Gdy dzieci śpią… Uczta dla zmysłów.


Knajpki serwujące sushi mnożą się w Polsce, jak grzyby po deszczu. Nieuniknione było więc, że i mnie – prędzej czy później – mój romantyczny mąż wyciągnie na tę orientalną kolację. Miałam pewne obawy, bo jak dla większości naszego społeczeństwa, sushi kojarzyło mi się z surową rybą (potrawa z surowej rybki to sashimi).

 Tymczasem sushi to przede wszystkim ryż i dodatki – przeróżne: bo i ogórek, por, awokado, zielona cebulka i wędzony łosoś… plus wodorosty, czyli nori. Od pierwszego sięgnięcia pałeczkami po sushi, zamoczeniu go w sosie sojowym i odrobinie zielonego japońskiego chrzanu wasabi – zakochałam się w tym lekkim, unikatowym smaku. Jedynie co mi nie podeszło – ale to moja subiektywna opinia, bo raczej ludzie zachwycają się jego smakiem –  to marynowany imbir, który powinno się przekąszać dla oczyszczania kubków smakowych. Moje kubki smakowe i bez tego pracują na najwyższych obrotach.

 Przyjemność jedzenia sushi w sushi barach nie jest tania. Oczywiście od czasu do czasu można zaszaleć, ale my wpadliśmy na o wiele ciekawszy pomysł – przyrządzamy tę potrawę w domu. Zapewniam, iż samodzielne rolowanie daje bardzo dużo satysfakcji, mnóstwo radości i co według mnie – najważniejsze, jest świetnym sposobem na spędzenie romantycznego wieczoru z mężem. Nam spodobało się to tak bardzo, że regularnie robimy sushi w domu, starając się doskonalić swoje umiejętności.

 Mamy taki rytuał – wieczorem ja: idę usypiać Aleksa, a mąż: przygotowuje w tym czasie ryż. Z ryżem jest trochę zachodu – jest to specjalny ryż krótkoziarnisty (do kupienia nie tylko w sklepach z żywnością orientalną ale w zasadzie w każdym supermarkecie), którego trzeba kilka razy wypłukać, a po ugotowaniu schłodzić do odpowiedniej temperatury. Gdy tylko synek zaśnie, dołączam do najprzyjemniejszej części przyrządzania kolacji dla nas dwojga – do rolowania. I nie ma w tym żadnej filozofii – choć na początku trzeba odkryć tajemnice tej sztuki kulinarnej. Jak to zrobić? Najlepiej podpatrzeć, jak robi to mistrz kuchni w sushi barze (sushi przygotowywane jest na oczach klientów) lub można też w domowym zaciszu zobaczyć filmiki instruktażowe dostępne w Internecie. Pisząc do Was nie mam na celu podawania Wam instrukcji i przepisu. Chciałabym Was jedynie (albo aż) zainspirować samym pomysłem, a wirtualna sieć jest bogata w dokładne wskazówki.

 W naszej kuchni przy nastrojowej muzyce tworzy się niepowtarzalny klimat kraju kwitnącej wiśni… Jest to zupełnie inne, od tego na co dzień, relaksujące przygotowywanie kolacji – bo bez pośpiechu, blisko, obok siebie, rozmawiamy, śmiejemy się i jednocześnie każdy robi swoje, czyli roluje. W przygotowanie tego posiłku wkładamy całe serce. Cudowna jest perspektywa, że za chwilkę usiądziemy wygodnie nad tacą pełną pysznego sushi i będziemy delektować się jedząc je pałeczkami (można też rękami, ale pałeczki mają tak niezwykły urok, że nie możemy im się oprzeć). I tak do późnej nocy… prawdziwa uczta zmysłów.

 I jeszcze jedno – jesteśmy rodzicami małego smakosza i wielbiciela sushi. I nie możemy pozwolić sobie na zjedzenie wszystkiego do końca. Po kolacji kilka maków wkładamy do lodówki (na drugi dzień jest równie smaczne) dla Aleksa na drugie śniadanie. A hasło: „Mamo, lubie siusi.” – bezcenne .

A czy Wy macie przepis na romantyczny wieczór we dwoje? Podzielcie się swoją propozycją  i zainspirujcie inne mamy.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Moje pierwsze “siusi” w ogóle nie przypadło mi do gustu. Za drugim podejściem polubiłam bardzo! Szkoda, że ceny są tak wygórowane , ale to pewnie ze względu na fakt, ze towar musi być świeży i najwyższej jakości a wiadomo, że surowe mięso szybko się psuje.
    Nigdy nie próbowałam i nie wiem jak przyrządzać sushi samodzielnie w domu i bardzo chętnie skorzystam z jakiegoś przepisu :) Ale to dopiero za jakiś czas, bo w ciąży boję się smakować surowych mięs ( tęsknię również za serami pleśniowymi…)

    1. Ale nie trzeba od razu robić sushi w domu z rybami ;) Na początek najlepiej potrenować zwijanie np. z ogórkiem, serkiem philadelphia czy z surimi. Jest łatwiej i dużo taniej.
      Moja Żona, czyli autorka tekstu ;) pokochała sushi przed ciążą i bardzo, ale to bardzo brakowało jej tego smaku w trakcie ciąży. Ona również bała się surowych ryb, ale teraz może to sobie odbić z nawiązką!
      Przy odrobinie chęci przygotowanie dużego talerza maków z warzywami i owocami nie będzie bardzo kosztowne, a przyjemność z jedzenia – ogromna!

  2. Z moim dzieckiem trudno u nas o jakikolwiek romantyczny wieczór tylko we dwoje… bo niestety mała chodzi spać w zasadzie wtedy kiedy i my, ale gdy uda się ją położyć wcześniej, to najlepszym i najbardziej romantycznym wieczorem (takim bez wychodzenia z domu) może być wspólna kąpiel w wannie z dodatkiem pachnących olejków do kąpieli. Można sobie odpocząć, zrelaksować się i nie tylko …:D

  3. oj, oj, oj, narobiliście mi teraz chęci na to sushi. Nadal nie jadłam..a z opisów wynika, że już sama czynność przyrządzania musi być niesamowita, a co dopiero jedzenie. Jako zapalona kucharka w tworzeniu nowych smakołyków na pewno przy najbliższej wolnej sobocie – spróbuję :) Mój mąż nie lubi się bawić jedzeniem, ale może taka inżynierska forma przypadnie mu do gustu – spróbuję :) No i jeszcze dzidzi jakiś warzywny smakołyk jakby się udało zrobić to byłoby..pysznie :)

    Nasze romantyczne wieczory niestety też nie należą do częstych, ale jak już się uda…to tak tradycyjnie jest winko, jakieś słodkości (bo oboje jesteśmy strasznymi łasuchami) i ulubiony serial – i tu się romantyzm kończy, bo żadne z nas nie jest zwolennikiem ckliwych telenowel, ani chociaż jakichś seriali obyczajowych, więc oglądamy np. Mentalistę, Kryminalne Zagadki albo Kości – wszystkie w których trup się ściele…no, ale jest też zagadka… i to jest ta część wspólna, bo przecież każdy ma pomysł na swoją teorię o zabójcy :) i ta niepewność do końca – kto zabił = kto z nas miał rację? Zagadkowe wieczory to te naaasze wieczory, jeszcze z czasów narzeczeństwa i sprzed dzidzi. PS. Jakby jakaś mama próbowała tej formy spędzenia wieczoru – trzeba pamiętać, że druga połówka też musi taki gatunek filmowy lubić i nie polecam jedzenia na początku odcinka każdego z tych seriali :)

  4. ja raz w życiu spróbowałam sushi zrobione przez kolegę. spróbowałam, bo wszyscy się zajadali. Mieli ze mnie niezły ubaw, bo nie wiedziałam jak się tego kulturalnie pozbyć z ust, a przez gardło nie chciało przejść :)

    Romantycznych wieczorów u nas jak na lekarstwo- proza życia chciałoby się powiedzieć… Ale jak już się zdarzą to często jest jakieś wino, a co do jedzenia to różnie: czasem ja coś zrobię, czasem zamawiamy, ale najlepiej jest jak robimy coś razem. Najlepiej zapamiętałam pierogi z farszem z piersi z kurczaka, żółtym serem i szpinakiem. To były nasze pierwsze wspólne pierogi, które skończyliśmy przed północą, nie wspominając o tym, co działo się dookoła nas. Późna kolacja, ciekawy film, a co później…. to nasza słodka tajemnica ;)

  5. Noo “siusi” to ja jeszcze nie jadłam,bo tak jak pisze autorka -kojarzyło mi się ono z surową rybą ;) :P Teraz wiem że to coś innego :) I muszę przyznać że bardzo mnie to zainspirowało… :D

    1. ja niestety ryz lubię tylko w pomidorówce ;) chyba, że jest jakiś zamiennik jak za rybę hihi

      1. Magda no niestety (albo stety) ryż to podstawa w sushi ;)
        Ale… za to jest zupełnie inny od tradycyjnego – jest nieco bardziej okrągły, a po ugotowaniu ziarenka “kleją się do siebie, zachowując swój kształt, no i jeszcze jest specjalnie płukany, gotowany i jeszcze zakwaszony zalewą składającą się z octu ryżowego i cukru. W rezultacie smakuje zupełnie inaczej niż nasz.

      2. A ja właśnie ryż bardzo lubię :) Na obiad mogłabym jeść niemalże codziennie ryż z warzywami :)

  6. Cały dzisiejszy dzień myślę o tym ROMANTYZMIE…jak to u nas wygląda…
    Cóż, podpisać się mogę pod słowami Magdy “Romantycznych wieczorów u nas jak na lekarstwo”.
    Dwójka maleństw, praca zmianowa, zabieganie robi swoje- wieczorem padamy jak muchy i niestety gdzieś w tym wszystkim zapominamy o sobie, o swoich potrzebach…a przecież to jest szalenie potrzebne!
    Czasem jednak zdarzy się nam mieć ROMANTYCZNY wieczór. Jest to wtedy bardzo spontaniczne i z niespodzianką dla drugiej osoby. Zazwyczaj jest to wino, świece, wspólna kąpiel, która działa niesamowicie relaksująco, odprężająco ale i też pobudzająco :)
    Niestety chwilowo nie możemy sobie pozwolić na ROMANTYZM poza domem…a szkoda…bardzo mi tego brakuje :(
    Barbaro, bardzo dziękuję Ci za ten dzisiejszy tekst. Dał mi on niesamowicie dużo do myślenia…żeby w tym całym zabieganym dniu, tygodniu, miesiącu znaleźć chwilę dla siebie…żeby znów być bliżej siebie…
    Fajnie, że macie taką tradycję…tak trzymać!
    A co do sushi- jadłam i uważam, że jest genialne!

  7. Swietny tekst :), a u nas dzisiaj bedzie romantycnzy wieczor, synek zostaje pod opieka cioteczke, a maz zabiera mnie i brzuszek ;) na romantycnzy wieczor, bedzie w pubie znajomych gral na gitarze, a potem romantyczna kolacja i obowiazkowo pojdziemy na pudding bananowy… ja trafilam na wyjatkowego romantyka, wiec romantyczne wieczory to u nas czesto :)

  8. Artykuł zachęcił mnie do zagłębienia się w tę tajemną sztukę japońską…i o dziwo, nie będąc zwolennikiem jakichkolwiek morskopodobnych specjałów, mam ochotę spróbować! Ale na początek w formie wizyty w sushi-barze, co łatwe nie będzie, ponieważ w naszym miasteczku o takim miejscu można pomarzyć, a do najbliższego i tak daleko… Co do romantyzmu…od ok. 7 miesięcy nie wiem co to jest! Nie mamy na to czasu, ochoty, a przede wszystkim sposobności… Maluch jest na pierwszym miejscu i nie pozostawia nam sił na romantyczność. Czas to zmienić! Ale jak znajdziemy ten czas :)

  9. Na sushi namówił mnie mój mąż, któy jest jego wielkim wielbicielem. Jadłam trzy razy i nie mogę powiedzieć żebym piała z zachwytu. Najbardziej smakowało mi do tego śliwkowe wino Choya ( nie dam głowy uciąć za pisowanię ale czytaj czoj). Romantyczne wieczory – kilka razy do roku jak na lekarstwo – niestety mąż nie jest romnatykiem:(

    1. Ja też lubię to japońskie winko – a najbardziej choya silver :) Ale nie bardziej niż samo sushi ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Tatuś też rodzic


Pewnie słyszałyście te opowieści jacy ci mężczyźni są nieporadni, jak to nie potrafią zmienić pieluszki, czy wyczyścić noska, że boją się przez kilka miesięcy wziąć dziecko na ręce, bo zrobią mu krzywdę i czekają, aż pójdzie ono do szkoły, żeby mieć pewność, że nie są już tak wiotkie i delikatne jak po urodzeniu? Obraz jak z komedii i horroru zarazem. A ja kolejny raz postanowiłam się zbuntować, dając wiarę ojcowskiemu instynktowi (lub po prostu zdrowemu rozsądkowi).

Widziałam obraz ojca, kreowany przez współczesnych tatusiów, który nierzadko mnie przerażał. Ojciec ten, głowa rodziny, często jej jedyny żywiciel, który zwierzynę do domu przynosił, rzucał na stół, aby kobieta-żona-matka sprawnie się nią zajęła, a sam taki już obdarty z resztek sił, zasiadał przed ogniskiem, które nieco zmieniło kształt i formę na pudło wydające dźwięki i prezentujące kolorowe obrazy. Nie miałabym nic przeciwko, każdy potrzebuje odpoczynku, nawet Nasz Macho, ale…

„Ale” zawsze się pojawia, kiedy chce zburzyć spokój, tak jest i tym razem. Ojcowie z mojego otoczenia są bardzo aktywni, uprawiają sporty, od jazdy na wszelkich sprzętach sportowych do podnoszenia ciężarów, łudząco podobnych do puszki z piwem. Nie mam nic przeciwko pasjom, ale to na pasje znajduje się czas, a nie na rodzinę. Bo gdy już ten ojciec przetestuje rower, sprawdzi czy woda na basenie nie jest za zimna i czy piwo z kolegami smakuje wciąż tak samo, wraca do domu z pieśnią na ustach: „Kochanie jestem wykończony, normalnie padam na twarz. Dobranoc”, czasem refren jest skrócony do: „idę spać”.

Obraz ten może troszkę przerysowałam, choć nie twierdzę, że bardzo i że jest tak wszędzie. Być może tylko mi się trafiło i mam ten zaszczyt oglądać takie zjawiska. Tak czy inaczej wierzyłam, że u nas będzie inaczej, że nasz Tatuś jest inny, choć też ma rower, skafander do nurkowania i kilka puszek. Znalazły się dobre dusze, które szeptały mi do ucha, że On jest takim samym egzemplarzem. Doprowadzało mnie to do szału. Przecież wiedziałam, że to jak Tatuś będzie się zachowywał po porodzie zależy również ode mnie.

    W dniu porodu już wiedziałam, że mój Egzemplarz jest z limitowanej edycji. Był ze mną do samego końca, a właściwe początku naszej wspólnej drogi we troje. Jako jedyny spośród swoich kolegów był podczas porodu. Tamci już od dawna świętowali przyjście na świat dziecka mino, że było jeszcze „jedną nogą w brzuchu”. Byłam z niego taka dumna, widziałam w nim takie emocje, których nigdy wcześniej w nim nie znałam. A i mnie dostał się komplement: „Jesteś Gladiatorka! Kocham Cię”. Ja jego też.

Po wyjściu ze szpitala zawiózł nas do rodziców, bo tak ustaliliśmy. Byliśmy tam dwa tygodnie i regenerowałam siły. Nie bałam się poprosić o pomoc, choć sama przyszła. Ja zajmowałam się moim Szczęściem, a mama zajęła się gotowaniem, praniem, prasowaniem etc. Przyszedł dzień, kiedy trzeba było podjąć decyzję o powrocie do domu. Chciałam wracać, choć było mi dobrze- śniadanie, obiad, kolacja do łóżka, wszystko pod nos. Tatuś powiedział, że uświadomiłam mu jedną rzecz – że teraz będę miała nie tylko dziecko pod opieką, czy tylko będę miała pod opieką dom, lecz wszystko razem. Więc Tatuś odciążał mnie przez kilka pierwszych miesięcy i przejął wszystkie obowiązki domowe- od zakupów po mycie podłóg.

    Tatuś dostał kilka ważnych zadań, mianowicie pierwszą i każdą kolejną kąpiel, jedno nocne karmienie, przytulanie, całowanie, noszenie i w zależności od możliwości przewijanie, noszenie do odbicia, chodzenie na spacery. Widziałam strach w jego oczach, ale i chęć do działania. Po krótkim instruktarzu dawałam mu pole do popisu. Nie martwiłam się, że może dziecko nie będzie tak czyste jak jak bym wykąpała, że pieluszka będzie krzywo założona. On jest ojcem i wiedziałam, że nie będzie chciał zrobić krzywdy dziecku, że on też ma instynkt. Oboje zostaliśmy po raz pierwszy rodzicami i byliśmy w tam samym miejscu na starcie, choć może ja startowałam z lepszego miejsca, albo tylko tak mi się wydawało.

Choć czasem na usta cisnęły mi się pewnie sugestie, ręce same rwały się do tego, aby coś poprawić, to dzielnie się przyglądałam i chwaliłam. I tak zbudowała się ojcowska pewność siebie, wprawa i duma. Koledzy i ich żony byli zdziwieni, że ojciec może sam zrywać się do dziecka kiedy zakwili, że pyta czy nie trzeba przewinąć, że chce nosić, tulić i całować nawet przy wspomnianych kolegach.

    Każdy Tata powinien mieć szansę na to, by móc się wykazać. I dlatego trzeba stwarzać im ku temu okazje- chwalić, a nie krytykować, przymykać oko na błahostki, bo rodzicem nie jest tylko mama, tata też nim jest i chyba nasza w tym rola, aby utwierdzać go w przekonaniu, że robi wszystko najlepiej, że on też wie. Przecież dając dziecko pod opiekę ojcu nie robimy mu krzywdy i ten też jej nie wyrządzi. Trochę wiary w mężczyznę- ojca nie zaszkodzi, a zmienia całe życie rodzinne. Właśnie tak zbuntowałam się na ten obraz współczesnego ojca, który miałam długo przed oczami. Nie żałuję, że podjęłam walkę z sobą i własnym instynktem, z tym, że ”wiem lepiej”. Muszę przyznać, będąc najbardziej obiektywną jak tylko potrafię, że Nasz Tatuś jest najlepszym tatusiem i może śmiało stawać za wzór swoim kolegom.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja miałam dokładnie takie samo podejście jak autorka wpisu. Mój mąż nie wstawał karmić, bo dziecko dostawało pierś, ale przed karmienie to on wstawał je przewijać i podawał mi je do karmienia. No jak to?- dziwiły się moje koleżanki – przecież on pracuje, więc Ty mogłabyś wstawać do dziecka. A ja nie pracuję? Każda chwila spędzona na opiece nad dzieckiem to też wielka praca. Dzięki moim zabiegom tata jest specem do córeczki. Potrafi przy niej zrobić wszystko i nie narzeka. Czasami ma słabszy dzień..ale to chyba jak każdy. No i kąpiel jest tylko taty – wstyd się przyznać, ale ja jeszcze swojego dziecka nie kąpałam :] a ma już 11 miesięcy :] Tata sobie z tym doskonale daje radę :)

    1. jak Luśka wstawała w nocy na jedzenie, była karmiona piersią, dla taty było odciągnięte mleczko w butelce :)

      1. ja tak straaasznie lubiłam odciągania, więc karmiłam, ale najtrudniejsze właśnie było przewijanie w środku nocy, bo trzeba było się obudzić porządnie; do karmienia to tylko oko jedno otworzyć wystarczyło ;) albo i nie :)

      2. pomyłka – miało być “nie lubiłam” :)

      3. dla dłuższego snu mogłam się poświecić :D

  2. Ja mam takie samo podejscie. Moj maz od samego poczatku ciazy zapewnial mnie, ze bedzie pomagal przy dziecku, ze bedzie robil wszystko, ze niczego sie nie boi. W czasie pierwszej ciazy nie opuscil ani jednej wizyty u lekarza, ani jednego USG, byl ze mna, zadawal pytania, nagrywal bicie serduszka, chwalil sie wszystkim zdjeciami USG. Na jednej z wizyt, gdy lekarz zapytal o porod, czy chce asystowac powiedzial od razu, ze tak, chociaz wczesniej nie uzgdodnilismy tej kwestii, ale tak bardzo mu na tym zalezalo, ze oczywiscie zgodzilam sie. Pierwsza ciaza byla zagrozona, byl przy mnie caly czas, pilnowal, nie dawal nic robic, wyreczal we wszystkim, a jak nie byl w stanie zawsze pomoc zorganizowal. W 29 tyg trafilam do szpitala i lezalam tam az do porodu, byl codziennie, prkatycznie w szpitalu spal i wspieral non stop. Byl przy porodzie, nie opuscil ani na chwile, razem powitalismy nasze szczescie na swiecie. Jego obecnosc byla najbardziej pozadana. Przecinal pepowine, pozniej przyniosl mi synka na rekach. Zaraz po porodzie jak maluszke byl na moim brzuchu spojrzalam na meza, byl taki dumny i szczelsiwy i widzialam lzy w jego oczach, spojrzelismy na siebie i tez uslyszalam te slowa, ze mnie kocha, a ja podziekowalam mu za nasze malenstwo. On pierwszy przewijal synka, od samego poczatku zajmowal sie nim troskliwie. Po powrocie ze szpitala wstawal do malego w nocy, przewijal, kapal, karmil, ubieral, usypial synka na swoim ramieniu, a ja czasem z oddali przygladalam sie im obu jak przy dzwiekach muzyki moj ukochany maz trzyma synka na swoim ramieni i go usypia nucac mu cos pod nosem. Z duma prowadzi wozek. Do tej pory robi przy dziecku wszystko. Niedlugo po porodzie dowiedzialam sie o drugiej ciazy i obiecal pelna mobilizacje. Nasz synus go uwielbia, a tatus uwielbia synka. Ostatnio maz byl w szpitalu dosc dlugo, codziennie chodzilismy do neigo, ale synke tak sie za tatusiem stesknil, ze po poworcie do domu oddawal mu wszystkie swoje zabawki, nawet swoja butle z mlekiem, wtula sie w niego i tak zasypia. Teraz we wszystkim mnie wyrecza, pomaga, bo wie, ze mi ciezko w ciazy. Ja wiem, ze mu slodze starsznie, ale jest na medal i wiem, ze moj Egzemplarz tez jest unikatowy :)

  3. Dobrze że mamy takich wspaniałych partnerów!Nic tylko ich kochać!! ;-)

  4. Nasz tatuś też od początku się wykazywał w opiece nad synkiem i dalej to robi :) Mały wprost sie trzęcie z radości na widok taty, gdy ten go zabawia, kąpie czy przewija :D

  5. :) Fajny tekst.
    U nas jest podobnie. Tatuś jak tylko może to pomaga we wszystkim.
    Ze względu na charakter pracy, często nie ma go w domu…ale jak już przybywa…to dzieciaki doczekać się nie mogą…starsza córcia biegnie do drzwi…a synuś…czeka w łóżeczku i na widok taty piszczy :D
    Radosny widok.

  6. widzę, że sami tatusiowie na medal. Chyba jednak nie jest tak źle i żaden nie podpadł :D

  7. mój mąż tez od samego początku uczestniczy w wychowywaniu maluchów. Stwierdzam, że jest cudownym ojcem!!! Zawsze znajdzie choć chwilkę czasu, żeby z córką pobudować z klocków, świetnie bawią się figurkami i piknik urządzają, codziennie rano wygłupy w łóżku, razem z dziećmi chodzi na basen, prawdziwie przezywa swoje tacierzynstwo, dzieci go uwielbiają. W okolicy mało jest tatusiów mających czas na gre w piłkę przed blokiem, czy budowanie zamków w piaskownicy :)

  8. Mój mąż nie był ze mną podczas porodu, ale na USG chodził i można z nim dzieci zostawić. Pampersy umie zmieniać, bajki czytać i nosić, gdy bolą nogi, bo mamie się nie chce i jest bardziej asertywna ;-) Zaraz idę do kina ze starszakiem, a Tata z maluchem ogląda finał siatkówki ;P

  9. szczerze zazdroszcze etapu 2 tygodnie wszystko pod nos… ja wrocilam i byłam zmuszona wskoczyc na wysokie obroty…. życie

  10. Ja też miałam dużą pomoc ze strony męża po prostu zmuszałam go do aktywnego uczestnictwa:)inna sprawa,że pracował także większość i tak była na mojej głowie:)ale nie można mieć wszystkiego:)))

  11. zgadzam się w 100%. U nas jest tak od samego początku że tatuś też zajmuje się dziećmi. Kąpie przewija karmi bawi sie czy zabiera na spacer. Ja od początku uczyłam go tego wszystkiego bo wychodzę z założenia że to też są jego dzieci i on też powinien uczestniczyć w opiece nad nimi. Bardzo dziwiły mnie słowa koleżanek że ich mężowie są wspaniałymi ojcami ale nawet pampersa nie zmienią czy nie dadzą dziecku jeść. Nawet dzisiaj kontrol u lekarza córci i synka a tatuś żebym jechała sama a ja że nie bo potrzebuję jego pomocy bo dzieci marudzą. Pojechał ze mną. Ojcowie mają instynkt ale często ukrywają go a często poprostu kobiety nie dopuszczają ich bo sobie nie poradzą.

  12. Codziennie powtarzam mężowi, że jest aniołem :-) czasami wręcz mnie rozpieszcza i nie zostawia do zrobienia nic poza spacerem i zabawą z synkiem :-)

  13. Dostaje tę szansę każdego dnia – i chętnie z niej korzysta – nasze dziecinki mają cudownego tatusia :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Z górki i pod górkę


Mieszkam w ładnym, w miarę spokojnym mieście. Jak co roku, w porze wiosenno – letniej ruszają wszelkie remonty. Począwszy od elewacji, na nowej nawierzchni jezdni kończąc. Super, przynajmniej wszystko zostanie odnowione. Jest tylko jedno “ale” – dlaczego drogowcy, tak sobie jak i innym, utrudniają przez to życie?

Chociażby zwykła wymiana chodnika. Wiadomo trochę wykopów, nasypów itp. spraw, tylko dlaczego „moi” budowlańcy układają chodnik na raty. Zaczną kawałek, ułożą… by za kilka metrów zostawić rozbabrane miejsce i zacząć za kilkaset metrów układać znów ładny, równy chodniczek.

Idąc z wózkiem muszę starać się zapamiętywać, gdzie na wytyczonej przeze mnie trasie spacerowej napotkam utrudnienia. Wkurza mnie to strasznie! Idę 300 metrów ładnym chodnikiem, gdy nagle pojawia się góra piachu. Mogłabym ją ominąć przejeżdżając po trawniku, ale tam stoi np. jakiś sprzęt i guzik z przejazdu. Muszę cofać się do najbliższego przejścia i przechodzić na drugą stronę, gdzie po iluś metrach znów spotka mnie to samo! Idę takim slalomem, skacząc od prawej do lewej. Istny tor przeszkód.

W wózku przydałby się GPS, w którym wyznaczając trasę spaceru wprowadzałabym dane o utrudnieniach w ruchu drogowym, wówczas widząc zebrę od razu bym przechodziła, a nie zadowolona szła przed siebie by później się rozczarować. Kochani drogowcy musieliby chyba wybrać się z dzieckiem w wózku na spacer, by zobaczyć, jakie to przyjemnie. Inną alternatywą na zmianę strony mogłoby być poniesienie wózka, ale dźwiganie ciężarów to nie moja dyscyplina.

Kolejnym problemem w miejskiej dżungli są podjazdy,  albo raczej ich brak. Jeśli już są, to nie dość, że wąskie, to jeszcze strome. Zjeżdżając z nich wózkiem muszę swoim ciałem robić przeciwwagę. Ciężkie to w wykonaniu, bo do masywnych nie należę i wózek ściąga mnie do przodu. Nie ja prowadzę wózek a on mnie, ja staram się jedynie nad nim zapanować. Ktoś, kto to buduje podjazdy wyznaje chyba zasadę „z górki na pazurki”. Wózek nabiera prędkości, a ja muszę hamować by kogoś nie potrącić.  Producenci powinni do wózków dodawać klakson, by mama mogą ostrzegać pieszych, aby zdążyli uciec.  Swoją drogą ciekawe, czy jakbym kogoś potrąciła to dostałabym mandat?  Zawrotnych prędkości nie osiągam, ale mogłabym spowodować uszczerbek na zdrowiu delikwenta, który znalazł by się na trasie zjazdowej.

Opisany zjazd z podjazdu to teraz całkiem z innej strony – wjazd. Wąski, stromy podjazd i szerszy do niego wózek. Pół biedy jak z boku mam trawnik. Jedno koło na podjeździe, drugie na trawniku i jedziemy. Co innego – podjazd, a po bokach ściana i schody. Wjazd metodą prób i błędów. W końcu opracowuję technikę. Jedne kółka na podjeździe, a drugie lekko uniesione muszą muskać schody tak delikatnie jak to możliwe. Nie chce by moje dziecko nabawiło się jakiejś trzęsawki.

Szczytem wszystkiego jest brak podjazdu, często w instytucjach użytku publicznego. Któregoś dnia wybrałam się do Urzędu Skarbowego (odział w którym byłam pierwszy raz),  jakież było moje zaskoczenia jak ujrzałam wysokie schody bez podjazdu. Już chciałam chwytać wózek, gdy moim oczom ukazała się sprytnie ukryta platforma dla wózków inwalidzkich. Pomyślałam: – świetnie podjedziemy bez problemu. Podchodzę, a tam brak jakiegokolwiek przycisku by sprowadzić ją w dół, tylko miejsce na kluczyk. Mina mi zrzedła. Chwila zastanowienia. Synek spał, wejście było zadaszone i zamknięte, więc postanowiłam szybko wbiec i poprosić kogoś o pomoc. W ułamku sekundy znalazłam się na parterze i złapałam portiera – ochroniarza. Pytam, w jaki sposób mogę dostać się do środka z wózkiem. Facet patrzy na mnie jak na UFO. No tak dziwne, kobieta przyszła z małym dzieckiem do Urzędu. Dzieci zapewne powinno zostawiać się w domu. Kątem oka zerkam na wózek i mówię: Czy może mi Pan uruchomić platformę, abym wjechała? Zeszliśmy razem na dół i okazało się (o zgrozo), że platforma nie działa. Pomyślałam, no to super… na szczęście Pan okazał się dżentelmenem i wniósł mi wózek.

Przygoda w Urzędzie dała mi nauczkę. Teraz zanim idę załatwić jakąś sprawę z dzieckiem sprawdzam wcześniej czy są podjazdy lub działające platformy. Staram się zaplanować sobie takie wyjścia. Licznych robót budowlanych nie przewidzę. Jedynie jadąc samochodem, gdy widzę wykopy staram się zapamiętywać, gdzie one były. Będąc na trasie z robotami (gdy to jedyna droga do celu), a daleko mam do przejścia na drugą stronę, gdy na horyzoncie widzę jakiegoś mężczyznę, to proszę by mi pomógł. Zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto przeniesie wózek.

Nauczyłam się też jednego: zawsze trzeba poprosić, bo ludzie nie zawsze sami wyrywają się do pomocy. Drogie mamusie, nie bójcie się prosić o pomoc.  To nie boli, nic nie kosztuje a ułatwia nam życie i zaoszczędzi sporo siły. Na mamę z wózkiem czeka wiele niedogodności, często niespodziewanych, ale zdziwicie się, jakie okażecie się pomysłowe w ich pokonywaniu. W końcu „Potrzeba matką wynalazku” .

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja jestem zirytowana szczególnie autami parkującymi na drogach osiedlowych tak, że na chodniku ledwo człowiek się zmieści, a co dopiero wózek. Któregoś dnia wyszłam na spacer i miałam już dość tego ciągłego zjeżdżania na krawężnik, a potem trawnik. Postanowiłam więc przejść bokiem drogi osiedlowej, która jest tylko dojazdem do garaży, więc ruch na niej znikomy. No i jak to w Polsce bywa jakiemuś Panu, który po drodze osiedlowej jeździ z prędkością 80km/h nie spodobało się to, że idę poboczem (nie było chodnika po drugiej stronie ulicy) i wyraził swoje zdanie w bardzo wulgarny sposób. Mam tylko jedno pytanie – czy nie powinnam chodzić po ulicy, jeśli na chodniku stoją samochody? Jak już jest tak poprzewracane w tej naszej rzeczywistości – to się dostosowałam. :]

  2. Kiedyś szłam do sklepu (po tej stronie ulicy, co mój dom) i w jednym miejscu chodnik rozkopany – przejścia brak. Niestety był to taki odcinek drogi, że przejście na drugą stronę ulicy – niemożliwy. Musiałam się wracać do najbliższego przejścia.
    Idąc z powrotem (pół godziny później) przeszłam o wiele wcześniej na “bezproblemową” stronę – jakie było moje zdziwienie, jak okazało się, że po robotach już ani śladu. Tylko żeby dojechać do domu, znów musiałam drałować na przejście oddalone od mojego domu…

    No i jeszcze małe sklepiki, z wąskimi odległościami między półkami i np. towarem rozładowanym na środku…

  3. ja na szczęście przed tym jak zostałam mamą miałam okazje zajmować się dzieckiem, i dzięki temu mogłam poznać którędy się nie chodzi i w jakich dniach (mam tu ma myśli dni targowe).
    nic mnie tak nie wkurza jak te nieszczęsne auta. kiedyś szłam dość szerokim chodnikiem, tak że śmiało mieścił się samochód (tzn jego dwa boczne koła) i ja z wózkiem. I tak sobie szłam i nagle jedno auto zaparkowało przede mną CZTEREMA kołami! Była to kobieta. zapytałam jej grzecznie jak ja mam teraz przejść, jest ślisko i nie będę chodziła ulicą, a ona do mnie, że zaparkowała tylko na chwilę, bo idzie do apteki! Ot słuchanie ze zrozumieniem!
    I z tymi wąskimi alejkami w sklepach…. Nasz Tatuś poszedł raz z wózkiem do osiedlowego marketu, na jechał na jakieś półki, Pani sklepowa zwróciła mu uwagę, że z wózkiem się nie zmieści, na co on: “skoro macie tu tak mało miejsca, to teraz Pani popilnuje mi dziecko,a ja idę zrobić zakupy!” i tak też zrobił :D

  4. Chodniki, podjazdy i inne tego typu atrakcje spacerowe doprowadzają mnie do szału. Mieszkam w pięknym mieście, jednak pod kontem spacerów z wózkiem jest ono straszne. Chodniki stare podziurawione, podjazdów brak albo za szerokie. Idąc na spacer czy zakupy robię wcześniej rozeznanie którędy najlepiej, gdzie nie ma robót drogowych albo, w którym sklepie zmieszczę się między półkami. A jakie zdziwienie mnie dopada kiedy okazuje się, że podjazd jest wybrakowany…tzn. zaczyna się i w pewnym momencie brakuje dużego kawałka powierzchni i jest piękna dziura :/ no i jak się nie zdenerwować?

  5. Święta prawda. I chyba z takich powodów jak i te nieszczęsne 10 stopni od drzwi wyjsciowych do windy ( mieszkam w wieżowcu) w ogóle zrezygnowałem z wózka. Mała ma pól roku a od 5 miesięcy wózek zbiera kurz z kilkoma wyjątkami ( dokadnie 5 wypadów). Do tego spróbujcie pojechać z wózkiem autobusem. Może wybieram złe godziny ale zawsze jak jedziemy to w autobusie jeść co najmniej jeden wózek ;) chyba babyboom jakiś ;)

  6. Jak widzać nie jestem osamotniona w miejsckiej dżungli. Jazda wózkiem autobusem to koszmar jak kierowca prowadzi bus z taką werwą jakby wiózł worki ziemniaków. Tu nawet hamulec nie pomaga. Z całej siły dodtkowo trzeba trzymać wózek.

  7. Nie przesadzajmy. Też jestem mamą i też różnie się zdarza ale nie oczekuję, że nagle cały świat dostosuje się do tego, że mam dziecko. Mieszkam na 2-gim piętrze w bloku bez windy, wózek zostawiam w samochodzie, gdyby nie było takiej możliwości zostawiałabym w piwnicy i też dawałabym radę. Jeżeli w sklepie jest za wąsko, zostawiam wózek u ochroniarza, a dziecko biorę na ręce. Są niedogodności, których nie powinno być ale nie róbmy z dzieci szklanych laleczek. Z doświadczenia wiem, że moje dziecko wolało być wożone po wyboistej ziemi niż po gładziutkim chodniku, bo trochę bujało i zasypiał łatwiej. Kiedyś w ogóle nie było takich wygód jak teraz, a nasz gatunek jakoś nie wymarł :) Znam wiele drobnych kobiet, które są w stanie ponieść ten wózek i nie narzekać. Moja ciocia codziennie nosiła wózek z i na 3 piętro, żyje i nie połamała sobie kręgosłupa. Prosić o pomoc – oczywiście, że tak! To zbliża ludzi :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Kobieta (wreszcie) spełniona


Poniższy post jest następnym na naszym blogu wpisem gościnnym. Autorką i bohaterką dzisiejszej historii jest Marta – przeszczęśliwa matka i żona, szaleńczo zakochana w mężczyznach swojego życia. Kobieta rozważna ale i romantyczna, ciekawa świata i niespokojna duchem. Dziewczyna, która długo szukała swojego miejsca na ziemi i znalazła je w najmniej oczekiwanej momencie. Mówi o sobie, że jest uzależniona od miłości, książek, lodów waniliowych i filmów z Tomem Hanksem.
Zespół bloga W Roli Mamy dziękuje Marcie za opisanie swojej historii.

Pamiętam tamten dzień jakby to było wczoraj.
Ja i Rob byliśmy ze sobą już rok, najcudowniejszy rok mojego życia – znalazłam miłość, dopiero co przeprowadziłam się do Nowego Jorku, by z nim zamieszkać, znaleźliśmy mieszkanie, ja zaczęłam studia, on realizował swoje marzenia, ja realizowałam swoje, oboje byliśmy ze sobą szczęśliwi. Poza tym, że się kochamy i chcemy być ze sobą, nie wiedzieliśmy nic więcej, nie wiedzieliśmy jak to wszystko się potoczy, przecież jeszcze wszystko mogło się zmienić.

Był gorący lipcowy dzień. Siedziałam na zajęciach wyczekując ich końca. Temat był bardzo ciekawy – małżeństwo w kulturze żydowskiej. Hmmm coś z mojego kręgu zainteresowań. Słuchałam i słuchałam, aż nagle z ust prowadzącego padły słowa :
”kobieta po menstruacji udaje się do mykwy, ażeby dokonać rytualnego oczyszczenia…”.
Nagle coś w mojej głowie zaświtało.
Zaczęłam liczyć dni… analizować… zaraz, zaraz ile tygodni minęło od mojego przyjazdu? W ferworze przeprowadzki, załatwiania najróżniejszych spraw formalnych, rozpakowywania walizek, szykowania dopiero co wynajętego mieszkania, stresu związanego z oficjalnym zamieszkaniem jako para, zaaklimatyzowania się w nowym otoczeniu.
Hmmm, przyznam szczerze straciłam rachubę czasu. Pomyślałam przez chwilę… kiedy ja miałam ostatni okres? Nie, to niemożliwe… Wychodziło na to, że okres spóźniał mi się 3 tygodnie… ale jakim cudem?
Aaaa…. Pewnie to przez stres i zmianę klimatu, przecież zawsze tak na to reaguję. Ale czy na pewno?! Nieeee to niemożliwe, ale na wszelki wypadek postanowiłam zrobić test zaraz po powrocie do domu.
Nie mogłam się na niczym skupić, myślałam tylko o tym…
Yes ufff… koniec zajęć, spakowałam pośpiesznie swoje rzeczy i wybiegłam z sali, kierując się od razu do najbliższej apteki. Kiedy weszłam do środka serce biło mi coraz bardziej. Bum bum bum… Boże dlaczego słyszę ten odgłos w mojej głowie?! Wreszcie znalazłam właściwą alejkę. Zawsze przechodziłam obok takich rzeczy tylko zerkając, przecież nigdy nie miałam podobnych dylematów. Stanęłam naprzeciwko regału i zaczęłam się zastanawiać… który wybrać. Nie miałam o tym bladego pojęcia, więc wzięłam pierwszy z brzegu. Ale dla lepszej pewności postanowiłam wziąć jeszcze kilka, przecież pierwszy zawsze może się mylić, lepiej zrobić kilka prób. Zdenerwowana, zapomniawszy jak się oddycha podeszłam do kasy. Sprzedawczyni tylko na mnie zerknęła, zapłaciłam, złapałam torebkę z tymi małymi pudełeczkami i wybiegłam.

W drodze do domu przez moją głowę przebiegały myśli, jedna za drugą. Ten cały rok, jaki razem spędziliśmy, nasze plany, nie byliśmy gotowi na ewentualne rodzicielstwo, to nie był odpowiedni czas.
Wreszcie dotarłam do domu, rzuciłam plecak, wzięłam torbę z pudełeczkami i pobiegłam do łazienki. Serce waliło jak młotem. Och dlaczego jego nie ma teraz w domu, mógłby mnie wesprzeć… ale może to i dobrze, bo przecież nic nie wiadomo. Wzięłam jedno z pudełeczek i zaczęłam dokładnie czytać instrukcję. Jakoś udało się odpowiednio nasiusiać na pasek, to samo zrobiłam z kolejnym…Ufff… a teraz oczekiwanie. 5 minut!!!

Boże tylko 5 minut i moje życie może zmienić się na zawsze. Patrzyłam nerwowo na zegarek i myślałam, co będzie, jeśli wynik okaże się pozytywny?! Dopiero zaczęliśmy być ze sobą, zamieszkaliśmy razem, chcieliśmy się lepiej poznać, tyle jeszcze przeżyć, tyle osiągnąć. No tak…on jeszcze osiągnie, a ja… ja zostanę w domu i będę wychowywać dziecko, będę musiała zrezygnować ze swoich planów, z własnej kariery, już zawsze dziecko będzie mnie ograniczało…
A co jeśli on mnie zostawi, jeśli się rozstaniemy…? Skąd mam wiedzieć, że to, co między nami jest już na zawsze? Ten rok był cudowny, między nami szybko się potoczyło, był taki czuły, delikatny, kochający, sprawiał, że czułam się przy nim jak w niebie, traktował tak, jak tą jedną jedyną…a teraz??? Dziecko zmieni wszystko… Czy jesteśmy na gotowi?! A jeśli test będzie pozytywny, to jak mam mu to powiedzieć, przecież to zmieni nasze życie na zawsze, a co jeśli powie, że nie chce tego dziecka, że nie jest gotowy… Cóż sama nie byłam ani trochę. Było tak cudownie, dlaczego wszystko miało się zmienić o całe 360 stopni? Przecież ja mam swoje marzenia, dopiero co skończyłam studia w Polsce, teraz chciałam skończyć studia tu, zacząć robić doktorat, pracować na uczelni… tyle planów, a dziecko wszystko zmieni… To nie jest odpowiedni czas?!

Ok. Minęło 5 minut. Serce waliło strasznie, ale musiałam sprawdzić wynik.
COOOOOOOOOO?! Nie to niemożliwe. Na pasku widniały dwie wyraźne kreski. Nie, nie, nie!!!! To nie może być prawda. Wzięłam następny test – też dwie kreski. NIE! Nerwowo wyciągnęłam następne z torebki i zrobiłam je od razu. Kolejne 5 minut, ale wyrok był już znany… Każdy z nich pokazywał DWIE KRESKI!!! Matko, i co teraz?!

Zaczęłam płakać, wszystko miało się zmienić, nasze życie wywrócone do góry nogami. Ciągle płacząc chwyciłam za telefon i zaczęłam do niego dzwonić… Nie odbierał. No tak, pracował, nie miał czasu. Napisałam mu smsa:
„Musimy porozmawiać i to szybko, przyjeżdżaj jak najszybciej do domu!”.
Po paru minutach zadzwonił i spytał: „O co chodzi, kochanie?”.
„Nic, powiem jak wrócisz, wracaj natychmiast, proszę!”
Przyjechał za godzinę. Siedziałam na łóżku w naszej sypialni, zapłakana.
Spytał: „Powiedz, mi co się stało?”
Wstałam, poszłam do łazienki i przyniosłam mu wszystkie testy. Wziął je do ręki i nie dowierzał. Spytał tylko: „ Czy dwie kreski oznaczają….?” „Tak!” powiedziałam.
Usiadł na łóżku, ale po chwili chwycił moja rękę i posadził sobie na kolanach, dotknął mojego brzucha i powiedział: „Kocham Ciebie, wszystko będzie dobrze, przecież to cudowna wiadomość”.
Mój Boże, nie mogłam uwierzyć, wiedział o dziecku zaledwie przez krótką chwilę, a był mniej przerażony ode mnie. Długo rozmawialiśmy i przekonywał mnie wielokrotnie, że to cud, że wszystko będzie dobrze, bo się kochamy i damy radę, że będzie pomagał ze wszystkim, że może wszystko stało się zbyt szybko, ale tak najwyraźniej miało być.

Zdecydowaliśmy się mieć to dziecko.
Szok dla obojga był ogromny, ale przecież najważniejsze było to, że się kochamy. Daliśmy sobie parę dni na to, żeby oswoić się z wiadomością i zadzwoniłam do lekarza, aby umówić wizytę. Obiecał, że pójdzie ze mną i będzie wspierał zawsze. Poszliśmy tam razem, powoli oswajając się z nową rzeczywistością. Lekarz był bardzo miły, rozmawialiśmy trochę, a potem postanowił zajrzeć i sprawdzić, co się tam w środku dzieje. Długo patrzył w monitor, nic do nas nie mówiąc, po czym oświadczył, że za chwilę wróci.
„Co się dzieje?” spytałam Roba. „Nie wiem, ale na pewno wszystko w porządku” odpowiedział.

Wrócił nasz lekarz i przyprowadził drugiego, razem popatrzyli przez chwilę na monitor, po czym oświadczyli, że płód jest za mały jak na 8 tygodni, musimy poczekać, uzbroić się w cierpliwość i przyjść za tydzień, a być może wszystko będzie dobrze i się powiększy.
Nie wiedziałam, co robić, popatrzyłam na Roba – był tak samo zdezorientowany jak ja, ale postanowiliśmy dostosować się do zaleceń lekarza.
W drodze powrotnej oboje milczeliśmy. A w domu położyliśmy się i nie wiedzieliśmy, co o tym wszystkim myśleć. Przykładałam swoje ręce do brzucha, on robił to samo… Cóż, dla obojga ta malutka fasolka nagle stała się najważniejsza, nie myślałam już o rzeczach, które traciłam będąc w ciąży, myślałam tylko o tym, że pragnę mieć to dziecko. Jego odczucia były takie same.

Parę dni później zaczęłam plamić.
Pojechaliśmy od razu do szpitala, lekarz po obejrzeniu USG powiedział, że jeśli przez parę następnych dni nie przestanę plamić, potrzebny będzie zabieg. Płakałam i głaskałam mój brzuch, Rob wspierał mnie cały czas. Po paru dniach stwierdzono, że płód obumarł… Był zabieg… Niewiele z tego pamiętam, bo nie chcę…

Gdy się obudziłam Rob był przy mnie, trzymał za rękę, spojrzałam na niego… wiedziałam, że jest po wszystkim… Czułam to… widziałam w jego oczach… dotykałam swojego brzucha, ale nic tam nie było… nie czułam fasolki… czułam się pusta… strasznie…
Rob był ze mną cały czas, wspierał, widziałam i czułam, jak to wszystko przeżywa… Jednych takie wydarzenia oddalają od siebie, nas zbliżyły na zawsze. Dawaliśmy sobie miłość, wsparcie, to uczucie między nami pomogło przetrwać ciężkie chwile. Zrozumiałam, że mogę na niego zawsze liczyć, że to, co jest między nami jest na zawsze. Cierpiałam, kiedy widziałam kobietę w ciąży, czułam straszny ból wewnętrzny… To wydarzenie pokazało, że się kochamy i że pragniemy dziecka, ale baliśmy się zaryzykować. Ten strach, że wszystko się powtórzy był ogromny.

Wkrótce potem oświadczył mi się.
Oczywiście wiedziałam od razu, jakiej odpowiedzi udzielić. Potem nasz ślub i wesele. Tego dnia, kiedy miałam stać się jego żoną, kiedy szłam przez kaplicę, widziałam tylko jego, jak stoi przy ołtarzu i na mnie czeka…
Parę tygodni później zaczęliśmy rozmawiać i oboje oświadczyliśmy, że mimo ciężkich przeżyć chcemy zaryzykować i spróbować, pragnęliśmy dziecka, więc postanowiliśmy się przemóc. Nie zamierzaliśmy się starać, myśląc tylko o dniach płodnych, po prostu zdać się na los.

Jakieś 1,5 miesiąca później okres spóźniał się parę dni. Tym razem również zestresowana, ale pełna nadziei zrobiłam trzy testy, każdy z nich był pozytywny. Usiadłam i zaczęłam płakać ze szczęścia i strachu, bojąc się, ażeby sytuacja się nie powtórzyła. Zamierzałam mu powiedzieć jakoś uroczyście. Ale tego dnia mieliśmy imprezę u znajomych. Nie piłam ani kropli, Rob namawiał mnie, proponując choć odrobinę szampana, ale odmówiłam. On tylko spojrzał na mnie, a ja zaczęłam się uśmiechać. Spytał, czy to jest to, o czym myśli. Przytaknęłam. Wziął mnie na ręce i był przeszczęśliwy. Widział też, że się martwię, ale pocieszał, że wszystko będzie dobrze.

Parę dni później poszliśmy do lekarza.
Okazało się, że nasz „little peanut” (tak Rob nazwał nasze maleństwo) ma 6 tygodni. Za dwa tygodnie poszliśmy na kolejną wizytę i usłyszeliśmy bicie serduszka, najpiękniejszy dźwięk na świecie i zobaczyliśmy je. Byliśmy przeszczęśliwi. Zaraz potem w 9 tygodniu po lekkiej sprzeczce o jakąś głupotę zaczęłam krwawić, pojawił się ból podbrzusza. Rob wziął i zaniósł mnie na rękach do samochodu, bo strach mnie osłabił i sparaliżował.
Gdy dotarliśmy do szpitala, lekarze zajęli się mną od razu, widziałam przestraszonego męża, sama jeszcze nigdy się tak nie bałam i prosiłam tylko, żeby uratowali moje dziecko.

Udało się, maluszek okazał się silny. Moja ciąża była zagrożona, co oznaczało stała kontrolę i opiekę lekarską – brałam wszelkie możliwe leki na podtrzymanie, odpoczywałam i robiłam wszystko, aby maleństwu było w  moim brzuszku jak najlepiej. Między nami jest konflikt serologiczny, który sprawy nie ułatwiał, tylko utrudniał. Ale walczyliśmy. Baliśmy się o każdy następny tydzień, dzień, pokochaliśmy nasze dziecko ponad wszystko, pragnęliśmy go najbardziej na świecie. Już nie liczyła się dla mnie kariera, podróże, spełnianie marzeń, liczył się tylko ten malutki człowieczek we mnie, część mnie i część Roba.
On bardzo pragnął mieć synka i jakże ogromna była jego radość, kiedy lekarz potwierdził płeć.

Będąc w ciąży oszczędzałam się jak tylko mogłam, wykładałam na uczelni, co nie było zbyt absorbujące, ale dawało satysfakcję, jak się okazało ciąża nie dość, że była upragniona, to i w niczym mi nie przeszkadzała. Jakieś 1,5 miesiąca przed porodem nagle poczułam się źle i trafiłam do szpitala, okazało się, że muszę tam zostać, leżeć plackiem, codziennie przyjmować kroplówki, leki, aby synek był w środku jak najdłużej, co zwiększało jego szanse. Leżałam i stosowałam się do zaleceń lekarzy, walczyłam o nasze dziecko, a mąż był ze mną i wspierał cały czas.

O 2 w nocy z 28 na 29 stycznia zaczęły się skurcze.
Rob spał w szpitalu, gdy zaczęła się akcja porodowa. Byliśmy przerażeni, bo to był 36 tydzień… bardzo wcześnie. Ale wszystko potoczyło się dobrze i o 13:26 czasu NY, 29 stycznia usłyszeliśmy i zobaczyliśmy nasze szczęście. Nigdy nie widziałam niczego ani nikogo piękniejszego od tej malutkiej kruszynki, ważył 2860 g, mierzył 47 cm. Wtedy świat jakby się dla mnie zatrzymał, nie liczyło się nic więcej, tylko synek i mąż.
Maluszek wniósł w nasze życie ogromne szczęście. Staliśmy się szczęśliwymi rodzicami, dla których synek jest oczkiem w głowie. Teraz wiem i czuję, że jestem spełniona, właśnie teraz. Każdy ma swoje pasje, marzenia, plany, rzeczy, do których dąży, ale dla mnie ani drugie studia, podróże, kariera, nowy dom, samochód itd. nie przynoszą mi takiej satysfakcji i takiego spełnienia jak widok naszego dziecka, chwile, kiedy się do mnie albo do męża tuli i wiem, że czuje się z nami bezpiecznie, jego uśmiech i to jak patrzy na mnie swoimi szaro-niebieskimi oczkami, chwile, kiedy nauczył się siadać, raczkować, mówić mama i dadada (na męża). To wszystko jest bezcenne, dziecko umocniło nasz związek, pokazało inny świat. Oboje dalej się realizujemy i wiemy, że nic nie tracimy, nic nie żałujemy. Wszystkie te rzeczy, o które się tak bałam jak pierwszy raz test wskazał wynik pozytywny, wszystkie te rzeczy, które mnie paraliżowały, dziś się nie liczą, bo właśnie dziś czuje się spełniona, zarówno jako matka i żona, jak i jako kobieta.

Wkrótce po porodzie dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży.
Dziś mój synek ma 7 miesięcy, a ja jestem w 6 miesiącu ciąży. Pomiędzy naszymi synkami będzie 11 miesięcy różnicy. Czy się boję? Bardzo. Szok był ogromny, ale powoli oswajamy się z tą myślą. Ale dziś już nie myślę o tym, ile stracę, boję się o nasze maleństwo, żeby wszystko było z nim w porządku.
Boję się także czy sobie poradzę z dwójką dzieci z tak małą różnicą wieku. Ale, myslę, że sobie poradzimy, oboje, a raczej we czworo. Ciąża po ciąży jest ciężka i trudna, zwłaszcza, jak ma się malutkie dziecko, które jeszcze nie chodzi. Ale ja nie traktuję tego jako tragedii. NIE! Ja traktuję to jako nową przygodę. Dziś wiem, że jeszcze wiele przede mną, jeszcze tyle mnie czeka, tyle rzeczy zrealizuję i tyle osiągnę, bo mam siłę, którą dają mi synek, drugi pod serduszkiem i mąż. Wiem, że bez nich życie wyglądałoby inaczej, ale ja niczego bym nie zmieniła, nie wyobrażam sobie mojego życia inaczej. Może nasze życie jest szalone, lekko niezorganizowane, podłoga pełna zabawek, mniej czasu na własne przyjemności, ale macierzyństwo i małżeństwo dało mi spełnienie. Teraz wiem, że bycie mamą jest moją życiową rolą, którą zamierzam zagrać najlepiej jak się da..

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Płakałam jak mały dzidziuś czytając ten wpis! Cieszę się że wszystko dobrze się skończyło.I trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie z drugą dzidzią :) no i za “łatwe” wychowywanie 2óch małych pociech ;-)

    1. Dziekujemy bardzo :)

  2. Dużo do czytania. Ale było warto – historia wzruszająca i trzymająca w napięciu. A przez to, że akcja toczy się za oceanem, to taka ciut niecodzienna.
    Dużo sił w roli mamy Marto!

    1. dziekujemy bardzo :)

  3. My wife wrote it, I dont understand Polish but I know perfectly well that story. Baby we are so proud of you <3, am sorry I needed to write for her :)

    1. Hugs Marta&Rob !!!

  4. Rob, You are wondeful husband! Marta, I’m proud of You, you’re very strong woman and fantastic Mum!

  5. My Marta is the most wonderful mum and wife ever and the strongest woman I’ve ever met, what should I say more. Shes my angel :), I love you wify :). Thank you Bubalabe for your words :)

  6. Dziekuje wszystkim za cieple slowa. Jestem szczesliwa, ze dowazylam sie opublikowac ten tekst. Teraz walczymy o drugiego synka, wiec prosimy trzymajcie kciuki :)))))

    1. A my dziękujemy za to, ze Wasza historia mogła pojawić się właśnie u nas. Oczywiście cała redakcja trzyma za Was kciuki. Oboje pięknie o sobie piszecie, taka miłość nie zdarza się często :)

  7. Tak, Nasza historia jest niecodzinna, ale to dlatego, ze on jest jedyny w swoim rodzaju i jak widze bardzo sprytny, bo widzialam jego komentarze :DDDD, dziekujemy wam, ze moglismy opublikowac Nasza historie, w sumie z happy endem :))))

  8. Marta koniecznie daj znać naszej redakcji jak urodzi się Wasz drugi synek. Trzymamy kciuki ;)

    1. oczywiscie, ze damy jak najbardziej, Marc ma sie urodzic 1 stycznia, ale znajac zycie moze sie urodzic wczesniej, wiec to juz niedlugo :)))) dziekujemy Wam baaardzo :)

  9. Marto gratuluję świetnego tekstu! Spłakałam się strasznie! Ja też mam jednego Aniołka, a drugie Słoneczko śpi słodziutko w łóżeczku :) Trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie. Z tak kochającym mężem dacie radę w wychowaniu dwójki urwisów :*

    1. dziekujemy oboje za cieple slowa :)

  10. Marto gratuluję świetnego tekstu! Spłakałam się strasznie! Ja też mam jednego Aniołka, a drugie Słoneczko śpi słodziutko w łóżeczku :) Trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie. Z tak kochającym mężem dacie radę w wychowaniu dwójki urwisów :*

  11. Marto trzymam mocno za ciebie kciuki ;-) Czytałam Twoją historię, która tak bardzo zbiega się z moją własną ;-) Poronienie, ślub, cudowna miłość, kolejna zagrożona ciąża i narodziny synka ;-) Teraz mamy już dwójkę szkrabów ;-) Wszystko będzie dobrze – miłość dwojga ludzi potrafi zdziałać cuda ;-) Twoja historia na pewno da nadzieję i radość tym, którzy znajdują się w podobnej sytuacji ;-)
    Pozdrawiam Cię serdecznie
    Ewa

    1. dziekujemy za cieple slowa… wiemy, ze damy rade, z takim mezem jak Rob wiem, ze moge zdzialac cuda :), pierwsza stracona ciaza to wspomnienia bolesne dla obojga,ale razem dalismy rade przebrnac… nasz RJ sie urodzil, choc z ciaza bylo mnostwo problemow, obecna ciaza tez jest zagrozona, ale ja walcze, oboje walczymy, DAMY RADE, weirzymy w to :)… jeszcze raz dziekujemy za cieple slowa i pozdrawiamy serdecznie :)

  12. Ja też płakałam czytając! Niesamowita siła miłości! Trzymam kciuki za Was i czekam na wieści o szczęśliwym rozwiązaniu :)

    1. dziekujemy za cieple slowa :) powiadomimy wszystkich jak tylko Marc sie urodzi :) . pozdrawiamy serdecznie

  13. piękny tekst i wzruszająca historia. Trzymam mocno kciuki za kolejnego dzidziusia i za całą Waszą rodzinkę, na pewno ze wszystkim sobie poradzicie. Równie piękne jak tekst są wpisy męża autorki. Gratuluję i życzę wszystkiego dobrego :)

    1. dziekujemy za cieple slowa :), pozdrawiamy serdecznie

  14. Oboje wszystkim bardzo bardzo dziekujemy za kazdy wpis, dla nas to duzo znaczy naprawde :). Ja czytam wasze wpisy i tlumacze je Robowi :). Jako ciezarna latwo mnie wzruszyc, baaaardzo latwo sie rozklejam, ale to sa lzy szczescia, bo milo jest wiedziec, ze wszyscy sa z nami. wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiamy, damy znac jak tylko synke bedzie juz na swiecie. wszyscy jestescie wielcy, dla nas to duzo znaczy :)

  15. Hello :) My Marta said about your comments. I’d would like to thank you. Together with my wife we’ll handle everything, we love each other so much and I believe everything is possible, we just need to believe and we’ll win. We wish you all the best :)

  16. Tekst jest niesamowity!! Rob jest wspaniałym mężem i wspólnie w trójkę przywitacie syna. Może zrobi niespodziankę i urodzi się w Święta lub Sylwestra. Pozdrawiam serdecznie i trzymam za Was kciuki. Koniecznie czekam na wiadomość o narodzinach drugiego syna i może na kolejny tekst;-)

    1. bardzo dziekujemy za cieple slowa, o narodzinach synka powiadomimy natychmiast :), a kolejny tekst z checia napisze, pomyslimy nad tym :)) pozdrawiamy serdecznie

  17. Hanna Szczygieł

    Również gratuluję Ci Marto zarówno oceanu miłości i siły, jak i tej pięknej publikacji! Trzymamy za Was kciuki i życzymy wytrwałości i ciepłego rodzinnego domu ( oczywiście pełnego śmiechu, zabawek na podłodze- ale również chwili odpoczynku i mimo wszystko przespanych nocy:)
    Ps.: Mam nadzieję, że gdy drugi synek powita już Waszą rodzinę osobiście, uda Ci się znaleźć chwilę by nam o tym napisać:)

    1. :) bardzo dziekujemy za cieple slowa, to bardzo mile widziec, ze tyle osob jest z nami, oczywiscie, ze bede informowac o narodzinach naszego drugiego synka i bardzo chetnie napisze kolejny tekst, bardzo mi sie spodobalo pisanie o macierzynstwie… pozdrawiamy bardzo serdecznie

  18. Jutro nasza rodzinka przeprowadza sie z NY do Californii, na jakis czas zegnamy nasze miasto, ale niedlugo tu powrocimy. W NY znalazlam milosc i szczescie, o jakich nawet nigdy nie marzylam. NY dal mi cudownego meza, synka i teraz czekamy na drugiego. Dziekuje Ci NY za wszystko, a Wam fani tego portalu za to, ze czytacie nasza historie, wszyscy jestescie wielcy

  19. i jeszcze raz dziekuje wszystkim autorkom tego bloga, ze mglismy tutaj nasza historie opublikowac, dziekujemy

  20. Edyta Skrzydło

    Wfffff,na szczęście cudowne zakończenie,początek jak bym czytała życie mojej siostry , najważniesze to aby mieć wsparcie drugiej połówki .

  21. Edyta Skrzydło

    Historia ,piękna i straszna ,na początku jakbym czytała chwile z życia mojej siostry,lecz najważniejsze,mieć wsparcie swojej drugiej połowki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku