To nie lenistwo, to choroba!


Prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – tendencja, utożsamiana z odwlekaniem, opóźnianiem lub przekładaniem czegoś na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia. – tak twierdzi ciocia Wiki.

Prokrastynacja to fajne słowo. Dużo fajniejsze niż lenistwo. Zamiast mówić, że mam lenia, wolę powiedzieć, że mam atak prokrastynacji. W końcu to choroba, a sama nazwa brzmi fachowo, czyż nie?

Efekty tejże choroby są dosyć zaskakujące, przynajmniej u mnie. Jak nie daj Bóg mam pisać, a nie mam weny na pisanie, to ho ho ho… Co prawda zleceniodawca ma gdzieś moją wenę, chce mieć gotowy tekst, ale co tam, atak choroby nie wybiera.

 

Tak więc, zamiast pisać potrafię:

– upiec ciasto

– ugotować obiad na dwa dni (a przypominam uprzejmie, że nie cierpię gotować!)

– umyć okna

– umyć podłogi

– umyć łazienkę

– zrobić ze dwa prania

– powycierać kurze i poodkurzać w każdym kątku i zakątku domu

– pójść na niecierpiące zwłoki zakupy (nic to, że mogę je spokojnie zrobić za dwa dni)

– zrobić porządek w szafie Duśki (nie wiem po co, bo za dwa dni będzie tam bajzel jak był)

– zrobić porządek w papierach, co ma jeszcze mniej sensu, bo i tak zaraz nabałaganię

– uporządkować zakładki w komputerze! – a że mam ich z tysiąc to robota na dwie godziny co najmniej. Co chwila jakieś wywalam i dodaję nowe, więc porządek wystarcza na tydzień. Oczywiście, nie muszę dodawać, że jak czegoś szukam, to pytam wujka Google, a nie moich zakładek?

– siedzieć z Duśką na podłodze i grać w bandziaki – to jedno ma trochę sensu, w końcu z dziećmi trzeba się bawić, prawda?

 

Efekt prokrastynacji zazwyczaj jest taki, że mam uporządkowane mieszkanie i zarwaną nockę. Co mnie czeka także dzisiaj…

Znacie tę przypadłość? Ja się poważnie boję, że dopadnie mnie w trakcie przygotowań do świąt, bo jakoś w tym roku wyjątkowo nie mam chęci stać przy garach…

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Chorowałam notorycznie szczególnie na studiach, jak trzeba było się uczyć do egzaminów lub pisać prace zaliczeniowe… :)

  2. Hmmm, no całkiem pospolita choroba

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wielkie gotowanie z wielofunkcyjnym robotem kuchennym Kohersen Mycook


Wychodzę z pracy i marzę, by jak najszybciej być w domu. Wracam zmęczona, ale równocześnie wypełniona radością i pozytywną energią. Padam na twarz i jednocześnie podskakuję z podekscytowania na myśl o tym, co za chwilę nastąpi. Już za moment będę się relaksowała z kubkiem gorącej czekolady przy dźwiękach świątecznych piosenek i wesołych rozmowach z mężem i synem. A w domu będzie unosił się zapach ciasta domowej roboty. Nic nie pachnie tak cudownie, jak świąteczne wypieki, a przede wszystkim te, które wyszły spod naszej ręki!

Od pewnego czasu mam w kuchni pomocnika – jest nim wielofunkcyjny robot kuchenny Kohersen Mycook. Między mną a urządzeniem pojawiła się przyjaźń od pierwszego wejrzenia i to z wzajemnością.

PROSTOTA

Nie przestraszyła mnie wielostronicowa instrukcja, bo okazało się, że robot w obsłudze jest bardzo intuicyjny, a wskazówki producenta są napisane w jasny i przejrzysty sposób. Jak się okazało – prostota jest najlepszym rozwiązaniem – łatwość korzystania i poręczność to duży atut Mycooka.

KUCHNIA W JEDNYM URZĄDZENIU

Jeśli miałabym zabrać na bezludną wyspę jeden przyrząd, to byłby to bez wątpienia mój nowy nabytek. Dlaczego? Wyróżnia go wielofunkcyjność i to, że zastępuje prawie wszystkie inne urządzenia w kuchni. Śmiało można w ferworze przedświątecznych porządków, opróżnić kuchenne szuflady, szafki, blaty i inne zakamarki z wielu dotąd niezbędnych maszyn. I się ich raz na zawsze pozbyć!

STAWIAM NA ZDROWIE – GOTOWANIE NA PARZE

Dotąd nie posiadałam parowaru i żałowałam, że nie mogę w ten sposób gotować. Teraz jest to możliwe i bardzo często wykorzystuję funkcję przyrządzania posiłków na parze. Cieszę się jak dziecko, że cały obiad robi się jednocześnie i nie trzeba brudzić trzech garnków. I wiecie, dowiedziałam się, że mój syn z rozrzewnieniem wspomina przedszkolne pampuchy z czekoladą. Teraz nic nie stoi na przeszkodzie, by mama od czasu do czasu uszczęśliwiła dziecko takim wykwintnym daniem ;)

Na zdjęciu łosoś na parze z moją ukochaną kolendrą (najchętniej dodawałabym ją do wszystkiego) podany z ryżem i truskawkowymi pomidorkami

MIKSOWANIE

Funkcja na pierwszy rzut okaz bez fajerwerków, bo przecież potrafi to każdy zwykły mikser czy blender, ale… Kohersen radzi sobie sam – nie trzeba niczego trzymać w dłoni do czasu wymieszania ciasta, ubicia śmietany czy powstania sztywnej piany. Gdy urządzenie pracuje, możemy podjąć już kolejne kulinarne kroki, albo po prostu spokojnie napić się kawy. Odkąd korzystam z Mycooka, robienie naleśników, przygotowywanie ciast, deserów i pierników nie było takie proste.

Na zdjęciu “Leśny mech” z truskawkami i jagodami – ciasto o zielonej barwie, którą nadaje mu dodatek szpinaku

BLENDOWANIE

Nigdy nie udało mi się zrobić tak kremowych zup, jak w tym urządzeniu. Dzięki ostrym nożom i mocy silnika po wybraniu wysokich obrotów, warzywa zamieniają się w delikatną, gładką zupę krem. I to w ciągu kilkunastu sekund. Cieszę się, bo bez porywania się z motyką na księżyc mogą przygotowywać na co dzień bardziej wyszukane zupy. Żałuję, że nie miałam Kohersena Mycook, gdy synek był mały – wykorzystałabym go do gotowania obiadków i deserków. Warzywa i mięso na parze, potem noże na wysokich obrotach w ruch i zdrowy posiłek gotowy.

Na zdjęciu krem z pieczarek, który podaję z kleksem śmietany, grzankami i natką pietruszki.

DOMOWA PIEKARNIA

Nigdy nie zapomnę satysfakcji, gdy upiekłam swój pierwszy w życiu chleb – pachnący, ciepły bochenek z chrupiącą skórką. Jednocześnie byłam zaskoczona, że to jest tak proste. Wystarczy wrzucić niezbędne składniki, dopełnić ulubionymi dodatkami (słonecznikiem, siemieniem lnianym, sezamem, pestkami dyni) i włączyć odpowiedni tryb. Na tym rola Mycooka się kończy, resztę roboty musi dokończyć piekarnik.

Na zdjęciu chleb żytni ze słonecznikiem

DOMOWA PIZZERIA I NIE TYLKO

Aby dobrze wyrobić drożdżowe ciasto przydatny jest tryb interwału, który obraca masę raz zgodnie ze wskazówkami zegara, a raz w przeciwnym kierunku. W rezultacie ciasto na pizzę, drożdżówki zawsze pięknie wyrastało, a wypiek udawał się na piątkę z plusem.

Na zdjęciu domowa pizza z pieczarkami, pomidorami i salami

INDUKCYJNE GOTOWANIE I SMAŻENIE

Jestem fanką  przygotowywania potraw w możliwie szybki sposób, z wykorzystaniem jak najmniejszej liczby naczyń – opanowałam do perfekcji gotowanie w Kohersenie. Naczynie główne ma pojemność dwa litry, co wystarcza, by przygotować np. zupę dla czteroosobowej rodziny. Nas jest trójka, więc jedna osoba może dostać dokładkę ;) Zastosowana technologia indukcji znacznie skraca czas gotowania, a możliwość regulacji temperatury nawet do 120 stopni i funkcja saute pozwala nawet podsmażać potrawy. Ciekawa jestem czy korzystanie z gotowania indukcyjnego obniży straty energii i co za tym idzie, nasze rachunki za prąd? À propos oszczędzania muszę wspomnieć o dublowaniu czasu – składniki umieszczamy w Mycooku, odpalamy i tyle, nie musimy ciągle stać „nad garami” i pilnować. Możemy w tym czasie robić to, na co tylko mamy ochotę, czekając aż usłyszymy dźwięk, sygnalizujący, że posiłek gotowy. A jak gotować? Można wg przepisu (w dołączonej książce jest ściąga: składniki, czas, waga, poziom obrotów) lub zupełnie inaczej, tak jak się lubi, intuicyjnie, stopniowo nabierając wyczucia.

Na zdjęciu tradycyjna grochówka na zimny grudniowy dzień

NAPOJE

W książce kucharskiej dołączonej do urządzenia jest wiele przepisów na różnego rodzaju napoje. Jak dotąd skupiłam się na owocowych koktajlach i na smoothy, by codziennie dostarczać sobie i moim chłopakom witaminową bombę. Szczególnie jestem pod wrażeniem jak Kohersen Mycook radzi sobie z przygotowaniem smoothy – nawet zmiksowanie zielonej pietruszki tak by nie była wyczuwalna w napoju, to dla niego pestka. Czytałam, że można robić też likiery, więc jeśli w te święta ktoś chce podarować znajomym coś więcej niż prezent kupiony w biegu, to buteleczka takiego alkoholu będzie oryginalnym pomysłem.

Na zdjęciu koktajl jagodowy, truskawkowy i smoothy z kiwi, natki pietruszki, soku z pomarańczy i cytryny, z odrobiną miodu

Cudownie jest mieć coś, co pozwala zaoszczędzić czas aktywnej i zapracowanej mamie oraz spędzić go w rodzinnym gronie (a nie marnować na stanie przy garach). Jednocześnie zaspokajać kulinarne zachciewajki i spełniać smakowe marzenia najbliższych. Nie napisałam o wielu jeszcze możliwościach, ani o mnóstwie wypróbowanych przeze mnie przepisach i o tych, które dopiero przede mną. Jedno jest pewne – to że Mycook stoi w mojej kuchni to strzał w dziesiątkę. Kohersen Mycook, my, cynamonowe ciasteczka, soczyste pomarańcze, pachnące drzewko i rozmowa o tym, co ważne oraz wszystkie cudowne zapachy uciekające z kuchni w ten świąteczny czas…

Dziękuję za cudownego wielofunkcyjnego robota Kohersen Mycook  – będę korzystać!

Zdjęcia: Basia Heppa-Chudy

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. A tak myslalam po zdjeciu ze napewno kuchnia Baski

    1. Nawet nie musialam zerknac kto napisal ?

  2. Rozumiem też bym oszalała

  3. Hmm….mąż kucharz :))

  4. niezwykle prosty w użytkowaniu – to bardzo ważny atut. Rzeczywiście połowę mniej rzeczy w kuchni dzięki niemu, tez polecam

  5. zastanawia mnie czy to rzeczywiście produkt dla mam czy dla singielek. mi się nie chce samej sobie gotować dlatego go kupiłam. wolę w tym czasie popijać wino i zastanawiać się nad sensem istnienia :D

  6. Kohersen mycook to prawdziwe złoto! Nie wiem jak wcześniej radziłam sobie wmkuchni. Sporo gotuję bo lubimy dobre jedzenie + mąż w delegacjach, więc dużo tego wychodzi a z kohersenem wszystko dzieje się o wiele szybciej i dokładniej.

  7. Świetny jest kohersen, kupiłam go jak Mała miała dwa miesiące żeby mieć więcej czasu i nie stać non stop przy garach tylko sobie trochę ułatwiać ;) świetny jest do gotowania na parze, nasza Malutka bardzo polubiła później tak robione warzywa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Nie będziemy rodzić po ludzku bo odbiorą nam do tego prawo


Od kilku dni media „trąbią” o przyjętych przez Sejm zmianach w ustawie dotyczącej standardów opieki okołoporodowej. Wiąże się to z likwidacją wypracowywanych w ostatnich latach przepisów medycznych, dotyczących okresu ciąży, fizjologicznego porodu, połogu oraz opieki nad noworodkiem.

Prace nad standardami opieki okołoporodowej rozpoczęły się na wniosek Ministra Zdrowia prof. Zbigniewa Religi w 2007 roku. Powołał On wówczas Zespół Ekspertów, a następnie stworzył dokument, zgodny z wytycznymi WHO, zasadami medycyny opartej na dowodach naukowych i dostosowany do systemu ochrony zdrowia w Polsce. Celem było między innymi przestrzeganie praw pacjenta i zwiększenie satysfakcji pacjentek z opieki okołoporodowej.

W wyniku nowelizacji ustawy kobiety stracą prawo do:
– chodzenia w czasie porodu,
– zmiany i doboru wygodnej pozycji,
– korzystania z prysznica,
– spożywania wody w trakcie porodu,
– ochrony krocza,
– bezpośredniego kontaktu z dzieckiem po porodzie („skóra do skóry”),
– udziału w porodzie partnera/osoby towarzyszącej,
– wsparcia w karmieniu piersią,
– poszanowania godności i intymności.

W myśl nowych przepisów, wszystko to co miało pozwolić nam „rodzić po ludzku” będzie zależało od widzimisię lekarzy i położnych danego szpitala. A w razie jakichkolwiek nieprawidłowości pacjentki nie będą mogły wnosić skarg ponieważ najzwyczajniej w świecie, nie będą miały do czego się odwołać!

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że głosy tysięcy kobiet nie mają w tym kraju żadnego znaczenia, a dobro grupy zawodowej (czytaj – lekarzy) przedkłada się nad dobro pacjentek. To z kolei daje przerażającą wizję powrotu do czasów gdy sale porodowe były wieloosobowe, gdzie kobiety były upokarzane i nieludzko traktowane, a swoje noworodki matki mogły „oglądać” tylko podczas karmienia.

Z tamtych czasów krąży wiele historii pełnych bólu i cierpienia. Założę się, że niejedna wasza koleżanka, ciotka, matka czy babka doświadczyły takich traumatycznych przeżyć, do których z pewnością wolałyby nigdy nie wracać.

Dziś, dzięki prowadzonym od 1994 roku akcjom „Rodzić po ludzku”, sytuacja jest zupełnie inna, aczkolwiek mimo to wciąż słyszy się opowieści o kobietach, które zostały potraktowane przez położne i lekarzy, niczym zwierzęta. Sama zresztą również nie wspominam dobrze swojego ostatniego porodu, po którym długo czułam się źle, zarówno fizycznie, jak i  psychicznie – co zawdzięczam “cudownej” położnej, na którą pechowo trafiłam.

Strach więc pomyśleć co może się dziać na polskich porodówkach jeśli nowelizacja ustawy wejdzie w życie. Nie zdziwię się jeśli efektem tego będzie wzrost depresji poporodowych i ogólnej niechęci do rodzenia.

Chociaż z drugiej strony, nie pozostaje nam nic innego, jak wiara w to, że kwestia standardów w opiece okołoporodowej, to nie tylko sucha ustawa na kawałku papieru, ale przede wszystkim etyka.  Miejmy nadzieję, że personel medyczny pomimo zmian będzie dążyć do tego by owe standardy były coraz wyższe i bardziej przyjazne pacjentkom.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Wraca średniowiecze!!! Dobrze ze nie żyje w tym chorym kraju. Pierwsze dziecko rodziłam niestety w Polsce i rownież trafiłam na “cudowna” położna. Oczywiscie dziecko od razu zabrane (cesarskie cięcie), musiałam sie dopominać zeby mi syna pokazali… drugiego szkraba rodziłam na szczęście w uk rownież cc i od razu skóra do skory i nikt nigdy nie zabierał dziecka na badanie kąpanie szczepienia itp lekarze i położne przychodziły na sale do nas. Inny świat a w Pl raz ze teraz nie jest rewelacyjnie to wraca średniowiecze… aż strach

    1. No ja jestem bardzo ciekawa co to będzie… Ale jak pomyślę o ostatnim porodzie i zbliżających się zmianach, to aż boję się myśleć o potencjalnym kolejnym porodzie.

    2. Od razu pomyślałam o tym, że teraz to się raczej nie będę decydowała na następny poród.

  2. Przecież zawsze wszystko zależało od lekarza prowadzącego. Więc skąd ten płacz.
    A co do średniowiecza to douczcie się! To właśnie wtedy przeprowadzono pierwsze cesarskie cięcie gdzie matka i dziecko przeżyli. W średniowieczu kobiety rodziły w kobiecym kręgu dzięki akuszerkom. Mężczyźni nie mieli wstępu do izby gdzie odbywał się poród. W średniowieczu kobieta sama wybierała pozycję porodu za radą akuszerki.
    Poród na leżąco czy siedząco wprowadzono w XVII w. – wieku rozumu we Francji – po to by lekarzowi było wygodnie.
    Tak więc zanim zaczniesz krzyczeć “średniowiecze” ze strachem w oczach dowiedz się o tej epoce czegoś więcej ;-)

    1. Owszem, ale póki jest ustawa, która prawi o pewnych standardach, w razie czego mamy się do czego odwołać, możemy wymagać… a jak ta ustawa zniknie to będziemy skazane na łaskę personelu szpitala, któremu nikt nie podskoczy.
      Poza tym, rozumiem Pana spokój, bo jakby nie patrzeć jest Pan bezpieczny i nie będzie Pan rodzić dzieci, ani w “średniowieczu”, ani teraz…

  3. W moim przypadku kiedy urodziłam syna na drugi dzień słyszałam rozmowę pielęgniarek które zastanawiały się czy syna czy córkę urodziłam bo im się opaski pomyliły maaasakra

  4. To juz lepiej rodzic samemu w domu w Pl to od kad slysze nawet o wode trzeba walczyc a w innych krajach to soki daja na szybszy porod i jedzenie rowniez! Jak bym miala rodzic w Pl nie zdecydowalabym sie… wspolczuje tylko. Ja wspominam wszystko super od poczatku az do wyjscia ze szpitala ale rodzilam w Norwegii!

  5. Rodziłam 4 miesiące temu. Każdego dnia wspomnienie porodu powraca jak jakiś koszmar. Moje prośby, prawa i życzenia nie były w ogóle brane pod uwagę. Też miałam pecha do położnej. Była “zmęczona i chciała iść już do domu bo to jej 8 poród na tej zmianie”. Nie było informowania mnie o tym co robi, nacięcie krocza bez uprzedzenia, mimo, iż prosiłam o ochronę krocza i informowanie. Krzyczała na mnie, czułam się poniżona. Najgorzej jednak wspominam “opiekę” okołoporodową. Wcześniejsze wizyty w szpitalu, brak poszanowania intymności, prywatności, zero informowania – o wszystko trzeba było dopytywac. Nie rodziłam po ludzku, a tak bardzo chciałam… Źle się to na mnie odbiło. Zniechęciło mnie to do kolejnego porodu, bo to straszna loteria – nie wiesz na jako humor, jakiej położnej trafisz. Póki co, pracuję nad tym, aby zapomnieć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Jeśli tak uważasz, popełniasz błąd czyli sekret “Wsiąść do pociągu”


Mimo, że przed chwilą wspólnie się bawiliście, Twoje dziecko dalej z uporem maniaka powtarza: pobawisz się ze mną?  Ile razy można tego słuchać, prawda? Ale zaciskacie zęby i wracacie do zabawy, bo przecież jesteście świadomi, że czas szybko leci i wkrótce maluch nie będzie chciał spędzać z Tobą czasu na zabawie.

Jeśli tak myślisz, popełniasz błąd.

Często słyszę od innych rodziców, że mimo zmęczenia po pracy starają się bawić z dziećmi w ich zabawy: przecież wystarczy, że powiem parę razy brumm brum, przejadę samochodzikiem tam i z powrotem, wypiję wyimaginowaną herbatkę, czy przebiorę lalkę. W myślach uspokajamy nasze sumienie i odhaczamy zadanie na dziś, czyli codzienna zabawa z dzieckiem zaliczona. No bo z dziećmi trzeba się bawić, prawda? Wszędzie o tym mówią i piszą, więc nie będę gorszy/a, a w dodatku “mądre poradniki” powtarzają, że za chwilę będzie za duże i nie będzie się chciało z nami bawić. Gwarantuję, Wam, że jeśli tak będziecie podchodzić do wspólnej zabawy, to  Wasza pociecha szybko przestanie Was męczyć pytaniem: pobawisz się ze mną? A nie o to przecież chodzi, by odwróciła się od Was na pięcie, bo jesteście nudni.

Jak zatem bawić się z dzieckiem, jak spędzać z nim czas?

Przede wszystkim być obecnym w jego życiu, wiedzieć czym się interesuje, co go śmieszy i bawi, a co sprawia, że się boi. Znaleźć choć godzinkę dziennie, by wspólnie się z nim pobawić, ale nie odtwórczo, schematycznie. Jeśli chcecie, by mimo upływających lat Wasze dziecko chętnie spędzało z Wami czas, to teraz musicie zainwestować w te relacje.

Świetnym sposobem są wszelkiego rodzaju gry planszowe. Wśród nich możemy znaleźć gry familijne, strategiczne, wojenne, edukacyjne, przygodowe i wiele innych. Z łatwością każdy odnajdzie coś dla siebie – dobrze czytacie, nie tylko coś idealnego dla dziecka, ale i dla rodzica. Fantastycznie jest, gdy gra wciąga wszystkich graczy – tego małego, jak i dużego.  Przyznam, że ja już namierzyłam grę, którą pokochał mój pięciolatek i moja druga połówka – a nie jest trudno sprostać wymaganiom, jakie oni stawiają.

Jaki jest zatem sekret gry planszowej “Wsiąść do pociągu: USA”?

Przede wszystkim bardzo proste zasady, turowość, losowość i jej wykonanie zarówno pod kątem graficznym, jak i wykończenie elementów gry, np. plastikowe miniaturki wagonów. 30 kart biletów, sprawia, że w grę można grać wręcz nieustannie, doskonaląc swoją taktykę.

Palcem po mapie

Gra polega na budowaniu połączeń kolejowych na mapie Stanów Zjednoczonych zgodnie z wylosowanymi trasami na biletach. Za każdą utworzoną linię zdobywa się punkty, a wygrywa oczywiście osoba, która zbierze ich najwięcej. Każdy ma szansę na zwycięstwo.

Przygotowanie do rozgrywki nie zajmuje wiele czasu – wystarczy rozłożyć planszę (jest duża, więc potrzebny spory stół lub podłoga) i przetasować oraz rozdać karty. Łatwe reguły sprawiają, że rozgrywka jest dynamiczna, nie trzeba długo czekać na swoją kolej i zastanawiać nad ruchem. Dużym plusem jest to, że do gry można zaprosić np. gości, którzy w mig zrozumieją, o co chodzi w zabawie. A im więcej grających osób, tym więcej emocji.

Jeśli nie graliście z dziećmi dotąd w nowoczesne planszówki, śmiało możecie od tej właśnie zacząć. Jest prosta, a może Was pochłonąć i dostarczyć dużo dobrej rodzinnej zabawy.

W pudełku znajdziecie wspomniane już 30 kart biletów z trasami np. z Los Angeles do Nowego Jorku, 140 kolorowych wagoników, 144 ilustrowane karty kolorowych wagonów, planszę z mapą Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, 5 drewnianych znaczników, kartę podsumowania i kartę premii za najdłuższą trasę oraz oczywiście instrukcję.

Gra jest przeznaczona dla dzieci od 8 lat, ale już pięciolatek poradzi sobie z nią przy niewielkiej  modyfikacji zasad i naszym wsparciu. Wystarczy zagrać w otwarte karty biletów i wagonów, by w razie problemów podpowiedzieć maluchowi.

“Wsiąść do pociągu: USA” jest niewątpliwie tytułem, który powinien na długo zapaść Wam w pamięć. Nie zawiedziecie się na niej, ani na jej innych wersjach. To jest klasyk wśród gier planszowych i nasz numer jeden wśród gier na długie zimowe wieczory.

Wpis jest elementem współpracy z Rebel.pl

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Nie jesteś jedyna :) Jeden z pierwszych wpisów na moim blogu był dokładnie o tym :)

    1. Anna, wklej link. Poczytamy :)

  2. Nie nie jesteś najgorsza….tez tak mam,marzę żeby wyciągnąć kopyta po pracy, w tedy całe tałatajstwo leży kolo mnie, w zamian za zabawę w dom i gotowanie w mini garnka, chodzimy do kina na premiery bajek ;-)

  3. Jesteśmy pierwszym pokoleniem matek, które mają takie wyrzuty sumienia. W czasach sprzed pralek automatycznych, produktach spożywczych do kupienia nie ugotowania matki nie miały czasu na celebrowanie macierzyństwa. A te które miały ludzi od prania i gotowania, miały też nianie. Właśnie nianie i guwernantki to dowód, że kobiety lubiły być matkami od czasu do czasu, nie non stop :)

  4. Uwielbiam planszówki, to tak jak napisałaś, taka forma zabawy, która bawi nas wszystkich. Szczęście, że młody szybko łapie zasady i gramy już od dawna w naprawdę super gry. Choć jest dzieckiem ruchliwym, to nad planszą potrafi się skoncentrować i jesteśmy w stanie rozgrywać mega długie sesje.
    A “Wsiąść do pociągu” – bardzo fajna!

    1. Gra jest genialna. Aż zdziwiłam się z jaką łatwością radzi sobie z nią pieciolatek

  5. Znam ten ból ale chociaż te parenascie minut dziennie bawie sie co tylko sobie zażyczy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku