Niania na medal


Poniedziałek godzina 9.55 – Aleks z noskiem przyklejonym do szyby. Za 5 minut przyjdzie „nasza niania” – tak wszyscy mówimy o Sylwii, która od roku opiekuje się naszym synkiem. Aleks polubił ją od pierwszego wejrzenia. Zdarzało się również, że płakał, gdy jej czas pracy się kończył i wychodziła do domu. Czy nie jestem zazdrosna? – pytają mnie często koleżanki. Skąd taki pomysł! Jestem szczęśliwa, że moje dziecko ma kolejną cudowną osobę w swoim życiu, że kreatywnie spędza czas i że dzięki tej fajnej dziewczynie mam dwa razy w tygodniu trochę czasu dla siebie.

Skąd „nasza niania” się u nas wzięła?

Jako rodzice pracujący szukaliśmy najlepszego sposobu, by Aleks miał z kim spędzić czas, gdy pracujemy. Mimo, że mój mąż pracuje w domu i w razie czego jest pod ręką, to jednak większość swojego czasu musi poświęcić firmie. Od razu założyliśmy, że nie chcemy by Aleks był dla kogokolwiek obciążeniem – jeśli dziadkowie chcą z nim spędzić czas, to świetnie, ale nie wyobrażaliśmy sobie, by było to na zasadzie przymusu i ich obowiązku. Podzieliliśmy się z naszymi rodzicami pomysłem o zatrudnieniu niani, a z ich strony wyszła propozycja dodatkowej pomocy: mama męża z wielką przyjemnością zarezerwowała wtorki, zależało jej, by mieć wspólny dzień babci i wnuka, a mój tata postanowił obstawić dwa dni na spędzanie czasu ze swoim jedynym wnusiem – super! Z prostego rachunku matematycznego wyszło, że niania potrzebna byłaby 2 dni w tygodniu.

Z jednej strony ulga, że nie zrujnujemy naszego domowego budżet, z drugiej – wątpliwości:

Która opiekunka będzie na tyle dyspozycyjna, by poświęcić czas od rana do popołudnia naszemu dziecku, rezygnując z pracy na pełen etat i pozwoli sobie na pracę tylko dwa razy w tygodniu?

Nianię postanowiliśmy szukać w Internecie. Znalazłam portal, który pomaga znaleźć opiekunkę. Zamieściłam ofertę pracy, dokładnie opisując, czego oczekujemy (pomocy tylko w dwa dni w tygodniu), żeby na wstępie uniknąć nieporozumień. Jakie było moje zaskoczenie, gdy w ciągu pierwszych 24 godzin zainteresowanych pracą było ponad 30 pań!

To był moment kiedy dokładnie musieliśmy się określić, kogo tak naprawdę szukamy. I jak wybrać ze stosu ofert nianię idealną? Śmialiśmy się, że decydującym kryterium będzie uroda potencjalnej niani – tylko, że w tej kwestii ja i mąż mieliśmy skrajne opinie ;). Mąż zostawił mi etap przebrnięcia przez wszystkie nadesłane cv. Na wstępie postanowiłam wyeliminować oferty, które intuicyjnie mi się po prostu nie podobały. Następnie odrzuciłam wszystkie starsze panie – Aleks ma dziadków i pradziadków, więc nie potrzebował kolejnej babci. Poza tym wydawało mi się, że młode dziewczyny zazwyczaj mają więcej energii, jeszcze im się chce, a zabawę umieją organizować tak, by dzieci się rozwijały. Z racjonalnego punktu widzenia, odrzuciłam też mieszkanki miast, z których do naszego domu miałyby ponad 15km. Nie zależało mi też szczególnie na doświadczeniu – przyjęłam, że młode dziewczyny, szybko się uczą, mają zapał i są pomysłowe, najważniejsze jest, żeby po prostu lubiły dzieci. Zostało kilka ciekawych propozycji, muszę w tym momencie dodać, że mimo wcześniejszego założenia nie dyskryminowałam dziewczyn ładnych ;).

Przyszedł czas na rozmowy w cztery oczy. „Casting” odbywał się z udziałem moim, męża i Aleksa (jest on otwartym chłopcem i dobrze znosi kontakt z nowymi ludźmi). Niestety mimo, iż był bardzo komunikatywny (choć niewiele jeszcze wtedy mówił), większość kandydatek nawet nie próbowała nawiązać z nim kontaktu. Jedna – na wszelkie próby naszego synka, by zwróciła na niego uwagę – odpowiadała półsłówkami (których zresztą nie trawię): cio? nio! Za to każda na nasze pytania odpowiadała tak, jak przystało na wzorcową nianię.

Sylwia na „rozmowę kwalifikacyjną” przyszła punktualnie w spodniach i sportowych butach (jej poprzedniczka miała tak wysokie szpilki, że moja wizja przedstawiająca ją, pchającą terenowy wózek z Aleksem była wręcz komiczna). Chyba miała też kucyki. I była ładna. Usiadła na podłodze. Aleks dał jej kartkę i kredkę i domagał się, żeby narysowała mu : „hau, hau” Narysowała. Potem jeszcze jednego psa i jeszcze następnego… Z nami rozmawiała, jakby przy okazji, ale bardzo rzeczowo…Była opanowana i spokojna. Okazało się, że jest dyspozycyjna, bo studiuje w weekendy i mieszka od nas rzut kamieniem …

I została „naszą nianią”. Każdego dnia coraz bardziej zjednuje nas, a co najważniejsze serce Aleksa. Może godzinami z naszym maluchem malować farbami, ja zazwyczaj szukam czystszych zabaw z moim synem. Świetnie organizuje czas, który z nim spędza. Niejednokrotnie zauważa coś, co mi gdzieś umknęło (ostatnio przyniosła Aleksowi nowe farbki, bo po starych zostały puste słoiczki).

Czy jest idealną nianią? Hmm… pewnie nie (znalazło by się kilka niedociągnięć), tak samo jak ja nie jestem idealną mamą.

Teraz przebywam na urlopie wychowawczym, ale niania z nami została. Nadal przychodzi dwa razy w tygodniu, a ja w tym czasie nadrabiam domowe zaległości, lub po prostu mam czas dla siebie. Aleks w poniedziałkowe i piątkowe ranki budzi się z pytaniem „Kiedy będzie niania?” – uwielbia ten czas, który z nią spędza. I jest o nią zazdrosny – gdy wchodzę do pokoju, oni lepią z ciastoliny, słyszę prośbę mojego najukochańszego synka: Mamooo, idź! I wychodzę… z uśmiechem… Chyba mamy szczęście do ludzi!

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Zanim zaszłam w ciążę,tak jak Sylwia zajmowałam się dzieckiem (tylko ja byłam nianią 5dni w tyg. ;-) ) i powiem Ci Basiu,że fajnie jest spojrzeć na tę sprawę z drugiej strony -oczami rodzica :-) Wyobrażam sobie jak musiały wyglądać rozmowy rodziców mojej podopiecznej :-) Co o mnie myśleli?Czy byli zazdrośni (złapałam świetny kontakt z ich dzieckiem) ? :-)
    Wtedy jeszcze mamą nie byłam więc większego doświadczenia nie miałam,a mimo to dostałam kredyt zaufania,za co bardzo dziękuję :-)
    Z punktu widzenia niani -oby było więcej takich otwartych rodziców :-)
    Z punktu widzenia rodzica -oby było więcej takich fajnych,kreatywnych niań ;-)

    Super text!! ;-)

  2. świetny tekst, który dał mi trochę do myślenia, jako mamie.

  3. Tekst swietny:). Nasza sytuacja wyglada tak, ze mieszkamy w innym kraju z daleka od naszych rodzin, wiec jestemy zdani wylacznie na siebie. Postanowilimy znalezc nianie, ktora przychodzilaby od czasu do czasu zajac sie maluszkiem, jesli oboje bedziemy musieli gdzies wyjsc, czy chociazby bedziemy chcieli spedzic czas razem we dwoje, czy tez azebym ja miala chociaz 2 h dla siebie i mogla odpoczac, czy zrobic zakupy itd. Szukalismy dlugo, bo to bardzo wazna decyzja. Az w koncu znajomi powiedzieli, ze znaja dziewczyne, ktora jest opiekunka, wszyscy ja chwala, ma 22 lata, studiuje, wiec latwiej bedzie mozna zorganizowac czas. Jak przyszla rozmawialismy z nia dlugo, a jak zaproponowalam kawe powiedziala, ze chetnie potrzyma synka i zajmie sie nim na ten czas, kiedy ja bede zajeta. Po raz pierwszy dawalam moje dziecko w czyjes obce rece i patrzylam na wszystko jak ona go trzyma, czy bezpiecznie, czy maly czuje sie dobrze w jej rekach. Ona trzymala go,a mial wtedy 2 miesiace skupiona byla na nim i rozmawiala ze mna. Potem zaproponowala, ze go przewinie, oczywiscie patrzylam jak to robi. Powiedziala, ze uwielbia dzieci, ze sama jest z duzej rodziny. Czy jest ladna? Tak mi sie wydaje, no i mlodsza, wiec jako kochajaca zona bralam pod uwage rowniez i to. Nam chodzilo o zajmowanie sie malym od czasu do czasu, jak zajdzie taka potrzeba, jak i maz i ja bedziemy musieli wyjsc. Synek zawsze dobrze sie z nia czul. Niedlugo po porodzie okazalo sie, ze jestem w drugiej ciazy :).Potem maz mial wypadek i ja musialam kursowac miedzy szpitalem i mieszkaniem, wiec zostawala z malym czesciej. Synek ma 7 miesiecy, raczkuje. Zawsze moge na nia liczyc, maly dobrze czuje sie w jej towarzystwie, usmiecha sie, razem sie bawia, ona swoja uwage skupia na nim i zawsze jak wracam wszystko mi relacjonuje. Z tego co widze maly ja lubi i z wzajemnoscia, nie ma problemow jak zostaja sami, a i ona bardzo mi pomaga, to w sumie 3-4 h na dzien i juz niedlugo maz wraca do domu. Czy jestem zazdrosna? Troche tak, ale synek czuje sie z nia bezpiecznie, a ja w tym czasie moge zrobic pare innych rzeczy :)

  4. Oj, jak ja bym chciała trafić na taką nianię.
    Aktualnie trwa u mnie casting i ….
    Ciężka decyzja.
    Boję się strasznie!!!

    1. Trzymam kciuki by i Tobie się poszczęściło!

  5. My,Mamy chyba zawsze,w jakimś tam stopniu będziemy zazdrosne o swoje dzieci.. :-) Taka Nasza natura :P ;-)

  6. świetne podejście do sprawy, mam to szczęście, że nie wracam na razie do pracy i nie muszę sie decydować na oddanie synka pod opiekę kogoś obcego, ale jeśli bedę musiała, na pewno mi się te kilka rad przyda :)

  7. Życie jest okrutne i dopisało cdn do tej historii… tytułowa Niania na Medal znalazła stała pracę…przed Aleksem następne doświadczenie ,już beznianiowe(?) ;)

    1. Dokładnie tak, jak napisał Hepik – “nasza niania” znalazła pracę i jestem właśnie na etapie szukania klubiku dla synka. Będzie to kolejny krok do przodu – bez mamy, ale już w grupie z innymi dziećmi. Aleks ma 2 lata i 4 miesiące, więc myślę, że to dobry moment. O moich poszukiwaniach i doświadczeniach, które nabędę, na pewno napiszę. Trzymajcie kciuki!
      A “naszej niani” Sylwii bardzo dziękuję za rok świetnej pracy!

      1. Będziemy mocno trzymać kciuki :)
        Myślę że wspólne spędzanie czasu z rówieśnikami to fajna sprawa dla takiego dziecka (w tym wieku) nie tylko w kwestii zabawy ale również w kwestii nauki i rozwoju :)

  8. Droga mamo!

    Masz szansę wykazać się i wziąć udział w naszym konkursie.
    Nagrodą jest, aż 500 zł, które możesz wygrac dla swojego dziecka!
    Więcej na: http://akuku-akuku.blogspot.com/2011/09/konkurs.html
    Czekamy na Twoje zgłoszenie!

  9. (nie)Magda(lena)

    ja byłam nianią i bardzo to lubiłam, ale stojąc teraz z drugiej strony chyba bałabym się wyboru odpowiedniej niani:)

  10. Ja jestem obecnie nianią aż 3 szkrabów ,8 miesięcy,i dwójka po 2,5 roku,za tydzień na stałe zostaje mi tylko jeden 2,5 latek i 8 miesięczny-wszyscy chłopcy))Nie jest lekko ,ale jak wesoło.Pilnuję ich u siebie w domku .Rodzice zadowoleni a ja spełniona prawie zawodowo,z zawodu jestem Terapeutką Zajęciową ,praca ze starszymi ludzmi a tu masz dzieci ))Pozdrawiam nianie i mamy))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Ciąża ten (nie zawsze) piękny czas


Poniższy post jest pierwszym na naszym blogu wpisem gościnnym autorstwa Pati – młodej mamy do szaleństwa zakochanej w swoim synku i mężu. Szalonej wariatce z sercem na dłoni. Uzależnionej od czekolady i sałatki greckiej. Zespół bloga W roli mamy dziękuje za pracę nad stworzeniem interesującego wpisu.

Każda kobieta pragnąca dziecka, w dniu kiedy dowiaduje się, że zostanie mamą, jest najszczęśliwszą osobą na świecie. Tak było i w moim przypadku. Pozytywny test ciążowy, potwierdzony badaniem lekarskim wprawił mnie i męża w stan euforii. Moje życie uległo już wtedy zmianie – wszystko co robiłam, było tylko dla maleńkiej istotki pod moim sercem. Czytałam dużo książek o ciąży i macierzyństwie, “buszowałam” po Internecie. Chciałam wiedzieć wszystko. No i zaczęło się wielkie planowanie, co i kiedy kupimy, kiedy zaczniemy przygotowywać pokoik dla dziecka, szkoła rodzenia, aerobik dla ciężarnych itd… itd… Dzidziuś rozwijał się świetnie, czułam ruchy i byłam w świetnej formie…

Pewnego dnia pod koniec 21 tc obudził mnie ból brzucha, pojechałam do szpitala i okazało się że mam rozwarcie (!!) Lekarze podali mi leki, co na szczęście zahamowało akcję porodową ale i zahamowało moje szczęście i radość oczekiwania. Okazało się, że do końca ciąży muszę leżeć plackiem. Zaczęła się walka o każdy dzień małego w moim brzuchu, o jego życie i zdrowie. Zastanawiałam się całymi dniami, dlaczego to właśnie mnie spotkało, dlaczego jak inne mamy nie mogę cieszyć się ciążą, spędzać aktywnie czasu, kupować wyprawki. Nie przyszło mi nawet do głowy, że coś pójdzie nie tak, bo przecież te wszystkie kobiety w ciąży w reklamach, filmach czy na zdjęciach są takie szczęśliwe i uśmiechnięte. Nie mówi się i nie pokazuje tych leżących w szpitalu i walczących o swoje maluszki. Moje wyobrażenie o ciąży brutalnie się zmieniło. W szpitalu było ciężko, czasem nawet bardzo. Ja – kobieta aktywna, która nie mogła usiedzieć w miejscu dłużej niż godzinkę, nagle musiała leżeć plackiem przez kilka tygodni w szpitalu, podłączona do kroplówek (na widok igły zawsze ogarniała mnie panika).

Nie to było najgorsze – najgorszy był strach o moje maleństwo, które tak beztrosko pływało u mnie w brzuchu i od czasu do czasu dawało znać o sobie kopniakiem. Dziecko którego tak naprawdę nigdy jeszcze nie widziałam, nie znałam, a tak mocno kochałam, za które byłam gotowa oddać życie. Właśnie ta miłość przegoniła załamanie, które mnie dopadło po 3 tygodniach leżenia. Powiedziałam sobie wtedy – “to wojna! i ja ją wygram!!” Nie obyło się bez gorszych dni, ale nie pozwoliłam sobie na słabość dłuższą niż jednodniową. Najgorsze były święta, które musiałam spędzić w szpitalu. Od czasu do czasu, gdy najgorsze niebezpieczeństwo minęło, wychodziłam ze szpitala na kilka dni do domu.  Wyprawkę kupowałam przez Internet, bo nawet w domu musiałam ciągle leżeć (WC było jedynym miejscem do którego mogłam wyjść). Mąż przygotował wszystko z pomocą moich rodziców i jakoś wspólnymi siłami dotrwaliśmy do końca. W 36 tc urodziłam zdrowego chłopca. Ważył 3026 g. Bałam się o jego zdrowie, bo byłam faszerowana lekami. Na szczęście wszystko jest dobrze.  Jak zaczęła się akcja porodowa to poczułam ulgę, że dotrwałam i ogromną radość, że zobaczę swojego synka. I wiecie co?? Jestem cholernie dumna z siebie bo wygrałam swoją “wojnę”.

Nie napisałam tego, aby kogoś straszyć, odwodzić od macierzyństwa – napisałam to po to, żeby przyszłe mamy wiedziały, że i takie coś może się zdarzyć. Ale to jest do przejścia! A mamom, które teraz leżą w szpitalu i może to czytają, życzę dużo siły! I pamiętajcie – będzie dobrze! Matka dla swojego dziecko zrobi wszystko i jest w stanie wiele znieść!

Pod moim sercem, inne bije serce…
Nieznane, a jakże bliskie i jakże kochane.
Pod moim sercem małe rączki dziecka,
cichutko pukają do mojego serca.
Myślę, sobie wtedy: może być wspanialej?
Noszę w sobie życie, które Bóg mi daje!

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Wzruszyłam się czytając ten tekst! Obecnie sama jestem w ciąży (13 tydzień) tak jak pisze autorka w tej chwili wszystko robię z myślą o maleństwie, które noszę w brzuszku. Jest dla mnie najważniejsze na świecie i choć nie dopuszczam sobie myśli, że coś mogłoby być nie tak to wiem, że dla tego małego szkraba zrobiłabym wszystko na świecie.

  2. (nie)Magda(lena)

    Tekst bardzo poruszający, pokazujący wielką miłość matki do nienarodzonego jeszcze dziecka, siłę walki o jego życie, mówiący o tym, że kobieta jest zrobić wszystko, by tylko ciąża zakończyła się szczęśliwie. Mówi też o tym, że jesteśmy faszerowani fałszywymi obrazami o ciąży, które pokazuje tylko piękne chwile z punktu widzenia estetycznego- mama z uśmiechem na twarzy, beztrosko czekająca na narodziny. Tyle ode mnie :)

  3. Dziękuje Wam bardzo za ciepłe słowa!! a Tobie Madziu życzę aby ciąża przebiegała wzorowo i szczęśliwego rozwiązania :) będę trzymać kciuki!!

    1. Dziękuję serdecznie!

  4. Tekst bardzo mnie poruszył. Moja ciąża przebiegała bezproblemowo, ale moja córka bardzo mało się ruszała, co spędzało mi sen z powiek. Kiedy trafiłam do szpitala z tego właśnie powodu lekarze podjęli decyzję o cięciu cesarskim. Na szczęście był to 38 tydzień i ciąża była donoszona, ale nigdy bym nie pomyślała, że będę mieć cesarkę. Ukończyłam z mężem szkołę rodzenia, przygotowywałam się do porodu naturalnego. Koszula do porodu, ulubiona muzyka, woda do picia, decyzja męża o wspólnym porodzie. Pocięli mnie jak mąż był w pracy, na szczęście poinformowany przez koleżankę z sali, zdążył przyjechać gdy małą wyciągnęli i usłyszeć jej pierwszy płacz… :)
    Życzę wszystkim przyszłym mamom sił i prawidłowego przebiegu ciąży :)

  5. Ciąża to czas w którym nic nie można sobie zaplanować…

  6. Wzruszyłam się.Gratuluję wygranej walki!I życzę każdej mamie będącej w podobnej sytuacji,aby jej walka zakończyła się sukcesem ;)

  7. Tekst bardzo mnie poruszył i przywołał wspomnienia. Moja ciąża przebiegała bezproblemowo do 32 tc gdy na kontroli okazało się że zaczęta jest akcja porodowa i rozwarcie na 4 cm. Nie odczuwałam skurczów. Szybka decyzja: Szptal ja w szoku niedowierzam. Jak to już mam rodzić!! Na porodówkę zawieźli mnie na wózku, podali zastrzyki na rozwój płucek i inne specyfiki, kroplówki. Akcję powstrzymano. Do 36 tc leżałam plackiem zupełnie zdama na “obsługę” personelu i męża. Podobnie jak autorka codziennie martwiłam się o zdrowie maluszka i walczyłam. 2 tyg. leżałam z pełnym rozwarciem. W 36 tc urodziłam synka z wagę 2650 g. Zdrowiutkiego. Pierwsze bóle kręgosłupa i skurcze przepowiadające porod były wybawieniem, ulgą od ciągłego leżenia i szpitala. Z utęskinieniem czekałam na dzien powrotu do domku. Po porodzie mój lekarz powiedziaże obstawiali iż powstrzymają poród góra 2 tyg., że zaskoczyłam wszystkich i chyba gdyby nie moja determinacja to same leki nie zdziałały by tego. Życzę każdej mamie, aby jej ciąza przebiegała bezproblemowo do samego konca, a tym które codziennie walczą o każdy dzień maluszka w brzuszku wytrwałości i wiary w swoje siły :) Miłośc matki pozwoli wszystko wytrzymać i znieść byle dzieciątko było zdrowe.

  8. Sylwia też przeszłaś swoje ale wygrałaś!!! najcenniejszą nagrodę-dziecko! ja wiem,że jeśli była by taka potrzeba to leżałabym i 9 mc…ale oby kolejna ciąża była “książkowa” :)

    1. Tego sobie i innym mamom życze :D

  9. Gratuluję wygranej walki i tego jak pięknie o tym piszesz :) nie znamy naszych maleństw a już je kochamy i potrafiłybyśmy oddać za nie życie, tylko Mama tak potrafi :)

  10. Wtedy nie czytałam, ale teraz bardzo chętnie:)

  11. Niestety, nie wszystkie przyszłe mamy mają “łatwe” ciąże :( Tak, to już jest.
    Piękny wiersz na końcu!!!

  12. Gratuluję maleństwa.
    Ja pierwszą ciążę przechodziłam bez komplikacji, a druga od 12 tc leżenie plackiem, o tyle dobrze, że w domu, a nie w szpitalu. Od 24 tc rozwarcie na 7 mm. Córeczka urodziła się w 38 tc, jest zdrowa. A też ile łez się polało ehhh

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Taniec z gwiazdami, czyli jak Bartek nie chciał spać


Noc to czas przyjemności snu, na który czeka z utęsknieniem każdy styrany rodzic. Odpoczynek- słowo klucz. Z reguły nie wiem jak wygląda noc, ponieważ mam zamknięte oczy, podobnie jak reszta mojej familii. Niestety jak to w moim życiu bywa,  czasem nawet w nocy nie brakuje niespodzianek. I nie chodzi mi o zabrudzoną pieluszkę, czy nagły głód karmionego przed godziną smyka.

Gdy jak co noc zawlekałam się powłócząc nogami do sypialni i z ulgą runęłam jak długa na łóżko, zza szczebelków łóżeczka dobiegło mnie radosne „ma-ma”. Zazwyczaj gdy moje syniątko mówi do mnie to cudowne słowo, jest dzień. W nocy dnia nie było, wiec dając całusa w czółko Młodego odłożyłam go na poduszkę. I tak było raz, piąty, dziesiąty. Przy setnym razie „ma- ma” i skakania po łóżeczku zerknęłam na zegarek – 1 nad ranem, zgroza, od godziny powinnam spać, a nie śpię. Ani ja, ani Bartek. Odkładanie nie pomogło, czas na zmianę taktyki. Ignorowanie, oto moja nowa broń w walce z wygłupami syna. Ignoruję, zamykam oczy, a Bartek na odwrót. Ignorowałam tak Młodego do 2 nad ranem. W tym czasie moje dziecię samodzielnie nakręcało karuzelę nad łóżeczkiem, do momentu aż jej nie rozkręciłam, szarpało baldachimem, który zdjęłam w akcie rozpaczy.

W trzeciej godzinie bartkowej zabawy należało po raz kolejny zmienić taktykę. Myślę sobie: Ja Matka – Ja każę, Ty Synek – Ty robisz. Gdy tym razem Młody wstawał, ja go odkładałam, kładłam się do łóżka, on wstawał, ja wstawałam, on rzucał się ze śmiechem na poduszkę. I tak w kółko. Pewnie pękła bym z dumy, że mam takie bystre dziecko, gdyby nie minęła tak kolejna godzina. Mimo heroicznej walki  poniosłam klęskę, nawet wiedza z mądrych poradników nie pomogła okiełznać mojego syna, więc łamiąc wszelkie zasady położyłam dziecko do siebie. Padł jak kawka, a ja chwilę później musiałam wstać. Jawna niesprawiedliwość, jednak tak jest, Ty Synek –Ty każesz- Ja Matka – Ja robię. Póki co.

I nie chcę tu nikogo straszyć worami pod oczami po takiej imprezie, takie uroki rodzicielstwa, i czy ktoś lubi „tańczyć z gwiazdami” czy nie ma na to najmniejszej ochoty, to właśnie rodzic tańczy, jak mu dziecko zagra. A trzeba pamiętać, że nie zawsze gra czysto

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Dzieci czasem mają inne plany od naszych. Właściwie to przeważnie są to inne plany :)

  2. Super tekścik. Dzieciaki czasem potrafią zaskoczyć;-)

  3. Mimo że Mamie-autorce,do śmiechu zapewne wtedy nie było,to ja się uśmiałam czytając to wspomnienie z bezsennej nocy :-)
    Bardzo podoba mi się puenta -“..to właśnie rodzic tańczy, jak mu dziecko zagra.” :-) Zgadzam się z tym i uważam,że nie należy z tym walczyć :-) do pewnego momentu oczywiście.. !! ;-)

  4. Ooo!! Jakieś 15 min temu miałam kryzys…bo synuś marudzi i marudzi a śpiący jak nie wiem co…patrzę na zegarek…powinnam już starszą córcię budzić bo jak teraz nie wstanie, to będzie skakać do późnego wieczora…dziś oboje marudni…i mnie się udzieliło bo aura za oknem deszczowa…
    i tak raz jedno na mnie wisi raz drugie…a bywa, że oboje :D bo dwa kolana mam więc na jednym jedno a na drugim drugie dziecię :D
    synuś w końcu zasnął…córci dam jeszcze chwilę pospać…no cóż…muszę choć na chwilę pobyć sama i wyciszyć się by mieć siłę do dalszego działania :)

    1. no i już sobie odpoczęłam…synuś już wstał! i córcia też :)
      miłego deszczowego popołudnia!

  5. Tak tak Bartosz potrafi zmieniac plany, pokazuje że chce spać a jak kładziesz to on wstaje :) Musisz go rano mocno wymęczyć, żeby jak przyjdę poszedł spać :)

  6. nie raz wylądowałam o 3 rano z wózkiem na ganku ,bo mój mały szef nie chciał spać:(

  7. Pocieszające jest to, że nie tylko moje dziecko funduje podobne przyjemności ;)

  8. Kolejny fajny tekst :) czekam na więcej bo znowu czytałam z uśmiechem..u mnie taniec z gwiazdami już 2 noce pod rząd także mam dość….pozdrawiam!!

  9. Ale się uśmiałam!! Przekorny ten Twój Synek! Zupełnie jak mamusia… czasami :D

    1. Oj tam, niby że jak robi po złości, to od razu po mnie ;)?

  10. Moje dzieci nie śpią już zamknięte w łóżeczkach, więc walą od razu do mamy, wywalają tatę i dyskusji nie ma :P Potem to mi się nawet nie chce tego, któremu się akurat śniły duch/potwory/wilkołaki/lisy etc. odnosić…

  11. oj jak ja to doskonale znam… no nic trzeba przeczekać

  12. Edyta Skrzydło

    Trzeba przeczekać, zapewne z czasem się unormuje :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Mam(a) PCOS


Od kiedy tylko zaczęłam myśleć abstrakcyjnie, od kiedy zaczęłam marzyć o przyszłości, jej obraz zarysowany był dość wyraźnie. Ja – mama, żona. I właściwie tylko tyle. Niczego więcej nie potrzebowałam. I przyszedł dzień kiedy obraz miał zostać zburzony jak wieża z klocków, miał zniknąć jak bańka mydlana. Ale co ja takiego zrobiłam, żeby usłyszeć taki wyrok? Wszystko to co było najważniejsze miało ulecieć lub  pozostać tylko w sferze moich myśli? Jak się okazało było to AŻ tyle….

            Jesteśmy ze sobą kilka dobrych lat, raz było lepiej, raz gorzej – jak to w związku. I nagle przyszedł dzień wizyty u ginekologa. Miała być zupełnie zwyczajna wizyta. Ten cholerny okres się spóźniał – stres? Jednak to nie stres, też nie ciąża. Więc co? PCOS. Dlaczego mnie przyczepił się ten zespół? Dlaczego JA mam policystyczne jajniki? O nic nie zapytałam lekarza. Wyszłam i szłam przed siebie. Nie pytałam, bo problem jest mi doskonale znany. Ktoś bardzo mi bliski też „jest w posiadaniu” PCOS. Po wykonanych badaniach poszłam na kolejną wizytę. Lekarz obejrzał wszystkie świstki i spojrzał spod okularów – Chce mieć Pani dzieci? – no jasne! Co za pytanie! – pomyślałam. A co w zamian usłyszałam? – Będzie poważny problem z naturalnym zajściem w ciążę. Owulacja może być nawet co kila lat, jajeczka się nie rozwijają, poziom pani hormonów jest bliski kobiety karmiącej, więc może pojawić się laktacja. To było najgorsze co mogłam usłyszeć. Kiedy podjęliśmy decyzję o założeniu rodziny staliśmy w kolejce do wyciągu narciarskiego. To było tak naturalne jak to, że nie zjeżdża się na „krechę” na czarnym stoku, kiedy ma się trzeci raz narty na nogach. I tak staraliśmy się, staraliśmy i wciąż brak miesiączki, co wcale nie było pożądanym objawem. Pozostało mi tylko powiedzieć głośno, że nie mogę mieć dzieci. Początkowo przez gardło przejść mi to zdanie nie mogło, ale to kwestia czasu i prób. Tak sobie żyłam ze świadomością, że jestem nieudanym egzemplarzem, że nie mi wyjść za mąż, bo sumienie nie pozwoliłoby mi „skazać” tak jakiegokolwiek mężczyznę, wolałabym być sama. Mijały miesiące i zaczynałam żyć „normalnie”. Zajęłam się sobą, swoim osobistym rozwojem. I tak skończyłam jedne studia, zaczęłam kolejne, pracowałam, nadrabiałam zaległości w lekturze, towarzysko się realizowałam, żeby tylko zapełnić pustkę po czymś czego przecież nie miałam. Któregoś dnia przechodząc koło apteki, przeszła mnie myśl, żeby kupić test (nie pierwszy w mym życiu). Kilka minut później byłam już w łazience. Zajęłam się porządkami. Kątem oka, od niechcenia spojrzałam na wynik. Dwie kreski!! Sprawdziłam w instrukcji, którą dobrze znałam. Tak, wynik pozytywny. Następnego dnia byłam już u lekarza. Lekarz potwierdził. Data niesamowita : 01.04! Prima Aprilis. Ale to nie był żart. Lekarz powiedział, że to niewiarygodne i że to jakiś cud (tak to określił). I tak chodziłam z moim cudem pod sercem przez 9 miesięcy, a dziś uwierzyć nie mogę że cud ten jest mój, nasz już na zawsze. I tak oto jestem ja – MAMA.

Czasem trzeba przestać wierzyć, żeby to co oczekiwane przyszło do nas ze zdwojoną siłą.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. rozumiem doskonale. my dostaliśmy wyrok. nie będziecie mieć dzieci. nawet próby zapłodnienia nie udawały się. po 3 latach płaczów, wyrzutów dlaczego akurat my pogodziliśmy się z tym faktem i pewnego dnia po wizycie u lekarza dowiedziałam się….8 tydzień ciąży!!! co dzień patrzę na moje serduszko i dziękuje za ten dar. dostaliśmy wyrok i mamy cud

  2. popłakałam się… jednak cuda się zdarzają i trzeba w nie wierzyć :)

  3. Czasem szczęście idzie bardzo długą i okrężną drogą..ale w końcu przychodzi ;-)

  4. “Czasem trzeba przestać wierzyć, żeby to co oczekiwane przyszło do nas ze zdwojoną siłą.”
    Piękne i prawdziwe słowa.

  5. bardzo często jak pary bardzo chcą i traktują zadaniowo ciążę to nic z tego nie wychodzi… a jak się poddają i kochają się ze sobą dla przyjemności z zaskoczenia okazuje się, że pojawi się w rodzinie nowy ktoś…

  6. czasami trzeba się poddać żeby coś dostać. tak było w moim przypadku i u Magdy po trochę też

    1. Dokładnie tak, choć gdzieś zawsze tli się iskierka nadziei :)

  7. Niestety zdarza się i tak – dobrze,że poruszyłaś ten temat…myślę,że to problem który dotyka coraz więcej kobiet. Dobrze,że u Was się skończyło tak wielkim cudem jakim jest bobasek :)

  8. w moim przypadku było podwójne uderzenie, u męża też był problem. o tym też się nie mówi a jest ogrom mężczyzn, którzy są chorzy.

  9. moja przyjaciolka ma PCOS i jest szczesliwa mama 3 dzieci. Nadzieje trzeba miec zawsze :)

  10. w upragniona ciaze naturalna zaszlam w drugim cyklu staran , pojawily sie plamienia i bole,mimo lekow w 3cim miesiacu mialam zabieg, ciaza sie nie rozwijala i obumarla, ,,,wpadlam w depresje, zaczelam robic wszystkie badania, wydalam kilka tys zlotych, dopiero po 1,5 roku trafilam na lekarza ktory stwierdzil pcos, do drugiej ciazy podeszlam na lekach clo, w pierwszym cyklu sie nie udalo, pecherz urosl na giganta ale nie pekl, owulacji nie bylo za to byla torbiel ktora musialam leczyc, podejscie drugie zrobilam po 6 miesiacach, zaszlam i urodzilam synka :) oprocz pcos mam minusowa grupe krwi, psychicznie nie jestm gotowa na drugie dziecko,ale boje sie ze jak podejme taka decyzje to moze byc juz za pozno…:( pozdrawiam wszystkie pco-wiczki !!

  11. Jagoda Polak-Wątor

    Tez mam PCOS tylko ze ja leczylam sie 6 lat az w koncu uslyszalam ze pozostaje mi in vitro. Nie dawalam juz rady psychicznie odpuscilam chcialam odpoczac i wrocic do tematu po pol roku. Odstawilam leki pozegnalam sie z dr i ot tak w pierwszym mcu zaszlam w ciaze. Ot tak .. cud? I to jaki! Dzis synek ma 3,5 roku a ja zaczynam druga walke o maluszka.liczac znowu na kolejny CUD

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku