie konieczności „kupić czas” dla poszkodowanego.

 


Subscribe
Powiadom o
guest
11 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
www.zwyczajnamama.blogspot.com
www.zwyczajnamama.blogspot.com
9 lat temu

ciekawy pomysł na warsztaty :) chętnie wzięłabym w nich udział :)

Anna Kozubek-Bortniczuk

Bardzo dobrze, że są organizowane takie warsztaty. powinno być ich zdecydowanie więcej, również w małych miastach, aby jak najwięcej chętnych rodziców mogło skorzystać z takiej edukacji.Każdy z nas może znaleźć się w sytuacji, w której życie dziecka może być zależne od takiej wiedzy….

Joanna Pawlińska
Joanna Pawlińska
9 lat temu

Większość z nas myśli, że zasady pierwszej pomocy zna, bo były w szkołach, na kursie na prawo jazdy i gdzieś tam jeszcze. Potem przychodzi myśl: a w sumie to po co mi to? Nikt do tej pory nie mówił, że te wszystkie rzeczy, które usiłowali nam wpoić mogą dotyczyć naszych najbliższych. Wiecie jak to jest jak dziecko wam sinieje i przestaje oddychać? Ja niestety wiem i powiem Wam, że bezradność w takiej sytuacji to koszmar. Moja córeczka miała miesiąc jak się zakrztusiła, przestała oddychać i zrobiła się sina. Nie wiedziałam co robić, bałam się, że mogę dziecko połamać. Gdyby wtedy… Czytaj więcej »

Katarzyna Jaroszewicz

Najtrudniejsze chwile przeżyłam, gdy moje dziecko mdlało:(

Karolina Sikorska
9 lat temu

Bardzo chciałabym uczestniczyć w takich zajęciach mimo iż miałam nie jeden kurs pierwszej pomocy ze względu na mój zawód teraz jako mama chciałabym wziąć udział poraz kolejny tak na wszelki wypadek

Alicja Sobocińska
Alicja Sobocińska
9 lat temu

Uczestniczyłam w takich zajęciach parę razy, teoretycznie wiem jak trzeba się zachować, ale nie wiem czy dałabym radę praktycznie, strach panika, dziękuję tylko, że do tej pory nie byłam w takiej sytuacji, że życie dziecka zależało ode mnie, podziwiam osoby, które potrafiły tego dokonać, szacunek, wielki szacunek

Jad Janusz
9 lat temu

Powinny się odbywać takie warsztaty dla przyszłych rodziców cyklicznie. Rodzi się dziecko (nawet już podczas ciąży) myśli się „Co bym zrobiła w takiej sytuacji gdyby…” A tak, z większą świadomością było by łatwiej.

Angelika Musiał
Angelika Musiał
9 lat temu

To najważniejsza umiejętność, która powinna być opanowana przez każdego człowieka. Nie liczą się żmudne teorie, regułki. Liczy się praktyka… Kursy pierwszej pomocy są tak samo ważne jak inne. W końcu chodzi o czyjeś życie. Mam to szczęście, że mąż jest ratownikiem w straży pożarnej i zmusił mnie kiedyś do uczestnictwa w takich kursach :) Dzięki niemu uratowałam życie małej dziewczynki i starszej pani. O sukcesach męża nie będę wspominać bo nie o to tutaj chodzi :) A więc Kochane Mamusie, zachęćcie swoich znajomych, mężów, aby poświęcili chwilę czasu na poznanie tajników pierwszej pomocy… W końcu nie wiadomo co się może… Czytaj więcej »

Magdalena Dorosz
9 lat temu

Szkoda że nie ma takich warsztatów w każdym mieście :(

milena
milena
9 lat temu

super sprawa takie warsztaty czytając wróciły niemiłe wspomnienia. Mój syn bardzo sie krztusił (karmiłam go piersią więc nie miałam wpływu na to jaki rozmiar dziurki :-( ) niestety pewnego wieczoru zakrztusił się tak że przestał oddychać, tak szybko robił sie siny, zaczął przelewac sie przez rece w domu byłam ja siostra tata i mama stukaliśmy podnosilismy rączki do góry i robiliśmy ten sposób wielki błąd. ezaliśmy pogotowie podobno jechało bardzo szybko, jednak mi się wydalało że jedzie i jedzie i dojechać nie może. Lekarz jak tylko biegł do mieszkania wziął dziecko do góry nogami i walnął plecy, byłam przerażona, ale… Czytaj więcej »

Uroda 1 grudnia 2012

Światowy Dzień Walki z AIDS – Moje święto

Mam na imię Joanna*, lat trochę ponad 30, córkę nastolatkę, od kilkunastu lat jestem zarażona wirusem HIV, od 7 lat jestem tego świadoma.

1 grudnia – światowy dzień walki z AIDS. Dla większości to tylko hasło, kilka pogadanek na ten temat w TV, wspomnienia tych co zmarli na AIDS, trochę pustych słów i obowiązkowa czerwona wstążeczka. Pamiętam, jak kiedyś słuchałam pogadanek, oglądałam reportaże i nigdy nie pomyślałam, że ten dzień może być moim dniem.

Pewnego ponurego listopadowego dnia trafiłam do szpitala zakaźnego z podejrzeniem zapalenia opon mózgowych. Szpital zakaźny, przynajmniej ten do którego trafiłam, robi wszystkim pacjentom badania w kierunku HIV i żółtaczki, nawet gdy leczą coś innego, takie zwykłe rutynowe działanie.

Do szpitala trafiłam w piątek, w poniedziałek mnie przenieśli na inny oddział, oni już znali wyniki, ja jeszcze nie. Nikt mi nic nie mówił, byłam w strasznym stanie, traciłam świadomość, mowa zmieniała się w bełkot, potwornie bolała mnie głowa. Każdy kto przeżył rezonans magnetyczny wie, że to badanie polega na generowaniu dźwięków o różnej częstotliwości. Połączenie tego piszczenia i stukania z leżeniem w tubie, która kojarzy się dość mocno z trumną, i potwornym bólem głowy, było koszmarem. W rezonansie nie wolno się ruszać,  leżałam i łzy mi leciały, przez całe badanie, które trwało wieki, towarzyszyła mi tylko jedna myśl: wytrzymam dla córeczki. Płakałam z bólu, ale trzymałam się tej jednej myśli. Powiem Wam, że ból przy porodzie to nic w porównaniu z 20 minutowym pukaniem, piszczeniem, zgrzytaniem prosto w głowę, kiedy ból i tak sam w sobie jest wyjątkowo silny. Przeżyłam rezonans, w szpitalu  podawali mi różne leki, nawet nie chciałam wiedzieć jakie i po co. Ktoś kiedyś powiedział, że jak pacjent chce żyć to i medycyna jest bezsilna, a ja chciałam żyć, jak nigdy wcześniej.

Po tygodniu leczenia nadal nie znałam powodu przyjęcia do szpitala, ale bardzo pragnęłam już wrócić do dziecka. Ciągle słyszałam, że jeszcze trzeba zrobić jakieś badania. Teraz wiem, że musieli potwierdzić zakażenie HIV kolejnym badaniem, zanim mnie o tym poinformują, mimo tego, że pierwsze badanie wyszło pozytywne, a objawy wskazywały na zaawansowany AIDS. Czułam się już świetnie, tak mi się wydawało, jedyne o czym myślałam to wyjście ze szpitala, ponieważ bardzo tęskniłam za córeczką. To że nadal byłam bliżej śmierci niż życia, nie docierało do mnie. Jakoś przegapiłam to, że przesypiam większość doby, te kilkanaście kroplówek dziennie i parę drobniejszych rzeczy. Nie prosiłam o przyprowadzanie dziecka, przecież oddział zakaźny to nie miejsce dla kilkulatki. Dzień czy dwa później mój lekarz prowadzący, a właściwie mój anioł, poinformował mnie, że zna przyczynę, dla której mnie trzymają. To były najstraszniejsze słowa jakie kiedykolwiek usłyszałam. Nie, nie diagnoza, tylko to co padło po diagnozie: musimy przebadać córkę.

Mogłam swojemu malutkiemu dziecku wyrządzić krzywdę na całe życie, co z tego że nieświadomie? Przecież badania na HIV są anonimowe i bezpłatne, (w każdym województwie znajduje się Punkt Konsultacyjno – Diagnostyczny (PKD), w którym można wykonać test w kierunku HIV anonimowo i bezpłatnie, jeżeli chcemy je zrobić w innym miejscu musimy sprawdzić jakie zasady obowiązują.) mogłam w ciąży je zrobić. Tylko po co? Przecież nie byłam w tzw. grupie ryzyka.

Wyobraźcie sobie moje myśli i tę straszną, w tamtym momencie świadomość, że dwa lata karmiłam piersią. Następnego dnia pobrali krew mojej córeczce, powiedzieli, że wyniki będą dzień później w okolicy obiadu. Bałam się, bardzo się bałam. Lekarze mnie pocieszali, że skoro poród był szybki i bez kleszczy, czy próżnociągu, a córka nie jest chorowita to najprawdopodobniej będzie zdrowa. No właśnie, najprawdopodobniej, i nikt mi jednak nie potrafił powiedzieć na pewno.

Nadszedł dzień, w którym miałam poznać wyniki, była godzina 7 rano, do obiadu jeszcze tyle czasu… Pewnie każdy zna to uczucie kiedy czeka się na ważną informację. Każda sekunda wydaje się wiecznością. Była to gra o bardzo wysoką stawkę, życie mojego największego skarbu. Czas, który minął od informacji o tym, że mam pełnoobjawowe AIDS do momentu kiedy dostałam wyniki córki był przepełniony łzami rozpaczy i nadzieją. Wtedy się dowiedziałam co znaczy lekarz z powołania, który mimo lat pracy nie dał się znieczulicy. Mój lekarz prowadzący po przyjeździe na teren szpitala najpierw poszedł do laboratorium, następnie do mnie. Nie zdążył się nawet rozebrać, przybiegł do mnie na salę z informacją, że córka jest zdrowa, a wyniki na papierze dostanę koło południa. Faktem jest, że po drodze minął pokój lekarzy, że mógł się rozebrać, mógł nawet czekać, aż na oddział przyjdą wyniki, ale tego nie zrobił. Za to będę mu wdzięczna do końca życia.

Po łzach rozpaczy, płakałam ze szczęścia, potem przyszły chwile refleksji, co dalej. Przecież ja jestem chora, wtedy nawet nie dopuszczałam do siebie myśli o śmierci, nie brałam takiej opcji pod uwagę. Wiedziałam, że będę żyć. Pytanie brzmiało: jak żyć, żeby córka pozostała zdrowa?

Wiedziałam jak można się zarazić, wiedziałam też jak nie można. To wszystko wiedziałam teoretycznie, ale wiecie co? Panika i strach wyłączają myślenie. Przestałam jeść razem z dzieckiem z jednego talerza, nie pozwalałam spróbować nadgryzionej kanapki, czy napić się z mojego kubka. Wannę po sobie dezynfekowałam, generalnie zachowywałam się jak detektyw Monk (słynny bohater serialu, pedant cierpiący na mysofobię). Około roku zajęło mi oswojenie się z myślą, że tak już zawsze będzie. Do końca życia jestem skazana na połykanie koszmarnej ilości tabletek, wtedy to było 6 rano i 6 wieczorem.

Jak już się pogodziłam z myślą, że inaczej nie będzie, zaczął mi wracać rozsądek. Skoro dziecko nie zaraziło się, jedząc ze mną tymi samymi sztućcami przez tyle lat, a specjaliści mówią, że tak się nie zarazi to może czas zacząć żyć jak dawniej. Powrót do normalności zajął mi trochę czasu, teraz poza tym, że codziennie wieczorem muszę wziąć 3 tabletki i raz na trzy miesiące stawić się w poradni po leki, to moje życie szczególnie nie różni się od Waszego. Może o tyle, że lekarze zmuszają mnie do regularnych badań, na które ciężko namówić zabiegane matki. Stosując odrobinę zdrowego rozsądku nie mam szans narazić domowników na zakażenie. HIV nie przenosi się na basenie to i w wannie nie. Do sprzątania krwi używam ciepłej wody z detergentem. Nie było przypadku, żeby ktoś się zaraził przez wspólne mieszkanie, zatem nie jest to takie łatwe. Wirus poza organizmem zazwyczaj ginie po kilku minutach. Oczywiście nie dzielę się z nikim golarką ani szczoteczką do zębów, ale przed chorobą też tego nie robiłam. Ręcznik do rąk jest jeden dla wszystkich domowników.Jedyną istotną zmianą jest to, że zawsze mam przy sobie plastry.

Jeśli jeszcze coś Was interesuje pytajcie, odpowiem. W tej chwili mam niewykrywalną wiremię, co oznacza, że poziom wirusa we krwi jest bardzo niski (przy skutecznym leczeniu nie mam szans nikogo zarazić nawet gdybym chlapała krwią) oraz o ile pamiętam ok. 400 limfocytów CD4. Czasami, aż trudno uwierzyć, że jak trafiłam do szpitala to miałam ich 4. Za bezpieczną granicę przyjmuje się 200, kiedy liczba limfocytów spada poniżej 200 organizm nie ma siły sam się bronić. To magiczne 200 osiągnęłam po pół roku leczenia i było to traktowane jako duży sukces. Bywało lepiej, bywało gorzej, ale poniżej 200 nigdy nie spadły, a wiremia od lat pozostaje niewykrywalna. HIV sobie śpi w moim organizmie, a ja nie  dam mu szansy się obudzić.

Mądry Polak po szkodzie. I tym razem  przekonałam się o słuszności tego przysłowia. Każdy powinien zrobić raz na kilka lat test na HIV, tak dla spokoju sumienia. Im wcześniej wykryty tym mniej szkód w organizmie narobi. Pierwszy symptom choroby pojawia się po około pół roku od zakażenia, bardzo często przypomina zwykłą grypę. Potem wirus po cichutku panoszy się  w organizmie, trwa to średnio 5 – 15 lat. Kiedy znów się odzywa, szkody, które zdążył wyrządzić są ogromne.

Przerażający jest także fakt, że wiele matek dowiaduje się o swoim nosicielstwie dlatego, że ich dzieci rodzą się zakażone. Malutki człowieczek ma bardzo słabiutki układ odpornościowy, dlatego choroba rozwija się dużo szybciej.

Robimy różne badania w ciąży, wiele kobiet decyduje się na badania prenatalne, bo boją się mieć chore dziecko. A test na HIV? Każdy zakłada, że jego to nie dotyczy, bo dalej panuje mit o grupach ryzyka. Jesteście pewne, że nigdy nie miałyście kontaktu z zakażoną krwią, że wasz partner jest zdrowy i wierny? Jedyna szansa, żeby się dowiedzieć to test. Nie dajcie sobie wmówić, że Was to nie dotyczy. Ja miałam mniej niż 20 lat jak zostałam zarażona, miałam stałego partnera, któremu ufałam. Wtedy o HIV mówiło się niewiele, właściwie tylko o grupach ryzyka.

Kobiety ze względu na budowę, są mocniej niż mężczyźni narażone na zakażenie HIV podczas kontaktów seksualnych. Pamiętajcie też o tym, że jeśli dochodzi do zakażenia dziecka to matka żyje z tym piętnem. Dziecku można dużo wytłumaczyć, pochodzenie różnych chorób. Kiedyś się zastanawiałam jak można wyjaśnić dziecku, że choruje na nieuleczalną chorobę bo mamusia nie poszła się zbadać. Nigdy nie znalazłam na to odpowiedzi, na szczęście nie musiałam.

Wiecie, że świadomość matki o zakażeniu zmniejsza ryzyko zakażenia dziecka o ponad 99%? Nieświadomość daje tylko 30% szans na zdrowe dziecko. Zależy to od wiremii, czyli siły wirusa w organizmie matki. Wiremia wzrasta wraz z upływem czasu od zakażenia. Co może oznaczać, że pierwsze dziecko będzie zdrowe, a drugie będzie chore.
Około 50% wszystkich zakażeń dotyczy ludzi poniżej 30 roku życia. Ludzi zakładających rodziny.

Ginekolog powinien zalecać badanie na HIV w trakcie każdej ciąży, jeśli tego nie robi – same róbcie takie badania. Potraktujcie to badanie, jak każde inne rutynowe.

Pamiętajcie, z HIV można żyć długie lata, to już od wielu lat nie jest choroba oznaczająca rychłą śmierć. Jest wiele chorób przewlekłych, nieuleczalne też są wśród nich. Tylko żadna nie odciska takiego piętna na osobie chorej. Po 7 latach inaczej na to patrzę, ale wciąż pamiętam jak bardzo się bałam przez pierwszy rok od diagnozy. Przez cały rok trawiłam krótką rozmowę z moim lekarzem. Dwa zdania:

– Panie doktorze, ale jak ja mam z tym teraz żyć?

– A widzi Pani jakieś inne wyjście?

No właśnie, żyłam dla córki, potem żyłam wszystkim na złość, a teraz powoli dochodzę do wniosku, że chcę żyć dla siebie. Nie będzie jakiś durny wirus mnie ograniczał. Na początku niechętnie chodziłam po leki i na kontrole, starałam się zachowywać tak, żeby nikt mnie nie widział. Pamiętam, jak pewnego dnia pierwszy raz poszłam po leki zrobiona na bóstwo. To był przełom, przestałam się bać własnego cienia. Nie chodzę i nie chwalę się na co choruję, ale też specjalnie nie ukrywam, wielu moich znajomych wie. Niektórzy reagują strachem, a ja wciąż mając w pamięci swój strach daję im czas i pokazuję swoim zachowaniem, że jestem świadoma potencjalnego zagrożenia. Nawet głupie zadraśnięcie zaklejam plastrem. Chociaż przy obecnym poziomie wirusa szanse przekazania go komukolwiek są znikome. A do poradni po leki przychodzą różne osoby, takie które wyglądają na osoby z „bogatą” przeszłością, przeciętne małżeństwa, a także osoby ze średniej klasy społecznej. Większość z nich myślała: mnie to nie dotyczy

Tak samo jak pewnie myślisz Ty teraz. Zrób test i wtedy możesz powiedzieć, że Ciebie to na pewno nie dotyczy.

Macie odwagę, żeby w komentarzu umieścić informację, że badanie wykonane? Nie wynik badania, napiszcie tylko: Miałam odwagę, zrobiłam test!!!

 

*imię zostało zmienione
Subscribe
Powiadom o
guest
15 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Paulina Garbień
9 lat temu

Miałam odwagę, zrobiłam test

Małgorzata Szymańska

Miałam odwagę,zrobiłam test.

Magda Kupis
9 lat temu

Mialam odwage, zrobilam test

paulina
paulina
9 lat temu

Miałam odwagę zrobiłam test

monika
monika
9 lat temu

test zrobi lam będąc w ciązy

Magdalena Marczuk
Magdalena Marczuk
9 lat temu

Miałam odwagę – zrobiłam test !!!! Ty też zrób!!!!

Iza Kasparek
9 lat temu

testu jeszcze nie zrobiłam ale myślałam o tym juz dawno a potem jakoś ucichło. za to rezonansy miałam 3 i zgadzam sie w 100% ze to leżenie bez ruchu i te odgłosy sa koszmarne.jeszcze kontrast podawany dożylnie i cały dzień człowiek chodzi do tylu. pomijajac juz fakt ze na samo badanie czekałam pol roku a na wynik kolejne tyle. pierwsza diagnoza tętniak w mózgu w miejscu nieoperacyjnym kolejne badanie dokładniejsze i z tętniaka zrobił sie zakręt tętnicy. byłam miesiąc po ślubie jak usłyszałam pierwsza diagnozę chyba nie muszę pisać jaki byl moj stan kiedy usłyszałam pierwsza diagnozę i musiałam czekać… Czytaj więcej »

J
J
9 lat temu
Reply to  Iza Kasparek

Rezonans sam w sobie jest koszmarny, przy bólu głowy jest czymś potwornym, jak nic nie znajdą to trwa krótko, gorzej jak znajdą bo robią drugą serię z kontrastem, przeżyłam

Łobuziaka gratuluję :) Mi te naście lat przeleciało tak szybko, że czasami zapominam o chorobie, tylko budzik z komunikatem leki mi przypomina. Tobie też przeleci. Również zdrowia życzę i właściwych diagnoz.

A test warto zrobić dla siebie, niezależnie od wyniku lepiej znać go wcześniej.

Hanna Szczygieł
9 lat temu

Miałam odwagę – zrobiłam test !!!!

A.S.
A.S.
9 lat temu

Test zrobiłam będąc w ciąży z 3 dzieckiem :)

Iza Kasparek
9 lat temu

dziękuje

Mania
Mania
9 lat temu

Szukam info na pogadankę dla dzieci do szkoły. Pani tekst jest impulsem do ważnych refleksji. Dziekuję :)pozdrawiam Córeczkę. Proszę się jeszcze odezwać.

j
j
9 lat temu
Reply to  Mania

Szczerze mówiąc najlepiej by było gdyby Pani poszukała lekarza chorób zakaźnych, który się tym zajmuje. Większość z nich to lekarze z powołania, taka specyfika specjalizacji. Mogę ewentualnie w styczniu zapytać mojego lekarza, czy zgodziłby się na kontakt mailowy i ewentualną pomoc. Pogadanka do szkoły musi być przygotowana profesjonalnie i skonsultowana ze specjalistą. Temat nie jest łatwy, wiek dzieci też jest istotnym czynnikiem, im starsze tym więcej konkretów będą chciały. Lekarze dysponują wynikami różnych badań i ankiet, z których czasami wychodzą przerażające rzeczy. Są w stanie podać wiarygodne źródła informacji, tych które ja mogę podać, ale bez źródeł. Poza tym ja… Czytaj więcej »

Maja Knitter
9 lat temu

Miałam odwage zrobiłam test

Regina Adamiec-Babula
Regina Adamiec-Babula
7 lat temu

Test na HIV jak i inne badania zrobiłam zanim zaszłam w ciążę. Z zalecenia lekarza, ale i dla własnego spokoju. W czasie ciąży robiłam w każdym trymestrze. Wszak przez okres ciąży chodziłam do fryzjera, kosmetyczki czy dentysty – a to właśnie między innymi w tych miejscach można się zarazić.

Związek 29 listopada 2012

Andrzejkowe czary mary

Listopad to wyjątkowy miesiąc. Wchodzimy w niego tanecznym, halloweenowym krokiem, żeby potem w ciszy i zadumie wspominać tych, którzy odeszli. Po czym kończymy go ponownymi szaleństwami, zabawą, wróżbami, przepowiedniami i swawolami.  Takie harce tylko w andrzejkowy wieczór!! Chcielibyście sobie przypomnieć wróżby i otulić się tą magiczną atmosferą? Szukacie pomysłów na nowe andrzejkowe czary, które możecie wykorzystać podczas szalonych spotkań ze znajomymi?

Andrzejki obchodzone są w Polsce od kilku pokoleń, natomiast ich korzenie sięgają aż 1557 roku! Z upływem czasu zmienił się charakter tego dnia. Nasze babcie nie świętowały Andrzejków wspólnie z dziadkami. Chłopcy i dziewczęta bawili się osobno, gdzieś w ukryciu i samotności. Mniej było śmiechu i radości, a więcej skupienia, magii i wiary, że tego dnia przyszłość objawia swoje tajemnice.

Przez lata zwyczaje się zmieniły, teraz bawimy się wspólnie wróżąc sobie nawzajem, łącząc te wróżby z konkursami i wesołą zabawą.

Chyba wszyscy z nas pamiętają wróżbę, najściślej związaną z Andrzejkami – lanie wosku. Ja pamiętam ją już z przedszkola. Kiedy to szukałam świeczki, garnuszka i obowiązkowo klucza, przez który lałam roztopiony wosk. A potem oczyma wyobraźni widziałam różne kształty, które miały odzwierciedlać zdarzenia z przyszłości. Myślę, że każdy chciałby uszczknąć choć rąbka tajemnicy i poznać swoje przeznaczenie.

Wróżb i zabaw andrzejkowych jest bardzo wiele, niektóre są mniej lub bardziej popularne. Jeśli przygotowujecie andrzejkowe spotkanie ze znajomymi, poniżej przedstawiamy Wam kilka propozycji, aby ten wieczór był pełen tajemnic i magii, a może za kilka lat spełni się któraś z wróżb? Niektóre to po prostu klasyka, a inne całkiem nowe i bardzo zabawne. Część pomysłów możecie podsunąć swoim dzieciom do wykorzystania podczas andrzejkowych zabaw w szkole.

WYŚCIG BUTÓW
Ustawianie kolejno butów zgromadzonych dziewcząt od ściany do progu drzwi — ta, której but jako pierwszy dotarł do progu jako pierwsza miała wyjść za mąż. Inna wersja: wróżby polega na rzucaniu za siebie butem. Odwrócony do drzwi noskiem but można odczytywać jako zapowiedź szybkiego zamążpójścia.

ANDRZEJKOWE SERCE
Aby wykonać tę wróżbę należy wyciąć serce z papieru i napisać na nim imiona chłopców i dziewcząt. Następnie trzeba serce odwrócić zapisaną stroną do dołu i przekłuć je igłą. Imię na które natrafimy należy do naszego przyszłego ukochanego/ukochanej.

ANDRZEJKOWA WRÓŻBA Z RUREK
Do miski z wodą delikatnie wrzucajcie rurki (np. pocięte słomki do soków). Właściciele „magicznych” rurek, które się połączą – na zawsze zostaną przyjaciółmi.

ANDRZEJKOWA WRÓŻBA Z JABŁKIEM
A właściwie potrzebne są jedynie skórki od jabłek. Rzucamy za siebie ostrużyny z jabłek, a z ich zakrętów próbujemy zgadnąć literę początkową imienia przyszłego narzeczonego/przyszłej narzeczonej.

ANDRZEJKOWE KUBECZKI
Rozkładamy 5 kubeczków, pod każdym z nich schowany inny przedmiot, po czym uczestnicy wybierają kubek:

– 1 kubek – pierścionek – wyjazd do krainy złota Eldorado,
– 2 kubek – kluczyk – nowy, piękny domek,
– 3 kubek – pieniążek – bogactwo,
– 4 kubek – cukier – słodkie i wesołe życie,
– 5 kubek – autko – podróż w nieznane.

Lub

Przygotowujemy 4 kubeczki tak, żeby uczestnicy zabawy nie widzieli, na stoliku pod jednym z nich kładziemy obrazek treści religijnej lub różaniec – symbol zakonnego życia, pod drugim monetę – na znak przyszłego majątku, pod trzecim obrączkę – symbol szybkiego zamążpójścia. Pod czwartym nie kładziemy nic – to przepowiednia staropanieństwa (starokawalerstwa). Następnie losujemy kubeczki i z bijącym sercem odkrywamy co się pod nimi kryje…

szkolne Andrzejki

KOLOROWO-ANDRZEJKOWO
Losowanie kolorów.  Uczestnicy zabawy siedzą w kręgu i losują karteczki w sześciu kolorach. Osoba, która wylosowała dany kolor wstaje, a „wróżka” czyta przestrogi na przyszłość, odpowiadające kolorom wylosowanych kartek. I tak:

czerwony – Oj, te zgubne słodkości! Jeśli nie ograniczysz batoników i cukierków to w przyszłości będziesz musiał być częstym gościem u dentysty.
zielony – Bądź ostrożny w drodze do szkoły.
żółty – Bardziej dbaj o swoje zdrowie, cieplej się ubieraj.
niebieski – Pilnuj swoich rzeczy, bo w powietrzu czai się zguba.
biały – Pijesz za mało mleka!
czarny – Unikaj nieporozumień, a wszystko będzie wokół radosne i kolorowe.

albo

biały – szczęście
czerwony – jesteś bardzo lubianą osobą!
czarny – drobny pech
żółty – ktoś zazdrości ci dobrej oceny!
fioletowy – czeka cię miła niespodzianka
szary – smutek
zielony – spełnią się Twoje marzenia

MAGICZNY KRĄG NA ANDRZEJKI
Uczestnicy siadają wokół kręgu – każde po kolei rzuca dwiema kostkami do gry tak by trafić w karton.

Po rzucie liczymy oczka, bez tych, które poleciały poza kartonowy krąg.

Wynik to wróżba na przyszły rok
1. w tym roku znajdziesz nową pasję lub talent
2. poznasz nowego przyjaciela lub… wreszcie dostaniesz zwierzątko
3. niedługo dostaniesz naprawdę wspaniały prezent
4. wycieczki i wesołe przygody
5. piątki w szkole, pochwały w przedszkolu!
6. nauczysz się nowego sportu (może jazdy na rolkach lub na nartach?) i będziesz zachwycony/a!
7. zostaniesz królową lub królem karnawałowego balu! Szykuj już kostium!
8. w tym roku polubisz coś czego nie znosiłaś/eś (szpinak? czytanie? wizyty w operze?)
9. czekają cię cudowne i pełne przygód ferie zimowe
10. w tym roku szczęście będzie Ci dopisywać we wszelkich konkursach
11. pogodzisz się z kimś kogo nie lubiłeś/łaś
12. w tym roku czekają cię same wspaniałe chwile i drobne kłopoty nie zdołają zepsuć Ci humoru

ANDRZEJKOWE SZPILKI
 Szpilki wkładamy do kubeczka, potrząsamy nim i wysypujemy szpilki na stół pokryty obrusem, tak długo aż w układzie rozpoznamy jakąś literę. Następnie odczytujemy litery, jakie zostały utworzone przez rozsypane szpilki.

A – przed tobą podróż lub przeprowadzka
E – pomyślność w szkole
H – szczęście w miłości
K – sukcesy w nauce i towarzystwie
L – uważaj na złodziejaszków kieszonkowych (jeżeli litera jest odwrócona – ostrzega przed chorobą lub wypadkiem)
M – wyjątkowo korzystna propozycja
N – dobra passa w najbliższej przyszłości
T – pomoc oddanych przyjaciół
W – uważaj na oszustów wokół ciebie
V – ktoś będzie chciał cię wykorzystać
X – szczęście sprzyja ci we wszystkim.

ANDRZEJKOWA WRÓŻBA Z BUTELKĄ
Z kartonu wycinamy koło, dzielimy na sześć części. Na każdej części koła zamieszczamy andrzejkową wróżbę. Na butelce malujemy „magiczne” znaki. Kiedy zaczarowane koło jest gotowe – zadaniem jest kręcić butelką i odczytywać wróżby. Wróżbę wskazuje szyjka butelki.

Wróżby:
– czeka cię niespodziewany ale udany wyjazd
– niedługo wizyta u dentysty
– niebawem dostaniesz śliczny prezent
– czeka cię miłą niespodzianka
– zaprzyjaźnisz się z nową osobą
– wygrasz nagrodę w konkursie

ANDRZEJKOWA WRÓŻBA Z MONETĄ
Każdy dostaje grosik i ustawia się w kolejce, wymyśla sobie jakieś życzenie. Następnie tę monetę rzuca z odległości do miski. Jeżeli moneta wpadnie życzenie się w tym roku spełni.

Oczywiście powyższe propozycje, opisy można dowolnie modyfikować i  dostosować do zgromadzonego towarzystwa.

I jeszcze taka ciekawostka. Ponieważ Andrzejki to nie tylko wróżby, w niektórych rejonach kraju np. na Rzeszowszczyźnie wierzono, że w tę noc schodzą na ziemię dusze potępieńców. W celu ich odstraszenia rozpalano niewielkie ogniska tzw. „ognie Świętego Andrzeja”.

Na koniec wrzucę Wam jeszcze kilka przysłów, które wywróżą nam przyszłość:)

·         Gdy święty Andrzej ze śniegiem przybieży, sto dni śnieg na polu leży.

·         Śnieg na Andrzeja dla zboża zła nadzieja.

·         Na świętego Andrzeja trza kożucha dobrodzieja.

·         Jeżeli na świętego Andrzeja wiatr i mgła, to od Bożego Narodzenia będzie sroga zima.

·         Gdy w Andrzeja deszcz lub słota, w grudniu drogi bez błota.

·         Święty Andrzej wróży szczęście i szybkie zamęście.

·         Na świętego Andrzeja dziewkom z wróżby nadzieja.

·         Noc Andrzeja św. przyniesie nam narzeczonego.

Drodzy Czytelnicy, a może znacie jeszcze jakieś zabawy andrzejkowe?? Chętnie je poznamy i zabawimy się, może wywróży się nasza przyszłość?

Źródło zdjęcia: Flickr

Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
ewka
ewka
9 lat temu

w tym roku nie balowaliśmy, alej ak córka podrośnie na pewno będziemy sie swietnie bawic korzystajac ze wskazówek

magdalena446
magdalena446
9 lat temu

I jak Wasze wróżby???

Milena Kamińska
4 lat temu

Nie wierzymy, nie korzystamy z usług wróżki a wróżby andrzejkowe tylko dla zabawy w szkole i przedszkolu

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close