Nie głosujesz, nie narzekaj!


Pierwsza tura wyborów na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, za nami. Wyniki pewnie dla wielu wyborców oraz samych kandydatów są zaskakujące, bowiem inne niż przewidywano w sondażach. Jednak nie o sukcesach i porażkach pretendentów chcę tutaj prawić, a o tym, że jestem zła, potwornie zła na społeczeństwo, które z taką obrzydliwie marną frekwencją wzięło udział w owych wyborach! 

Ludzie nie jestem Wam wstyd?!? Zgodnie z sondażami frekwencja wyniosła raptem  49,4% – wiecie, że jest to najniższy wynik w wyborach prezydenckich, od 25 lat (1990r.)!
Dlatego, z tego miejsca, pytam – gdzie ta druga połowa uprawnionych do głosowania!?! Gdzie byliście 10 maja?! Co takiego ważnego robiliście, że nie mogliście poświęcić dosłownie chwili, by udać się do „swojego” lokalu wyborczego i oddać, jeden jedyny, malutki aczkolwiek, tak ważny głos!?!

Różne wymówki już słyszałam – jeden nie wiedział kogo wybrać, inny uznał, że „Pan Iksiński i tak nie wygra, więc na niego nie zagłosuje…. na pozostałych Kandydatów tym bardziej”, jeszcze inny oficjalnie olał sprawę sikiem prostym, bo po co marnować swój cenny czas, który można wykorzystać w inny, ciekawszy sposób, np. grillując ze znajomymi (gwoli ścisłości, sama miałam wczoraj gości i do późna grillowałam, ale do urny i tak się udałam!).
Są też tacy, którzy mieszkają poza miejscem zamieszkania, w tym, poza granicami kraju i uznali, że oni „nawet by chcieli, ale nie mają JAK zagłosować” – g*wno prawda!! Wszystko to jest jeden wielki shit, bzdura i blef!

Jeśli jesteś: obywatelem RP, ukończyłeś 18 lat, nie zostałeś pozbawiony praw publicznych lub wyborczych, nie zostałeś ubezwłasnowolniony, jesteś zdrowy na umyśle i pełny świadomości, nie leżysz na stole operacyjnym, porodówce czy w śpiączce, nie walczysz o życie…. – nie ma żadnych przeciwwskazań, wybacz, ale nie uznaję, żadnej wymówki w tak ważnym temacie.

Mało tego, uważam iż KAŻDEMU szanującemu się obywatelowi, powinno zależeć na tym, by wziąć udział w wyborach prezydenckich i mieć wpływ (mniejszy bądź większy) na to co się dzieje w Naszym kraju.
A wszystkim tym, którzy nie uczestniczyli 10 maja w wyborach i będą próbowali się tutaj za chwilę wybronić, od razu odpowiadam – dla chcącego nic trudnego! Wystarczy odpowiednio wcześniej zainteresować się tematem i poszukać dogodnych rozwiązań.

Dla ułatwienia podpowiadam, że na stronie http://prezydent2015.pkw.gov.pl/ widnieją WARUNKI UDZIAŁU W GŁOSOWANIU, w których znajdziesz informacje o tym:

– kto ma prawo do udziału w głosowaniu,

– jak głosować w innym obwodzie niż właściwy dla miejsca zamieszkania,

– gdzie mogą głosować: żołnierze pełniący zasadniczą lub okresową służbę wojskową, ratownicy odbywający zasadniczą służbę w obronie cywilnej poza miejscem stałego zamieszkania, policjanci z jednostek skoszarowanych, funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu, Straży Granicznej, Państwowej Straży Pożarnej oraz Służby Więziennej pełniący służbę w systemie skoszarowanym, a także osoby które będą przebywać w dniu wyborów w szpitalach, domach pomocy społecznej, w domach studenckich, zakładach karnych i aresztach śledczych,

– jak mogą głosować osoby stale zamieszkujące poza granicami Polski,

– kto i w jaki sposób może głosować KORESPONDENCYJNIE.

W związku z tym, iż niebawem (24 maja 2015r.) czeka Nas druga tura wyborów, apeluję do Was Drodzy Rodacy – zreflektujcie się, zmobilizujcie i ruszcie tyłki! Udanie się do lokalu wyborczego i postawienie JEDNEGO KRZYŻYKA na karcie nic nie kosztuje i nie zawiera dużo czasu.

Na marginesie dodam, że moim skromnym zdaniem udział w wyborach powinien być OBOWIĄZKOWY, a co za tym idzie, (nieusprawiedliwiony) brak udziału w głosowaniu winien być karany, np. finansowo.

I na koniec zapamiętajcie krótkie zdanie – NIE GŁOSUJESZ, NIE NARZEKAJ!

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Zgadzam się!!!
    Ja właśnie jestem w szpitalu i miałam możliwość głosowania. Nawet osoby po zabiegach mogły głosować,nigdzie nie musiały wstawać czy iść. Wystarczy że chciały. Dziękuje za tą możliwość.

  2. też, chociaż nic to nie dało :(

  3. Ja też głosuje bo to wielki przywilej o który walczyli nasi dziadkowie

  4. Agnieszka Popławska

    Glosowalam ale wynik to dno dna i kilo mulu

  5. Byłam, glosowałam. Mój kandydat odpadł, wiec teraz nigdzie nie idę!

  6. Tak, powinno być to karane! Czy po to nasi przodkowie walczyli abyśmy nie chodzili głosować? Mam 27 lat i nie odpuściłam żadnych wyborów! W tym roku nawet wypoczynek sobie skrociłam aby zdążyć…tego byłam uczona, że to obowiązek… Czy to, że nie pójdziemy, to oznacza, że nie ma na kogo głosować? Nie powie mi nikt, że nie ma na kogo głosować, bo kandydatów nie jest dwóch a dużo więcej… Pomijam fakt, obietnic wyborczych, bo to już inna bajka, ale głosując można ich wtedy z tego rozliczyć i podsumować…a nie tylko gadać, że jest źle… Właśnie trzeba iść, zagłosować i pokazać, że “podoba” nam się ktoś inny…

  7. Tak. To jest nasz obowiazek. Bo ci co nie chodza na wybory to najglosniej narzekaja

  8. popieram w całej rozciągłości :-)

  9. Zgadzam się, mnóstwo tych informacji ale ja się tym jakoś nie interesuje moje oko i mózg nie wychwytuje tych newsów

  10. a po naszej stronie Olzy raczej nie tyle o polityce myślimy, co o dobrej i jeszcze lepszej herbacie – jak by ktoś miał blisko to zapraszamy na svátek čaje / święto herbaty https://www.facebook.com/SvatekCaje?fref=nf :) jest się na co cieszyć

  11. Nie zgodzę się. Przed nami jako narodem ważna decyzja, i uważam, że aby podjąć dobrą decyzję trzeba o kandydatach jak najwięcej widzieć, a takie debaty właśnie nam w tym pomagają. Po debacie wzrosły notowania obecnego prezydenta i bardzo dobrze, bo choć wiele mam mu do zarzucenia, to jednak nie chcę żeby Polska była państwem kościelnym a za in vitro groziła kara 2 lat pozbawienia wolności.

  12. Zgadzam się. Mnie również przeraża wizja moherów w natarciu, wszechobecnego kościoła i działań anty in vitro!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Przychodzi baba do lekarza…


Przychodzi baba do lekarza, a tam kolejka. I to nie byle jaka i nie do byle kogo. Ginekolog, czyli lekarz, do którego idealnie byłoby zawitać raz na pół roku, wcale nie cieszy się wielką popularnością wśród kobiet. A skąd to wiem? A z rozmowy, jaką przyszło mi przeprowadzić z kilkoma pacjentkami, oczekującymi do “mojego” ginekologa.

Od słowa do słowa i rozgadały się kobiety, która z czym i do jakiego ginekologa chodziła. Posłuchałam z ciekawością, utwierdzając się w przekonaniu, że ten “mój” to jednak liga, jeśli idzie o specjalistów w tym fachu. Kobiety zwracają dużą uwagę na delikatność, z jaką lekarz podchodzi do pacjentki. Jedna z pań tak określiła postawę poprzedniego “gina”, nazwijmy go “T”- “pakował we mnie łapy, jakby widły do gnoju pchał”. Ja się roześmiałam niebosko, naprawdę porównanie mnie rozśmieszyło, jednak ta dziewczyna nie podzieliła mojego entuzjazmu. Co się okazało, ona dość młodo rodziła pierwsze dziecko, po kontrolnym KTG przyszła kolej na badanie rozwarcia. Aż mnie ciary przechodzą, jak pomyślę że facet z grubymi paluchami, miałby pakować we mnie łapsko, umilając bolesne badanie komentarzem “no i co tak podskakujesz na tym fotelu.” Nóż się w kieszeni otwiera, prawda?

Zadziwiające jest to, że mało delikatne są kobiety-ginekolożki, choć one najlepiej powinny wiedzieć, że takie badanie to żadna przyjemność. Kobieta-kobiecie wilczycą? Moją pierwszą ciążę prowadziła pani “Cz”. Raczej mało sympatyczna i nieuśmiechnięta kobieta. Ale prawda jest taka, że przecież nie chodziłam do niej na spotkania towarzyskie. Jej wątpliwe poczucie humoru, rekompensowało mi podejście do pacjenta. Kompetentna, z opinią dobrego fachowca, odpowiadała na każde moje pytanie. A jak się okazuje, nie wszyscy ginekolodzy mają we krwi rozwiewanie wątpliwości i odpowiadanie pacjentkom. Niektórym wydaje się wręcz, że to pacjentka jest dla lekarza, a nie odwrotnie.

Ginekolodzy poza tym, że czasem podchodzą do kobiet bardzo instrumentalnie i niedelikatnie, często ich po prostu nie słuchają. Ona mówi o jednym, a on zupełnie o czym innym. I te kobiety zniechęcone, albo idą gdzie indziej, albo odpuszczają wizytę… Jedna z oczekujących ze mną pań, przyjechała do “doktora Sz” z miasta oddalonego o 40km, bo nawet tam chodzą słuchy, że jest on godny polecenia. Inna bajka, że często przeszkadza brak prywatności, choć tu akurat najmniej zależy od lekarza, bo nie zawsze są wymarzone warunki do rozebrania się w osobnym pokoju.

No dobrze, a dlaczego ja tak obstaję przy tym akurat lekarzu, a miałam z piątką innych specjalistów w Gryficach do czynienia? Ponieważ ma w porządku dłonie (tak, zwracam na to uwagę, wygląd rąk jest dla mnie ważny). Nie chciałabym, aby ktoś pakował swoje serdelki pod moją kieckę, jakkolwiek to dziwnie nie zabrzmi, niczym widły do gnoju ;) Badanie jest delikatne, moje pytania i sugestie wysłuchane. Nie zdarzyło się, abym wyszła z niedosytem wiedzy. Kultura osobista to rzecz niezbędna, poczucie humoru też mile widziane. Rozmowa z perspektywy fotela ginekologicznego jest odrobinę dziwna, a jednak atmosfera rozluźnienia pomaga przebrnąć przez te chwil parę. No i mimo oblegania przez pacjentki – co raczej dobrze świadczy, że jest tyle chętnych do niego – kontakt na telefon komórkowy, sprawia że nie kwitnę w przychodni przez pół dnia. No cóż, nie odnotowałam jakichś przykrości i minusów. Pozwalał mi biegać w drugiej ciąży, i doprowadził ją do szczęśliwego rozwiązania.

Nota bene, przysłał smsa z gratulacjami, gdy Woju się urodził. Można? Można. Ale to chyba zależy od charakteru człowieka. Ja mam tego farta, że trafił mi się ginekolog nie tylko kompetentny, ale i zwyczajnie ludzki.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Chyba wiem kogo tak chwalisz :) razem nie raz czekałysmy. Bardzo pozytywnie. A jakby tak literami nazwisk polecieć to poza doktorem esz poleciłabym doktora be i de ;) też są ok :)

  2. Milena kamińska

    Miałam do czynienia z różnymi ginekologami jesli chodzi o kulturę delikatność i płeć. Statystyki wyglądają tak: na 3 kobiety jedna ludzka dwie powinny pracować w ubojni, na 5 facetów jeden no z przymrużeniem oka dwoch do których ustawiają się kolejki

    1. Czyli jednak tak jak w moim rankingu, mężczyzna jest lepszym ginekologiem. Oni chyba mają więcej empatii, bo jedynie mogą domyślać się, jak bardzo cierpimy podczas miesiączki czy porodu. Kobiety to znają stąd może mają to gdzieś skoro “ona przeżyła”

  3. jestem zadowolona, niestety prywatnie

  4. Kilka lat temu miałam wątpliwą przyjemność przebywania w szpitalu w mojej miejscowości. Podczas obchodu padło pytanie: jak się Pani czuję? Moja szybka odpowiedź, że źle została zripostowana: to dobrze…. potem przyszła pielęgniarka i przekazała mi, że będzie badanie….
    W gabinecie wielkości boiska, bez żaluzji i zasłon stał fotel ginekologiczny, obok niego siostra i około 15 lekarzy… moja konsternacja była tak zaskakująca, że pielęgniarka pod nosem zasugerowała, żebym szybko wskoczyła na fotel, bo tracimy czas… zabrało mi migdałki 3 lekarzy… po kolei. Bez słowa. Bez delikatności.
    Łzy płynęły do uszu i ściskały za gardło… siostra tylko pogłaskała mnie po ręce pocieszająco i ze zrozumieniem…
    Intymność? Delikatność?
    Wrażliwość?
    Po co? Skoro można traktować nas jak mięso!
    Gdy kolejny raz zapowiedziano badanie, odmówiłam…
    W innych szpitalach nie spotkała mnie taka bezmyślność i znieczulica…
    I nie jest to tylko moje odczucie… niestety…

  5. W drugiej ciąży leżałam na ginekologi 1.5 miesiąca. O podejściu lekarzy, badaniach lub ich braku, o proszeniu się o ktg, o braku intymności itp. mogłabym napisać książkę. Okropne to wspomnienia. Jak teraz mam zrobić badania czy iść do lekarza to jestem chora! Nie chcę już nigdy więcej

    1. Obyś trafiła na takiegolekarza jakiegoj a mam . Nie mogę narzekać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Sekrety morza czyli bajka inna niż wszystkie


Nie jestem znawczynią bajek dla dzieci. Pewnie dlatego, że dawno nie byłam dzieckiem, a i Duśka nie ogląda ich jakoś szczególnie dużo. Niemniej jednak wszystkie te, które widziałam ostatnimi czasy miały jeden wspólny mianownik – nadawały się zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. A co z bajkami tylko dla dzieci? Czy takich już nie ma? Spokojnie, są. Widziałam taką przedwczoraj – „Sekrety morza”.

Tak dla jasności, nie mam nic przeciwko temu, żeby dorośli oglądali bajki dla dzieci. Ale mam bardzo dużo przeciwko temu, żeby twórcy zapominali do kogo adresują swoje dzieła. No, dzieła jak dzieła, swoje produkcje powiedzmy. Dziecko jest innym odbiorcą niż dorosły, ma inną wrażliwość, w inny sposób postrzega świat, czasem wierzy w czary i nie do końca odróżnia fikcję od rzeczywistości.

Ale po kolei.

Kiedy w kinie przygasły światła, odruchowo spojrzałam na Duśkę, która boi się ciemności. Na szczęście szybko pojawiła się plansza, hmmm…. wydawca czegoś tam zapraszał na film. Wydawcę serdecznie przepraszam, ale kompletnie nie pamiętam, co wydawał. Zaraz potem zaczął się film (pokazy specjalne są wolne od reklam, od dziś chodzę tylko na takie!). Już pierwsze kadry przyciągnęły uwagę mojego dziecka do tego stopnia, że odruchowo wychyliła się do przodu. I tak już została do końca. Od pierwszych sekund filmu pochłonięta, nieobecna, zapatrzona, zasłuchana…. Kątem oka obserwowałam jak się uśmiechała, śmiała, cieszyła, a także jak smutniała w trudniejszych momentach. Przez cały film nie skorzystała z oparcia fotela. Caluśki! Jakby mogła, to by w tę bajkę weszła. Tak na marginesie: duży plus dla… hmm, nie wiem czy twórcy czy dystrybutora, czy może tego kogoś kto jest odpowiedzialny za odtwarzanie w kinie. Pierwszy raz nie miałam ochoty uciekać z kina z powodu hałasu. Film jest nie za głośny ale i nie za cichy, taki w sam raz. Ścieżkę audio oraz poziom nagłośnienia najlepiej opisuje słowo: przyjemny.

45_SOS_70_Saoirse playing the shell

A jaki jest cały film? Przytulny. Dający poczucie bezpieczeństwa. Uspokajający. Piękny. Cudny. O czym? Hmm… Dobre pytanie! Na wzgórzu, a może na klifie, stoi latarnia morska, mieszka w niej tata z dwójką dzieci, Benem i Sirszą. Ponury, zapatrzony w swój smutek, aczkolwiek kochający dzieci, ojciec nie dostrzega konfliktów między rodzeństwem, bagatelizuje skargi Bena na młodszą siostrę. Oczekuje, że syn będzie prawdziwym starszym bratem, który zaopiekuje się siostrzyczką po tajemniczym zniknięciu ich mamy. Tymczasem dla chłopca sześcioletnia, niemówiąca siostra jest przysłowiową kulą u nogi.

Sirsza nie pamięta mamy, Ben owszem. Pamięta też piosenki jakich go uczyła, bajki, które opowiadała na dobranoc, a muszli, którą dostał od mamy strzeże jak najcenniejszego skarbu. Niestety Sirsza też chce tę muszlę, wykrada ją bratu przy każdej okazji. A gdy pewnego dnia zacznie na niej grać…. Dalej nie mogę Wam powiedzieć. Powiem tylko, że dalej świat ludzi i baśni miesza się ze sobą, mamy więc latające świetliki, które wskazują drogę, tajemnicze skrzaty zamienione w kamienie, uczucia ludzkie pozamykane w słoikach, głęboką studnię, która jest bramą do innego świata i jeszcze kilka innych tego typu atrakcji. Nie raz i nie dwa Ben zauważy, że jest tak samo jak w opowieściach mamy. A wszystko to po to, by mała, niepozorna Sirsza odnalazła swoje prawdziwe powołanie. Ale nie powiem Wam jakie.

03_SOS_q028c011_compositing.0149

Kiedy rodzeństwo zostanie zabrane z domu na klifie do domu babci w mieście, postanawia uciec i wtedy też zaczyna się ich niezwykła, pełna przygód droga do domu i do… a nie, tego też Wam nie powiem.

Współczesne kino przyzwyczaiło nas do animacji komputerowych i muzyki generowanej komputerowo. Tymczasem w „Sekretach morza” mamy bardzo prostą grafikę, która mnie osobiście przypominała ilustracje z książek, które oglądałam w dzieciństwie. Zresztą popatrzcie na kadry z filmu, czyż nie pięknie to wygląda?

32_SOS_36_finding the seal coat

Gdybym chciała określić jednym słowem wizualną stronę filmu powiedziałabym że był mięciutki. Brak krzykliwych kolorów z pewnością podziała kojąco na zmysły maluchów. Myślę, że nie zwrócą uwagi na brak proporcji ;) W dorosłym świecie dzieci nie jeżdżą na psach, które są większe od nich, a sześcioletnie dziewczynki nie mieszczą się swoim tatusiom w zagłębieniu ramienia. Ale może właśnie dzięki takim zabiegom film daje niesamowite poczucie bezpieczeństwa.

25_SOS_42_Cu & Ben beach

A muzyka… Powiem tylko tyle: natychmiast jak wyjdzie płyta ze ścieżką dźwiękową, stanie u mnie w domu na honorowym miejscu. Delikatna, słodka, kojąca…. Współcześnie mówiąc – muzyka relaksacyjna. Ale moim zdaniem nazywanie ścieżki dźwiękowej tego filmu muzyką relaksacyjną jest obrażaniem kompozytora. Jak już będziecie w kinie to nie zrywajcie się od razu po napisie „koniec” i zapaleniu świateł. Piosenki końcowej naprawdę warto posłuchać. My wyszłyśmy z sali ostatnie, bo moje dziecko ogląda filmy absolutnie do końca, dopóki trwają napisy jest film, a jak jest film to się ogląda a nie wychodzi z kina. Na szczęście nikt nie przyszedł odkurzać ;)

Sekrety_morza

Kiedy zaproponowałam mojej córce pójście do kina natychmiast zapytała na jaki film. Tytuł przesądził, film o morzu chce zobaczyć. Prawdopodobnie obie nastawiłyśmy się na jakiś film w stylu „Gdzie jest Nemo?”, który będzie dział się w podmorskich głębinach. Całkiem świadomie, mimo dostępu do materiałów promocyjnych, przed pójściem do kina nie dowiadywałam się o filmie niczego. I powiem Wam, że słusznie zrobiłam, bo jak patrzę na zwiastuny to bardziej mnie odpychają niż przyciągają. A już szczególnie zwiastun dla dzieci, który można zobaczyć tutaj:

Duśka, która zaglądała mi przez ramię jak pracowałam, kazała mi natychmiast wyłączyć, oświadczając przy tym, że to jakaś głupota i nikt nie chciałby się zamieniać w fokę. No właśnie… Nie o tym jest ten film, chociaż mała Sirsza rzeczywiście jest Selkie – pół dziewczynka – pół foka.

Trochę bliższy prawdy jest zwiastun, który może widzieliście w telewizji:

Ale nie nastawiajcie się na posłuchanie głosu pani Kożuchowskiej. Tak naprawdę jest go tam niewiele.

Film został wyprodukowany wspólnie przez Duńczyków i Irlandczyków i jest przesiąknięty baśniami celtyckimi. Pewnie ta inność od produkcji amerykańskich zadecydowała o sukcesie. W materiałach prasowych możemy znaleźć taką informację: „Sekrety morza” mają na koncie aż 5 nagród filmowych oraz 10 nominacji do najważniejszych nagród filmowych na całym świecie. Film zachwycił nie tylko amerykańską Akademię Filmową, która przyznała mu nominację do Oscara w 2015 roku, ale także jury Tokyo Anime Award Festival, które okrzyknęło go Animacją Roku, czy gremium Satellite Awards (nagroda w kategorii Najlepszy Film Fabularny).

23_SOS_40_Saoirse enters the water

„Sekrety morza” to bardzo mądra, poruszająca bajka, która daje pretekst do wielu rozmów z dziećmi na trudne tematy. Mamy tu samotnego ojca, skonfliktowane rodzeństwo, despotyczną babcię, tęsknotę za mamą, oraz kilka momentów, w których dla dobra innych trzeba pokonać własny strach i wykazać się odwagą. A wszystko to wplecione w akcję filmu na pierwszy rzut oka wydaje się być naturalne, niedostrzegalne. Jednak kiedy przyjdzie mi rozmawiać z Duśką o pokonywaniu strachu będę mogła powiedzieć: a pamiętasz jak Ben wskoczył za Sirszą do studni?

Sekrety_morza_plakat_1

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Piękna recenzja, aż chce się zobaczyć :)
    A my się dziś wybieramy!

  2. Basia Heppa-Chudy

    Wróciliśmy z kina – mogę się podpisać pod Twoją recenzją.
    Bajka spokojna, niekrzykliwa, mądra – cudna!
    Zaskoczona byłam tym, że pierwszy raz będąc w kinie nie czułam, że jest za głośno.
    Popłakałam sobie też trochę na koniec.

    Tylko niestety ponad 20 min reklam przed seansem to już standard :( Człowiek wyskakuje z 70 zł żeby 1/3 czasu oglądać reklamy – żenada.

  3. Milena kamińska

    Recenzja zachęca

  4. ta bajka jest wzruszająca

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Wpis sponsorowany – Światowy Dzień Pieczenia


Zapach pieczonego ciasta to, najprościej  rzecz ujmując, zapach mojego dzieciństwa. Pamiętam przede wszystkim moją Babcię i pieczone przez nią ciasto drożdżowe. Zazwyczaj z niecierpliwością czekałam, aż się upiecze i prawie ze łzami w oczach prosiłam o kawałek. Babcia zawsze ostrzegała przed jedzeniem gorącego ciasta, ostrzegając, że gorące wypieki powodują ból brzucha, ale jakoś udawało mi się wyprosić. Drugim ciastem, które często pachniało w moim domu był pieczony przez Mamę sernik, który uwielbiałam i szarlotka, za którą nie przepadałam. Niemniej ten charakterystyczny zapach pamiętam do dziś.

Piec ciasta każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej. Ja należę do tej drugiej kategorii. Nawet nie żebym zakalce robiła, na ogół to co upiekę jest jadalne i smaczne (są nawet tacy co mówią, że bardzo smaczne i nie mam tu na myśli męża i dziecka), ale no cóż… lepiej na te moje wypieki nie patrzeć. Mimo to lubię się czasem zakopać w kuchni i coś upiec (czasem, nie za często). O ironio losu zazwyczaj sięgam po mąkę i jajka, gdy mam zły humor lub po prostu chcę odpocząć. I nie ma to nic wspólnego z ochotą na słodkie przysmaki, raczej z ochotą do pieczenia.

Przypuszczam, że 17 maja z okazji Światowego Dnia Pieczenia coś upiekę. Dlaczego? Bo bardzo lubię obchodzić święta nietypowe. Przypominają o tak błahych sprawach, że na ogół o nich nie pamiętamy. A organizator tegorocznych obchodów Światowego Dnia Pieczenia tak zachęca do aktywnego udziału w święcie: “W Światowy Dzień Pieczenia chcemy sprawić, aby ludzie na całym świecie piekli dla swoich bliskich. Niezależnie od tego, czy będą piec dla swoich przyjaciół, rodziny czy współpracowników, z pewnością będzie to przepyszna okazja do celebrowania najcenniejszych relacji”

The World’s Happiest Cake_1

 

Poza tym uważam, że żadne ciasto, nawet z najlepszej cukierni, nie smakuje tak jak domowe. Mimo szerokiej oferty cukierniczej na rynku trzeba dbać o to, by tradycja pieczenia domowych ciast nie zanikła. Dlatego często wciągam moją córkę do wspólnego pieczenia. Szczególnie ciasteczek, bo ich wykrajanie to niebywała frajda dla dziecka.

A co upiekę? Pewnie murzynka, bo moje dziecko go uwielbia. Dla siebie wybrałabym wuzetkę albo ambasadora. A tym, którzy mają większe zacięcie i zdolności niż ja, polecam stronę (KLIK), gdzie znajdziecie mnóstwo inspiracji na fajne wypieki.

The World’s Happiest Cake_2

Ten post jest sponsorowany przez margarynę Kasia, ale zawarta treść jest mojego autorstwa.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ale to ciasto pysznie wygląda!

  2. Oj chętnie upiekę co nieco :)

  3. Ciasto z czerwonym serduszkiem w środku wygląda bosko ;)

  4. Szukam idealnego ciasta do upieczenia na weekend z tej strony i ponieważ w życiu nie jadłam czegoś takiego, też spróbuję ciasto mozaikowe Selmy.

  5. A gdzie można znaleźć przepis na to ciasto leśny mech intrygująca nazwa

    1. Wpis fajny tylko szkoda że brak na nim przepisu na to ciasto :-(

    2. trzeba kliknąć na dole wpisu i przechodzi się do strony przepisów. A na Leśny mech zapraszam do nas za jakiś czas – musimy go upichcić.

  6. Poproszę przepis na leśny mech!
    Obiecuję zrobić, a nawet wrzucić na bloga – chyba że Ty rezerwujesz!

    1. Mogę podesłać ten z którego robiłam + moje wskazówki:)

  7. A co to jest za ciasto z mango na zdjęciu?

    1. Na dole wpisu na blogu jest link, trzeba w niego kliknąć i tam znaleźć przepis

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Top W Roli Mamy na Facebooku