Rezerwat – proste kafelki, a ile emocji. Ta gra naprawdę mnie zaskoczyła
Są takie gry planszowe, które wyglądają niepozornie, a po pierwszej partii okazuje się, że wciągają dużo bardziej, niż można było przypuszczać. Tak właśnie było u mnie z „Rezerwatem”. Na pierwszy rzut oka – układanie kafelków, proste zasady, spokojna tematyka, a potem zaczyna się kombinowanie, planowanie i to przyjemne uczucie, że niby wszystko jest jasne, ale osiągnięcie dobrego wyniku wcale nie jest takie łatwe. I właśnie to najbardziej mi się w tej grze spodobało.
„Rezerwat” to gra kafelkowa, w której tworzymy własny obszar przyrodniczy – pełen zwierząt, łąk, lasów i jezior. Każdy element ma znaczenie, bo zwierzęta chcą odpowiednich siedlisk, a my próbujemy je tak połączyć, żeby zdobywać punkty. Gra przeznaczona jest dla 1–5 graczy, a rozgrywka trwa około 40 minut, więc spokojnie mieści się w jednym wieczorze.

Fot. Archiwum prywatne
Brzmi bardzo klasycznie, ale to, co robi robotę, to losowe cele punktowania w kolejnych rundach. Każda partia wygląda inaczej i za każdym razem trzeba myśleć trochę inaczej. Dzięki temu gra nie robi się schematyczna i naprawdę trudno ją „rozgryźć” po jednej czy dwóch partiach.
Co znajdziemy w pudełku?
Już po otwarciu pudełka widać, że to gra, która opiera się na różnorodności. W środku znajdziemy sporą liczbę kafelków przedstawiających zwierzęta, różne typy terenów i elementy dodatkowe, które wpływają na punktowanie. Całość jest bardzo czytelna i estetyczna – nic nie przytłacza, wszystko jest intuicyjne.

Fot. Archiwum prywatne
Do dyspozycji mamy m.in. kafelki zwierząt, roślin, elementów turystycznych czy punktów specjalnych. W grze pojawiają się też cele punktowania na poszczególne rundy oraz znaczniki graczy. Całość pozwala budować swój rezerwat krok po kroku i obserwować, jak z kilku kafelków powstaje całkiem rozbudowana plansza.

Fot. Archiwum prywatne
Warto też dodać, że gra zawiera bardzo dużą liczbę unikalnych elementów – ponad sto kafelków, które można łączyć w różne konfiguracje. Dzięki temu każda partia wygląda inaczej i trudno mówić o powtarzalności.

Fot. Archiwum prywatne
Na czym polega gra?
Mechanicznie wszystko jest bardzo przystępne. W swojej turze przesuwamy znacznik i dobieramy kafelek leżący obok naszego samochodu, a następnie dokładamy go do swojego rezerwatu. Kolejne elementy muszą stykać się bokami, więc z czasem tworzy się coraz większy obszar.

Fot. Archiwum prywatne
Brzmi banalnie, ale kluczowe jest to, że zwierzęta mają wymagania dotyczące otoczenia. Jedne potrzebują konkretnych terenów, inne lubią sąsiedztwo określonych elementów. Do tego dochodzą cele rund – w każdej z trzech części gry punktujemy za coś innego. Na końcu dochodzą jeszcze dodatkowe punkty za różne elementy rezerwatu, np. turystów, punkty widokowe czy kempingi.

Fot. Archiwum prywatne
I nagle okazuje się, że to już nie tylko układanie kafelków, ale planowanie kilku ruchów do przodu. Czy brać kafelek, który pasuje teraz, czy taki, który przyda się później? Czy rozwijać jeden obszar, czy rozdzielać zwierzęta? Czy realizować cel rundy, czy budować pod końcowe punktowanie?

Fot. Archiwum prywatne
I tu dochodzimy do tego, co w „Rezerwacie” podobało mi się najbardziej. Gra jest bardzo przystępna – zasady tłumaczy się w kilka minut. Jednocześnie już po pierwszej partii widać, że wygrana wcale nie przychodzi łatwo.
Podczas rozgrywki miałam momenty, kiedy byłam przekonana, że idzie mi świetnie, a potem nagle okazywało się, że nie spełniłam któregoś celu albo źle rozplanowałam przestrzeń. I to jest właśnie ten bigiel, który sprawia, że chce się grać jeszcze raz.

Fot. Archiwum prywatne
Podoba mi się też tempo. Nie ma przestojów, każdy ruch coś wnosi, a plansza rośnie na oczach. Jednocześnie gra jest spokojna, bez negatywnej interakcji, więc świetnie sprawdza się do rodzinnych rozgrywek z dziećmi.
Duży plus za różnorodność celów. To one sprawiają, że nie ma jednego schematu. Raz opłaca się iść w zwierzęta, innym razem w układ terenu, jeszcze innym w elementy dodatkowe. Trzeba reagować na sytuację i trochę improwizować.

Fot. Archiwum prywatne
„Rezerwat” to gra, która udowadnia, że proste zasady mogą iść w parze z ciekawą decyzją. Układanie kafelków jest intuicyjne, ale konieczność realizowania różnych celów sprawia, że rozgrywka nie jest ani banalna, ani nudna. Ja bardzo doceniam to, że każda partia wygląda inaczej i że mimo spokojnego charakteru trzeba tu naprawdę trochę pogłówkować.

Fot. Archiwum prywatne
Jeśli lubicie gry kafelkowe, w których buduje się coś własnego, a jednocześnie nie chcecie spędzać dwóch godzin nad planszą, „Rezerwat” zdecydowanie warto sprawdzić. U mnie zostaje na półce i mam poczucie, że to jedna z tych gier, do których chętnie się wraca – właśnie dlatego, że są proste, ale za każdym razem stawiają trochę inne wyzwanie.
Dziękujemy Wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie egzemplarza gry do recenzji.




