Dom 13 listopada 2017

Żeby mi się chciało, tak bardzo, jak mi się nie chce – też tak czujesz?

W listopadzie najbardziej na świecie lubię siedzieć z książką pod kocem. A jest jeszcze milej, gdy nagle w pokoju pojawia się promyk słońca – o tej porze roku to taka rzadkość! Mój spragniony wzrok podąża więc za tą świetlną wiązką i natrafia na coś, czego widzieć jednak nie chciałam. Wrrr…

A mianowicie, gdy słońce zaświeci w szyby, zauważam, że są brudne. Nie jest to bardzo odkrywcze, bo w domu nie mam firanek i chcąc nie chcąc, nie da się tego spostrzeżenia uniknąć. Potem szybko – za każdym razem od nowa – liczę w myślach, ile mam okien. Wychodzi 15 sztuk i nigdy nie chce być inaczej. I myślę sobie, jak Kubuś Puchatek: „Boże spraw, żeby mi się chciało, tak bardzo jak mi się nie chce”.

Dopada mnie więc kolejna refleksja, że przydałby mi się ktoś do pomocy w ogarnięciu tych okien. A najlepiej ktoś taki, powiedzmy sobie wprost — kto zrobi to po prostu za mnie. Jednocześnie — jak obuchem w głowę – pojawia się świadomość, że pracuję w oświacie, a nie w sektorze IT czy finansów i nierozważne byłoby przepuszczać moje zarobki na coś, co potrafię zrobić sama.

Na szczęście przypomina mi się, że od pewnego czasu jestem posiadaczką fajnego urządzenia — ściągaczki, która bardzo ułatwia harówkę z brudnymi szybami. Ta myśl jest całkiem pocieszająca. Już nawet prawie się zrywam, by chwycić za szmatę, ale uświadamiam sobie, że mam tych okien jednak dosyć dużo i tak od razu problemu się nie pozbędę, mimo użycia wyspecjalizowanego sprzętu. Więc może nie ma co tak od razu się zrywać? Czy nie lepiej na spokojnie dokończyć rozdział, a najlepiej książkę i do tematu wrócić w następny weekend?

To brzmi prosto, ale istnieje ryzyko, że za tydzień o tej porze będę robić to, co dziś — czyli leżeć z książką pod kocykiem i odwlekać wykonanie tego zadania. Jest też opcja, że będzie pochmurno i brudne szyby nie będą rzucały się w oczy i postanowienie zostanie znowu przesunięte w czasie. Tyle że za długo nie da się tego odwlekać, bo jeszcze miesiąc i będą święta. A wtedy nawet taki ktoś jak ja, nie akceptuje brudu w domu.

Tak więc wniosek jest jeden – są w życiu czynności, których można nie lubić, ale i tak trzeba je wykonać. Może nie ma ich co tak demonizować, tylko wziąć się za robotę! Nie chce ci się? Znam to, mi też nie! Ale się zmuszam. I nie liczę na to, że przyjdzie lepszy moment i mi się zmieni motywacja. Wychodzę z założenia, że lepiej zrobić dziś i mieć potem święty spokój. I czyste sumienie. I niczym niezmącony widok przez okno 😉

Subscribe
Powiadom o
guest

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Maria Ciahotna
7 lat temu

Oj, skąd ja to znam… Też bym wolała z książką posiedzieć, przy czwórce dzieci to czasami marzenie z kosmosu… A słoneczko odkrywające „niedoskonałości” okna też na mnie działa – pobudzająco. Zwykle myję te najbardziej wołające o pomoc, czyli od drogi. Kolejne staram się też ogarnąć, ale nie zawsze od razu. Ogólnie z domowymi zadaniami mam tak jakoś, że może mogą poczekać chwilę, bo lepiej jest się z dziećmi pobawić? A czasami fajnie z dziećmi urządzić zabawę w sprzątanie – w tym najlepiej mój ukochany się sprawdza, potrafi dzieciaki cudownie zmotywować, porozdzielać zadania, doglądać… i wspólnymi siłami wszystko łatwiej ogarniemy 😀

Emocje 9 listopada 2017

O tym, że dobro powraca, szczególnie wtedy, gdy się tego nie spodziewamy

Wiecie, nie lubiłam niespodzianek, bo czasem stawiają obdarowanego w niezręcznej sytuacji i zmuszają do rewanżu. Bo przecież jak ktoś coś dla mnie, to ja dla niego też powinnam, prawda?

No właśnie, że nieprawda! Aż sama jestem zdziwiona tym co piszę, ale kilka zdarzeń, właśnie “niespodziewanych niespodzianek”, dało mi zupełnie inny ogląd na sprawę i znów wróciły do mnie niedawnym wspomnieniem.

Kilka “szmat” od H.

Chyba z rok temu, zaprzyjaźniona wirtualnie od ponad 6 lat koleżanka z pracy i nie tylko, zapytała mnie, czy nie chcę kilku “szmatek” dla ciężarnych, żebym po porodzie mogła bez żalu wywalić, bez tracenia pieniędzy. Oczywiście, że chciałam, bo ja nie należę do rozrzutnych, więc zgodziłam się z zadowoleniem. Po drodze zapytała jeszcze o jedną i drugą inną rzecz czy mi się nie przyda i obiecała wysłać paczkę. Ależ mnie czekało szokujące odkrycie, bo do tej paczki “szmacianej” wepchnęła taką ilość akcesoriów dla mnie i małego, że mnie zatkało. No jak to?! Te wszystkie rzeczy to niemały majątek, więc kopara mi opadła i rzuciłam się do telefonu, by zwrócić co najmniej za kuriera i zapłacić choć za ułamek z tych rzeczy. Nic z tego, tematu nie było, na zdrowie dla mnie, niech służy. Kuźwa, chyba połowa wyprawki! Przeżywałam to bity tydzień, że jak to tak, ona wyjdzie stratna, a mi będzie głupio na wieki wieków. Ale niech służy!

Prezent na zaś

Trzy dni od tej niespodzianki, dostałam wyładowaną po brzegi paczkę z kosmetykami pewnej marki dla niemowląt i dzieci. Usiadłam, odpakowałam i nie wierzyłam, przynajmniej półroczny zapas kosmetyków dla małego i dla mnie też. Siedziałam i śmiałam się do siebie, pomyślałam –  trzeba stawiać darczyńcy łiskacza, bo jak to tak, za darmo?!? Ano, za darmo, prezent, po prostu.

Przesyłka od S

Kiedy indziej znalazłam w skrzynce awizo, w sobotę stawiłam się grzecznie w kolejce na poczcie. Po kwadransie oczekiwania w zmodernizowanej i sprzyjającej klientom (dobry żarcik) placówce, wręczyłam pani karteczkę. W zamian wyciągnęłam ręce po zapakowaną w biały papier paczkę i zaczęłam się śmiać. Na chwilę wszystkie klepki mi się pomieszały, bo nie mogłam zrozumieć tego fenomenu. Do domu leciałam jak na skrzydłach, co i rusz spoglądając na paczkę. Niczego się nie spodziewałam, o nic nikogo nie prosiłam, to co tym razem? Bomba, wąglik? Może lepiej rozpakować na dworze, albo niech mąż rozpakuje, zawsze matki bardziej szkoda dzieciom odbierać.

Dotarłam do domu, rozszarpałam opakowanie, a tam piękne suweniry dla moich chłopaków. Złapałam za telefon, podziękowałam.

Poczułam się wyróżniona przez los, że mam wokół siebie osoby, które ciepło o mnie myślą i zwyczajnie podarowały coś od siebie. Później miłym gestem sprawiła mi niespodziankę jeszcze A i M, a ja nadal nie mogłam tego pojąć, czym zasłużyłam na to. A może ja wyglądam tak biednie i niezaradnie życiowo? Oby nie! Przecież nie jestem kimś wyjątkowym, mam swoje wady, bywam mało lubiana, bo mówię co myślę. Zapytałam mojej mamy, czy ona coś z tego rozumie, bo ja nic. Powiedziała mi tylko tyle – nic dziwnego, ty myślisz o innych, doceń, że ktoś myśli też o tobie. Dobro powróciło z nawiązką, dziękuję i posyłam je dalej 🙂

 

Subscribe
Powiadom o
guest

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Paulina Białowieżec

Super 🙂 To bardzo miłe 😉

Maria Ciahotna
7 lat temu

Pewnie że powraca 🙂 Lubię sprawiać innym niespodzianki, czasami boję się, że ktoś poczuje się niezręcznie, ale i tak warto „ryzykować” 🙂 i trzeba też pamiętać o tym, że osoba obdarowująca też czerpie z tego jakąś radość, więc obie strony są szczęśliwe!

Zdrowie i uroda 8 listopada 2017

Wirus bostoński, tzw. bostonka – naucz się ją rozpoznawać i nie puszczaj chorego dziecka do przedszkola!

Wirus bostoński lubi atakować w okresach przejściowych, tj. wiosną i jesienią. Pewnie dlatego właśnie teraz obserwuje się jego wzmożoną obecność , głównie tam, gdzie przebywa dużo dzieci i ma szansę na to, by bezkarnie przenosić się z jednego organizmu na drugi. Moich dzieci też nie ominął, a ponieważ w pierwszych dniach zmylił nam trop swoimi objawami, napiszę Wam na co warto zwrócić uwagę i jak można go rozpoznać.

Jakiś czas temu Jaś zaczął się skarżyć na ból policzka od wewnętrznej strony. W pierwszej kolejności uznaliśmy, że pewnie najzwyczajniej w świecie przygryzł sobie ów policzek i stąd dyskomfort. Chwilę poboli, zagoi się i przejdzie – myśleliśmy. Minął dzień czy dwa, ból dalej nie znikał, a Jasiek zaczął odmawiać jedzenia. Wtedy stwierdziliśmy, że to musi być jakaś afta, która sama pewnie nie minie. Więc kazałam dziecku płukać usta kilka razy dziennie szałwią i rumiankiem. Ku mojemu zdziwieniu dolegliwości jednak nie przechodziły, za to Jaś po kolejnych dwóch dniach pokazał mi wysypkę, która pojawiła się na wewnętrznej stronie dłoni. Wtedy dopiero zorientowałam się, że to nie żadne afty, a najprawdopodobniej BOSTONKA!  

W między czasie wirus dopadł też Polę, tyle że u niej zaczęło się od nagłej gorączki, powyżej 39 stopni. Trzymała ją całą noc, odpuściła dopiero rano i już więcej się nie pojawiła. A ponieważ nie towarzyszyły jej żadne inne objawy, typu katar czy kaszel, pomyślałam, że to jakiś jednorazowy wybryk, może zęby, które aktualnie jej się wyżynają. Ale po dwóch dniach zaobserwowałam podejrzane kropeczki w okolicy ust, a później na dłoniach. Wtedy zapaliła mi się czerwona lampka, a że chwilę później odkryłam podobną wysypkę u Jasia, wiedziałam, że oboje mają ten sam problem.

Wirus zresztą prawdopodobnie próbował zaatakować całą naszą rodzinę, bo i ja z mężem w tym samym czasie zaczęliśmy męczyć się z objawami przeziębienia, ale u nas na szczęście tylko na tych objawach się skończyło i szybko udało je się pokonać domowymi sposobami. Dzieci z kolei wymagały kontroli pediatry i obowiązkowej IZOLACJI, ponieważ bostonka  jest bardzo zakaźna. Chcę to szczególnie podkreślić, bo wiem od Jasia, że do przedszkola chodził ostatnio chłopczyk, który podobno miał takie samy „plamy” na dłoniach jak on, a  więc prawdopodobnie był chory. Do przedszkola rodzice musieli więc puszczać go nieświadomie (a przynajmniej taką mam nadzieję!), ale by te wirusy nie rozsiewały się w kółko i nie wracały – bo przebyta choroba nie daje odporności i zarażać się nią można wielokrotnie! – ważne jest, aby rodzice o niej wiedzieli i potrafili szybko ją rozpoznać.

A więc po krótce…

Bostonka to zakaźna choroba wirusowa, wywoływana przez enterowirusy Coxsackie. Zarazić się nią można drogą kropelkową lub przez „brudne dłonie”, które miały kontakt ze stolcem nosiciela – wirusy wydalane są z kałem nawet przez kilka tygodni. Dlatego niezwykle ważna jest higiena po skorzystaniu z toalety lub zmiany pieluchy u niemowlaka. Ale ponieważ u dzieci przebywających w żłobkach, przedszkolach czy szkołach, ciężko zapanować nad właściwą higieną, tam skala zakażeń bywa ogromna.

Na bostonkę najczęściej chorują dzieci, jednak (od swojej pediatry wiem, że…) coraz częściej dotyka ona również dorosłych, u których „lubi” przebiegać ciężej, z poważnymi powikłaniami.

Do objawów należą:
– gorączka – często wysoka, powyżej 39 stopni,
– ból gardła,
– osłabienie,
– brak apetytu,
– wysypka,
– mogą pojawić się też nudności, wymioty i biegunka.

Wysypka pojawia się zazwyczaj po kilku dniach od zakażenia (3-6 dni) i wystąpienia pierwszych objawów. Umiejscawia się głównie na wewnętrznej stronie dłoni, podeszwach stóp, twarzy i w jamie ustnej. Czasami widoczna bywa w górnej partii klatki piersiowej.

Przyjmuje postać drobnych, czerwonych, łososiowych lub sinych kropeczek, plamek bądź grudek (w przypadku Jasia zmiany były delikatnie ciemniejsze od skóry, więc trudniej było je dostrzec, niż u Poli, która miała ewidentnie czerwone plamki i krostki, dobrze widoczne).

Wysypka może też przyjmować postać pęcherzyków, przypominających ospę, dlatego bywa z nią mylona. Tyle, że przy ospie wykwity pojawiają się na całym ciele, włącznie z owłosioną skórą głowy i swędzą, natomiast przy bostonce ograniczają się do kończyn oraz twarzy i raczej nie towarzyszy im świąd. Zdarza się, że po jej zniknięciu, z kończyn delikatnie złuszcza się skóra.

W związku z tym, że choroba sama ustępuje, leczenie ogranicza się jedynie do podawania środków przeciwgorączkowych, przeciwbólowych – jeśli jest taka potrzeba, antywirusowych i wzmacniających odporność, np. zwiększając podaż witaminy C. Ponadto osoba zarażona, jak już wspomniałam wcześniej, wymaga izolacji, nawet po zniknięciu objawów/wysypki – w naszym przypadku pediatra zaleciła dodatkowy tydzień siedzenia w domu i stronienia od wszelkich gościnnych wizyt.

 

Subscribe
Powiadom o
guest

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close