Dom 8 października 2011

Gdy dzieci śpią… Uczta dla zmysłów.

Knajpki serwujące sushi mnożą się w Polsce, jak grzyby po deszczu. Nieuniknione było więc, że i mnie – prędzej czy później – mój romantyczny mąż wyciągnie na tę orientalną kolację. Miałam pewne obawy, bo jak dla większości naszego społeczeństwa, sushi kojarzyło mi się z surową rybą (potrawa z surowej rybki to sashimi).

 Tymczasem sushi to przede wszystkim ryż i dodatki – przeróżne: bo i ogórek, por, awokado, zielona cebulka i wędzony łosoś… plus wodorosty, czyli nori. Od pierwszego sięgnięcia pałeczkami po sushi, zamoczeniu go w sosie sojowym i odrobinie zielonego japońskiego chrzanu wasabi – zakochałam się w tym lekkim, unikatowym smaku. Jedynie co mi nie podeszło – ale to moja subiektywna opinia, bo raczej ludzie zachwycają się jego smakiem –  to marynowany imbir, który powinno się przekąszać dla oczyszczania kubków smakowych. Moje kubki smakowe i bez tego pracują na najwyższych obrotach.

 Przyjemność jedzenia sushi w sushi barach nie jest tania. Oczywiście od czasu do czasu można zaszaleć, ale my wpadliśmy na o wiele ciekawszy pomysł – przyrządzamy tę potrawę w domu. Zapewniam, iż samodzielne rolowanie daje bardzo dużo satysfakcji, mnóstwo radości i co według mnie – najważniejsze, jest świetnym sposobem na spędzenie romantycznego wieczoru z mężem. Nam spodobało się to tak bardzo, że regularnie robimy sushi w domu, starając się doskonalić swoje umiejętności.

 Mamy taki rytuał – wieczorem ja: idę usypiać Aleksa, a mąż: przygotowuje w tym czasie ryż. Z ryżem jest trochę zachodu – jest to specjalny ryż krótkoziarnisty (do kupienia nie tylko w sklepach z żywnością orientalną ale w zasadzie w każdym supermarkecie), którego trzeba kilka razy wypłukać, a po ugotowaniu schłodzić do odpowiedniej temperatury. Gdy tylko synek zaśnie, dołączam do najprzyjemniejszej części przyrządzania kolacji dla nas dwojga – do rolowania. I nie ma w tym żadnej filozofii – choć na początku trzeba odkryć tajemnice tej sztuki kulinarnej. Jak to zrobić? Najlepiej podpatrzeć, jak robi to mistrz kuchni w sushi barze (sushi przygotowywane jest na oczach klientów) lub można też w domowym zaciszu zobaczyć filmiki instruktażowe dostępne w Internecie. Pisząc do Was nie mam na celu podawania Wam instrukcji i przepisu. Chciałabym Was jedynie (albo aż) zainspirować samym pomysłem, a wirtualna sieć jest bogata w dokładne wskazówki.

 W naszej kuchni przy nastrojowej muzyce tworzy się niepowtarzalny klimat kraju kwitnącej wiśni… Jest to zupełnie inne, od tego na co dzień, relaksujące przygotowywanie kolacji – bo bez pośpiechu, blisko, obok siebie, rozmawiamy, śmiejemy się i jednocześnie każdy robi swoje, czyli roluje. W przygotowanie tego posiłku wkładamy całe serce. Cudowna jest perspektywa, że za chwilkę usiądziemy wygodnie nad tacą pełną pysznego sushi i będziemy delektować się jedząc je pałeczkami (można też rękami, ale pałeczki mają tak niezwykły urok, że nie możemy im się oprzeć). I tak do późnej nocy… prawdziwa uczta zmysłów.

 I jeszcze jedno – jesteśmy rodzicami małego smakosza i wielbiciela sushi. I nie możemy pozwolić sobie na zjedzenie wszystkiego do końca. Po kolacji kilka maków wkładamy do lodówki (na drugi dzień jest równie smaczne) dla Aleksa na drugie śniadanie. A hasło: „Mamo, lubie siusi.” – bezcenne .

A czy Wy macie przepis na romantyczny wieczór we dwoje? Podzielcie się swoją propozycją  i zainspirujcie inne mamy.

16
Dodaj komentarz

avatar
9 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
KarolinamagdaNatalia SmykowskaMartaAldona Seemann-GnidaBarbara Heppa-Chudy Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anna Cekiera
Gość

Moje pierwsze „siusi” w ogóle nie przypadło mi do gustu. Za drugim podejściem polubiłam bardzo! Szkoda, że ceny są tak wygórowane , ale to pewnie ze względu na fakt, ze towar musi być świeży i najwyższej jakości a wiadomo, że surowe mięso szybko się psuje.
Nigdy nie próbowałam i nie wiem jak przyrządzać sushi samodzielnie w domu i bardzo chętnie skorzystam z jakiegoś przepisu :) Ale to dopiero za jakiś czas, bo w ciąży boję się smakować surowych mięs ( tęsknię również za serami pleśniowymi…)

Igor Chudy
Gość

Ale nie trzeba od razu robić sushi w domu z rybami ;) Na początek najlepiej potrenować zwijanie np. z ogórkiem, serkiem philadelphia czy z surimi. Jest łatwiej i dużo taniej.
Moja Żona, czyli autorka tekstu ;) pokochała sushi przed ciążą i bardzo, ale to bardzo brakowało jej tego smaku w trakcie ciąży. Ona również bała się surowych ryb, ale teraz może to sobie odbić z nawiązką!
Przy odrobinie chęci przygotowanie dużego talerza maków z warzywami i owocami nie będzie bardzo kosztowne, a przyjemność z jedzenia – ogromna!

Agnieszka Kuśmiderska
Gość

Z moim dzieckiem trudno u nas o jakikolwiek romantyczny wieczór tylko we dwoje… bo niestety mała chodzi spać w zasadzie wtedy kiedy i my, ale gdy uda się ją położyć wcześniej, to najlepszym i najbardziej romantycznym wieczorem (takim bez wychodzenia z domu) może być wspólna kąpiel w wannie z dodatkiem pachnących olejków do kąpieli. Można sobie odpocząć, zrelaksować się i nie tylko …:D

Iwona Wajs-Gorgoń
Gość

oj, oj, oj, narobiliście mi teraz chęci na to sushi. Nadal nie jadłam..a z opisów wynika, że już sama czynność przyrządzania musi być niesamowita, a co dopiero jedzenie. Jako zapalona kucharka w tworzeniu nowych smakołyków na pewno przy najbliższej wolnej sobocie – spróbuję :) Mój mąż nie lubi się bawić jedzeniem, ale może taka inżynierska forma przypadnie mu do gustu – spróbuję :) No i jeszcze dzidzi jakiś warzywny smakołyk jakby się udało zrobić to byłoby..pysznie :) Nasze romantyczne wieczory niestety też nie należą do częstych, ale jak już się uda…to tak tradycyjnie jest winko, jakieś słodkości (bo oboje jesteśmy… Czytaj więcej »

Magda Kupis
Gość

ja raz w życiu spróbowałam sushi zrobione przez kolegę. spróbowałam, bo wszyscy się zajadali. Mieli ze mnie niezły ubaw, bo nie wiedziałam jak się tego kulturalnie pozbyć z ust, a przez gardło nie chciało przejść :) Romantycznych wieczorów u nas jak na lekarstwo- proza życia chciałoby się powiedzieć… Ale jak już się zdarzą to często jest jakieś wino, a co do jedzenia to różnie: czasem ja coś zrobię, czasem zamawiamy, ale najlepiej jest jak robimy coś razem. Najlepiej zapamiętałam pierogi z farszem z piersi z kurczaka, żółtym serem i szpinakiem. To były nasze pierwsze wspólne pierogi, które skończyliśmy przed północą,… Czytaj więcej »

Bombel
Gość
Bombel

Noo „siusi” to ja jeszcze nie jadłam,bo tak jak pisze autorka -kojarzyło mi się ono z surową rybą ;) :P Teraz wiem że to coś innego :) I muszę przyznać że bardzo mnie to zainspirowało… :D

Magda Kupis
Gość

ja niestety ryz lubię tylko w pomidorówce ;) chyba, że jest jakiś zamiennik jak za rybę hihi

Barbara Heppa-Chudy
Gość

Magda no niestety (albo stety) ryż to podstawa w sushi ;)
Ale… za to jest zupełnie inny od tradycyjnego – jest nieco bardziej okrągły, a po ugotowaniu ziarenka „kleją się do siebie, zachowując swój kształt, no i jeszcze jest specjalnie płukany, gotowany i jeszcze zakwaszony zalewą składającą się z octu ryżowego i cukru. W rezultacie smakuje zupełnie inaczej niż nasz.

Bombel
Gość
Bombel

A ja właśnie ryż bardzo lubię :) Na obiad mogłabym jeść niemalże codziennie ryż z warzywami :)

Aldona Seemann-Gnida
Gość

Cały dzisiejszy dzień myślę o tym ROMANTYZMIE…jak to u nas wygląda… Cóż, podpisać się mogę pod słowami Magdy „Romantycznych wieczorów u nas jak na lekarstwo”. Dwójka maleństw, praca zmianowa, zabieganie robi swoje- wieczorem padamy jak muchy i niestety gdzieś w tym wszystkim zapominamy o sobie, o swoich potrzebach…a przecież to jest szalenie potrzebne! Czasem jednak zdarzy się nam mieć ROMANTYCZNY wieczór. Jest to wtedy bardzo spontaniczne i z niespodzianką dla drugiej osoby. Zazwyczaj jest to wino, świece, wspólna kąpiel, która działa niesamowicie relaksująco, odprężająco ale i też pobudzająco :) Niestety chwilowo nie możemy sobie pozwolić na ROMANTYZM poza domem…a szkoda…bardzo… Czytaj więcej »

Marta
Gość
Marta

Swietny tekst :), a u nas dzisiaj bedzie romantycnzy wieczor, synek zostaje pod opieka cioteczke, a maz zabiera mnie i brzuszek ;) na romantycnzy wieczor, bedzie w pubie znajomych gral na gitarze, a potem romantyczna kolacja i obowiazkowo pojdziemy na pudding bananowy… ja trafilam na wyjatkowego romantyka, wiec romantyczne wieczory to u nas czesto :)

Natalia Smykowska
Gość

Artykuł zachęcił mnie do zagłębienia się w tę tajemną sztukę japońską…i o dziwo, nie będąc zwolennikiem jakichkolwiek morskopodobnych specjałów, mam ochotę spróbować! Ale na początek w formie wizyty w sushi-barze, co łatwe nie będzie, ponieważ w naszym miasteczku o takim miejscu można pomarzyć, a do najbliższego i tak daleko… Co do romantyzmu…od ok. 7 miesięcy nie wiem co to jest! Nie mamy na to czasu, ochoty, a przede wszystkim sposobności… Maluch jest na pierwszym miejscu i nie pozostawia nam sił na romantyczność. Czas to zmienić! Ale jak znajdziemy ten czas :)

Karolinamagda
Gość
Karolinamagda

Na sushi namówił mnie mój mąż, któy jest jego wielkim wielbicielem. Jadłam trzy razy i nie mogę powiedzieć żebym piała z zachwytu. Najbardziej smakowało mi do tego śliwkowe wino Choya ( nie dam głowy uciąć za pisowanię ale czytaj czoj). Romantyczne wieczory – kilka razy do roku jak na lekarstwo – niestety mąż nie jest romnatykiem:(

Barbara Heppa-Chudy
Gość

Ja też lubię to japońskie winko – a najbardziej choya silver :) Ale nie bardziej niż samo sushi ;)

Zabawa 6 października 2011

Tatuś też rodzic

Pewnie słyszałyście te opowieści jacy ci mężczyźni są nieporadni, jak to nie potrafią zmienić pieluszki, czy wyczyścić noska, że boją się przez kilka miesięcy wziąć dziecko na ręce, bo zrobią mu krzywdę i czekają, aż pójdzie ono do szkoły, żeby mieć pewność, że nie są już tak wiotkie i delikatne jak po urodzeniu? Obraz jak z komedii i horroru zarazem. A ja kolejny raz postanowiłam się zbuntować, dając wiarę ojcowskiemu instynktowi (lub po prostu zdrowemu rozsądkowi).

Widziałam obraz ojca, kreowany przez współczesnych tatusiów, który nierzadko mnie przerażał. Ojciec ten, głowa rodziny, często jej jedyny żywiciel, który zwierzynę do domu przynosił, rzucał na stół, aby kobieta-żona-matka sprawnie się nią zajęła, a sam taki już obdarty z resztek sił, zasiadał przed ogniskiem, które nieco zmieniło kształt i formę na pudło wydające dźwięki i prezentujące kolorowe obrazy. Nie miałabym nic przeciwko, każdy potrzebuje odpoczynku, nawet Nasz Macho, ale…

„Ale” zawsze się pojawia, kiedy chce zburzyć spokój, tak jest i tym razem. Ojcowie z mojego otoczenia są bardzo aktywni, uprawiają sporty, od jazdy na wszelkich sprzętach sportowych do podnoszenia ciężarów, łudząco podobnych do puszki z piwem. Nie mam nic przeciwko pasjom, ale to na pasje znajduje się czas, a nie na rodzinę. Bo gdy już ten ojciec przetestuje rower, sprawdzi czy woda na basenie nie jest za zimna i czy piwo z kolegami smakuje wciąż tak samo, wraca do domu z pieśnią na ustach: „Kochanie jestem wykończony, normalnie padam na twarz. Dobranoc”, czasem refren jest skrócony do: „idę spać”.

Obraz ten może troszkę przerysowałam, choć nie twierdzę, że bardzo i że jest tak wszędzie. Być może tylko mi się trafiło i mam ten zaszczyt oglądać takie zjawiska. Tak czy inaczej wierzyłam, że u nas będzie inaczej, że nasz Tatuś jest inny, choć też ma rower, skafander do nurkowania i kilka puszek. Znalazły się dobre dusze, które szeptały mi do ucha, że On jest takim samym egzemplarzem. Doprowadzało mnie to do szału. Przecież wiedziałam, że to jak Tatuś będzie się zachowywał po porodzie zależy również ode mnie.

    W dniu porodu już wiedziałam, że mój Egzemplarz jest z limitowanej edycji. Był ze mną do samego końca, a właściwe początku naszej wspólnej drogi we troje. Jako jedyny spośród swoich kolegów był podczas porodu. Tamci już od dawna świętowali przyjście na świat dziecka mino, że było jeszcze „jedną nogą w brzuchu”. Byłam z niego taka dumna, widziałam w nim takie emocje, których nigdy wcześniej w nim nie znałam. A i mnie dostał się komplement: „Jesteś Gladiatorka! Kocham Cię”. Ja jego też.

Po wyjściu ze szpitala zawiózł nas do rodziców, bo tak ustaliliśmy. Byliśmy tam dwa tygodnie i regenerowałam siły. Nie bałam się poprosić o pomoc, choć sama przyszła. Ja zajmowałam się moim Szczęściem, a mama zajęła się gotowaniem, praniem, prasowaniem etc. Przyszedł dzień, kiedy trzeba było podjąć decyzję o powrocie do domu. Chciałam wracać, choć było mi dobrze- śniadanie, obiad, kolacja do łóżka, wszystko pod nos. Tatuś powiedział, że uświadomiłam mu jedną rzecz – że teraz będę miała nie tylko dziecko pod opieką, czy tylko będę miała pod opieką dom, lecz wszystko razem. Więc Tatuś odciążał mnie przez kilka pierwszych miesięcy i przejął wszystkie obowiązki domowe- od zakupów po mycie podłóg.

    Tatuś dostał kilka ważnych zadań, mianowicie pierwszą i każdą kolejną kąpiel, jedno nocne karmienie, przytulanie, całowanie, noszenie i w zależności od możliwości przewijanie, noszenie do odbicia, chodzenie na spacery. Widziałam strach w jego oczach, ale i chęć do działania. Po krótkim instruktarzu dawałam mu pole do popisu. Nie martwiłam się, że może dziecko nie będzie tak czyste jak jak bym wykąpała, że pieluszka będzie krzywo założona. On jest ojcem i wiedziałam, że nie będzie chciał zrobić krzywdy dziecku, że on też ma instynkt. Oboje zostaliśmy po raz pierwszy rodzicami i byliśmy w tam samym miejscu na starcie, choć może ja startowałam z lepszego miejsca, albo tylko tak mi się wydawało.

Choć czasem na usta cisnęły mi się pewnie sugestie, ręce same rwały się do tego, aby coś poprawić, to dzielnie się przyglądałam i chwaliłam. I tak zbudowała się ojcowska pewność siebie, wprawa i duma. Koledzy i ich żony byli zdziwieni, że ojciec może sam zrywać się do dziecka kiedy zakwili, że pyta czy nie trzeba przewinąć, że chce nosić, tulić i całować nawet przy wspomnianych kolegach.

    Każdy Tata powinien mieć szansę na to, by móc się wykazać. I dlatego trzeba stwarzać im ku temu okazje- chwalić, a nie krytykować, przymykać oko na błahostki, bo rodzicem nie jest tylko mama, tata też nim jest i chyba nasza w tym rola, aby utwierdzać go w przekonaniu, że robi wszystko najlepiej, że on też wie. Przecież dając dziecko pod opiekę ojcu nie robimy mu krzywdy i ten też jej nie wyrządzi. Trochę wiary w mężczyznę- ojca nie zaszkodzi, a zmienia całe życie rodzinne. Właśnie tak zbuntowałam się na ten obraz współczesnego ojca, który miałam długo przed oczami. Nie żałuję, że podjęłam walkę z sobą i własnym instynktem, z tym, że ”wiem lepiej”. Muszę przyznać, będąc najbardziej obiektywną jak tylko potrafię, że Nasz Tatuś jest najlepszym tatusiem i może śmiało stawać za wzór swoim kolegom.

19
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ivona85
Gość
ivona85

Ja miałam dokładnie takie samo podejście jak autorka wpisu. Mój mąż nie wstawał karmić, bo dziecko dostawało pierś, ale przed karmienie to on wstawał je przewijać i podawał mi je do karmienia. No jak to?- dziwiły się moje koleżanki – przecież on pracuje, więc Ty mogłabyś wstawać do dziecka. A ja nie pracuję? Każda chwila spędzona na opiece nad dzieckiem to też wielka praca. Dzięki moim zabiegom tata jest specem do córeczki. Potrafi przy niej zrobić wszystko i nie narzeka. Czasami ma słabszy dzień..ale to chyba jak każdy. No i kąpiel jest tylko taty – wstyd się przyznać, ale ja… Czytaj więcej »

Magda Kupis
Gość

jak Luśka wstawała w nocy na jedzenie, była karmiona piersią, dla taty było odciągnięte mleczko w butelce :)

ivona85
Gość
ivona85

ja tak straaasznie lubiłam odciągania, więc karmiłam, ale najtrudniejsze właśnie było przewijanie w środku nocy, bo trzeba było się obudzić porządnie; do karmienia to tylko oko jedno otworzyć wystarczyło ;) albo i nie :)

ivona85
Gość
ivona85

pomyłka – miało być „nie lubiłam” :)

Magda Kupis
Gość

dla dłuższego snu mogłam się poświecić :D

Marta
Gość
Marta

Ja mam takie samo podejscie. Moj maz od samego poczatku ciazy zapewnial mnie, ze bedzie pomagal przy dziecku, ze bedzie robil wszystko, ze niczego sie nie boi. W czasie pierwszej ciazy nie opuscil ani jednej wizyty u lekarza, ani jednego USG, byl ze mna, zadawal pytania, nagrywal bicie serduszka, chwalil sie wszystkim zdjeciami USG. Na jednej z wizyt, gdy lekarz zapytal o porod, czy chce asystowac powiedzial od razu, ze tak, chociaz wczesniej nie uzgdodnilismy tej kwestii, ale tak bardzo mu na tym zalezalo, ze oczywiscie zgodzilam sie. Pierwsza ciaza byla zagrozona, byl przy mnie caly czas, pilnowal, nie dawal… Czytaj więcej »

Bombel
Gość
Bombel

Dobrze że mamy takich wspaniałych partnerów!Nic tylko ich kochać!! ;-)

Sylwia
Gość
Sylwia

Nasz tatuś też od początku się wykazywał w opiece nad synkiem i dalej to robi :) Mały wprost sie trzęcie z radości na widok taty, gdy ten go zabawia, kąpie czy przewija :D

alka
Gość
alka

:) Fajny tekst.
U nas jest podobnie. Tatuś jak tylko może to pomaga we wszystkim.
Ze względu na charakter pracy, często nie ma go w domu…ale jak już przybywa…to dzieciaki doczekać się nie mogą…starsza córcia biegnie do drzwi…a synuś…czeka w łóżeczku i na widok taty piszczy :D
Radosny widok.

Magda Kupis
Gość

widzę, że sami tatusiowie na medal. Chyba jednak nie jest tak źle i żaden nie podpadł :D

Gosiatko81
Gość
Gosiatko81

mój mąż tez od samego początku uczestniczy w wychowywaniu maluchów. Stwierdzam, że jest cudownym ojcem!!! Zawsze znajdzie choć chwilkę czasu, żeby z córką pobudować z klocków, świetnie bawią się figurkami i piknik urządzają, codziennie rano wygłupy w łóżku, razem z dziećmi chodzi na basen, prawdziwie przezywa swoje tacierzynstwo, dzieci go uwielbiają. W okolicy mało jest tatusiów mających czas na gre w piłkę przed blokiem, czy budowanie zamków w piaskownicy :)

Monika Poniewierska-Czupryniak
Gość

ćwicze

katyja
Gość
katyja

Mój mąż nie był ze mną podczas porodu, ale na USG chodził i można z nim dzieci zostawić. Pampersy umie zmieniać, bajki czytać i nosić, gdy bolą nogi, bo mamie się nie chce i jest bardziej asertywna ;-) Zaraz idę do kina ze starszakiem, a Tata z maluchem ogląda finał siatkówki ;P

Iza Kasparek
Gość

szczerze zazdroszcze etapu 2 tygodnie wszystko pod nos… ja wrocilam i byłam zmuszona wskoczyc na wysokie obroty…. życie

kaja19782
Gość
kaja19782

Ja też miałam dużą pomoc ze strony męża po prostu zmuszałam go do aktywnego uczestnictwa:)inna sprawa,że pracował także większość i tak była na mojej głowie:)ale nie można mieć wszystkiego:)))

Małgorzata Szczepańska
Gość

zgadzam się w 100%. U nas jest tak od samego początku że tatuś też zajmuje się dziećmi. Kąpie przewija karmi bawi sie czy zabiera na spacer. Ja od początku uczyłam go tego wszystkiego bo wychodzę z założenia że to też są jego dzieci i on też powinien uczestniczyć w opiece nad nimi. Bardzo dziwiły mnie słowa koleżanek że ich mężowie są wspaniałymi ojcami ale nawet pampersa nie zmienią czy nie dadzą dziecku jeść. Nawet dzisiaj kontrol u lekarza córci i synka a tatuś żebym jechała sama a ja że nie bo potrzebuję jego pomocy bo dzieci marudzą. Pojechał ze mną.… Czytaj więcej »

Regina Adamiec Babula
Gość

Codziennie powtarzam mężowi, że jest aniołem :-) czasami wręcz mnie rozpieszcza i nie zostawia do zrobienia nic poza spacerem i zabawą z synkiem :-)

Maria Ciahotna
Gość

Dostaje tę szansę każdego dnia – i chętnie z niej korzysta – nasze dziecinki mają cudownego tatusia :*

Zabawa 3 października 2011

Z górki i pod górkę

Mieszkam w ładnym, w miarę spokojnym mieście. Jak co roku, w porze wiosenno – letniej ruszają wszelkie remonty. Począwszy od elewacji, na nowej nawierzchni jezdni kończąc. Super, przynajmniej wszystko zostanie odnowione. Jest tylko jedno “ale” – dlaczego drogowcy, tak sobie jak i innym, utrudniają przez to życie?

Chociażby zwykła wymiana chodnika. Wiadomo trochę wykopów, nasypów itp. spraw, tylko dlaczego „moi” budowlańcy układają chodnik na raty. Zaczną kawałek, ułożą… by za kilka metrów zostawić rozbabrane miejsce i zacząć za kilkaset metrów układać znów ładny, równy chodniczek.

Idąc z wózkiem muszę starać się zapamiętywać, gdzie na wytyczonej przeze mnie trasie spacerowej napotkam utrudnienia. Wkurza mnie to strasznie! Idę 300 metrów ładnym chodnikiem, gdy nagle pojawia się góra piachu. Mogłabym ją ominąć przejeżdżając po trawniku, ale tam stoi np. jakiś sprzęt i guzik z przejazdu. Muszę cofać się do najbliższego przejścia i przechodzić na drugą stronę, gdzie po iluś metrach znów spotka mnie to samo! Idę takim slalomem, skacząc od prawej do lewej. Istny tor przeszkód.

W wózku przydałby się GPS, w którym wyznaczając trasę spaceru wprowadzałabym dane o utrudnieniach w ruchu drogowym, wówczas widząc zebrę od razu bym przechodziła, a nie zadowolona szła przed siebie by później się rozczarować. Kochani drogowcy musieliby chyba wybrać się z dzieckiem w wózku na spacer, by zobaczyć, jakie to przyjemnie. Inną alternatywą na zmianę strony mogłoby być poniesienie wózka, ale dźwiganie ciężarów to nie moja dyscyplina.

Kolejnym problemem w miejskiej dżungli są podjazdy,  albo raczej ich brak. Jeśli już są, to nie dość, że wąskie, to jeszcze strome. Zjeżdżając z nich wózkiem muszę swoim ciałem robić przeciwwagę. Ciężkie to w wykonaniu, bo do masywnych nie należę i wózek ściąga mnie do przodu. Nie ja prowadzę wózek a on mnie, ja staram się jedynie nad nim zapanować. Ktoś, kto to buduje podjazdy wyznaje chyba zasadę „z górki na pazurki”. Wózek nabiera prędkości, a ja muszę hamować by kogoś nie potrącić.  Producenci powinni do wózków dodawać klakson, by mama mogą ostrzegać pieszych, aby zdążyli uciec.  Swoją drogą ciekawe, czy jakbym kogoś potrąciła to dostałabym mandat?  Zawrotnych prędkości nie osiągam, ale mogłabym spowodować uszczerbek na zdrowiu delikwenta, który znalazł by się na trasie zjazdowej.

Opisany zjazd z podjazdu to teraz całkiem z innej strony – wjazd. Wąski, stromy podjazd i szerszy do niego wózek. Pół biedy jak z boku mam trawnik. Jedno koło na podjeździe, drugie na trawniku i jedziemy. Co innego – podjazd, a po bokach ściana i schody. Wjazd metodą prób i błędów. W końcu opracowuję technikę. Jedne kółka na podjeździe, a drugie lekko uniesione muszą muskać schody tak delikatnie jak to możliwe. Nie chce by moje dziecko nabawiło się jakiejś trzęsawki.

Szczytem wszystkiego jest brak podjazdu, często w instytucjach użytku publicznego. Któregoś dnia wybrałam się do Urzędu Skarbowego (odział w którym byłam pierwszy raz),  jakież było moje zaskoczenia jak ujrzałam wysokie schody bez podjazdu. Już chciałam chwytać wózek, gdy moim oczom ukazała się sprytnie ukryta platforma dla wózków inwalidzkich. Pomyślałam: – świetnie podjedziemy bez problemu. Podchodzę, a tam brak jakiegokolwiek przycisku by sprowadzić ją w dół, tylko miejsce na kluczyk. Mina mi zrzedła. Chwila zastanowienia. Synek spał, wejście było zadaszone i zamknięte, więc postanowiłam szybko wbiec i poprosić kogoś o pomoc. W ułamku sekundy znalazłam się na parterze i złapałam portiera – ochroniarza. Pytam, w jaki sposób mogę dostać się do środka z wózkiem. Facet patrzy na mnie jak na UFO. No tak dziwne, kobieta przyszła z małym dzieckiem do Urzędu. Dzieci zapewne powinno zostawiać się w domu. Kątem oka zerkam na wózek i mówię: Czy może mi Pan uruchomić platformę, abym wjechała? Zeszliśmy razem na dół i okazało się (o zgrozo), że platforma nie działa. Pomyślałam, no to super… na szczęście Pan okazał się dżentelmenem i wniósł mi wózek.

Przygoda w Urzędzie dała mi nauczkę. Teraz zanim idę załatwić jakąś sprawę z dzieckiem sprawdzam wcześniej czy są podjazdy lub działające platformy. Staram się zaplanować sobie takie wyjścia. Licznych robót budowlanych nie przewidzę. Jedynie jadąc samochodem, gdy widzę wykopy staram się zapamiętywać, gdzie one były. Będąc na trasie z robotami (gdy to jedyna droga do celu), a daleko mam do przejścia na drugą stronę, gdy na horyzoncie widzę jakiegoś mężczyznę, to proszę by mi pomógł. Zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto przeniesie wózek.

Nauczyłam się też jednego: zawsze trzeba poprosić, bo ludzie nie zawsze sami wyrywają się do pomocy. Drogie mamusie, nie bójcie się prosić o pomoc.  To nie boli, nic nie kosztuje a ułatwia nam życie i zaoszczędzi sporo siły. Na mamę z wózkiem czeka wiele niedogodności, często niespodziewanych, ale zdziwicie się, jakie okażecie się pomysłowe w ich pokonywaniu. W końcu „Potrzeba matką wynalazku” .

7
Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
ivona85
Gość
ivona85

Ja jestem zirytowana szczególnie autami parkującymi na drogach osiedlowych tak, że na chodniku ledwo człowiek się zmieści, a co dopiero wózek. Któregoś dnia wyszłam na spacer i miałam już dość tego ciągłego zjeżdżania na krawężnik, a potem trawnik. Postanowiłam więc przejść bokiem drogi osiedlowej, która jest tylko dojazdem do garaży, więc ruch na niej znikomy. No i jak to w Polsce bywa jakiemuś Panu, który po drodze osiedlowej jeździ z prędkością 80km/h nie spodobało się to, że idę poboczem (nie było chodnika po drugiej stronie ulicy) i wyraził swoje zdanie w bardzo wulgarny sposób. Mam tylko jedno pytanie – czy… Czytaj więcej »

Basia
Gość
Basia

Kiedyś szłam do sklepu (po tej stronie ulicy, co mój dom) i w jednym miejscu chodnik rozkopany – przejścia brak. Niestety był to taki odcinek drogi, że przejście na drugą stronę ulicy – niemożliwy. Musiałam się wracać do najbliższego przejścia.
Idąc z powrotem (pół godziny później) przeszłam o wiele wcześniej na „bezproblemową” stronę – jakie było moje zdziwienie, jak okazało się, że po robotach już ani śladu. Tylko żeby dojechać do domu, znów musiałam drałować na przejście oddalone od mojego domu…

No i jeszcze małe sklepiki, z wąskimi odległościami między półkami i np. towarem rozładowanym na środku…

Magda Kupis
Gość

ja na szczęście przed tym jak zostałam mamą miałam okazje zajmować się dzieckiem, i dzięki temu mogłam poznać którędy się nie chodzi i w jakich dniach (mam tu ma myśli dni targowe). nic mnie tak nie wkurza jak te nieszczęsne auta. kiedyś szłam dość szerokim chodnikiem, tak że śmiało mieścił się samochód (tzn jego dwa boczne koła) i ja z wózkiem. I tak sobie szłam i nagle jedno auto zaparkowało przede mną CZTEREMA kołami! Była to kobieta. zapytałam jej grzecznie jak ja mam teraz przejść, jest ślisko i nie będę chodziła ulicą, a ona do mnie, że zaparkowała tylko na… Czytaj więcej »

Magda
Gość
Magda

Chodniki, podjazdy i inne tego typu atrakcje spacerowe doprowadzają mnie do szału. Mieszkam w pięknym mieście, jednak pod kontem spacerów z wózkiem jest ono straszne. Chodniki stare podziurawione, podjazdów brak albo za szerokie. Idąc na spacer czy zakupy robię wcześniej rozeznanie którędy najlepiej, gdzie nie ma robót drogowych albo, w którym sklepie zmieszczę się między półkami. A jakie zdziwienie mnie dopada kiedy okazuje się, że podjazd jest wybrakowany…tzn. zaczyna się i w pewnym momencie brakuje dużego kawałka powierzchni i jest piękna dziura :/ no i jak się nie zdenerwować?

Divette
Gość
Divette

Święta prawda. I chyba z takich powodów jak i te nieszczęsne 10 stopni od drzwi wyjsciowych do windy ( mieszkam w wieżowcu) w ogóle zrezygnowałem z wózka. Mała ma pól roku a od 5 miesięcy wózek zbiera kurz z kilkoma wyjątkami ( dokadnie 5 wypadów). Do tego spróbujcie pojechać z wózkiem autobusem. Może wybieram złe godziny ale zawsze jak jedziemy to w autobusie jeść co najmniej jeden wózek ;) chyba babyboom jakiś ;)

Sylwia
Gość
Sylwia

Jak widzać nie jestem osamotniona w miejsckiej dżungli. Jazda wózkiem autobusem to koszmar jak kierowca prowadzi bus z taką werwą jakby wiózł worki ziemniaków. Tu nawet hamulec nie pomaga. Z całej siły dodtkowo trzeba trzymać wózek.

mamaTymona
Gość
mamaTymona

Nie przesadzajmy. Też jestem mamą i też różnie się zdarza ale nie oczekuję, że nagle cały świat dostosuje się do tego, że mam dziecko. Mieszkam na 2-gim piętrze w bloku bez windy, wózek zostawiam w samochodzie, gdyby nie było takiej możliwości zostawiałabym w piwnicy i też dawałabym radę. Jeżeli w sklepie jest za wąsko, zostawiam wózek u ochroniarza, a dziecko biorę na ręce. Są niedogodności, których nie powinno być ale nie róbmy z dzieci szklanych laleczek. Z doświadczenia wiem, że moje dziecko wolało być wożone po wyboistej ziemi niż po gładziutkim chodniku, bo trochę bujało i zasypiał łatwiej. Kiedyś w… Czytaj więcej »

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close