Uroda 21 stycznia 2012

Słodycz miłości

Żelki, lizaki, mordoklejki, landrynki, batoniki, wafelki, karmelki, kolorowe cukierki, dropsy, nadziewane czekoladki… Takim słodyczom w diecie mojego dziecka mówię NIE! I w oczach wielu (również młodych) ludzi jestem wyrodną matką! Oto lista zarzutów:

Pozbawiam swojego syna szczęśliwego dzieciństwa.

Sama nie kojarzę dzieciństwa z lizakami i słodyczami, nie widzę też potrzeby, żeby w ten sposób kojarzyło się mojemu dziecku. Za to doskonale pamiętam pierwsze wizyty u dentysty – od zawsze miałam słabe zęby i mnóstwo dziur, a pani stomatolog swoim „miłym” nastawieniem do małej pacjentki była bezpośrednią przyczyną mojej traumy stomatologicznej (dla przykładu – denerwowała się, że mam dużo śliny, na samo wspomnienie – brrrryyyy).
Mój 2,5 latek był już na dwóch kontrolach dentystycznych i nie tylko on, ale i mama została pochwalona, za kawał dobrej roboty. Ząbki ma zdrowe! I zrobię wszystko co mogę (na geny nie mam wpływu), by takie pozostały jak najdłużej.

Ale cukier ma duże znaczenie dla organizmu człowieka.

Rzeczywiście węglowodany są do życia niezbędne – źródło energii i ciepła, a dzieci rosną i potrzebują mnóstwo energii. Tylko warto się zastanowić, czy energii mają dostarczać właśnie słodycze? Cukier jako taki organizmowi nie jest potrzebny – węglowodany to nie tylko cukier! Poza tym potrzebujemy ich znaczniej mniej niż nam się często wydaje. A cukru dostarczamy i tak w dużych ilościach np. jedząc owoce.
Aleks owoce uwielbia – za winogrona dałby się pokroić. Poza tym je jogurty, dżemy (roboty mojej babci), zajada się orzechami, żurawiną i rodzynkami. Maluch jedząc suszone owoce i orzeszki przy okazji dostaje wiele witamin i składników mineralnych (choć uwaga, są one kaloryczne).
Reklamy przekonują do łakoci argumentem, że do cukierków i batonów dodaje się wiele cennych substancji, np. witaminy lub wapń. Fakt, dzieci potrzebują witamin i mikroelementów, ale czy nie lepiej dostarczać je jedząc właśnie owoce i warzywa. Jeśli natomiast dziecko je za dużo słodkości, wtedy traci apetyt i nie dostarczane są do jego organizmu cenne wartości odżywcze.

Pomrze to dziecko od cukierka, oj pomrze.

To ironicznie hasło, przeczytałam kiedyś w dyskusji na temat słodyczy na jednym z forów – czy jednak nie ma tam źdźbła prawdy? Niespalona glukoza odkłada się w komórkach ciała w postaci zbędnego tłuszczu i jest przyczyną podwyższonego cholesterolu, a w konsekwencji miażdżycy. Inne choroby cywilizacyjne związane ze spożywaniem cukru to cukrzyca i otyłość.
Cieszę się, że daję Aleksowi zdrowy start w życie i dbając o jego dietę, troszczę się o jego zdrowie. Myślę przyszłościowo – fundują mu „posag zdrowia” na wszystkie lata i dobre nawyki żywieniowe. Co zrobi z tym w dorosłym życiu to już jego sprawa, ale ma dobrą bazę.

Chemia jest wszędzie i tak się jej nie uniknie.

Słodycze zawierają liczne barwniki, emulgatory i inne składniki, które nie dostarczają organizmowi niczego, czego potrzebuje, a wręcz szkodzą. Nie jestem naiwna – wiem, że chemiczne dodatki do żywności znajdę praktycznie wszędzie i ich nie uniknę. Ale jeśli mam wybór to przynajmniej minimalizuję ich ilość.

Popadanie w skrajności też jest szkodliwe.

Do drugiego roku życia synka byłam restrykcyjna. Prosiłam wszystkich odwiedzających o nieprzynoszenie słodyczy – chciałam uniknąć dantejskich scen wyrywania słodkiego prezentu z małych rączek. Ciocie, babcie i prababcie (w większości) przynoszą więc owoce, jogurty, serki i paluszki z sezamem.
Obecnie Aleks zna już smak czekolady – całkowity zakaz jedzenia słodyczy trzylatkowi wg mnie nie ma już sensu. Można natomiast kontrolować ich spożywanie – synek typowe słodycze je okazjonalnie i unikamy słodkości „byle jakich”. Nie przechowujemy w szufladach i szafkach zapasu łakoci (owoce i bakalie są zawsze i pod ręką) – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. W moim domu słodycze nie zastępują posiłków, nie są też nagrodą albo środkami przekupstwa. I bardzo pilnuję mycia zębów – nigdy nie pozwoliłam zjeść lub napić się czegoś słodkiego tuż przed snem, po umyciu ząbków.
Aha i denerwują mnie panie ekspedientki w małych sklepikach, które częstują moje dziecko cukierkami, albo co gorsza chińskimi lizakami.

Litość wzbudza dwulatek, który nie wie, co to jest lizak.

Moją litość wzbudzają biedne głodujące dzieci w Afryce, niemowlęta maltretowane przez ojców, noworodki porzucone przez matki… Jesteśmy różni i każdy wychowuje swoje dziecko tak jak uważa, więc nie krytykujmy innych rodziców tylko dlatego, że mają odmienne zasady i inne niż Wasze zdanie na temat słodyczy w diecie dziecka.

A właśnie… jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

169
Dodaj komentarz

avatar
13 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
9 Comment authors
CukromaniaAnna WoźniakJoanna JKatarzyna JaroszewiczJulia Bąk Orczykowska Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marysia
Gość
Marysia

Moje zdanie jest tako samo jako u autorki, co więcej uważam że należy skopiować ten artykuł, wydrukować i rozdać tym wszystkim którzy nie rozumieją takiego (zdrowego) podejścia do tematu, albo/oraz rozesłać linki tego artykułu do innych :) świetny tekst!

Sylwia
Gość
Sylwia

Co prawda mój rawie roczny maluch nie jada jeszcze słodyczy, ale staram się ograniczać picie herbatek na rzecz wody. Soczki rozrabiam także z wodą. Często kaszki ryżowe zastępuję kleikiem kukurydzianym czy ryżowym, kaszą manną czy jaglaną i do tego owoce, musy owocowe lub soki, które robiłam. Wiadomo że całkowicie nie wyeliminuje cukru, bo niekiedy trzeba go dodać ale staram się ograniczać ilość do minimum. Ząbki myjemy odkąd pojawił się pierwszy. Całkowitego zakazu na słodycze nie wprowadzę, ale ograniczę je do minimum prosząc odwiedzających nas gości o nie przynoszenie batoników, lizaczków itp. Gdy uznam to za stosowne sama dam dziecku jakąś… Czytaj więcej »

divette
Gość
divette

U mnie problem soków i kaszek odpadł ;)
Soków nie lubi. Woli wodę,a kaszek nie je,bo jest na piersi i dostaje owsianke ode mnie ;)
Ale przyznam mam problem. Przy gorączce nie mogłam podać ibuprofenu w syropie,bo był za słodki i dziecko odmówiło współpracy.

divette
Gość
divette

Moje dziecko wie co to słodycze,ale swoje. Od początku je to co ja wiec i lakocie dostaje. Oczywiście ja również jadam je okazjonalnie- nie czesciej niż raz w tygodniu a biały cukier wyeliminowalam już dawno. Zastapilam go cukrem brązowym i miodem. Na dniach chce zrobić sezamkowe ciasteczka wiec zdrowo :)

Magda Kupis
Gość

moja córka zna smak słodyczy, ale nie wpada w dziki szał, gdy je widzi. ja wychodzę z założenia, że nie mogę zakazywać czegoś dziecku, skoro ja nie stosuję się do tego zakazu. Sama je jem, wiec nie mogę jej zakazywać, ani też nie chcę sama zjadać ich ukradkiem. Ilość jaką zjada to kęs czy dwa, nie domaga się więcej. U nas jest szafka ze słodyczami, ale Tola jeszcze nie wie w czym rzecz, jak będzie kiedy podrośnie- nie wiem. Nie chcę, żeby kiedyś doszło do tego, że zakazany owoc najlepiej smakuje i efekt będzie odwrotny od zamierzonego. Pilnuję, żeby jedyną… Czytaj więcej »

Sylwia
Gość
Sylwia

U nas też jest szafka ze słodyczami, ale Kuba jeszcze nie wie o jej istnieniu. jest po za zasięgiem jego wzroku. Ze słodyczy zna smak ciasta, które często robię i kawałka skubnietej od mamy czekolady. Najważniejsze to samemu wydzielać dziecku słodycze pilnując by nie stanowiły posiłku a jedynie dodatek po :)

Fizinka
Gość
Fizinka

Mam dokładnie takie samo zdanie jak Magda – nie zakazuję dziecku tego do czego sama nie potrafię się dostosować. Generalnie lubię słodycze, szczególnie do kawy(!) i nie wyobrażam sobie żebym wyciągnęła ciastko, zjadła je na oczach syna i nie podzieliła się z nim! Albo żebym chowała się z owym ciastkiem w kiblu czy jakimś innym kącie! :/ Poza tym, również zgadzam się z tym „odwrotnym efektem od zamierzonego”. Znam co najmniej kilkoro dzieci którym rodzice na co dzień zabraniają jeść słodycze i efekt tego jest taki że jak dzieciaki znajdą się „w gościach” wręcz rzucają się na słodycze! Opychają się… Czytaj więcej »

Marysia
Gość
Marysia

Ja miałam kłopot z teściową, która potrafiła małemu dzień w dzień coś słodkiego przynieść, i uwierzcie mi na słowo, że żadna radość gdy dziecko rzuca się na odwiedzającego i pierwsze co to sięga do kieszeni w poszukiwaniu słodkości! I jeszcze- to mnie wpieniało najbardziej- tak wkładała czekoladę, żeby jej róg wystawał z kieszeni. Wtedy to już tylko wrzask małego i przeszukiwanie babci :/ Wiem że jej to sprawia radość, ale mnie wykręca jak widzę, że mały zamiast owoc, w ręku ma ptasie mleczko czy cukierka. Dawałam delikatne sugestie, żeby to się skończyło, teściowa nie potraktowała tego poważnie, więc dopiero po… Czytaj więcej »

Anna Kopeć
Gość

Mam ten sam problem z teściową i teściem – mieszkamy z nimi. Teściowej da się wytłumaczyć wszystko. Teściowi absolutnie nic, nawet jak Kuba miał dietę bezglutenową – ważną dla jego zdrowia on częstował go niedozwolonymi rzeczami. Niestety nikt nie ma na niego wpływu a Kuba dobrze wie gdzie pójść…

Barbara Heppa-Chudy
Gość

Najdziwniejsze jest to, że to są dorośli rozumni ludzie. I jeśli mama dziecka ma takie a nie inne zdanie, to powinni je uszanować. Tym bardziej, że jest to zdanie mądre, z pożytkiem dla malucha.
Ech… brak słów czasami.
Trzymajcie się mamuśki!

Anna Haluszczak
Gość

Nasza córeczka słodycze zna i lubi – bo ja też jestem słodyczowy potwór. Jednak zależało mi też, by odżywiała się zdrowo. Smak czekolady czy innych łakoci poznała dopiero grubo po roczku. Wcześniej zajadała się owocami i warzywami (za bakaliami nie przepada). Teraz ma 2 lata i 3 miesiące. Lubi lizaki – poliże kilka razy i zostawi. Kinder czekoladkę jak dostanie, to nie zje jednej na raz tylko połowę zostawi. Uwielbia żelki, ale teraz to też je baaaaaaaaaardzo rzadko. Za to winogrona, jabłka, gruszki, banany – chętnie, zawsze – o każdej porze i w każdej ilości. Nie jestem więc chyba aż… Czytaj więcej »

Anna Kopeć
Gość

Kubuś je słodycze, ale staram się ograniczać je do minimum, lub wydzielać (tłumaczę mu, że będzie miał na dłużej). Niestety nie przepada za owocami (głównie w sezonie zimowym, gdy wybór tych świeżych i ulubionych jest ograniczony). Lubi za to suszone śliwki i morele. Często mąż robi sałatki owocowe z tego co można kupić w sklepie (najcześciej teraz to banan, manadrynka, kiwi, gruszka. Czasem winogrono, ale Kuba za nim nie przepada). Dodaje wtedy trochę bitej śmietany. Kuba wtedy wymiata wszystko. Moja babcia nawet na spacer do parku brała nożyk i obierała Kubusiowi brzoskwinie :) Dla tego nie mogę doczekać sie lata… Czytaj więcej »

Alutka1011
Gość
Alutka1011

Moja córka smak słodyczy zna ale nie szaleje za nimi.Woli owoce co mnie bardzo cieszy:)

Julia Bąk Orczykowska
Gość

Wstyd się przyznać, moja 1,5 roczna córa zajada się słodkościami. Praktycznie dzień w dzień dostaje coś słodkiego a to od taty, to od babci, cioci, sąsiadki… Wiem, że powinnam reagować, ale nie potreafie jej zabronić;((

Katarzyna Jaroszewicz
Gość

Moje słodyczowe łasuchy dostają słodkości, ale tylko sporadycznie i przy jakiejś okazji. Wszystko z rozsądkiem!

Joanna J
Gość
Joanna J

Córka nie jada słodyczy w ogóle. Ma złożoną alergię pokarmową, więc wszelkie konserwanty w gotowych słodyczach mogłyby jej zaszkodzić. Domowych też nie je, bo nie chce, mimo że chętnie przygotowałabym dla niej coś pysznego. W ogóle słodycze kupujemy rzadko, tylko na wizytę gości, bo ciasta mi nie wychodzą, młoda nawet nie spojrzy na czekoladki czy cukierki, mimo że pół dnia stoją na stole. A problem z namolnymi babciami rozwiązałam tak, że od razu mówię że dziecko jest uczulone, mimo że przecież nie na wszystko, ale kto to sprawdzi, więc mi wierzą i z nabożnym namaszczeniem kiwają głowami, jakie to biedne… Czytaj więcej »

Anna Woźniak
Gość
Anna Woźniak

Mój starszy syn nie jadł słodyczy do 3 lat ( cukierków, czekolady ,lizaków ), przy drugim już to nie przeszło. Staram się wydzielać, czekoladę dostają gorzką i to po 2 kostki na jeden raz, staram sie dawać owoce a ciastka piekę sama owsiane z mąką pełnoziarnistą i brązowym cukrem do tego trochę gorzkiej czekolady i żurawina. Bardzo mnie denerwuje jak ktoś przychodzi i przynosi słodkie i daje od razu dziecku do ręki nie pytając się czy może dziecko jeść ( często są to pory wieczorne) Jeżeli chcą coś słodkiego szukam zamiennika owoce suszone lub świeże , czasami jest trochę dyskusji… Czytaj więcej »

Cukromania
Gość
Cukromania

Hmmm pewnie zaraz zostanę zlinczowana tutaj, ale napiszę co myślę :) Jeśli chodzi o mnie – jestem dzieckiem herbatnikowo-chrupkowo-gęstokaszkowym – na dobre mi to nie wyszło, od 10 roku życia (pierwszy raz byłam u specjalisty) walczę z nadwagą. Mój syn ma 4 latka i od dwóch choruje na cukrzycę, nie jadł jako 2-letnie dziecko słodyczy. W naszej diecie cukrzycowej wszelkiego rodzaju przekąski – poza surowymi warzywami, są zabronione. Herbatniki, chrupeczki, lizaki, żelki, wafelki, a nawet chlebek ryżowy – nie są wskazane cukrzykom, ale tez dzieciom zdrowym. To zwyczajne zapychacze pełne węglowodanów i ubogie w składniki, które są potrzebne dziecku do… Czytaj więcej »

Znad kołyski 17 stycznia 2012

Rozpieszczanie kontra wychowanie

Moja ciąża była zagrożona, więc większość tego cudownego okresu spędziłam w domu, na łóżku. Zgłębiałam wiedzę tajemną, zawartą w rozmaitych poradnikach dla przyszłych rodziców, przeglądałam strony internetowe w poszukiwaniu cennych porad i wymieniałam informacje z forumowymi koleżankami, które jak ja oczekiwały maluszka w kwietniu. W głowie wyobrażałam sobie jak to będzie wyglądało: Synek śpi w swojej kołysce, budzi się w nocy na jedzonko, karmię go i odkładam do kołyski, a on zasypia. W dzień zasypia sam w kołysce, a Ja chwale się wszystkim, że wcale nie trzeba nosić dziecka na rękach, bo potrafi samo się sobą zająć. Dzięki temu pod koniec ciąży wiedziałam już, że moje dziecko będzie ułożone i dobrze wychowane.

O tym, jak bardzo się myliłam, przekonałam się kiedy na moim brzuchu położyli tę małą bezbronną istotkę, która natychmiast wtuliła się mocno i przestała płakać. Zrozumiałam w jednej chwili, że cała wiedza którą posiadłam na nic mi się nie przyda, że najważniejsze dla tego maluszka jest przytulić się do Mamy i czuć jej bliskość. Dotarło do mnie, że ja też potrzebuję Go przytulać do siebie, że nie potrafię tak po prostu położyć go do kołyski i spać osobno. Problemem stało się, jak to powiedzieć mężowi… Tylko, że ten problem sam się rozwiązał, bo mąż poczuł to samo :) Postanowione więc, synek śpi z nami :) Ustaliliśmy, że jak skończy 3 miesiące wraca powoli do siebie.

Całymi dniami siedziałam blisko niego, przytulałam, usypiałam i nosiłam na rękach. Rozpieszczaliśmy go na całego i mieliśmy w nosie co sobie inni o tym pomyślą. Każdy nam powtarzał, ze jak dorośnie to będziemy mieć problem, bo będzie chciał być cały czas na rękach. Tylko, że do nas to nie przemawiało, chcieliśmy się cieszyć naszym dzieckiem i robiliśmy to co nam podpowiadał instynkt.

Po 3 miesiącach, zmieniliśmy termin powrotu do kołyski na 4 miesiące – przecież jeszcze był taki malutki i bezbronny… W międzyczasie zamieniliśmy kołyskę na łóżeczko, żeby nauczył się spania od razu w łóżeczku. Nadszedł ten moment, więc zaczęliśmy naukę. Pierwszy dzień i sukces, młody zasnął u siebie. W nocy, konsekwentnie po każdym karmieniu, odkładałam go do łóżeczka, tak było przez 3 kolejne dni. Piątej nocy byłam bardzo zmęczona i wzięłam młodego do siebie, żeby spał przy piersi, bo nie chciało mi się co chwilę wstawać. Rano stwierdziłam, że pierwszy raz od kilku dni nasz synek obudził się zaledwie 2 razy przez całą noc. To był dla mnie znak, że na naukę samodzielności i wychowywanie dziecka, będzie czas później, teraz jest czas na przytulanie, noszenie na rękach i rozpieszczanie.

Oczywiście całkowity powrót do naszego łóżka nie był możliwy, bo młody wieczorami strasznie się kręcił, więc dla jego bezpieczeństwa, wieczorem odkładałam go po zaśnięciu do łóżeczka a jak zaczynał się budzić na jedzonko, zabierałam go do siebie i do rana spał już z nami.

Noszenie na rękach zaczęło być coraz trudniejsze, bo Adi szybko rósł, a poza tym spacery stały się coraz trudniejsze, bo nasz ciekawski synek chciał wszystko widzieć, a na leżąco mógł podziwiać tylko chmury na niebie, które zaczęły mu się nudzić. Tutaj z pomocą przyszła nam chusta. Pakowaliśmy młodego do chusty i tak chodziliśmy na spacery. Kiedy w domu był marudny wiązaliśmy się w chustę – on zasypiał a ja mogłam spokojnie poprasować i nadrobić zaległości w domowych obowiązkach.

Teraz kiedy za kilka dni Adi kończy 9 miesięcy, wiem, że postąpiliśmy słusznie. Widać, że jest wesołym i szczęśliwym dzieckiem. Uśmiecha się do nas całymi dniami :) Nie musimy go już tak często nosić na rękach, bo potrafi sam się bawić, raczkuje, zaczyna powoli chodzić sam a spacery odbywają się z powrotem w wózku, tylko teraz już w spacerówce w pozycji siedzącej. Z chusty oczywiście nadal korzystamy ale teraz dla przyjemności i wygody a nie z musu. Ze snem też nie ma problemu, wieczorem, odkładam go na łóżko odwraca się i zasypia. Wszyscy troje jesteśmy szczęśliwi, a ja już wiem, że poradniki są do czytania, za to dzieci do kochania i rozpieszczania i wbrew niektórym opiniom, nie ma uniwersalnych porad, które pasują do każdego dziecka. Może u niektórych to się sprawdza, ale nie u nas.

15
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Fizinka
Gość
Fizinka

Kiedy byłam w ciąży, również czytałam wiele poradników i złotych recept dotyczących wychowywania dziecka. I tak jak Ty miałam o tym pewne wyobrażenie…. jednak kiedy Jaś przyszedł na świat okazało się że moje wyobrażenie ni jak się ma do Naszych uczuć i potrzeb :) Postanowiłam więc zdać się na swój instynkt – nosiłam syna, przytulałam, całowałam – kiedy tylko chciał! Zawsze reagowałam na płacz. Nigdy nie zostawiałam go samego, „żeby się wypłakał ” bo uważałam to za barbarzyństwo! Ten maleńki człowieczek został wyrwany ze swojego małego,cieplutkiego domku jakim był mój brzuszek. Pojawił się w wielkim i głośnym świecie. Niewiele widział,… Czytaj więcej »

Natalia Smykowska
Gość

Paulinko! Opisałaś moje macierzyństwo! :) U nas również z pomocą dla kręgosłupa przyszła chusta :) a i teraz po prawie 10 miesiącach nie potrafię sobie odmówić częstego przytulania mojego szkraba :) choć śpi sam w łóżeczku – czasem w środku nocy coś nie pozwala mu zasnąć, więc biorę go do siebie i smacznie śpimy razem :)
p.s. Jeżeli nie teraz to kiedy będę go mogła przytulać?! Jak będzie nastolatkiem czy dorosłym mężczyzną? TERAZ jest nasz czas :)

Paulina Garbień
Gość

otóżto przytulajmy nasze szkraby póki tego chcą bo potem powiedza nam: Mamo nie rób mi obciachu ;)

Monika Miśka Ferenc
Gość

Gdy urodziłam Michasie była cudownym grzecznym dzieckiem. Było dużo przytulania i noszenia w chuście. Gdy pojawiły się kolki miała problemy z zasypianiem. Mąż usypiał ją na rękach bo tak czuła się bezpieczniej i łatwiej było jej usnąć. Później jej tak zostało, ale już bez kołysania. Siedząc na kanapie karmiłam ją butelką a ona usypiała w moich ramionach. Odłożona do łóżeczka z kilkoma przerwami na picie spała do rana. Gdy miała 1,5 roku pojawiły się inne problemy, które zrywały ją w nocy. W swoim łóżeczku spała zazwyczaj do północy do pierwszej w nocy. Później brałam ją do nas i wtulona w… Czytaj więcej »

Sylwia
Gość
Sylwia

Tulić, całować, ściskać, gilgotać, nosić…. oj mozna wymieniać w nieskończoność :D Kiedy?? TERAZ bo kiedy będzie na to czas, jak dziecko podrośnie?? Od małego trzeba pokazywać maluszkowi jak okazuje się miłość. Kubuś jest ściskany, tulony…. tyle razy ile się da. Widzi wzajemne okazywanie sobie czułości pomiędzy rodzcami. Sam w czasie zabawy nie raz się odrywa i podchodzi przytulić się do rodziców. Przytuli mnie i pędem do taty, od taty do mamy i tak z kilka razy :D Jest towarzyskim, radosnym i nie bojącym się obcych małym odkrywcą.

Patrycja Zych
Gość

hehe jakbym czytała o sobie :) moja ciąża też była zagrożona i mały po powrocie do domu też spał z Nami :) do dziś czasem ląduje w Naszym łóżku..jest od samego początku przytulany i całowany najwięcej jak się da:) a jak płaczę to biorę do na ręce bo jakoś tak nie wyobrażam sobie zostawić go na podłodze i patrzeć jak ogromne łzy kapią po jego ślicznej buzi. Oczywiście mały chce na ręce jak sobie coś zrobi,jest śpiący lub po prostu chce się tulić. Odkąd nauczył się chodzić nie chce być noszony bez powodu :)

Madziucha
Gość
Madziucha

po porodzie wszystkie poglądy się zmieniają

Sylwia
Gość
Sylwia

Rzeczywistość rewiduje pogląd na wyidealizowane „książkowe” macierzyństwo :)

Hanna Szczygieł
Gość
Hanna Szczygieł

zazwyczaj okazuje się, że poradniki mozna zrolować i do … włożyć celem podparcia kręgosłupa :) choć oczywiście nie wszystkie :)

Paulina Garbień
Gość

często okazuje sie, że poradniki pisza ludzie którzy… nie mają własnych dzieci :0

Anna Kopeć
Gość

Ja zawsze mówiłam, że Kuba nie będzie spał z nami… ale… gdy budził się na cycusia brałam go „tylko na chwilkę” i w rezultacie rano budziliśmy się razem :P Myślałam, że mąż będzie protestował, ale on (do dziś mu to zostało) zawsze mówił, że jemu to nie przeszkadza i że jak mały chce i potrzebuje to niech śpi z nami. Jednak nigdy nie zasypiał ze mną – tzn. jak był malutki to zazwyczaj na początku zasypiał w rękach. Gdy podrósł odkładałam go do łóżeczka i czytałam trzymając za rączkę lub głaszcząc po główce. Potem była baja na kolanach, buzi na… Czytaj więcej »

Tajchmanm
Gość
Tajchmanm

REWELACYJNY TEKST! AZ MI STANEŁY ŁZY W OCZACH BO ROBIE,ROBIŁAM DOKŁADNIE TAK SAMO I UWAŻAM ZE DZIEKI TEMU MOJE DZIECKO JEST TAKIE JAKIE JESTKOCHANE,RADOSNE,WESOŁE:)

Emocje 14 stycznia 2012

Wielobój klasyczny

Zawsze byłam „sportowa”, nawet reprezentowałam swoje szkoły w przeróżnych dyscyplinach. Przez pewien czas miałam przerwę, ale wróciłam do uprawiania sportów w ilości niezliczonej. Uprawiam wielobój klasyczny :)

Pobudka w dzień powszedni plasuje się między 6 a 8 rano. Podnoszenie ciężarów dla wagi piórkowej – czyli unoszenie ciężkich powiek, po usłyszeniu sygnału: „E. E.”, „mamm” lub „a ba ba ba”. Następnie przerwa na poranną toaletę, a tuż po niej śniadanie. Wspomniana czynność oczywiście w pierwszej kolejności dotyczy dziecka, na siebie znajduje się czas w tak zwanym międzyczasie.

Po śniadaniu (zasada podobna jak w przypadku toalety) trzeba posprzątać. Nic trudnego, przecież to tylko śniadanie. Ja sprzątam, a dziecko bałagani i tak do obiadu, ale żeby go przyrządzić należy objąć strategię (jak to w sportach bywa): co dziś na obiad? Danie nie może być skomplikowane, nie może zbytnio rąk ubrudzić, żeby móc interweniować, gdyby ściana przypadkiem stanęła na drodze dziecku i oczywiście ma być idealne dla prawdziwego faceta i małego dziecka. Gdy menu już wybrane, można wziąć się do dzieła.

Oczywiście uprzednio trzeba zmienić kolejny raz pieluszkę. W najbardziej brudnym etapie gotowania dziecko akurat poczuło się spragnione, więc trzeba rzucić wszytko, a niech się przypala. Egzekwowanie potrzeby jest o wiele gorsze od smaku spalenizny. Obiad się gotuje, dziecko bawi, więc można w końcu nastawić pranie. Ale nasza mała pani detektyw wywęszyła sprawę i nie odpuści – trzeba mamie pomóc posegregować ubrania. Mama kładzie kolorową bluzkę na kupkę z kolorowymi rzeczami, dziecko kładzie na tą samą kupkę nowa, białą koszulkę taty. Ale bystre oko mamy wypatrzyło pomyłkę. Szkoda, że dwóch innych rzeczy już nie widziało…

Jeszcze przed obiadem piąty raz trzeba poukładać zabawki, choć to oczywiste, że na miejscu będą jakieś 15 sekund, ale warto próbować. Pranie się wyprało więc trzeba je rozwiesić. I tu mama odkrywa niespodziankę zrobioną własnymi rączkami przez swą pierworodną latorośl. Po obiedzie mamy jogę z elementami stretchingu i pilatesu, czyli ćwiczenie cierpliwości przy ubieraniu uciekającego szkraba.

No i nadszedł też czas na przejście do kategorii podnoszenia ciężarów XXL, a właściwie znoszenia. Dziecko w nosidełko, wózek w rękę i tak 3 piętra w dół. No i chciałoby się powiedzieć: czas na relaks, czyli spacer. „Spacer” to tylko przykrywka, bo tak naprawdę to maraton z przeszkodami.

Rozgrzewka zaczyna się od licznych, mniejszych lub większych krawężników – cóż to dla mnie. Nawet chodnikowe „patataj” to małe piwo. Ach, zapomniałam dodać, że mam całe mnóstwo trenerów. Ktoś przecież musi mnie dopingować w codziennych treningach, więc stawiają mi oni nowe wyzwania. Pewnie zastanawiacie się na czym polega ich praca? To proste: wystarczy w odpowiednim miejscu zaparkować samochód – jakieś 50 cm od budynku, płotu, krzaków (to już pozostawiam ich inwencji). Samochody stoją w odległości od metra do kilkuset. I tu już ode mnie zależy czy chcę uprawiać w tym momencie slalom gigant czy przechadzać się ulicą.

Są też inne przeszkody dla zaawansowanych. Schody. I tu znów mam do czynienia ze strategią. W przypadku schodów mam do wyboru dwa rozwiązania: wózek wciągnąć lub nim zjechać. Niekiedy dla ułatwienia w bonusie dostaję podjazd, choć czasem to jest zwyczajny koń trojański, ponieważ jego konstrukcja lub stan techniczny nie pozwala na jego użycie, bo jest za wąski lub za szeroki do rozstawu kół w mojej bryce. Na to wszytko też jest rada: przed wyjściem z domu trzeba zaplanować jak i którędy dostaniemy się do punktu B, wystarczy przypomnieć sobie ostatni trening i zarysować sobie w głowie mapę „miejsc zakazanych” i wtedy suniemy po chodniku jak łyżwy po lodzie :).

A słyszałyście o pogodowych gratisach sportowych? Wszystko uzależnione jest od pory roku. Jesienią ćwiczyłam sprint (chociaż tegoroczne lato wypuściło już jej zajawkę), lub jak kto woli – bieganie na czas, czyli w jakim czasie uda mi się dobiec do domu, zanim zmoknie mi bielizna. Takim gratisem również jest śnieg, a właściwie drogowcy i inni odśnieżacze. Zimą strategia jest nie mniej ważna, bo prócz całorocznych niespodzianek, trenerzy znów nas testują: nie odgarniają śniegu z chodników/odgarniają śnieg na szerokość jednej płytki chodnikowej (a wózek potrzebuje 3), odgarniając ulice zasypują przejścia dla pieszych, robiąc zaspy do pasa. Takie to biegi przełajowe uprawiam.

W przypadku powrotu do domu, żeby nie wyjść z wprawy, dziecko wkładam do nosidła i wnoszę wózek na to samo piętro z którego go zniosłam. W domu znów uprawiam te same sporty co rankiem. Dla odmiany wieczorem jestem instruktorem pływania w wannie i opowiadaczem bajek na dobranoc. I tak sobie sportowo mija dzień (aż strach wspominać ile dyscyplin uprawiam w dniu kiedy trzeba coś załatwić).

Mimo wszytko uwielbiam te sporty i mam zamiar dalej je trenować, choć liczę na to że moi trenerzy czasem pomyślą, że nawet StrongMama czasem potrzebuje trochę wytchnienia.

A czy Wam taki sport jest bliski?

17
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Patrycja Zych
Gość

Hehe bardzo fanie napisane. Ja również uprawiam te wszystkie sporty..u Nas jeszcze taniec z małym ciężarkiem na rękach wchodzi w grę ;) bo jest to jedna z ulubionych zabaw mojego synka. Co do spacerowego maratonu z przeszkodami to się zgodzę…nic mnie tak nie denerwuje jak samochody na chodniku i 20 cm miejsca żeby przejść!!! Wrrrr….No nic olimpiada trwa pozostało Nam tylko czekać na złoty medal ;)

Ewa Kamińska
Gość

Ale mi poprawiłaś humor ;-))))) Okazuje się, że każda matka to urodzony sportowiec ;-) Aż strach pomyśleć w jakiej dziedzinie specjalizują się rodzice bliźniaków. To musi być chyba sport ekstremalny. Póki co, życzę wielu sportowych sukcesów ;-)
Ewa

Ddonga
Gość
Ddonga

Genialne!!! I kto by pomyślał,że jednego dnia tyle sportów się uprawia,a ponadto-ma się wszystkie zawody świata w rękawie???
Jak powszechnie wiadomo-sport to zdrowie,więc my,mamy,będziemy żyły długo i szczęśliwie..hehehe

Kobiecym_okiem
Gość

Z moich doświadczeń także wynika także, że mamy są niezłymi dźwigaczami. Pomyślcie tylko, ile może ważyć 6-7 miesięczne dziecko w nosidełku (zakładając, że nie jest w 97 centylu wagowym)? A z tym nosidełkiem naprawdę się czasem biegało…na przykład, by zdążyć na wizytę do lekarza :-)

Magda Kupis
Gość

moje dziecko na szczęście waży tylko 10 kg (14miesięcy) uff ;D

Nikita
Gość
Nikita

A ja myślałam że sportem mam niewiele wspólnego… :) Świetna publikacja!!! W moim przypadku ciężar jest XXXL, w wózku jeden 12 kg szkrab, a żeby droga zajęła mniej czasu to drugi 16 kg szkrab na wózku siedzi… Do tego podwójny stretching i pilates przy ubieraniu, bo starsze nie chce się samo ubierać wiec trzeba pomóc…Przeszkody się zdarzają, np samochód blokujący podjazd dla wózków (brawo dla straży miejskiej w końcu blokady na koła zaczęli zakładać)
Dzięki za ten tekst :) i dalszych wielu sukcesów w sporcie :):):)

Magda Kupis
Gość

Dziękuję i cieszę się, że się podoba :)
Jak widać sport możemy śmiało dopisać do listy umiejętności „Jedynego takiego zawodu” (https://wrolimamy.pl/2011/08/07/jedyny-taki-zawod/)

Macie jeszcze jakieś pomysły na uprawiane dyscypliny? :D

Sylwia
Gość
Sylwia

Do listy można dopisać CIERPLIWOŚĆ, może to nie dyscyplina olimpijska, ale każda mama gotująca się z nerwów w środku musi starać się ochłonąć i byc oazą spokoju :) Terning cierpliwości to niekiedy wyzwanie.

Hanna Szczygieł
Gość
Hanna Szczygieł

Dyscyplin wręcz nie sposób zliczyć!
Zastanowiłabym się jedynie nad naszą uczciwością :
bo czy Superbohater, może nazywac siebie Sportowcem?! :-P

Magda Kupis
Gość

ciekawe, który Superbohater czy Sportowiec stanąłby z nami do rywalizacji? Przegraliby w przedbiegach! A my śmiało możemy nazwać się SuperSportsMama! :D

Fizinka
Gość
Fizinka

Dodałabym jeszcze WSPINACZKĘ :) – ja codziennie wspinam się z 10kg bobasem (+ torba + zimowe ubrania + zakupy :) ) po schodach, na IV piętro :)

Magda Kupis
Gość

jak ja mogłam to pominąć!! :D

Hanna Szczygieł
Gość
Hanna Szczygieł

jeszcze turnieje rycerskie dla mam starszaków- walka ze smokami z szafy i potworami łóżkowymi :)

Bożena Dzięcielewska
Gość

hehehe Ja też z tych co to robią te czynności z dodatkowym obciążeniem i ze zwiększoną częstotliwością – dwa szkraby i ich mala różnica wieku :):):)

Agnieszka Fimiak
Gość

Oj tak, coś o tym wiemy. Może tylko mam o tyle lepiej, że nie mam schodów do pokonania, poza tym wszystko się zgadza. Bardzo trafne ujęcie tematu :-)

milena
Gość
milena

jak już wspomniałam tylko taki sport mi pozostał, dawno zapomniałam o siatkówce, no i od czasu do czasu jest gimnastyka :-)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close