Naturalne sposoby na podniesienie poziomu dopaminy i walkę z chandrą


Lato skończyło się tak samo, jak się zaczęło. Nagle i niespodziewanie. Jednak o ile początek lata był powodem do radości, o tyle nagły koniec spowodował u wielu osób (w tym u mnie) gwałtowny spadek nastroju. Do depresji raczej daleko, ale to co jest, też mi się nie podoba. Dlatego przekopałam internet w poszukiwaniu naturalnych sposobów na jesienną chandrę.

Serotonina i dopamina – te dwa neuroprzekaźniki (cokolwiek by to nie znaczyło) odpowiadają za dobry humor. Niski poziom serotoniny i dopaminy skutkuje kiepskim samopoczuciem, niechęcią do działania, sennością i ogólną niemocą. Mało tego – do kompletu pojawia się bezsenność. Ani efektywnie pracować, ani skutecznie odpocząć. Można oczywiście szukać pomocy w farmaceutykach, ale zanim naprawdę nastąpi taka konieczność, lepiej wspomóc się naturalnymi sposobami.

 

  1. Walcz z rutyną

Rutyna jest niejako wpisana w bycie mamą. Rytm dnia powtarza się codziennie zdumiewająco konsekwentnie i nawet weekendy nie przynoszą upragnionej odmiany. A nawet jeśli dziecko chodzi do przedszkola czy szkoły to i tak ciężko o przełamanie monotonii. Niemniej jednak próbować trzeba, bo rutyna niestety ma bezpośrednie przełożenie na obniżenie poziomu dopaminy. Nawet jeśli owe próby będą się ograniczały do zamiany prasowania na mycie łazienki to i tak warto. A do kompletu można każdego dnia tygodnia chodzić na spacer w inną stronę.

 

  1. Włącz muzykę

Ponoć współczesna muzyka działa uzależniająco. Nie wiem, nie słucham współczesnej muzyki, bo kojarzy mi się bardziej z tłuczeniem kotletów niż prawdziwą muzyką. Opcjonalnie cofam się w czasie dwadzieścia albo dwieście lat i przyznaję, to działa. Muzyka zawsze stawia mnie na nogi. Dobra muzyka zwiększa poziom dopaminy, zła ponoć niekoniecznie. Jeśli drażni trzeba ją zamienić na inną.

 

  1. Spróbuj medytacji

Szczerze mówiąc, nie wiem, na czym to polega i czy faktycznie działa. Znawcy twierdzą, że tak. Medytacja zwiększa poziom dopaminy, pozwala uporać się ze stresem, poprawia humor i samopoczucie. Ponoć podczas biegania mózg sam przestawia się w tryb medytacji. Trzeba by zapytać jakiegoś biegacza. Nie zauważyłam tego efektu przy pływaniu, jeździe na rowerze ani na rolkach.

 

  1. Pokochaj aktywność fizyczną

W zdrowym ciele zdrowy duch, a regularne uprawianie sportu stale podnosi poziom dopaminy, serotoniny i endorfin. Ćwicząc możemy liczyć na lepszy humor, przypływ energii i chęci do działania. Jednak umówmy się – najpierw musimy znaleźć swoją ulubioną dyscyplinę sportową. To ma być przyjemność i cel sam w sobie, a nie żmudny i nielubiany środek do celu.

 

  1. Podnieś poziom tyrozyny

Tyrozyna to aminokwas niezbędny między innymi przy syntezie dopaminy. Więcej tyrozyny to automatycznie więcej dopaminy. Chociaż tyrozyna jest aminokwasem, który organizm sam sobie wytwarza, to nie zawadzi wprowadzić do diety produkty, które podniosą jego poziom. Tyrozynę znajdziemy w awokado, bananach, migdałach, zielonej herbacie i ciemnej czekoladzie. W sumie wychodzi na to, że trzeba jeść produkty tuczące, a potem napędzać metabolizm zieloną herbatą i to nam poprawi humor :P Chętnie bym spróbowała, ale nie wolno mi pić zielonej herbaty.

 

  1. Pokochaj kreatywność

Tak naprawdę nie lubię tego słowa, uważam, że niewiele znaczy. Niemniej jednak znawcy tematu twierdzą, że ludzie kreatywni rzadziej popadają w depresję, a możliwość tworzenia czegokolwiek jest jednym z lepszych sposobów na poprawę humoru. Przy czym umówmy się, to może być naprawdę cokolwiek. Jeśli uda nam się ciasto według przepisu, który próbujemy pierwszy raz, punkt z kreatywnością możemy uznać za zaliczony. A jeśli mamy talent do rysowania, malowania, dziergania na szydełku czy rzeźbienia w zapałkach, to tym lepiej. Ja nie mam, za to potrafię zrobić kreatywny bałagan. Nie wiem, czy to się liczy.

 

  1. Unikaj uzależnień

Ha, łatwo powiedzieć. Sama jestem uzależniona od kawy, internetu i czytania. I szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie odwyku od tych rzeczy. Chociaż dobrze wiem, że bez kawy byłoby mi lepiej i czasem robię sobie detoks, potem i tak do niej wracam. Internet to moje miejsce pracy więc jakby nie ma szans, żeby się odciąć. A książki to książki. Nie ma o czym mówić.

Niemniej, jednak jeśli uzależnienia dotyczą poważniejszych i groźniejszych dla zdrowia nałogów, warto zrobić uczciwy rachunek sumienia i sprawdzić, czy czasem nie ciągną nas w dół.

 

  1. Łap słońce

Jesień jest, jaka jest, słońce nie zawsze daje radę przebić się przez chmury. Dlatego jeśli już się pojawi, dobrze jest wyjść na spacer. Tak naprawdę chodzi nie tyle o słońce, co o światło, dlatego warto zadbać o to, by w domu było jasno. Dobre żarówki emitujące ciepłe, białe światło mogą zdziałać cuda. I odwrotnie – życie w półmroku automatycznie przekłada się na spadek nastroju. Nie masz humoru? Włącz światło!

 

Jednak umówmy się, powyższe sposoby zadziałają tylko w przypadku osób zdrowych, którym przytrafił się chwilowy spadek energii i nastroju. W ten sposób nie wyleczymy depresji. Z nią trzeba udać się do lekarza.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Syrop z cebuli czy Mucosolvan dla dzieci? Niezawodne sposoby na mokry kaszel u najmłodszych


Wrzesień się kończy i ciepłe, długie dni stają się jedynie wspomnieniem. Zaczęła się szkoła, a wraz z nią sezon na chorowanie u dzieci. Wielu rodziców, z którymi rozmawiałam, jednym tchem wymieniało wszelkie zarazy, które usadziły ich pociechy w domu. Gorączka, katar i kaszel to zestawienie, które nie ominie większości maluchów w trakcie długich jesienno-zimowych miesięcy. A wtedy zaczyna się rozmyślanie, co robić, czy na kaszel pomoże domowy syrop z cebuli czy lepiej podać np. Mucosolvan dla dzieci?

Nie zawsze da się uniknąć zachorowania, ale gdy problemy już się pojawiły, nie ma co czekać, aż  naprawdę się rozrosną. U dzieci wyjątkowo kłopotliwy bywa kaszel. A w tym wszystkim najtrudniejsze są noce, bo kaszlące dziecko wcale się nie wysypia, a rodzina wraz z nim. Przynajmniej tak jest u mnie, bo na zatkany nosek działają skutecznie kropelki, a z kaszlem historia wygląda zupełnie inaczej – podanie jednej dawki syropu nie przyniesie natychmiastowej ulgi – tu ważna jest systematyczność i odpowiednie dobranie leku.

Dopóki kaszel jest suchy, można podawać syropy hamujące odruch kasłania ale w momencie, gdy wydzielina staje się lepka i jest jej dużo, zamiast uspokajać lekami kaszel, trzeba pomóc drogom oddechowym się oczyścić. Bo przecież temu służy kaszel i nie wolno go hamować. To jest ważne nie tylko ze względu na komfort dziecka, ale przede wszystkim dla zdrowia. Zalegająca wydzielina jest doskonałą pożywką dla chorobotwórczych drobnoustrojów i ze zwykłego kaszlu może rozwinąć się zapalenie oskrzeli, albo, co gorsze – płuc.  

Mogę Wam z własnego doświadczenia podpowiedzieć, jak walczyć z mokrym kaszlem u dzieci. U mnie (a przypomnę, że mam trójkę dzieci) najpierw pojawia się suchy kaszel, a po 3-4 dniach mokry. Nie mam wielkich problemów, by rodzaje kaszlu od siebie odróżnić, bo gdy staje się on produktywny, po prostu słychać, że coś tam zaczyna się odrywać. Wtedy sięgam po patenty, które często ratują mnie z opresji.

   1.Babciny syrop cebulowy

Znacie? Założę się, że niejeden raz piliście go w dzieciństwie, bo przecież przed paroma dekadami nie było takiego dostępu do aptek, jak dziś i nasze babcie i mamy musiały sobie radzić sięgając do apteczki Matki Natury. Moja babcia robiła tak –  dużą cebulę kroiła na cienkie plastry, wkładała do słoika i zasypywała cukrem (ona sypała na oko, ja wrzucam 2 łyżki cukru albo lepiej – miodu). Gdy cebula puściła sok, słoik wstawiała do lodówki i tyle. Dostawałam go trzy razy dziennie po dużej łyżce. Mnie smakował, ale już  moje dzieci nie mogą się przekonać do jego smaku, nad czym szczerze boleję. Cebula to naturalny antybiotyk, podobnie jak miód, o ile użyjecie go zamiast cukru.

  1. Mleko i miód

Do szklanki ciepłego mleka dodaję łyżeczkę miodu, a czasem i czosnek. Taka mikstura otula gardło, przyjemnie rozgrzewa i poprawia mi humor, ułatwia zasypianie. Piszę cały czas – mi – bo moje dzieci nie lubią ciepłego mleka, więc kuracja w ich przypadku nie znalazła zastosowania. Miód ma działanie kojące i w dodatku niszczy bakterie i wirusy, ale nie wolno go dodawać do gorącego mleka, bo całe jego działanie pójdzie w siną dal.

  1. Inhalacje solą fizjologiczną

Punkt obowiązkowy przy stanach zapalnych dróg oddechowych u moich dzieci. W zasadzie to jest pierwsze, co robię, gdy zaczyna się u nas “chyrlanie”. Do inhalatora wlewam fiolkę soli fizjologicznej i każę wdychać. Po takim zabiegu kładę dzieci na brzuchu, twarzą do dołu i delikatnie, dłonią złożoną w łódkę, oklepuję plecy. Zauważam różnicę w szybkości odrywania się flegmy i odkrztuszania. To mi poradziła pediatra i o tym zawsze pamiętam.

  1. Syrop wykrztuśny

U mnie na półce stoi od lat Mucosolvan dla dzieci i w wersji dla dorosłych też. Mucosolvan Mini zawiera ambroksol, więc szybko upłynnia wydzielinę i pomaga ją usunąć, dodatkowo łagodzi ból podrażnionego gardła. A z racji smaku owoców leśnych, dzieci są bardziej skłonne do picia syropu. Nie trzeba powtarzać, że regularne przyjmowanie odpowiedniej dawki leku gwarantuje skuteczność jego działania. Tak, wiem –  brzmię teraz jak lekarz albo farmaceuta, ale takie są fakty.

Jestem miłośniczką naturalnych metod, ale doceniam fakt, że Mucosolvan dla dzieci skuteczniej rozprawia się z mokrym kaszlem, skracając czas chorowania. Zresztą nic nie stoi na przeszkodzie, by naturalne metody uzupełniły działanie sprawdzonego leku.

Oczywiście, gdy mokry kaszel, mimo podania syropu lub sięgnięcia po inne, domowe sposoby nie mija, a szczególnie gdy się nasila, trzeba bezwzględnie odwiedzić z dzieckiem lekarza.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Jak wyprawić rano dziecko do szkoły i nie zwariować??


Wyprawianie dziecka (7-latka) do szkoły na 7.15 to jedno wielkie nieporozumienie. I serwowanie rodzicom sporej dawki nerwów z samego rana, nie sądzicie? Kto normalny w ogóle wymyśla takie godziny na rozpoczęcie nauki?

Przecież to jest katorga nie tylko dla samego ucznia, ale również dla jego rodziców. Bo dzień muszą zaczynać w pośpiechu i mało przyjaznej atmosferze. Ciśnienie automatycznie mają podwyższone i temperaturę również – choć to akurat dziś dla mnie okazało się nawet spoko, bo za oknem raptem 2 stopnie, więc takie szybkie rozgrzanie organizmu, zanim czajnik zagotuje wodę na gorącą herbatę, było przydatne.

W każdym razie, wybudzić małego śpiocha, zrzucić z łóżka, wygonić do mycia i ubierania… graniczy niemalże z cudem! Wlecze się to dziecię jak wóz z węglem, zalega gdzie popadnie, w każdym możliwym kącie, drzemiąc nawet na stojąco. Serio! Oddając mocz i myjąc zęby, niektóre małe człowieki są w stanie drzemać!

Sapie i jęczy, że mu się nie chce, że woli do łóżka z powrotem wskoczyć. I na nic te matczyne wymądrzanie – „A nie mówiłam wczoraj…?!”, ciągłe poganianie, czy też pogróżki rzucane w eter, że „Szlag zaraz matkę trafi”, czy coś w ten deseń. To nic nie daje. O tej porze dnia dziecko jest tak cudownie nieprzytomne, że można do niego mówić i rzucać grochem o ścianę, a ono nic sobie z tego nie zrobi. Nie słyszy nic. Jego system jeszcze jest w trybie offline.

No więc myje się na wpół przytomne, zanim dojdzie do swojego pokoju, to już dawno zapomni, po co tu przyszło. Położy się na łóżku i korzysta z okazji, zanim matka się kapnie, że ono leży, zamiast się ubierać.

Dlatego trzeba kroczyć za tym dzieckiem jak jego cień, ciągle przypominać co miało teraz zrobić i poganiać. Bo zegar tyka, a ono przecież na wszystko ma czas. Zupełny spokój i luz – wszak szkoła nie zając, nie ucieknie.

A jak już łaskawie się ubierze, to nagle zapragnie się pobawić , autkami pojeździć czy z klocków coś pobudować. W sumie nieważne czym, zabawa jest fajna i na to zawsze znajdzie się jakaś minutka, czy dwie. I nie ma znaczenia, że trzeba się śpieszyć, że matka biega po domu pokrzykując i poganiając – niech sobie biega, jak lubi i niech gada, jak chce…

Później jest zagadka i wyzwanie w jednym – śniadanie. Serwować, czy nie? Dziecko nie chce jeść, bo przecież na to jest za wcześnie, ale wypuścić je z domu z pustym brzuchem, też trochę nie halo. Więc trzeba obrać dobrą strategię – zmusić i patrzeć jak ledwo mlaska ustami.

Śniadanie to też niezłe wyzwanie – bo komu się chce (żwawo) jeść, jak organizm jest na wpół przytomny? Więc trzeba zmuszać i w dalszym ciągu poganiać, jak jakiś żandarm. Ewentualnie można sobie podarować ten etap poranka, wierząc, że dziecko nie umrze z głodu do pierwszej przerwy lekcyjnej.

Na koniec zostaje już tylko odprowadzenie do szkoły. Nie wiem jak Wasze dzieci, ale mój 7-latek ma takie tempo, że spiesząc się, spaceruje sobie swobodnie!! No doprawdy szlag może człowieka trafić. Ty prawie biegniesz, pokrzykując co chwilę „Szybko, szybko!”, a on się wlecze za Tobą, z nietęgą miną twardo przekonując Cię, że przecież się spieszy!

Dobrze, że na siódmą mamy tylko raz w tygodniu. W pozostałe dni co prawda też zazwyczaj mamy gonitwę, bo moje dziecko zawsze na wszystko ma czas i spokój ducha – ale jednak co później, to później ;-)

A jak wyglądają Wasze (szkolne) poranki?

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Matko Polko, a czy dbasz o swojego faceta?


Nie wiem, czy to jest historia o Tobie. Na początku była ona i on, chodzili na randki, często trzymali się za ręce, mieszkali w swoim małym gniazdku, z własnym łóżkiem. Potem pojawił się ktoś trzeci.

Wiele z nas – kobiet tak ma, że gdy na świat przychodzi dziecko, to staje się ono centrum naszego wszechświata. Nikt lepiej się nim nie zaopiekuje, nie zrozumie, nie pomoże, niż mama. I to przekonanie towarzyszy długo, czasem nawet do czasu, zanim słodki maluch nie zdmuchnie osiemnastu świeczek z tortu urodzinowego.

Bobas małymi krokami zagarnia coraz większe terytorium rodziców. Najpierw w małżeńskim łóżku zajmuje jego niewielki fragment, ale z biegiem miesięcy, lat długie kończyny okupują znaczący obszar posłania. Przywłaszcza także salon, przez który ciężko przejść nie potykając się o klocki.

Dziecko dynamicznie rekwiruje czas swojej mamy. Każdego wieczoru domaga się tulenia i czułości, które to przedłużają się w nieskończoność – często do samego rana.

Gdy czegoś potrzebuje, to mama rzuca wszystko i jest na każde zawołanie. I jeszcze to przekonanie idealnej mamy, że żeby dziecko było szczęśliwe, to w domu musi być perfekcyjny błysk i trzydaniowy obiad. I jeszcze ta wielozadaniowa żonglerka – bycie na bieżąco z wszystkimi terminami wizyt u dentysty, bajkami na dobranoc, sprawdzaniem zadań domowych i przygotowywaniem pełnowartościowych zdrowych przekąsek.

A potem zdziwienie, że codzienność i macierzyństwo jest tak bardzo męczące. Po całym dniu godzenia wszystkich obowiązków, gdy pada się na twarz… komu by się jeszcze chciało spędzić czas ze swoim facetem? Uważam, że bycie „mamą na maksa” nie idzie w parze z byciem „dobrą żoną”. Jeżeli mama rezygnuje z siebie i swojego małżeństwa dla dobra dziecka lub jeśli jako cel życia wybiera dziecko, to to się nie może dobrze skończyć.

Trzeba po prostu tu i tam trochę odpuścić. Dziecko nie potrzebuje naszego stałego poświęcania się. Na przykład około roku powinno już samo zasypiać. No dobra, jeśli przegapiło się ten moment, to trzeci rok życia jest już tym ostatecznym czasem, by samo zasypiało we własnym łóżku. A mama mogła wieczór mieć dla siebie, by spędzić czas ze swoim ślubnym.

Wokół większości z nas istnieją też osoby, które są gotowe odciążyć. Nie obawiaj się ich o to poprosić. Możesz być przez otoczenie odbierana jako super Zosia-Samosia i bliskie Ci osoby nie są świadome Twoich potrzeb, więc same nie proponują wsparcia. Weź sprawy w swoje ręce i poproś o pomoc.

Podobno najwięcej małżeństw rozpada się właśnie wtedy, gdy w domu są małe dzieci. Jasne, pewnie w dużej mierze może to być wina niedojrzałych mężczyzn. Ale czy nie czas na refleksję, że być może równie często to — już nie tak ewidentna i spektakularna – wina młodej mamy, która odsuwa faceta na ostatni plan?

Podejrzewam, że dla większości nas matek dzieci są światłością naszego życia. To nie znaczy, że musimy być ciągle w pełnej gotowości wyłącznie na ich potrzeby. Nie zatracajmy się w swoim rodzicielstwie. Nie musimy im dwadzieścia cztery godziny na dobę nieba uchylać. Dziecko na tym nie ucierpi, jeśli pewien – stosownie duży – procent swojego życia, przeznaczymy na pielęgnowanie relacji z ich tatusiem. A jak to dokładnie zrobić? Zajrzyjcie do moich archiwalnych wpisów pt. “Żona i matka na randce – czy to może się udać?” i “20 porad – szczęśliwy związek – jak to zrobić?”

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku