W szkole 15 maja 2020

Dlaczego kocham pracę zdalną, a zdalna nauka mnie do szału doprowadza? Właśnie dlatego!

Mogłoby się wydawać, że ja, która szósty rok klepie zdalnie w komputer, stanę się orędowniczką zdalnej nauki. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Nauka zdalna ma dla mnie jeden plus – można się wyspać. Reszta to pomyłka.

Nauka zdalna – smutna konieczność

Nikt sobie tego nie wybierał, wyszło, jak wyszło i tyle. Nie ma żadnej alternatywy, bo w obecnej sytuacji nawet zwolnienie lekarskie raczej nie uchroniłoby dziecka przed koniecznością odrabiania lekcji. A nawet gdyby terminy zostały odroczone, to zaległości i tak trzeba by nadrobić. Bez sensu. Chcąc czy nie, a strzelam w ciemno, że w większości przypadków nie, uczniowie muszą spędzać codziennie wiele godzin przed komputerem. Niech ktoś spróbuje mnie przekonać, że to dla ich dobra. 

Nauka zdalna to nie praca samodzielna

Teoretycznie. Bo w praktyce tylko kilka nauczycielek Duśki faktycznie prowadzi lekcje online. I trwa to od niedawna. Pierwsze półtora miesiąca zdalnej nauki polegało na robieniu tego, co nauczyciele zlecili za pomocą e-dziennika. Czyli dzieciaki musiały uczyć się same, ewentualnie z pomocą filmików na YouTube. Pół biedy jak są zdolne, lotne i nie mają zaległości, to i nowy temat przyswoją. Gorzej, jak trzeba im coś wytłumaczyć. A rodzice są różni. Nie każdy był w szkole orłem z matematyki, nie wszyscy znają angielski. Ba! Nie wszyscy umieją obsłużyć platformę do zdalnej nauki (która moim zdaniem jest beznadziejna, totalnie nieintuicyjna), a co dopiero pomóc w tym dzieciom.

Tak na marginesie, z obsługą platformy to i nauczyciele mają problem. Na mój gust powinni mieć jakieś szkolenia w tym zakresie, wszystkim by na zdrowie wyszło.

Dlaczego nauka w domu trwa dłużej

Bo niektórzy nauczyciele nie mają wyobraźni. Przykład z naszego podwórka: „Obejrzyj filmiki i napisz notatkę”. Filmiki trwały około pół godziny, ich poziom oceniłam jako średni, bo akurat miałam dobry dzień. W gorszy powiedziałabym, że były po prostu beznadziejne. Pytam dziecka, czy jest w stanie napisać notatkę. Nie. Musi obejrzeć jeszcze raz. Ja wiem, że można oglądać i jednocześnie robić notatki, ale po pierwsze trzeba mieć podzielność uwagi, a ta przychodzi z wiekiem i to wcale nie do wszystkich; po drugie, obawiam się, że żaden nauczyciel nie uczył samodzielnego robienia notatek. Wygodniej i szybciej jest podyktować najważniejsze punkty do zeszytu. Szkoła podstawowa to nie studia.

Praca samodzielna wymaga samodyscypliny i dobrej organizacji. Jest cała masa dorosłych ludzi, którzy twierdzą, że się do tego nie nadają. Wierzę im, bo nie każdy potrafi sam sobie być szefem wrednym i niewyrozumiałym. A tak trzeba, inaczej utonie się w gąszczu zawalonych terminów. A dzieciaki? Skąd niby mają mieć takie umiejętności? Rozwlekają pracę w czasie, ile się da, bo zwyczajnie nie mają poczucia owego czasu. Skąd mają mieć, skoro do tej pory działały od dzwonka do dzwonka?

Moje dziecko przyzwyczajone jest do mojego stylu pracy – termin rzecz święta i widzi, że jak trzeba, to ja po nocach siedzę, byle tylko tych terminów dotrzymać. Na tym polu mam łatwiej, nie muszę tłumaczyć, dlaczego lekcje zadane na dany dzień mają być tego dnia zrobione. Tak ma być i koniec. Ale wiem, że nie wszędzie jest tak różowo i są dzieci, które mają dwutygodniowe zaległości. I wcale się temu nie dziwię.

Rodzice nie są nauczycielami

I nawet nie o to mi chodzi, że nie potrafią przekazywać wiedzy (a to trzeba umieć, żeby kogokolwiek czegokolwiek nauczyć), ale że zwyczajnie nie mają na to czasu. W założeniu wszyscy mieli zostać w domach, a więc rodzice pracować zdalnie i mieć czas dla dzieci. No to wymyślił chyba ktoś, kto nigdy zdalnie nie pracował i nie wie, na czym to polega!

Nie da się pracować umysłowo, jednocześnie tłumacząc dziecku zawiłości geometrii, tajniki stawiania przecinków i nieścisłości w podręczniku do historii. Po prostu się nie da. No i nie wszyscy rodzice pracują zdalnie albo mogli zostać w domu „na opiece”. Są tacy, którzy mogą dopiero po powrocie z pracy „sprawdzić” prace domowe dziecka, a w praktyce często wówczas wtedy siadają z nim do lekcji. Bo prawda jest taka, że mało które dziecko w szkole podstawowej (może siódme i ósme klasy są bardziej zdyscyplinowane), jak zostanie samo w domu, to te lekcje zrobi. Są ciekawsze rzeczy do robienia. Więc nie, rodzic nie jest w stanie zastąpić nauczyciela. Może garstka się nada, ale to wyjątki potwierdzające regułę.

Braki sprzętowe

Żeby uczyć się zdalnie, trzeba mieć na czym. Tylko jak w domu jest czworo dzieci i jeden komputer (znam taki przypadek) to niestety, ale „Houston, mamy problem”. I nie, nie da się zastąpić komputera telefonem komórkowym. Spotkałam się z taką opinią i absolutnie się nie zgadzam. Na małym ekranie po prostu nic nie widać. Pomijam, że wbrew powszechnemu przekonaniu, nie każde dziecko ma smartfona.

Z komputerami, które stoją w domach, też jest różnie. Nie wszystkie mają dość zasobów, by obsłużyć platformę do zdalnej nauki i kilka dodatkowych programów, których życzą sobie nauczyciele. To naprawdę nie jest tak, że każdy mógł z marszu w tę naukę zdalną wejść. Zresztą z home office było tak samo. Skorzystała branża elektroniczna, bo kamerki i słuchawki rozchodziły się jak świeże bułeczki. Laptopy ponoć też. Obstawiam, że wiele osób brało na raty, albo się zadłużało.

Tu narzekam całkowicie altruistycznie, bo akurat tego problemu z autopsji nie znam. Ale wiem, że występuje. I to nie tylko po stronie uczniów. Nauczyciele też wcale nie mają różowo, a czasem muszą się dodatkowo dzielić ze swoimi dziećmi. Być może to jest powodem, dla którego jeden z nauczycieli językowców nie robi zdalnych lekcji, a w zamian przysyła teoretyczne formułki. Tylko obawiam się, że nauka języka w takiej formie to strata czasu. 

Nauczyciele mają przegwizdane 

Nie myślcie sobie, że o tym nie wiem. Szkoły dostały wytyczne od ministerstwa (któremu wydawanie wytycznych idzie bardzo dobrze) i dyrektor musi wydać odpowiednie dyspozycje. Pół biedy, jeśli wie, jakie dyspozycje wydać. Niestety, bardzo często nauczyciele po prostu dostawali informację, że mają się zalogować na platformę i za jej pomocą przesyłać lekcje. Albo prowadzić. 

Wiem, że nauczyciele siedzą przed komputerem mniej więcej tyle, co dzieciaki, bo mają masę rzeczy do ogarnięcia. Wiem, że od sprawdzania prac przesłanych w formie skanów oczy im wypływają. Wiem, że mają dużo papierkowej roboty dodatkowo, bo przecież biurokracja rzecz święta i najważniejsze to udowodnić, że pracują. Wiem to wszystko. Ale to jednak dorośli ludzie, z jakimś bagażem doświadczeń i większą odpornością na kopniaki od życia. Więc sercem jestem po stronie dzieci, które zostały nagle wyrwane ze swojego bezpiecznego świata, zamknięte w domach i zarzucone pracą, która przekracza ich możliwości. 

Magiczne słowa – podstawa programowa

Nauczyciele muszą ją zrealizować i ponoć dlatego dużo zadają. Jeden z moich znajomych zadał bardzo trafne pytanie: „To co robili do tej pory?”. I to akurat ojciec drugoklasisty, więc teoretycznie dziecka, które powinno mieć obecnie względny luz, bo przecież maluchy więcej się uczą przez zabawę i powtarzanie, niż faktycznie zakuwają wiedzę.

Naprawdę staram się rozumieć, że z punktu widzenia rodzica wygląda to inaczej, niż z punktu widzenia nauczyciela, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że przynajmniej niektórzy nauczyciele (bo nie wszyscy, mam też pozytywne przykłady w zanadrzu) doszli do wniosku, że skoro dzieciaki i tak siedzą w domu, to mogą więcej popracować, bo co niby mają do roboty? I to jest nie tylko moja opinia.

 

Reasumując: to nie tak, że o wszystko obwiniam nauczycieli, chociaż oni mają najwięcej do powiedzenia. Powodów, dla których nauka zdalna wygląda tak, a nie inaczej, jest dużo. Niemniej nie mam dobrego zdania o tej formie edukacji. Obawiam się, że jak dzieciaki we wrześniu wrócą do szkoły, to będą miały braki wielkości krateru po Meteorycie Tunguskim. 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Zdrowie 13 maja 2020

Słońce kusi, czerniak czyha – bez względu na izolację, pamiętaj o profilaktyce

Czerniak i nowotwory skóry to ważny temat. Właśnie rozpoczynamy Światowy Miesiąc Świadomości Czerniaka. Od wielu lat maj jest miesiącem, w którym mówimy więcej o konieczności profilaktyki tego nowotworu. W Polsce co roku diagnozowanych jest blisko 4000 zachorowań na tę chorobę, a ponad 22 000 europejskich obywateli traci życie z powodu czerniaka.

Wiosna w pełni. Słońce świeci coraz dłużej i pogoda na zewnątrz zachęca do spędzania czasu na świeżym powietrzu. Po zimie, spragnieni naturalnej witaminy D, mimo izolacji ogólnokrajowej z powodu koronawirusa, mamy coraz większą ochotę wyjść na zewnątrz, choćby na balkon czy na spacer. Jednak w tej słonecznej mieszance euforii i endorfin nie możemy zapominać o profilaktyce. O pojawienie się piekących zaczerwień najłatwiej, gdy nasza skóra jest nieprzygotowana na promienie UV po zimie, a to właśnie oparzenia słoneczne mogą zwiększyć ryzyko wystąpienia czerniaka aż dwukrotnie. Warto zachować zdrowy rozsądek i chronić skórę przed promieniowaniem UV. Maj to Światowy Miesiąc Świadomości Czerniaka, tym bardziej pamiętajmy, aby regularnie obserwować znamiona i badać je. 

Dlaczego profilaktyka czerniaka jest taka ważna? 

Czerniak to najpoważniejszy rodzaj nowotworu złośliwego skóry. Jeśli zostanie wcześnie wykryty i poddany leczeniu, prawie zawsze można go wyleczyć. Jednakże, jeśli nie zostanie on odpowiednio wcześnie zdiagnozowany i rozprzestrzeni się na inne części ciała, może być chorobą śmiertelną. Czerniak stanowi tylko 4% wszystkich zachorowań na nowotwory skóry w Europie, jednak odpowiada on za 80% zgonów. Mimo tego, że w Polsce czerniaki występują względnie rzadko – blisko 4000 zachorowań rocznie – są nowotworami o największej dynamice wzrostu liczby zachorowań. Zdolność czerniaka do szybkich przerzutów oraz atakowania młodszych pacjentów sprawia, że stanowi on istotne wyzwanie zdrowotne społeczeństwa. Dlatego tak istotne jest regularne sprawdzanie skóry, czy nie pojawiły się nowe znamiona lub te istniejące nie zmieniły kształtu.

Za najistotniejsze czynniki zwiększonego ryzyka zachorowania uznaje się: 

  • intensywne działanie promieniowania UV naturalnego, czyli promieni słonecznych, oraz sztucznego (np. w solariach),
  • stałe drażnienie mechaniczne lub chemiczne, 
  • niską zawartość barwnika w skórze,
  • predyspozycje genetyczne. 

Sygnałem wskazującym na pojawianie się czerniaka mogą być zmiany skórne, zarówno te, które pojawiły się jako nowe, jak i rozwój lub przekształcenie już istniejących.

Czerniak – jak go rozpoznać?

Jakie znamiona powinny wzbudzić nasz niepokój? Wstępnym narzędziem diagnostycznym jest system kliniczny ABCDE, który pozwala na identyfikację części czerniaków i prowadzenie samokontroli skóry. Wyróżnia się w nim 5 cech charakterystycznych dla zmian mogących być czerniakiem, takich jak: 

  • Asymetryczny, nieregularny kształt (od ang. Asymmetrical shape)
  • Brzegi nieregularne (od ang. Border)
  • Czerwony, czarny kolor lub inne przebarwienia zmiany (od ang. Color)
  • Duża średnica zmiany (od ang. Diameter)
  • Ewolucja rozmiaru, kształtu, faktury lub koloru zmiany (od ang. Evolution).

Bardzo ważna jest czujność pacjenta i prowadzenie samodzielnej obserwacji znamion, również pieprzyków i piegów. Przydatną praktyką może być robienie zdjęć wybranych zmian lub całej powierzchni skóry i porównywanie ich w odstępie czasowym. 

Czerniak – jak specjalista rozpoznaje chorobę?

W przypadku pojawienia się wątpliwości należy szybko umówić się na wizytę u dermatologa lub chirurga onkologa, który za pomocą dostępnych metod (m.in. dermoskopu) potwierdzi lub obali nasze podejrzenia. Taka wizyta zalecana jest przynajmniej raz do roku. Ten sam specjalista może wykonać zabieg usunięcia podejrzanego znamiona, tzw. biopsję wycinającą. Jest to prosty zabieg chirurgiczny, często możliwy do wykonania w warunkach ambulatoryjnych. Wycięciu poddawany jest chory fragment skóry wraz z marginesem ok. 1-2 mm. Następnie wycinek poddawany jest ocenie histopatologicznej. Pozwala ona na potwierdzenie rozpoznania czerniaka oraz uzyskanie informacji o stopniu jego zaawansowania, które służą planowaniu dalszego leczenia. 

Wcześniejsze rozpoznanie i usunięcie czerniaka nie tylko poprawia rokowanie, ale daje szansę wyleczenia u blisko 90% chorych. Z kolei w leczeniu uogólnionego czerniaka obserwujemy znaczącą poprawę rokowań, którą zawdzięczamy nauce. Aktualne, światowe standardy leczenia pozwalają na zastosowanie rozmaitych rozwiązań, w tym leków innowacyjnych w ramach terapii celowanych lub immunoterapii.

Czerniak – jak zminimalizować ryzyko?

Chcąc chronić skórę przed promieniami UV, przede wszystkim każdy dłuższy pobyt na słońcu wcześniej zaplanujmy. Dobrze skórę przyzwyczaić do ostrego słońca stopniowo wychodzą na jego bezpośrednie działanie najpierw na kwadrans, potem sukcesywnie ten czas przedłużając. Mimo że to dopiero wiosna, zaopatrzmy się w kremy do opalania chroniące przed UVA i UVB o minimum 30 SPF, ponieważ promieniowanie UV jest najsilniejsze właśnie wiosną i latem. Im wyższa liczba na kremach z filtrem UV, tym skuteczniej chronią one przed oparzeniem. Stosując je, miejmy świadomość, że działają jedynie przez określony czas, dlatego zaleca się powtarzać ich aplikację na skórę co 2 godziny oraz każdorazowo po kąpieli lub spoceniu się. Stosowanie kremów z filtrem UV nie chroni całkowicie skóry przed działaniem jego promieni. W czasie, gdy natężenie promieni słonecznych jest największe, czyli między 11.00 a 16.00, powinniśmy ograniczyć naszą ekspozycję, wybierając zacienione miejsca. Jeśli już zdecydujemy się na opalanie, nie pozwalajmy sobie na drzemkę, zwiększa to ryzyko poparzenia słonecznego. Zamiast leżenia w jednej pozycji, wybierajmy różne aktywności na świeżym powietrzu. Przed promieniami słonecznymi powinniśmy również chronić twarz, kark oraz oczy, dlatego należy pamiętać o nakryciu głowy i okularach przeciwsłonecznych z filtrem UV.

Promienie UV docierają do nas również przez szyby, dlatego o odpowiednim dawkowaniu słońca oraz stosowaniu ochrony powinniśmy też pamiętać, gdy dużo czasu spędzamy przy oknie, na przykład pracując lub podczas podróży samochodem.

 

*Wykorzystano materiał prasowy opracowany przez Biuro Prasowe Novartis, skonsultowany z  Akademią Czerniaka. Więcej informacji o czerniaku na: www.AkademiaCzerniaka.pl

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Dom 11 maja 2020

Jestem od tego, by pokazać mu świat

Przez kilka lat była wolontariuszką w ośrodku preadopcyjnym Tuli Luli. I rozmyślała o zostaniu rodziną zastępczą dla dziecka, które nie ma szans na adopcję. Nie spodziewała się jednak, że już wkrótce pozna chłopca z zespołem Downa.

O sobie mówi, że jest nauczycielką z powołania. – Zawsze lubiłam bawić się w szkołę. Ustawiałam sobie misie, uczyłam je i prowadziłam szkolny dziennik – wspomina Agnieszka, anglistka z prawie 20-letnim doświadczeniem. Ale to wcale nie języki obce były jej pierwszą pasją. Najpierw pokochała muzykę i fortepian. Maturę zrobiła w szkole muzycznej przy ul. Sosnowej. – Gdy miałam 16 lat, doświadczyłam duchowego przeżycia. Nawróciłam się, zostałam chrześcijanką, a po roku wstąpiłam do Kościoła Zielonoświątkowego, w którym jestem do dziś. To właśnie w liceum uznałam, że samo granie na instrumencie mi nie wystarcza. Poczułam, że chcę iść w stronę pomagania. Założyliśmy chrześcijański zespół muzyczny. Jeździliśmy do więzień i poprawczaków, by opowiadać o Ewangelii i dawać ludziom nadzieję na nowe życie, nawet za kratami – opowiada.

Tuli Luli

 

Nic dziwnego, że po maturze wybrała pedagogikę opiekuńczo-wychowawczą, a pracę magisterską napisała o ośrodku dla uzależnionych. To na studiach po raz pierwszy odwiedziła dom dziecka. – Poznałam tam maleńką dziewczynkę. Nie miała obu rączek. Bardzo to przeżyłam – komentuje.

Czy mogę pokochać nie swoje dziecko?

Z czasem doszły kolejne kwalifikacje zawodowe – angielski w Kolegium Języków Obcych, dzięki któremu prawie przez 20 lat pracowała w gimnazjum i podstawówce, oraz podyplomowa socjoterapia, do której zachęciła ją dyrekcja szkoły. – Przez kilka lat prowadziłam w szkole zajęcia dla dzieci mających życiowe trudności. Rozmawialiśmy o emocjach i uczuciach. Ale przede wszystkim uważnie ich słuchałam. Dzieci się odkrywały. Opowiadały o skrywanych talentach i marzeniach. Jeden chłopiec, którego nikt o to nie podejrzewał, bo uchodził za łobuziaka, marzył o byciu kucharzem – relacjonuje.

Tuli Luli

Wiele decyzji konsultowała z „górą” w czasie modlitwy. Jedną z nich była chęć powrotu do idei pomagania. Na Facebooku przeczytała, że Fundacja Gajusz otwiera preadopcyjny ośrodek Tuli Luli. I że będą potrzebni wolontariusze. – Nagle poczułam, że chcę spróbować. Samą mnie to zaskoczyło, bo byłam przyzwyczajona do pracy z młodzieżą i dorosłymi – opowiada.

Na pierwszym spotkaniu poznała historię fundacji: – Tisa poszła na taki układ z Bogiem, że jeśli jej malutki wówczas synek Gajusz wyzdrowieje, to ona zrobi wszystko, co może, by dzieci nie umierały w samotności tak jak dziewczynka z domu dziecka, która odeszła w szpitalnym pokoju obok Gajusza. Synek wyzdrowiał, a ona założyła fundację. Ta opowieść wydała mi się bliska. I tak w 2016 r. zostałam wolontariuszką w Tuli Luli. Dość szybko przekonałam się, że mogę pokochać dziecko, którego sama nie urodziłam. Z jednej strony cieszyłam się, gdy te dzieci szły do adopcji, a z drugiej bardzo przeżywałam rozstania. Po kolejnym pożegnaniu zadałam sobie pytanie, czy byłabym w stanie opiekować się kimś na stałe. Myślałam o dziecku, które nie ma szans na adopcję i wymaga szczególnej opieki. Oprócz tej myśli miałam w głowie mnóstwo obaw: że jestem sama, że za stara, co z pracą i jak sobie poradzę. Wszystkie te wątpliwości rozwiały się podczas niby przypadkowych rozmów z ludźmi. Sporo wyczytałam także na stronie rodzinajestdladzieci.pl – opowiada.

Chore dzieci bez szans na adopcję

Jesienią 2018 r. poznała Dominika. Miał miesiąc, zapalenie płuc i leżał w szpitalu. – Latem „oddałam” do adopcji moje poprzednie dziecko z Tuli. Po rozstaniu fundacja zawsze daje czas na odpoczynek. Wtedy jest się takim wolontariuszem do „gaszenia pożarów”. Mojej pomocy potrzebował chłopiec w szpitalu. Gdy weszłam, leżał sam w pustej sali, a weflon sterczał mu jak antenka. Pielęgniarki chciały go poprawić, a on straszliwie rozpaczał. Po powrocie do sali mocno przytuliłam Dominisia, a on już po kilku minutach zasnął – wspomina.

Tuli Luli

Właściwie to nawet nie wiedziała, że idzie do chłopca z zespołem Downa. – To było pierwsze, co wówczas zobaczyłam. Ogarnęło mnie wzruszenie i współczucie. Dziś już sama nie wiem, czy to się wtedy bardziej rzucało się w oczy niż teraz, czy po prostu z czasem przestałam widzieć w nim chore dziecko – komentuje. I przyznaje, że zawsze starała się pomagać w Tuli Luli dzieciom mniej popularnym, takim, do których jest mniej chętnych wolontariuszy. Gdy Dominik wrócił ze szpitala do swojego tymczasowego domu, pracownicy fundacji zaproponowali Agnieszce, by została jego wolontariuszką. – A ja coraz częściej myślałam o założeniu rodziny zastępczej. I to wcale nie dla Dominika. Myślałam o jakimś starszym dziecku z domu dziecka, bo przecież jestem po czterdziestce – opowiada.

Sytuacja prawna Dominika była uregulowana już dwa miesiące po jego narodzinach. Teoretycznie mógłby iść do adopcji. W praktyce chętnych nie było. – Wszystkie zdrowe dzieci trafiają z Tuli Luli do rodzin adopcyjnych. Dla dzieci chorych, nawet tych śmiertelnie, znajdujemy kochające rodziny zastępcze – komentuje Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, szefowa Fundacji.

Muzyka i głośny śmiech

W Gajuszu wszyscy z troską myśleli o przyszłości Dominika. Aż wreszcie ktoś zadał Agnieszce to pytanie: – Czy rozważam zostanie dla niego rodziną zastępczą. Nad odpowiedzią wahałam się kilka tygodni. To nie była spontaniczna decyzja. Bo wiedziałam, że będzie wymagać całkowitej zmiany w życiu. Odwiedziłam nawet szkołę specjalną, żeby poznać młodzież z zespołem Downa. Tak duży kontrast między słodkim Dominisiem a nie zawsze słodką i chorą młodzieżą był dla mnie jak terapia szokowa. Ale po kilku godzinach napięcie puściło, a szok ustąpił. Dlatego gdy tylko dowiedziałam się, że Dominiś ma trafić do specjalistycznego domu dziecka, bo szans na adopcję nie ma, uznałam, że czas podjąć decyzję.


Od połowy 2019 r. mieszkają już razem, w niewielkim domku pod Łodzią. – Im bardziej poznawałam Dominika, tym bardziej widziałam, jak bardzo jest wyjątkowy. Przestałam dostrzegać zespół Downa. Widzę za to jego ogromny potencjał i miłość do ludzi. Spodziewałam się problemów, ale na razie ich nie doświadczyłam. Oczywiście chodzimy prawie codziennie na różnego rodzaju terapie: wczesne wspomaganie rozwoju, rehabilitację i do logopedy. Do tego wizyty u kilku specjalistów. I jeździmy do ośrodka pod Warszawą, gdzie Dominiś miał operację laryngologiczną, na którą Fundacja Gajusz zorganizowała zbiórkę pieniędzy. Ale te wszystkie codzienne obowiązki nie są wcale problemem. To jest coś, co idąc na kurs dla rodzin zastępczych, wpisałam sobie w życiowy plan. Najważniejsze jest dla mnie, żeby Domiś był szczęśliwy. Wszelkie trudny rekompensuje mi jego uśmiech. Poza tym my się ze sobą naprawdę świetnie dogadujemy. Lubimy sobie razem muzykować na pianinie, oglądać książeczki i śmiać się na cały głos. A tak najbardziej to Dominik lubi obserwować świat, a ja jestem od tego, żeby mu ten świat pokazywać.

Kampania Rodzina Jest dla Dzieci promuje rodzicielstwo zastępcze oraz wspiera dzieci z łódzkich domów dziecka. Prowadzi ją Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Łodzi. Więcej o rodzicielstwie zastępczym i wolontariacie na www.rodzinajestdladzieci.pl oraz na profilu kampanii na Fb. Osoby zainteresowane prosimy o kontakt telefoniczny – 506 980 979.

Tuli Luli

Zdjecia: Tomek Ogrodowczyk i prywatne archiwum Agnieszki

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close