Worms: gra planszowa – Kultowe robaki wracają na stół!
Pamiętacie te popołudnia, gdy siedziało się przed wielkim, buczącym monitorem kineskopowym, a jedynym celem w życiu był idealny rzut Świętym Granatem Ręcznym? Jeśli na samo wspomnienie „Halleluja!” czy widok spadającego Betonowego Osiołka szybciej bije Wam serce, to mam coś specjalnego. Wydawnictwo Rebel wzięło na warsztat legendę naszego dzieciństwa i zamknęło ją w pudełku Worms: gra planszowa. Czy to się mogło udać? Czy planszowe Wormsy bawią tak samo, jak te cyfrowe? Zapraszam Was na sentymentalną podróż, w której gry planszowe wchodzą na zupełnie nowy pułap.
Powrót do przeszłości, czyli „I’ll get you!”
Dla nas – dzisiejszych rodziców – Wormsy to nie tylko gra. To symbol czasów, gdy jedną klawiaturę dzieliło się z bratem, siostrą i połową podwórka. Dziś, zamiast kłócić się o to, kto teraz trzyma myszkę, możemy usiąść przy stole z własnymi dzieciakami.

Fot. Archiwum prywatne
Muszę przyznać, że pod kątem klimatu Rebel zrobił kawał dobrej roboty. Już od otwarcia pudełka uderza ten specyficzny humor i grafika, której nie pomylicie z niczym innym. Są wybuchające beczki, są skrzynki spadające prosto z nieba i ten cudowny, radosny chaos, za który tak bardzo kochaliśmy Wormsy w wersji komputerowej.
Co znajdziemy w środku Worms: gra planszowa?
Komponenty? Pierwsza klasa. Figurki robaków są po prostu urocze – u nas w domu już padły deklaracje, że będziemy je malować. Mapa to klasyczne heksy, więc każda partia wygląda inaczej, co fajnie imituje losowo generowane poziomy z oryginału. Choć jest ich trochę za mało.

Fot. Archiwum prywatne
Ale to, co nas najbardziej „podjarało” (wybaczcie kolokwializm, ale inaczej się nie da!), to karty broni. Mamy tu wszystko:
- Bazooka i Granat – absolutna podstawa, by przetrwać pierwszą turę.
- Kij bejsbolowy – nic nie daje takiej satysfakcji, jak widowiskowe wybicie robaka przeciwnika prosto do wody.
- Legendarny arsenał – Bananowa Bomba czy Samonaprowadzający Gołąb wywołują dokładnie takie same salwy śmiechu, co 20 lat temu.

Fot. Archiwum prywatne
Jak się w to gra, czyli gdzie leży haczyk?
Teoretycznie? Zasady ogarniecie w 10 minut. Gra jest szybka, a mechanika ruchu wydaje się banalnie prosta. Rzuty kośćmi oddają ten stres, gdy wiatr znosił pocisk z bazooki tuż przed samym wybuchem. Jednak to właśnie tutaj – o ironio – poczułam lekki zgrzyt.

Fot. Archiwum prywatne
W komputerze wszystko liczył procesor. Tutaj? Cały „silnik” gry to my. Przesunięcie robaka na sąsiednie pole czy jeden niefortunny strzał potrafi odpalić reakcję łańcuchową, nad którą trudno zapanować. Wybucha beczka, co aktywuje minę, ta odrzuca innego robaka na drugą stronę mapy… i nagle lądujemy w gąszczu pytań: „A jakie to miało pole rażenia?”, „Czy on jeszcze stoi, czy już odpadł?”.
Przyznam szczerze – przy tym chaosie nietrudno o pomyłkę. W ferworze walki łatwo przeoczyć jakiś detal, a wtedy gra przestaje być sprawiedliwa. Zapanowuje chaos, który jedni pokochają za tę nieprzewidywalność, a inni (ci bardziej poukładani) po prostu przeklną. To dla nas lekcja pokory. Przyzwyczailiśmy się do wygody ekranu, a tutaj to my musimy być sędzią i komputerem w jednym. Błędy w „kodzie” są tu po prostu wpisane w cenę zabawy.

Fot. Archiwum prywatne
Rodzinny wieczór z dawką adrenaliny
Rozgrywka idealnie sprawdza się jako wspólny czas, o ile nie macie w domu samych nerwusów! Jeśli Wasze dzieci (lub mężowie…) źle znoszą porażki, przygotujcie się na spore emocje. Całość zamyka się w 30–45 minutach. To taki „złoty czas” – dzieciaki nie zdążą się znudzić, a my mamy chwilę, by poczuć się jak domowi stratedzy.
To fajny balans między szybką akcją a kombinowaniem, pod warunkiem że potraficie się śmiać z własnego robaka wylatującego w kosmos.
Dlaczego mimo wszystko warto?
- Łączymy pokolenia: Mało jest gier, w których rodzice bawią się tak dobrze, jak dzieci. Tłumaczenie młodszemu pokoleniu, dlaczego ta owca właśnie wybuchła, to czysta frajda.
- Złośliwość z przymrużeniem oka: Tak, walczymy ze sobą, ale oprawa jest tak absurdalna, że eliminacja z gry kończy się raczej żartem niż fochem.
- Regrywalność: Modularna plansza sprawia, że każda bitwa to inna historia.

Fot. Archiwum prywatne
Moje sentymentalne podsumowanie
Czy planszówka Worms: gra planszowa zastąpi komputerowy pierwowzór? Pewnie nie. Ale dobrze go dopełnia. To fizyczne rzucanie kostką i przesuwanie figurek daje masę satysfakcji. Dla nas to powrót do beztroskich lat, a dla dzieciaków – niezła lekcja taktyki (i cierpliwości!) bez gapienia się w telefon.
Będę z Wami szczera: Worms: gra planszowa budzi u nas mieszane uczucia. Z jednej strony mamy kupę śmiechu, z drugiej – rozgrywka pod kątem technicznym trochę nas wymęczyła. Ten „decyzyjny chaos” sprawia, że czasem ma się ochotę po prostu rzucić ręcznik i przestać liczyć te wszystkie pola rażenia. Brakuje tu kogoś, kto załatwiłby za nas te nudne formalności.
Mimo to magia nostalgii działa. Wiem, że będziemy do Wormsów wracać. Może z większym luzem do zasad, a mniejszym parciem na wynik? Bo koniec końców, ta gra nie jest idealna, ale jest… niesamowicie „wormsiasta”!



