Syrop z cebuli czy Mucosolvan dla dzieci? Niezawodne sposoby na mokry kaszel u najmłodszych

Syrop z cebuli czy Mucosolvan dla dzieci? Niezawodne sposoby na mokry kaszel u najmłodszych


Żaklina Kańczucka

26 września 2018

Wrzesień się kończy i ciepłe, długie dni stają się jedynie wspomnieniem. Zaczęła się szkoła, a wraz z nią sezon na chorowanie u dzieci. Wielu rodziców, z którymi rozmawiałam, jednym tchem wymieniało wszelkie zarazy, które usadziły ich pociechy w domu. Gorączka, katar i kaszel to zestawienie, które nie ominie większości maluchów w trakcie długich jesienno-zimowych miesięcy. A wtedy zaczyna się rozmyślanie, co robić, czy na kaszel pomoże domowy syrop z cebuli czy lepiej podać np. Mucosolvan dla dzieci?

Nie zawsze da się uniknąć zachorowania, ale gdy problemy już się pojawiły, nie ma co czekać, aż  naprawdę się rozrosną. U dzieci wyjątkowo kłopotliwy bywa kaszel. A w tym wszystkim najtrudniejsze są noce, bo kaszlące dziecko wcale się nie wysypia, a rodzina wraz z nim. Przynajmniej tak jest u mnie, bo na zatkany nosek działają skutecznie kropelki, a z kaszlem historia wygląda zupełnie inaczej – podanie jednej dawki syropu nie przyniesie natychmiastowej ulgi – tu ważna jest systematyczność i odpowiednie dobranie leku.

Dopóki kaszel jest suchy, można podawać syropy hamujące odruch kasłania ale w momencie, gdy wydzielina staje się lepka i jest jej dużo, zamiast uspokajać lekami kaszel, trzeba pomóc drogom oddechowym się oczyścić. Bo przecież temu służy kaszel i nie wolno go hamować. To jest ważne nie tylko ze względu na komfort dziecka, ale przede wszystkim dla zdrowia. Zalegająca wydzielina jest doskonałą pożywką dla chorobotwórczych drobnoustrojów i ze zwykłego kaszlu może rozwinąć się zapalenie oskrzeli, albo, co gorsze – płuc.  

Mogę Wam z własnego doświadczenia podpowiedzieć, jak walczyć z mokrym kaszlem u dzieci. U mnie (a przypomnę, że mam trójkę dzieci) najpierw pojawia się suchy kaszel, a po 3-4 dniach mokry. Nie mam wielkich problemów, by rodzaje kaszlu od siebie odróżnić, bo gdy staje się on produktywny, po prostu słychać, że coś tam zaczyna się odrywać. Wtedy sięgam po patenty, które często ratują mnie z opresji.

   1.Babciny syrop cebulowy

Znacie? Założę się, że niejeden raz piliście go w dzieciństwie, bo przecież przed paroma dekadami nie było takiego dostępu do aptek, jak dziś i nasze babcie i mamy musiały sobie radzić sięgając do apteczki Matki Natury. Moja babcia robiła tak –  dużą cebulę kroiła na cienkie plastry, wkładała do słoika i zasypywała cukrem (ona sypała na oko, ja wrzucam 2 łyżki cukru albo lepiej – miodu). Gdy cebula puściła sok, słoik wstawiała do lodówki i tyle. Dostawałam go trzy razy dziennie po dużej łyżce. Mnie smakował, ale już  moje dzieci nie mogą się przekonać do jego smaku, nad czym szczerze boleję. Cebula to naturalny antybiotyk, podobnie jak miód, o ile użyjecie go zamiast cukru.

  1. Mleko i miód

Do szklanki ciepłego mleka dodaję łyżeczkę miodu, a czasem i czosnek. Taka mikstura otula gardło, przyjemnie rozgrzewa i poprawia mi humor, ułatwia zasypianie. Piszę cały czas – mi – bo moje dzieci nie lubią ciepłego mleka, więc kuracja w ich przypadku nie znalazła zastosowania. Miód ma działanie kojące i w dodatku niszczy bakterie i wirusy, ale nie wolno go dodawać do gorącego mleka, bo całe jego działanie pójdzie w siną dal.

  1. Inhalacje solą fizjologiczną

Punkt obowiązkowy przy stanach zapalnych dróg oddechowych u moich dzieci. W zasadzie to jest pierwsze, co robię, gdy zaczyna się u nas “chyrlanie”. Do inhalatora wlewam fiolkę soli fizjologicznej i każę wdychać. Po takim zabiegu kładę dzieci na brzuchu, twarzą do dołu i delikatnie, dłonią złożoną w łódkę, oklepuję plecy. Zauważam różnicę w szybkości odrywania się flegmy i odkrztuszania. To mi poradziła pediatra i o tym zawsze pamiętam.

  1. Syrop wykrztuśny

U mnie na półce stoi od lat Mucosolvan dla dzieci i w wersji dla dorosłych też. Mucosolvan Mini zawiera ambroksol, więc szybko upłynnia wydzielinę i pomaga ją usunąć, dodatkowo łagodzi ból podrażnionego gardła. A z racji smaku owoców leśnych, dzieci są bardziej skłonne do picia syropu. Nie trzeba powtarzać, że regularne przyjmowanie odpowiedniej dawki leku gwarantuje skuteczność jego działania. Tak, wiem –  brzmię teraz jak lekarz albo farmaceuta, ale takie są fakty.

Jestem miłośniczką naturalnych metod, ale doceniam fakt, że Mucosolvan dla dzieci skuteczniej rozprawia się z mokrym kaszlem, skracając czas chorowania. Zresztą nic nie stoi na przeszkodzie, by naturalne metody uzupełniły działanie sprawdzonego leku.

Oczywiście, gdy mokry kaszel, mimo podania syropu lub sięgnięcia po inne, domowe sposoby nie mija, a szczególnie gdy się nasila, trzeba bezwzględnie odwiedzić z dzieckiem lekarza.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Jak wyprawić rano dziecko do szkoły i nie zwariować??

Jak wyprawić rano dziecko do szkoły i nie zwariować??


Fizinka

26 września 2018

Wyprawianie dziecka (7-latka) do szkoły na 7.15 to jedno wielkie nieporozumienie. I serwowanie rodzicom sporej dawki nerwów z samego rana, nie sądzicie? Kto normalny w ogóle wymyśla takie godziny na rozpoczęcie nauki?

Przecież to jest katorga nie tylko dla samego ucznia, ale również dla jego rodziców. Bo dzień muszą zaczynać w pośpiechu i mało przyjaznej atmosferze. Ciśnienie automatycznie mają podwyższone i temperaturę również – choć to akurat dziś dla mnie okazało się nawet spoko, bo za oknem raptem 2 stopnie, więc takie szybkie rozgrzanie organizmu, zanim czajnik zagotuje wodę na gorącą herbatę, było przydatne.

W każdym razie, wybudzić małego śpiocha, zrzucić z łóżka, wygonić do mycia i ubierania… graniczy niemalże z cudem! Wlecze się to dziecię jak wóz z węglem, zalega gdzie popadnie, w każdym możliwym kącie, drzemiąc nawet na stojąco. Serio! Oddając mocz i myjąc zęby, niektóre małe człowieki są w stanie drzemać!

Sapie i jęczy, że mu się nie chce, że woli do łóżka z powrotem wskoczyć. I na nic te matczyne wymądrzanie – „A nie mówiłam wczoraj…?!”, ciągłe poganianie, czy też pogróżki rzucane w eter, że „Szlag zaraz matkę trafi”, czy coś w ten deseń. To nic nie daje. O tej porze dnia dziecko jest tak cudownie nieprzytomne, że można do niego mówić i rzucać grochem o ścianę, a ono nic sobie z tego nie zrobi. Nie słyszy nic. Jego system jeszcze jest w trybie offline.

No więc myje się na wpół przytomne, zanim dojdzie do swojego pokoju, to już dawno zapomni, po co tu przyszło. Położy się na łóżku i korzysta z okazji, zanim matka się kapnie, że ono leży, zamiast się ubierać.

Dlatego trzeba kroczyć za tym dzieckiem jak jego cień, ciągle przypominać co miało teraz zrobić i poganiać. Bo zegar tyka, a ono przecież na wszystko ma czas. Zupełny spokój i luz – wszak szkoła nie zając, nie ucieknie.

A jak już łaskawie się ubierze, to nagle zapragnie się pobawić , autkami pojeździć czy z klocków coś pobudować. W sumie nieważne czym, zabawa jest fajna i na to zawsze znajdzie się jakaś minutka, czy dwie. I nie ma znaczenia, że trzeba się śpieszyć, że matka biega po domu pokrzykując i poganiając – niech sobie biega, jak lubi i niech gada, jak chce…

Później jest zagadka i wyzwanie w jednym – śniadanie. Serwować, czy nie? Dziecko nie chce jeść, bo przecież na to jest za wcześnie, ale wypuścić je z domu z pustym brzuchem, też trochę nie halo. Więc trzeba obrać dobrą strategię – zmusić i patrzeć jak ledwo mlaska ustami.

Śniadanie to też niezłe wyzwanie – bo komu się chce (żwawo) jeść, jak organizm jest na wpół przytomny? Więc trzeba zmuszać i w dalszym ciągu poganiać, jak jakiś żandarm. Ewentualnie można sobie podarować ten etap poranka, wierząc, że dziecko nie umrze z głodu do pierwszej przerwy lekcyjnej.

Na koniec zostaje już tylko odprowadzenie do szkoły. Nie wiem jak Wasze dzieci, ale mój 7-latek ma takie tempo, że spiesząc się, spaceruje sobie swobodnie!! No doprawdy szlag może człowieka trafić. Ty prawie biegniesz, pokrzykując co chwilę „Szybko, szybko!”, a on się wlecze za Tobą, z nietęgą miną twardo przekonując Cię, że przecież się spieszy!

Dobrze, że na siódmą mamy tylko raz w tygodniu. W pozostałe dni co prawda też zazwyczaj mamy gonitwę, bo moje dziecko zawsze na wszystko ma czas i spokój ducha – ale jednak co później, to później ;-)

A jak wyglądają Wasze (szkolne) poranki?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Matko Polko, a czy dbasz o swojego faceta?

Matko Polko, a czy dbasz o swojego faceta?


Basia Heppa-Chudy

25 września 2018

Nie wiem, czy to jest historia o Tobie. Na początku była ona i on, chodzili na randki, często trzymali się za ręce, mieszkali w swoim małym gniazdku, z własnym łóżkiem. Potem pojawił się ktoś trzeci.

Wiele z nas – kobiet tak ma, że gdy na świat przychodzi dziecko, to staje się ono centrum naszego wszechświata. Nikt lepiej się nim nie zaopiekuje, nie zrozumie, nie pomoże, niż mama. I to przekonanie towarzyszy długo, czasem nawet do czasu, zanim słodki maluch nie zdmuchnie osiemnastu świeczek z tortu urodzinowego.

Bobas małymi krokami zagarnia coraz większe terytorium rodziców. Najpierw w małżeńskim łóżku zajmuje jego niewielki fragment, ale z biegiem miesięcy, lat długie kończyny okupują znaczący obszar posłania. Przywłaszcza także salon, przez który ciężko przejść nie potykając się o klocki.

Dziecko dynamicznie rekwiruje czas swojej mamy. Każdego wieczoru domaga się tulenia i czułości, które to przedłużają się w nieskończoność – często do samego rana.

Gdy czegoś potrzebuje, to mama rzuca wszystko i jest na każde zawołanie. I jeszcze to przekonanie idealnej mamy, że żeby dziecko było szczęśliwe, to w domu musi być perfekcyjny błysk i trzydaniowy obiad. I jeszcze ta wielozadaniowa żonglerka – bycie na bieżąco z wszystkimi terminami wizyt u dentysty, bajkami na dobranoc, sprawdzaniem zadań domowych i przygotowywaniem pełnowartościowych zdrowych przekąsek.

A potem zdziwienie, że codzienność i macierzyństwo jest tak bardzo męczące. Po całym dniu godzenia wszystkich obowiązków, gdy pada się na twarz… komu by się jeszcze chciało spędzić czas ze swoim facetem? Uważam, że bycie „mamą na maksa” nie idzie w parze z byciem „dobrą żoną”. Jeżeli mama rezygnuje z siebie i swojego małżeństwa dla dobra dziecka lub jeśli jako cel życia wybiera dziecko, to to się nie może dobrze skończyć.

Trzeba po prostu tu i tam trochę odpuścić. Dziecko nie potrzebuje naszego stałego poświęcania się. Na przykład około roku powinno już samo zasypiać. No dobra, jeśli przegapiło się ten moment, to trzeci rok życia jest już tym ostatecznym czasem, by samo zasypiało we własnym łóżku. A mama mogła wieczór mieć dla siebie, by spędzić czas ze swoim ślubnym.

Wokół większości z nas istnieją też osoby, które są gotowe odciążyć. Nie obawiaj się ich o to poprosić. Możesz być przez otoczenie odbierana jako super Zosia-Samosia i bliskie Ci osoby nie są świadome Twoich potrzeb, więc same nie proponują wsparcia. Weź sprawy w swoje ręce i poproś o pomoc.

Podobno najwięcej małżeństw rozpada się właśnie wtedy, gdy w domu są małe dzieci. Jasne, pewnie w dużej mierze może to być wina niedojrzałych mężczyzn. Ale czy nie czas na refleksję, że być może równie często to — już nie tak ewidentna i spektakularna – wina młodej mamy, która odsuwa faceta na ostatni plan?

Podejrzewam, że dla większości nas matek dzieci są światłością naszego życia. To nie znaczy, że musimy być ciągle w pełnej gotowości wyłącznie na ich potrzeby. Nie zatracajmy się w swoim rodzicielstwie. Nie musimy im dwadzieścia cztery godziny na dobę nieba uchylać. Dziecko na tym nie ucierpi, jeśli pewien – stosownie duży – procent swojego życia, przeznaczymy na pielęgnowanie relacji z ich tatusiem. A jak to dokładnie zrobić? Zajrzyjcie do moich archiwalnych wpisów pt. “Żona i matka na randce – czy to może się udać?” i “20 porad – szczęśliwy związek – jak to zrobić?”

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Białe, różowe czy czerwone? Mini przewodnik po winach

Białe, różowe czy czerwone? Mini przewodnik po winach


MamaDobraRada

24 września 2018

Lubię od czasu do czasu wypić czerwone wino produkowane z winogron. Znawcą nie jestem, ale doceniam jego głęboki smak. Do tej pory o winach wiedziałam tyle, że trzeba je dobrze schłodzić, by lepiej smakowały, lub odwrotnie  – delikatnie ogrzać. Tymczasem różne rodzaje win różnią się od siebie pewnymi cechami i nie każde można serwować w tej samej sytuacji czy temperaturze. Aby było łatwiej dobrać wino w przyszłości, zebrałam dla Was garść przydatnych informacji o tych trunkach.

Ponieważ nie istnieje jedna uniwersalna klasyfikacja win, znawcy podczas wyboru trunku mogą skupiać się na kolorze, zawartości cukru, a także zastosować klasyfikację jakościową (podział na wina stołowe, regionalne i apelacyjne). Ja skupię się na najprostszym podziale, bo każdy potrafi odróżnić kolor trunku. A nawet laik zauważy, że różnice w kolorze wina przekładają się na jego smak.

Wino czerwone produkowane jest z czerwonej lub czarnej odmiany winogron, a jego intensywny kolor pochodzi z barwnika zawartego w skórkach owoców, który uwalniany jest w procesie maceracji (dłuższego kontaktu soku ze skórkami). Jego smak jest dość ciężki, zdecydowanie wyrazisty, więc doskonale pasuje jako dodatek do  cięższych, bardziej treściwych potraw, a także ostrych serów.

Wino białe powstaje z białych winogron, bez procesu maceracji (krótki kontakt soku ze skórkami daje pożądany, jasny kolor), za to poprzez fermentację soku wyciśniętego z winogron. Białe wino może przybierać kolor od przejrzystego, po słomkowe, zielonkawe, a  nawet herbaciane. Jego smak jest orzeźwiający i zdecydowanie bardziej kwaskowaty, niż w przypadku wina czerwonego. Białe wina serwuje się przed posiłkiem, jako aperitif, do białego mięsa, ryb, delikatnych serów i wędlin.

Wino różowe powstaje w taki sam sposób jak czerwone, różnica jednak polega na krótszym czasie maceracji, stąd różnica w kolorze i smaku. Różowe wino dobrze komponuje się z lżejszymi potrawami i słodkimi deserami.

Nie bez znaczenia jest temperatura, w jakich serwujemy wino. Zbyt niska lub zbyt wysoka może negatywnie wpłynąć zarówno na smak, jak i zapach trunku. Znawcy stosują się do poniższych zasad:

  • wino białe podajemy w temperaturze 8 – 12°C,
  • wino czerwone serwujemy ogrzane do 14 – 18°C,
  • wino różowe serwujemy w temperaturze 8 – 12°C,
  • wino deserowe (słodkie i półsłodkie) należy podawać  w temperaturze 14 – 20°C,
  • szampan oraz wino musujące serwujemy w temperaturze 6 – 10°C,
  • wina ziołowe (wermuty) najlepiej smakują podane w temperaturze 12 – 14°C.

Warto wiedzieć również, że wina białe zawsze serwujemy przed czerwonymi, wina lżejsze przed cięższymi, młodsze przed starszymi, wytrawne podajemy przed słodkimi i słabsze przed lepszymi. To pozwoli uniknąć pomyłek.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku