Dom 8 października 2011

Gdy dzieci śpią… Uczta dla zmysłów

Knajpki serwujące sushi mnożą się w Polsce jak grzyby po deszczu. Nieuniknione było więc, że i mnie – prędzej czy później – mój romantyczny mąż wyciągnie na tę orientalną kolację. Miałam pewne obawy, bo jak dla większości naszego społeczeństwa, sushi kojarzyło mi się z surową rybą (potrawa z surowej rybki to sashimi).

Tymczasem sushi to przede wszystkim ryż i dodatki – przeróżne: bo i ogórek, por, awokado, zielona cebulka i wędzony łosoś… plus wodorosty, czyli nori. Od pierwszego sięgnięcia pałeczkami po sushi, zamoczeniu go w sosie sojowym i odrobinie zielonego japońskiego chrzanu wasabi – zakochałam się w tym lekkim, unikatowym smaku. Jedynie co mi nie podeszło – ale to moja subiektywna opinia, bo raczej ludzie zachwycają się jego smakiem — to marynowany imbir, który powinno się przekąszać dla oczyszczania kubków smakowych. Moje kubki smakowe i bez tego pracują na najwyższych obrotach.

 Przyjemność jedzenia sushi w sushi barach nie jest tania. Oczywiście od czasu do czasu można zaszaleć, ale my wpadliśmy na o wiele ciekawszy pomysł – przyrządzamy tę potrawę w domu. Zapewniam, iż samodzielne rolowanie daje bardzo dużo satysfakcji, mnóstwo radości i co według mnie – najważniejsze, jest świetnym sposobem na spędzenie romantycznego wieczoru z mężem. Nam spodobało się to tak bardzo, że regularnie robimy sushi w domu, starając się doskonalić swoje umiejętności.

Mamy taki rytuał – wieczorem ja: idę usypiać Aleksa, a mąż: przygotowuje w tym czasie ryż. Z ryżem jest trochę zachodu – jest to specjalny ryż krótkoziarnisty (do kupienia nie tylko w sklepach z żywnością orientalną, ale w zasadzie w każdym supermarkecie), który trzeba kilka razy wypłukać, a po ugotowaniu schłodzić do odpowiedniej temperatury. Gdy tylko synek zaśnie, dołączam do najprzyjemniejszej części przyrządzania kolacji dla nas dwojga – do rolowania. I nie ma w tym żadnej filozofii – choć na początku trzeba odkryć tajemnice tej sztuki kulinarnej. Jak to zrobić? Najlepiej podpatrzeć, jak robi to mistrz kuchni w sushi barze (sushi przygotowywane jest na oczach klientów) lub można też w domowym zaciszu zobaczyć filmiki instruktażowe dostępne w Internecie. Pisząc do Was nie mam na celu podawania Wam instrukcji i przepisu. Chciałabym Was jedynie (albo aż) zainspirować samym pomysłem, a wirtualna sieć jest bogata w dokładne wskazówki.

W naszej kuchni przy nastrojowej muzyce tworzy się niepowtarzalny klimat kraju kwitnącej wiśni… Jest to zupełnie inne, od tego na co dzień, relaksujące przygotowywanie kolacji – bo bez pośpiechu, blisko, obok siebie, rozmawiamy, śmiejemy się i jednocześnie każdy robi swoje, czyli roluje. W przygotowanie tego posiłku wkładamy całe serce. Cudowna jest perspektywa, że za chwilkę usiądziemy wygodnie nad tacą pełną pysznego sushi i będziemy delektować się jedząc je pałeczkami (można też rękami, ale pałeczki mają tak niezwykły urok, że nie możemy im się oprzeć). I tak do późnej nocy… prawdziwa uczta zmysłów.

I jeszcze jedno – jesteśmy rodzicami małego smakosza i wielbiciela sushi. I nie możemy pozwolić sobie na zjedzenie wszystkiego do końca. Po kolacji kilka maków wkładamy do lodówki (na drugi dzień jest równie smaczne) dla Aleksa na drugie śniadanie. A hasło: „Mamo, lubie siusi.” – bezcenne .

A czy Wy macie przepis na romantyczny wieczór we dwoje? Podzielcie się swoją propozycją i zainspirujcie inne mamy.


Źródło zdjęcia: Vinicius Benedit/Unsplash
Subscribe
Powiadom o
guest

16 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Anna Cekiera
12 lat temu

Moje pierwsze „siusi” w ogóle nie przypadło mi do gustu. Za drugim podejściem polubiłam bardzo! Szkoda, że ceny są tak wygórowane , ale to pewnie ze względu na fakt, ze towar musi być świeży i najwyższej jakości a wiadomo, że surowe mięso szybko się psuje.
Nigdy nie próbowałam i nie wiem jak przyrządzać sushi samodzielnie w domu i bardzo chętnie skorzystam z jakiegoś przepisu 🙂 Ale to dopiero za jakiś czas, bo w ciąży boję się smakować surowych mięs ( tęsknię również za serami pleśniowymi…)

Igor Chudy
12 lat temu
Reply to  Anna Cekiera

Ale nie trzeba od razu robić sushi w domu z rybami 😉 Na początek najlepiej potrenować zwijanie np. z ogórkiem, serkiem philadelphia czy z surimi. Jest łatwiej i dużo taniej.
Moja Żona, czyli autorka tekstu 😉 pokochała sushi przed ciążą i bardzo, ale to bardzo brakowało jej tego smaku w trakcie ciąży. Ona również bała się surowych ryb, ale teraz może to sobie odbić z nawiązką!
Przy odrobinie chęci przygotowanie dużego talerza maków z warzywami i owocami nie będzie bardzo kosztowne, a przyjemność z jedzenia – ogromna!

Agnieszka Kuśmiderska

Z moim dzieckiem trudno u nas o jakikolwiek romantyczny wieczór tylko we dwoje… bo niestety mała chodzi spać w zasadzie wtedy kiedy i my, ale gdy uda się ją położyć wcześniej, to najlepszym i najbardziej romantycznym wieczorem (takim bez wychodzenia z domu) może być wspólna kąpiel w wannie z dodatkiem pachnących olejków do kąpieli. Można sobie odpocząć, zrelaksować się i nie tylko …:D

Iwona Wajs-Gorgoń
12 lat temu

oj, oj, oj, narobiliście mi teraz chęci na to sushi. Nadal nie jadłam..a z opisów wynika, że już sama czynność przyrządzania musi być niesamowita, a co dopiero jedzenie. Jako zapalona kucharka w tworzeniu nowych smakołyków na pewno przy najbliższej wolnej sobocie – spróbuję 🙂 Mój mąż nie lubi się bawić jedzeniem, ale może taka inżynierska forma przypadnie mu do gustu – spróbuję 🙂 No i jeszcze dzidzi jakiś warzywny smakołyk jakby się udało zrobić to byłoby..pysznie 🙂 Nasze romantyczne wieczory niestety też nie należą do częstych, ale jak już się uda…to tak tradycyjnie jest winko, jakieś słodkości (bo oboje jesteśmy… Czytaj więcej »

Magda Kupis
12 lat temu

ja raz w życiu spróbowałam sushi zrobione przez kolegę. spróbowałam, bo wszyscy się zajadali. Mieli ze mnie niezły ubaw, bo nie wiedziałam jak się tego kulturalnie pozbyć z ust, a przez gardło nie chciało przejść 🙂 Romantycznych wieczorów u nas jak na lekarstwo- proza życia chciałoby się powiedzieć… Ale jak już się zdarzą to często jest jakieś wino, a co do jedzenia to różnie: czasem ja coś zrobię, czasem zamawiamy, ale najlepiej jest jak robimy coś razem. Najlepiej zapamiętałam pierogi z farszem z piersi z kurczaka, żółtym serem i szpinakiem. To były nasze pierwsze wspólne pierogi, które skończyliśmy przed północą,… Czytaj więcej »

Bombel
Bombel
12 lat temu

Noo „siusi” to ja jeszcze nie jadłam,bo tak jak pisze autorka -kojarzyło mi się ono z surową rybą 😉 😛 Teraz wiem że to coś innego 🙂 I muszę przyznać że bardzo mnie to zainspirowało… 😀

Magda Kupis
12 lat temu
Reply to  Bombel

ja niestety ryz lubię tylko w pomidorówce 😉 chyba, że jest jakiś zamiennik jak za rybę hihi

Barbara Heppa-Chudy
12 lat temu
Reply to  Magda Kupis

Magda no niestety (albo stety) ryż to podstawa w sushi 😉
Ale… za to jest zupełnie inny od tradycyjnego – jest nieco bardziej okrągły, a po ugotowaniu ziarenka „kleją się do siebie, zachowując swój kształt, no i jeszcze jest specjalnie płukany, gotowany i jeszcze zakwaszony zalewą składającą się z octu ryżowego i cukru. W rezultacie smakuje zupełnie inaczej niż nasz.

Bombel
Bombel
12 lat temu
Reply to  Magda Kupis

A ja właśnie ryż bardzo lubię 🙂 Na obiad mogłabym jeść niemalże codziennie ryż z warzywami 🙂

Aldona Seemann-Gnida
12 lat temu

Cały dzisiejszy dzień myślę o tym ROMANTYZMIE…jak to u nas wygląda… Cóż, podpisać się mogę pod słowami Magdy „Romantycznych wieczorów u nas jak na lekarstwo”. Dwójka maleństw, praca zmianowa, zabieganie robi swoje- wieczorem padamy jak muchy i niestety gdzieś w tym wszystkim zapominamy o sobie, o swoich potrzebach…a przecież to jest szalenie potrzebne! Czasem jednak zdarzy się nam mieć ROMANTYCZNY wieczór. Jest to wtedy bardzo spontaniczne i z niespodzianką dla drugiej osoby. Zazwyczaj jest to wino, świece, wspólna kąpiel, która działa niesamowicie relaksująco, odprężająco ale i też pobudzająco 🙂 Niestety chwilowo nie możemy sobie pozwolić na ROMANTYZM poza domem…a szkoda…bardzo… Czytaj więcej »

Marta
Marta
12 lat temu

Swietny tekst :), a u nas dzisiaj bedzie romantycnzy wieczor, synek zostaje pod opieka cioteczke, a maz zabiera mnie i brzuszek 😉 na romantycnzy wieczor, bedzie w pubie znajomych gral na gitarze, a potem romantyczna kolacja i obowiazkowo pojdziemy na pudding bananowy… ja trafilam na wyjatkowego romantyka, wiec romantyczne wieczory to u nas czesto 🙂

Natalia Smykowska
12 lat temu

Artykuł zachęcił mnie do zagłębienia się w tę tajemną sztukę japońską…i o dziwo, nie będąc zwolennikiem jakichkolwiek morskopodobnych specjałów, mam ochotę spróbować! Ale na początek w formie wizyty w sushi-barze, co łatwe nie będzie, ponieważ w naszym miasteczku o takim miejscu można pomarzyć, a do najbliższego i tak daleko… Co do romantyzmu…od ok. 7 miesięcy nie wiem co to jest! Nie mamy na to czasu, ochoty, a przede wszystkim sposobności… Maluch jest na pierwszym miejscu i nie pozostawia nam sił na romantyczność. Czas to zmienić! Ale jak znajdziemy ten czas 🙂

Karolinamagda
Karolinamagda
12 lat temu

Na sushi namówił mnie mój mąż, któy jest jego wielkim wielbicielem. Jadłam trzy razy i nie mogę powiedzieć żebym piała z zachwytu. Najbardziej smakowało mi do tego śliwkowe wino Choya ( nie dam głowy uciąć za pisowanię ale czytaj czoj). Romantyczne wieczory – kilka razy do roku jak na lekarstwo – niestety mąż nie jest romnatykiem:(

Barbara Heppa-Chudy
12 lat temu
Reply to  Karolinamagda

Ja też lubię to japońskie winko – a najbardziej choya silver 🙂 Ale nie bardziej niż samo sushi 😉

Zabawa 3 października 2011

Z górki i pod górkę

Mieszkam w ładnym, w miarę spokojnym mieście. Jak co roku, w porze wiosenno – letniej ruszają wszelkie remonty. Począwszy od elewacji, na nowej nawierzchni jezdni kończąc. Super, przynajmniej wszystko zostanie odnowione. Jest tylko jedno “ale” – dlaczego drogowcy, tak sobie jak i innym, utrudniają przez to życie?

Chociażby zwykła wymiana chodnika. Wiadomo trochę wykopów, nasypów itp. spraw, tylko dlaczego „moi” budowlańcy układają chodnik na raty. Zaczną kawałek, ułożą… by za kilka metrów zostawić rozbabrane miejsce i zacząć za kilkaset metrów układać znów ładny, równy chodniczek.

Idąc z wózkiem muszę starać się zapamiętywać, gdzie na wytyczonej przeze mnie trasie spacerowej napotkam utrudnienia. Wkurza mnie to strasznie! Idę 300 metrów ładnym chodnikiem, gdy nagle pojawia się góra piachu. Mogłabym ją ominąć przejeżdżając po trawniku, ale tam stoi np. jakiś sprzęt i guzik z przejazdu. Muszę cofać się do najbliższego przejścia i przechodzić na drugą stronę, gdzie po iluś metrach znów spotka mnie to samo! Idę takim slalomem, skacząc od prawej do lewej. Istny tor przeszkód.

W wózku przydałby się GPS, w którym wyznaczając trasę spaceru wprowadzałabym dane o utrudnieniach w ruchu drogowym, wówczas widząc zebrę od razu bym przechodziła, a nie zadowolona szła przed siebie by później się rozczarować. Kochani drogowcy musieliby chyba wybrać się z dzieckiem w wózku na spacer, by zobaczyć, jakie to przyjemnie. Inną alternatywą na zmianę strony mogłoby być poniesienie wózka, ale dźwiganie ciężarów to nie moja dyscyplina.

Kolejnym problemem w miejskiej dżungli są podjazdy,  albo raczej ich brak. Jeśli już są, to nie dość, że wąskie, to jeszcze strome. Zjeżdżając z nich wózkiem muszę swoim ciałem robić przeciwwagę. Ciężkie to w wykonaniu, bo do masywnych nie należę i wózek ściąga mnie do przodu. Nie ja prowadzę wózek a on mnie, ja staram się jedynie nad nim zapanować. Ktoś, kto to buduje podjazdy wyznaje chyba zasadę „z górki na pazurki”. Wózek nabiera prędkości, a ja muszę hamować by kogoś nie potrącić.  Producenci powinni do wózków dodawać klakson, by mama mogą ostrzegać pieszych, aby zdążyli uciec.  Swoją drogą ciekawe, czy jakbym kogoś potrąciła to dostałabym mandat?  Zawrotnych prędkości nie osiągam, ale mogłabym spowodować uszczerbek na zdrowiu delikwenta, który znalazł by się na trasie zjazdowej.

Opisany zjazd z podjazdu to teraz całkiem z innej strony – wjazd. Wąski, stromy podjazd i szerszy do niego wózek. Pół biedy jak z boku mam trawnik. Jedno koło na podjeździe, drugie na trawniku i jedziemy. Co innego – podjazd, a po bokach ściana i schody. Wjazd metodą prób i błędów. W końcu opracowuję technikę. Jedne kółka na podjeździe, a drugie lekko uniesione muszą muskać schody tak delikatnie jak to możliwe. Nie chce by moje dziecko nabawiło się jakiejś trzęsawki.

Szczytem wszystkiego jest brak podjazdu, często w instytucjach użytku publicznego. Któregoś dnia wybrałam się do Urzędu Skarbowego (odział w którym byłam pierwszy raz),  jakież było moje zaskoczenia jak ujrzałam wysokie schody bez podjazdu. Już chciałam chwytać wózek, gdy moim oczom ukazała się sprytnie ukryta platforma dla wózków inwalidzkich. Pomyślałam: – świetnie podjedziemy bez problemu. Podchodzę, a tam brak jakiegokolwiek przycisku by sprowadzić ją w dół, tylko miejsce na kluczyk. Mina mi zrzedła. Chwila zastanowienia. Synek spał, wejście było zadaszone i zamknięte, więc postanowiłam szybko wbiec i poprosić kogoś o pomoc. W ułamku sekundy znalazłam się na parterze i złapałam portiera – ochroniarza. Pytam, w jaki sposób mogę dostać się do środka z wózkiem. Facet patrzy na mnie jak na UFO. No tak dziwne, kobieta przyszła z małym dzieckiem do Urzędu. Dzieci zapewne powinno zostawiać się w domu. Kątem oka zerkam na wózek i mówię: Czy może mi Pan uruchomić platformę, abym wjechała? Zeszliśmy razem na dół i okazało się (o zgrozo), że platforma nie działa. Pomyślałam, no to super… na szczęście Pan okazał się dżentelmenem i wniósł mi wózek.

Przygoda w Urzędzie dała mi nauczkę. Teraz zanim idę załatwić jakąś sprawę z dzieckiem sprawdzam wcześniej czy są podjazdy lub działające platformy. Staram się zaplanować sobie takie wyjścia. Licznych robót budowlanych nie przewidzę. Jedynie jadąc samochodem, gdy widzę wykopy staram się zapamiętywać, gdzie one były. Będąc na trasie z robotami (gdy to jedyna droga do celu), a daleko mam do przejścia na drugą stronę, gdy na horyzoncie widzę jakiegoś mężczyznę, to proszę by mi pomógł. Zazwyczaj znajdzie się ktoś, kto przeniesie wózek.

Nauczyłam się też jednego: zawsze trzeba poprosić, bo ludzie nie zawsze sami wyrywają się do pomocy. Drogie mamusie, nie bójcie się prosić o pomoc.  To nie boli, nic nie kosztuje a ułatwia nam życie i zaoszczędzi sporo siły. Na mamę z wózkiem czeka wiele niedogodności, często niespodziewanych, ale zdziwicie się, jakie okażecie się pomysłowe w ich pokonywaniu. W końcu „Potrzeba matką wynalazku” .

Subscribe
Powiadom o
guest

7 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
ivona85
ivona85
12 lat temu

Ja jestem zirytowana szczególnie autami parkującymi na drogach osiedlowych tak, że na chodniku ledwo człowiek się zmieści, a co dopiero wózek. Któregoś dnia wyszłam na spacer i miałam już dość tego ciągłego zjeżdżania na krawężnik, a potem trawnik. Postanowiłam więc przejść bokiem drogi osiedlowej, która jest tylko dojazdem do garaży, więc ruch na niej znikomy. No i jak to w Polsce bywa jakiemuś Panu, który po drodze osiedlowej jeździ z prędkością 80km/h nie spodobało się to, że idę poboczem (nie było chodnika po drugiej stronie ulicy) i wyraził swoje zdanie w bardzo wulgarny sposób. Mam tylko jedno pytanie – czy… Czytaj więcej »

Basia
Basia
12 lat temu

Kiedyś szłam do sklepu (po tej stronie ulicy, co mój dom) i w jednym miejscu chodnik rozkopany – przejścia brak. Niestety był to taki odcinek drogi, że przejście na drugą stronę ulicy – niemożliwy. Musiałam się wracać do najbliższego przejścia.
Idąc z powrotem (pół godziny później) przeszłam o wiele wcześniej na „bezproblemową” stronę – jakie było moje zdziwienie, jak okazało się, że po robotach już ani śladu. Tylko żeby dojechać do domu, znów musiałam drałować na przejście oddalone od mojego domu…

No i jeszcze małe sklepiki, z wąskimi odległościami między półkami i np. towarem rozładowanym na środku…

Magda Kupis
12 lat temu

ja na szczęście przed tym jak zostałam mamą miałam okazje zajmować się dzieckiem, i dzięki temu mogłam poznać którędy się nie chodzi i w jakich dniach (mam tu ma myśli dni targowe). nic mnie tak nie wkurza jak te nieszczęsne auta. kiedyś szłam dość szerokim chodnikiem, tak że śmiało mieścił się samochód (tzn jego dwa boczne koła) i ja z wózkiem. I tak sobie szłam i nagle jedno auto zaparkowało przede mną CZTEREMA kołami! Była to kobieta. zapytałam jej grzecznie jak ja mam teraz przejść, jest ślisko i nie będę chodziła ulicą, a ona do mnie, że zaparkowała tylko na… Czytaj więcej »

Magda
Magda
12 lat temu

Chodniki, podjazdy i inne tego typu atrakcje spacerowe doprowadzają mnie do szału. Mieszkam w pięknym mieście, jednak pod kontem spacerów z wózkiem jest ono straszne. Chodniki stare podziurawione, podjazdów brak albo za szerokie. Idąc na spacer czy zakupy robię wcześniej rozeznanie którędy najlepiej, gdzie nie ma robót drogowych albo, w którym sklepie zmieszczę się między półkami. A jakie zdziwienie mnie dopada kiedy okazuje się, że podjazd jest wybrakowany…tzn. zaczyna się i w pewnym momencie brakuje dużego kawałka powierzchni i jest piękna dziura :/ no i jak się nie zdenerwować?

Divette
Divette
12 lat temu

Święta prawda. I chyba z takich powodów jak i te nieszczęsne 10 stopni od drzwi wyjsciowych do windy ( mieszkam w wieżowcu) w ogóle zrezygnowałem z wózka. Mała ma pól roku a od 5 miesięcy wózek zbiera kurz z kilkoma wyjątkami ( dokadnie 5 wypadów). Do tego spróbujcie pojechać z wózkiem autobusem. Może wybieram złe godziny ale zawsze jak jedziemy to w autobusie jeść co najmniej jeden wózek 😉 chyba babyboom jakiś 😉

Sylwia
Sylwia
12 lat temu

Jak widzać nie jestem osamotniona w miejsckiej dżungli. Jazda wózkiem autobusem to koszmar jak kierowca prowadzi bus z taką werwą jakby wiózł worki ziemniaków. Tu nawet hamulec nie pomaga. Z całej siły dodtkowo trzeba trzymać wózek.

mamaTymona
mamaTymona
11 lat temu

Nie przesadzajmy. Też jestem mamą i też różnie się zdarza ale nie oczekuję, że nagle cały świat dostosuje się do tego, że mam dziecko. Mieszkam na 2-gim piętrze w bloku bez windy, wózek zostawiam w samochodzie, gdyby nie było takiej możliwości zostawiałabym w piwnicy i też dawałabym radę. Jeżeli w sklepie jest za wąsko, zostawiam wózek u ochroniarza, a dziecko biorę na ręce. Są niedogodności, których nie powinno być ale nie róbmy z dzieci szklanych laleczek. Z doświadczenia wiem, że moje dziecko wolało być wożone po wyboistej ziemi niż po gładziutkim chodniku, bo trochę bujało i zasypiał łatwiej. Kiedyś w… Czytaj więcej »

Ciąża 30 września 2011

Kobieta (wreszcie) spełniona

Poniższy post jest następnym na naszym blogu wpisem gościnnym. Autorką i bohaterką dzisiejszej historii jest Marta — przeszczęśliwa matka i żona, szaleńczo zakochana w mężczyznach swojego życia. Kobieta spełniona, rozważna, ale i romantyczna, ciekawa świata i niespokojna duchem. Dziewczyna, która długo szukała swojego miejsca na ziemi i znalazła je w najmniej oczekiwanej momencie. Mówi o sobie, że jest uzależniona od miłości, książek, lodów waniliowych i filmów z Tomem Hanksem.
Zespół bloga W Roli Mamy dziękuje Marcie za opisanie swojej historii.

Pamiętam tamten dzień jakby to było wczoraj.

Ja i Rob byliśmy ze sobą już rok, najcudowniejszy rok mojego życia – znalazłam miłość, dopiero co przeprowadziłam się do Nowego Jorku, by z nim zamieszkać, znaleźliśmy mieszkanie, ja zaczęłam studia, on realizował swoje marzenia, ja realizowałam swoje, oboje byliśmy ze sobą szczęśliwi. Poza tym, że się kochamy i chcemy być ze sobą, nie wiedzieliśmy nic więcej, nie wiedzieliśmy, jak to wszystko się potoczy, przecież jeszcze wszystko mogło się zmienić.

Był gorący lipcowy dzień. Siedziałam na zajęciach wyczekując ich końca. Temat był bardzo ciekawy – małżeństwo w kulturze żydowskiej. Hmmm coś z mojego kręgu zainteresowań. Słuchałam i słuchałam, aż nagle z ust prowadzącego padły słowa :
”kobieta po menstruacji udaje się do mykwy, ażeby dokonać rytualnego oczyszczenia…”.
Nagle coś w mojej głowie zaświtało.
Zaczęłam liczyć dni… analizować… zaraz, zaraz ile tygodni minęło od mojego przyjazdu? W ferworze przeprowadzki, załatwiania najróżniejszych spraw formalnych, rozpakowywania walizek, szykowania dopiero co wynajętego mieszkania, stresu związanego z oficjalnym zamieszkaniem jako para, zaaklimatyzowania się w nowym otoczeniu.
Hmmm, przyznam szczerze straciłam rachubę czasu. Pomyślałam przez chwilę… kiedy ja miałam ostatni okres? Nie, to niemożliwe… Wychodziło na to, że okres spóźniał mi się 3 tygodnie… ale jakim cudem?
Aaaa…. Pewnie to przez stres i zmianę klimatu, przecież zawsze tak na to reaguję. Ale czy na pewno?! Nieeee to niemożliwe, ale na wszelki wypadek postanowiłam zrobić test zaraz po powrocie do domu.
Nie mogłam się na niczym skupić, myślałam tylko o tym…
Yes ufff… koniec zajęć, spakowałam pośpiesznie swoje rzeczy i wybiegłam z sali, kierując się od razu do najbliższej apteki. Kiedy weszłam do środka serce biło mi coraz bardziej. Bum bum bum… Boże, dlaczego słyszę ten odgłos w mojej głowie?! Wreszcie znalazłam właściwą alejkę. Zawsze przechodziłam obok takich rzeczy tylko zerkając, przecież nigdy nie miałam podobnych dylematów. Stanęłam naprzeciwko regału i zaczęłam się zastanawiać… który wybrać. Nie miałam o tym bladego pojęcia, więc wzięłam pierwszy z brzegu. Ale dla lepszej pewności postanowiłam wziąć jeszcze kilka, przecież pierwszy zawsze może się mylić, lepiej zrobić kilka prób. Zdenerwowana, zapomniawszy jak się oddycha podeszłam do kasy. Sprzedawczyni tylko na mnie zerknęła, zapłaciłam, złapałam torebkę z tymi małymi pudełeczkami i wybiegłam.

W drodze do domu przez moją głowę przebiegały myśli, jedna za drugą. Ten cały rok, jaki razem spędziliśmy, nasze plany, nie byliśmy gotowi na ewentualne rodzicielstwo, to nie był odpowiedni czas.
Wreszcie dotarłam do domu, rzuciłam plecak, wzięłam torbę z pudełeczkami i pobiegłam do łazienki. Serce waliło jak młotem. Och, dlaczego jego nie ma teraz w domu, mógłby mnie wesprzeć… ale może to i dobrze, bo przecież nic nie wiadomo. Wzięłam jedno z pudełeczek i zaczęłam dokładnie czytać instrukcję. Jakoś udało się odpowiednio nasiusiać na pasek, to samo zrobiłam z kolejnym…Ufff… a teraz oczekiwanie. 5 minut!!!

Boże tylko 5 minut i moje życie może zmienić się na zawsze. Patrzyłam nerwowo na zegarek i myślałam, co będzie, jeśli wynik okaże się pozytywny?! Dopiero zaczęliśmy być ze sobą, zamieszkaliśmy razem, chcieliśmy się lepiej poznać, tyle jeszcze przeżyć, tyle osiągnąć. No tak…on jeszcze osiągnie, a ja… ja zostanę w domu i będę wychowywać dziecko, będę musiała zrezygnować ze swoich planów, z własnej kariery, już zawsze dziecko będzie mnie ograniczało…

A co jeśli on mnie zostawi, jeśli się rozstaniemy…? Skąd mam wiedzieć, że to, co między nami jest już na zawsze? Ten rok był cudowny, między nami szybko się potoczyło, był taki czuły, delikatny, kochający, sprawiał, że czułam się przy nim jak w niebie, traktował tak, jak tę jedną jedyną…a teraz??? Dziecko zmieni wszystko… Czy jesteśmy na gotowi?! A jeśli test będzie pozytywny, to jak mam mu to powiedzieć, przecież to zmieni nasze życie na zawsze, a co jeśli powie, że nie chce tego dziecka, że nie jest gotowy… Cóż sama nie byłam ani trochę. Było tak cudownie, dlaczego wszystko miało się zmienić o całe 360 stopni? Przecież ja mam swoje marzenia, dopiero co skończyłam studia w Polsce, teraz chciałam skończyć studia tu, zacząć robić doktorat, pracować na uczelni… tyle planów, a dziecko wszystko zmieni… To nie jest odpowiedni czas?!

Ok. Minęło 5 minut. Serce waliło strasznie, ale musiałam sprawdzić wynik.
COOOOOOOOOO?! Nie to niemożliwe. Na pasku widniały dwie wyraźne kreski. Nie, nie, nie!!!! To nie może być prawda. Wzięłam następny test – też dwie kreski. NIE! Nerwowo wyciągnęłam następne z torebki i zrobiłam je od razu. Kolejne 5 minut, ale wyrok był już znany… Każdy z nich pokazywał DWIE KRESKI!!! Matko, i co teraz?!

Zaczęłam płakać, wszystko miało się zmienić, nasze życie wywrócone do góry nogami. Ciągle płacząc chwyciłam za telefon i zaczęłam do niego dzwonić… Nie odbierał. No tak, pracował, nie miał czasu. Napisałam mu smsa:
„Musimy porozmawiać i to szybko, przyjeżdżaj jak najszybciej do domu!”.
Po paru minutach zadzwonił i spytał: „O co chodzi, kochanie?”.
„Nic, powiem jak wrócisz, wracaj natychmiast, proszę!”
Przyjechał za godzinę. Siedziałam na łóżku w naszej sypialni, zapłakana.
Spytał: „Powiedz, mi co się stało?”
Wstałam, poszłam do łazienki i przyniosłam mu wszystkie testy. Wziął je do ręki i nie dowierzał. Spytał tylko: „ Czy dwie kreski oznaczają….?” „Tak!” powiedziałam.
Usiadł na łóżku, ale po chwili chwycił moją rękę i posadził sobie na kolanach, dotknął mojego brzucha i powiedział: „Kocham Ciebie, wszystko będzie dobrze, przecież to cudowna wiadomość”.
Mój Boże, nie mogłam uwierzyć, wiedział o dziecku zaledwie przez krótką chwilę, a był mniej przerażony ode mnie. Długo rozmawialiśmy i przekonywał mnie wielokrotnie, że to cud, że wszystko będzie dobrze, bo się kochamy i damy radę, że będzie pomagał ze wszystkim, że może wszystko stało się zbyt szybko, ale tak najwyraźniej miało być.

Zdecydowaliśmy się mieć to dziecko.

Szok dla obojga był ogromny, ale przecież najważniejsze było to, że się kochamy. Daliśmy sobie parę dni na to, żeby oswoić się z wiadomością i zadzwoniłam do lekarza, aby umówić wizytę. Obiecał, że pójdzie ze mną i będzie wspierał zawsze. Poszliśmy tam razem, powoli oswajając się z nową rzeczywistością. Lekarz był bardzo miły, rozmawialiśmy trochę, a potem postanowił zajrzeć i sprawdzić, co się tam w środku dzieje. Długo patrzył w monitor, nic do nas nie mówiąc, po czym oświadczył, że za chwilę wróci.
„Co się dzieje?” spytałam Roba. „Nie wiem, ale na pewno wszystko w porządku” odpowiedział.

Wrócił nasz lekarz i przyprowadził drugiego, razem popatrzyli przez chwilę na monitor, po czym oświadczyli, że płód jest za mały jak na 8 tygodni, musimy poczekać, uzbroić się w cierpliwość i przyjść za tydzień, a być może wszystko będzie dobrze i się powiększy.
Nie wiedziałam, co robić, popatrzyłam na Roba – był tak samo zdezorientowany, jak ja, ale postanowiliśmy dostosować się do zaleceń lekarza.
W drodze powrotnej oboje milczeliśmy. A w domu położyliśmy się i nie wiedzieliśmy, co o tym wszystkim myśleć. Przykładałam swoje ręce do brzucha, on robił to samo… Cóż, dla obojga ta malutka fasolka nagle stała się najważniejsza, nie myślałam już o rzeczach, które traciłam będąc w ciąży, myślałam tylko o tym, że pragnę mieć to dziecko. Jego odczucia były takie same.

Parę dni później zaczęłam plamić.

Pojechaliśmy od razu do szpitala, lekarz po obejrzeniu USG powiedział, że jeśli przez parę następnych dni nie przestanę plamić, potrzebny będzie zabieg. Płakałam i głaskałam mój brzuch, Rob wspierał mnie cały czas. Po paru dniach stwierdzono, że płód obumarł… Był zabieg… Niewiele z tego pamiętam, bo nie chcę…

Gdy się obudziłam Rob był przy mnie, trzymał za rękę, spojrzałam na niego… wiedziałam, że jest po wszystkim… Czułam to… widziałam w jego oczach… dotykałam swojego brzucha, ale nic tam nie było… nie czułam fasolki… czułam się pusta… strasznie…
Rob był ze mną cały czas, wspierał, widziałam i czułam, jak to wszystko przeżywa… Jednych takie wydarzenia oddalają od siebie, nas zbliżyły na zawsze. Dawaliśmy sobie miłość, wsparcie, to uczucie między nami pomogło przetrwać ciężkie chwile. Zrozumiałam, że mogę na niego zawsze liczyć, że to, co jest między nami jest na zawsze. Cierpiałam, kiedy widziałam kobietę w ciąży, czułam straszny ból wewnętrzny… To wydarzenie pokazało, że się kochamy i że pragniemy dziecka, ale baliśmy się zaryzykować. Ten strach, że wszystko się powtórzy był ogromny.

Wkrótce potem oświadczył mi się.

Oczywiście wiedziałam od razu, jakiej odpowiedzi udzielić. Potem nasz ślub i wesele. Tego dnia, kiedy miałam stać się jego żoną, kiedy szłam przez kaplicę, widziałam tylko jego, jak stoi przy ołtarzu i na mnie czeka…
Parę tygodni później zaczęliśmy rozmawiać i oboje oświadczyliśmy, że mimo ciężkich przeżyć chcemy zaryzykować i spróbować, pragnęliśmy dziecka, więc postanowiliśmy się przemóc. Nie zamierzaliśmy się starać, myśląc tylko o dniach płodnych, po prostu zdać się na los.

Jakieś 1,5 miesiąca później okres spóźniał się parę dni. Tym razem również zestresowana, ale pełna nadziei zrobiłam trzy testy, każdy z nich był pozytywny. Usiadłam i zaczęłam płakać ze szczęścia i strachu, bojąc się, ażeby sytuacja się nie powtórzyła. Zamierzałam mu powiedzieć jakoś uroczyście. Ale tego dnia mieliśmy imprezę u znajomych. Nie piłam ani kropli, Rob namawiał mnie, proponując choć odrobinę szampana, ale odmówiłam. On tylko spojrzał na mnie, a ja zaczęłam się uśmiechać. Spytał, czy to jest to, o czym myśli. Przytaknęłam. Wziął mnie na ręce i był przeszczęśliwy. Widział też, że się martwię, ale pocieszał, że wszystko będzie dobrze.

Parę dni później poszliśmy do lekarza.

Okazało się, że nasz „little peanut” (tak Rob nazwał nasze maleństwo) ma 6 tygodni. Za dwa tygodnie poszliśmy na kolejną wizytę i usłyszeliśmy bicie serduszka, najpiękniejszy dźwięk na świecie i zobaczyliśmy je. Byliśmy przeszczęśliwi. Zaraz potem w 9 tygodniu po lekkiej sprzeczce o jakąś głupotę zaczęłam krwawić, pojawił się ból podbrzusza. Rob wziął i zaniósł mnie na rękach do samochodu, bo strach mnie osłabił i sparaliżował.
Gdy dotarliśmy do szpitala, lekarze zajęli się mną od razu, widziałam przestraszonego męża, sama jeszcze nigdy się tak nie bałam i prosiłam tylko, żeby uratowali moje dziecko.

Udało się, maluszek okazał się silny. Moja ciąża była zagrożona, co oznaczało stałą kontrolę i opiekę lekarską – brałam wszelkie możliwe leki na podtrzymanie, odpoczywałam i robiłam wszystko, aby maleństwu było w  moim brzuszku jak najlepiej. Między nami jest konflikt serologiczny, który sprawy nie ułatwiał, tylko utrudniał. Ale walczyliśmy. Baliśmy się o każdy następny tydzień, dzień, pokochaliśmy nasze dziecko ponad wszystko, pragnęliśmy go najbardziej na świecie. Już nie liczyła się dla mnie kariera, podróże, spełnianie marzeń, liczył się tylko ten malutki człowieczek we mnie, część mnie i część Roba.
On bardzo pragnął mieć synka i jakże ogromna była jego radość, kiedy lekarz potwierdził płeć.

Będąc w ciąży oszczędzałam się jak tylko mogłam, wykładałam na uczelni, co nie było zbyt absorbujące, ale dawało satysfakcję, jak się okazało ciąża nie dość, że była upragniona, to i w niczym mi nie przeszkadzała. Jakieś 1,5 miesiąca przed porodem nagle poczułam się źle i trafiłam do szpitala, okazało się, że muszę tam zostać, leżeć plackiem, codziennie przyjmować kroplówki, leki, aby synek był w środku jak najdłużej, co zwiększało jego szanse. Leżałam i stosowałam się do zaleceń lekarzy, walczyłam o nasze dziecko, a mąż był ze mną i wspierał cały czas.

O 2 w nocy z 28 na 29 stycznia zaczęły się skurcze.

Rob spał w szpitalu, gdy zaczęła się akcja porodowa. Byliśmy przerażeni, bo to był 36 tydzień… bardzo wcześnie. Ale wszystko potoczyło się dobrze i o 13:26 czasu NY, 29 stycznia usłyszeliśmy i zobaczyliśmy nasze szczęście. Nigdy nie widziałam niczego ani nikogo piękniejszego od tej malutkiej kruszynki, ważył 2860 g, mierzył 47 cm. Wtedy świat jakby się dla mnie zatrzymał, nie liczyło się nic więcej, tylko synek i mąż.
Maluszek wniósł w nasze życie ogromne szczęście. Staliśmy się szczęśliwymi rodzicami, dla których synek jest oczkiem w głowie. Teraz wiem i czuję, że jestem spełniona, właśnie teraz. Każdy ma swoje pasje, marzenia, plany, rzeczy, do których dąży, ale dla mnie ani drugie studia, podróże, kariera, nowy dom, samochód itd. nie przynoszą mi takiej satysfakcji i takiego spełnienia jak widok naszego dziecka, chwile, kiedy się do mnie albo do męża tuli i wiem, że czuje się z nami bezpiecznie, jego uśmiech i to jak patrzy na mnie swoimi szaro-niebieskimi oczkami, chwile, kiedy nauczył się siadać, raczkować, mówić mama i dadada (na męża). To wszystko jest bezcenne, dziecko umocniło nasz związek, pokazało inny świat. Oboje dalej się realizujemy i wiemy, że nic nie tracimy, nic nie żałujemy. Wszystkie te rzeczy, o które się tak bałam, jak pierwszy raz test wskazał wynik pozytywny, wszystkie te rzeczy, które mnie paraliżowały, dziś się nie liczą, bo właśnie dziś czuje się spełniona, zarówno jako matka i żona, jak i jako kobieta.

Wkrótce po porodzie dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży.

Dziś mój synek ma 7 miesięcy, a ja jestem w 6 miesiącu ciąży. Pomiędzy naszymi synkami będzie 11 miesięcy różnicy. Czy się boję? Bardzo. Szok był ogromny, ale powoli oswajamy się z tą myślą. Ale dziś już nie myślę o tym, ile stracę, boję się o nasze maleństwo, żeby wszystko było z nim w porządku.
Boję się także czy sobie poradzę z dwójką dzieci z tak małą różnicą wieku. Ale, myślę, że sobie poradzimy, oboje, a raczej we czworo. Ciąża po ciąży jest ciężka i trudna, zwłaszcza, jak ma się malutkie dziecko, które jeszcze nie chodzi. Ale ja nie traktuję tego jako tragedii. NIE! Ja traktuję to jako nową przygodę. Dziś wiem, że jeszcze wiele przede mną, jeszcze tyle mnie czeka, tyle rzeczy zrealizuję i tyle osiągnę, bo mam siłę, którą dają mi synek, drugi pod serduszkiem i mąż. Wiem, że bez nich życie wyglądałoby inaczej, ale ja niczego bym nie zmieniła, nie wyobrażam sobie mojego życia inaczej. Może nasze życie jest szalone, lekko niezorganizowane, podłoga pełna zabawek, mniej czasu na własne przyjemności, ale macierzyństwo i małżeństwo dało mi spełnienie. Teraz wiem, że bycie mamą jest moją życiową rolą, którą zamierzam zagrać najlepiej jak się da..

kobieta spełniona 

Subscribe
Powiadom o
guest

38 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Bombel
Bombel
12 lat temu

Płakałam jak mały dzidziuś czytając ten wpis! Cieszę się że wszystko dobrze się skończyło.I trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie z drugą dzidzią 🙂 no i za „łatwe” wychowywanie 2óch małych pociech 😉

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Bombel

Dziekujemy bardzo 🙂

Agata
Agata
12 lat temu

Dużo do czytania. Ale było warto – historia wzruszająca i trzymająca w napięciu. A przez to, że akcja toczy się za oceanem, to taka ciut niecodzienna.
Dużo sił w roli mamy Marto!

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Agata

dziekujemy bardzo 🙂

Rob
Rob
12 lat temu

My wife wrote it, I dont understand Polish but I know perfectly well that story. Baby we are so proud of you <3, am sorry I needed to write for her 🙂

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Rob

:)))))

Camille
Camille
12 lat temu
Reply to  Rob

Hugs Marta&Rob !!!

Bubalabe
Bubalabe
12 lat temu

Rob, You are wondeful husband! Marta, I’m proud of You, you’re very strong woman and fantastic Mum!

Rob
Rob
12 lat temu

My Marta is the most wonderful mum and wife ever and the strongest woman I’ve ever met, what should I say more. Shes my angel :), I love you wify :). Thank you Bubalabe for your words 🙂

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Rob

😉

Marta
Marta
12 lat temu

Dziekuje wszystkim za cieple slowa. Jestem szczesliwa, ze dowazylam sie opublikowac ten tekst. Teraz walczymy o drugiego synka, wiec prosimy trzymajcie kciuki :)))))

Magda Kupis
12 lat temu
Reply to  Marta

A my dziękujemy za to, ze Wasza historia mogła pojawić się właśnie u nas. Oczywiście cała redakcja trzyma za Was kciuki. Oboje pięknie o sobie piszecie, taka miłość nie zdarza się często 🙂

Marta
Marta
12 lat temu

Tak, Nasza historia jest niecodzinna, ale to dlatego, ze on jest jedyny w swoim rodzaju i jak widze bardzo sprytny, bo widzialam jego komentarze :DDDD, dziekujemy wam, ze moglismy opublikowac Nasza historie, w sumie z happy endem :))))

Sylwia
Sylwia
12 lat temu

Marta koniecznie daj znać naszej redakcji jak urodzi się Wasz drugi synek. Trzymamy kciuki 😉

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Sylwia

oczywiscie, ze damy jak najbardziej, Marc ma sie urodzic 1 stycznia, ale znajac zycie moze sie urodzic wczesniej, wiec to juz niedlugo :)))) dziekujemy Wam baaardzo 🙂

Magda
Magda
12 lat temu

Marto gratuluję świetnego tekstu! Spłakałam się strasznie! Ja też mam jednego Aniołka, a drugie Słoneczko śpi słodziutko w łóżeczku 🙂 Trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie. Z tak kochającym mężem dacie radę w wychowaniu dwójki urwisów :*

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Magda

dziekujemy oboje za cieple slowa 🙂

Magda
Magda
12 lat temu

Marto gratuluję świetnego tekstu! Spłakałam się strasznie! Ja też mam jednego Aniołka, a drugie Słoneczko śpi słodziutko w łóżeczku 🙂 Trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie. Z tak kochającym mężem dacie radę w wychowaniu dwójki urwisów :*

Ewa Kamińska
12 lat temu

Marto trzymam mocno za ciebie kciuki 😉 Czytałam Twoją historię, która tak bardzo zbiega się z moją własną 😉 Poronienie, ślub, cudowna miłość, kolejna zagrożona ciąża i narodziny synka 😉 Teraz mamy już dwójkę szkrabów 😉 Wszystko będzie dobrze – miłość dwojga ludzi potrafi zdziałać cuda 😉 Twoja historia na pewno da nadzieję i radość tym, którzy znajdują się w podobnej sytuacji 😉
Pozdrawiam Cię serdecznie
Ewa

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Ewa Kamińska

dziekujemy za cieple slowa… wiemy, ze damy rade, z takim mezem jak Rob wiem, ze moge zdzialac cuda :), pierwsza stracona ciaza to wspomnienia bolesne dla obojga,ale razem dalismy rade przebrnac… nasz RJ sie urodzil, choc z ciaza bylo mnostwo problemow, obecna ciaza tez jest zagrozona, ale ja walcze, oboje walczymy, DAMY RADE, weirzymy w to :)… jeszcze raz dziekujemy za cieple slowa i pozdrawiamy serdecznie 🙂

Smykowa
Smykowa
12 lat temu

Ja też płakałam czytając! Niesamowita siła miłości! Trzymam kciuki za Was i czekam na wieści o szczęśliwym rozwiązaniu 🙂

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Smykowa

dziekujemy za cieple slowa 🙂 powiadomimy wszystkich jak tylko Marc sie urodzi 🙂 . pozdrawiamy serdecznie

Agusiak
Agusiak
12 lat temu

piękny tekst i wzruszająca historia. Trzymam mocno kciuki za kolejnego dzidziusia i za całą Waszą rodzinkę, na pewno ze wszystkim sobie poradzicie. Równie piękne jak tekst są wpisy męża autorki. Gratuluję i życzę wszystkiego dobrego 🙂

Marta
Marta
12 lat temu
Reply to  Agusiak

dziekujemy za cieple slowa :), pozdrawiamy serdecznie

Marta
Marta
12 lat temu

Oboje wszystkim bardzo bardzo dziekujemy za kazdy wpis, dla nas to duzo znaczy naprawde :). Ja czytam wasze wpisy i tlumacze je Robowi :). Jako ciezarna latwo mnie wzruszyc, baaaardzo latwo sie rozklejam, ale to sa lzy szczescia, bo milo jest wiedziec, ze wszyscy sa z nami. wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiamy, damy znac jak tylko synke bedzie juz na swiecie. wszyscy jestescie wielcy, dla nas to duzo znaczy 🙂

Rob
Rob
12 lat temu

Hello 🙂 My Marta said about your comments. I’d would like to thank you. Together with my wife we’ll handle everything, we love each other so much and I believe everything is possible, we just need to believe and we’ll win. We wish you all the best 🙂

Magdalena446
Magdalena446
12 lat temu

Tekst jest niesamowity!! Rob jest wspaniałym mężem i wspólnie w trójkę przywitacie syna. Może zrobi niespodziankę i urodzi się w Święta lub Sylwestra. Pozdrawiam serdecznie i trzymam za Was kciuki. Koniecznie czekam na wiadomość o narodzinach drugiego syna i może na kolejny tekst;-)

Marciakabala
Marciakabala
12 lat temu
Reply to  Magdalena446

bardzo dziekujemy za cieple slowa, o narodzinach synka powiadomimy natychmiast :), a kolejny tekst z checia napisze, pomyslimy nad tym :)) pozdrawiamy serdecznie

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
12 lat temu

Również gratuluję Ci Marto zarówno oceanu miłości i siły, jak i tej pięknej publikacji! Trzymamy za Was kciuki i życzymy wytrwałości i ciepłego rodzinnego domu ( oczywiście pełnego śmiechu, zabawek na podłodze- ale również chwili odpoczynku i mimo wszystko przespanych nocy:)
Ps.: Mam nadzieję, że gdy drugi synek powita już Waszą rodzinę osobiście, uda Ci się znaleźć chwilę by nam o tym napisać:)

Marta
Marta
12 lat temu

🙂 bardzo dziekujemy za cieple slowa, to bardzo mile widziec, ze tyle osob jest z nami, oczywiscie, ze bede informowac o narodzinach naszego drugiego synka i bardzo chetnie napisze kolejny tekst, bardzo mi sie spodobalo pisanie o macierzynstwie… pozdrawiamy bardzo serdecznie

Marta Kabala
12 lat temu

Jutro nasza rodzinka przeprowadza sie z NY do Californii, na jakis czas zegnamy nasze miasto, ale niedlugo tu powrocimy. W NY znalazlam milosc i szczescie, o jakich nawet nigdy nie marzylam. NY dal mi cudownego meza, synka i teraz czekamy na drugiego. Dziekuje Ci NY za wszystko, a Wam fani tego portalu za to, ze czytacie nasza historie, wszyscy jestescie wielcy

Marta Kabala
12 lat temu

i jeszcze raz dziekuje wszystkim autorkom tego bloga, ze mglismy tutaj nasza historie opublikowac, dziekujemy

Edyta Skrzydło
Edyta Skrzydło
10 lat temu

Wfffff,na szczęście cudowne zakończenie,początek jak bym czytała życie mojej siostry , najważniesze to aby mieć wsparcie drugiej połówki .

Edyta Skrzydło
Edyta Skrzydło
10 lat temu

Historia ,piękna i straszna ,na początku jakbym czytała chwile z życia mojej siostry,lecz najważniejsze,mieć wsparcie swojej drugiej połowki.

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close