Gry planszowe i nie tylko 16 września 2021

Dragomino – gra ze smokami, którą pokochają także starsze przedszkolaki

Tytuł: Dragomino
Wiek: od 5 lat
Liczba graczy: od 2 do 4
Czas rozgrywki: około 15 minut

Dragomino to gra, która ostatnio pochłonęła wolny czas moich dzieci (szczególnie średniego syna). Ma ona sporo wspólnego z zasadami dotyczącymi zwykłego domino, tyle że jest od niej o wiele bardziej kolorowa i ma nieco bardziej rozbudowane reguły. Dragomino podbija serca dzieci i z tego co wiem, pochwały zebrała nie tylko od nas. 

Dragomino — co kryje się w pudełku?

W pudełku znajdziecie:

  • 4 płytki startowe
  • 1 figurka smoczej mamy
  • 28 płytek obszarów
  • 69 żetonów smoczych jaj znalezionych na różnych obszarach.

Elementy gry wkłada się do pudełka z wyprofilowanymi przedziałkami na nie, więc o zachowanie porządku nietrudno. Przyznaję, że jestem pedantką i takie rozwiązanie bardzo mnie cieszy. Nie wspominając już o tym, że każdy z elementów został wykonany perfekcyjnie. Żetony, plakietki obszarów i sama smocza mama są piękne i solidne, aż przyjemnie jest wziąć je do ręki. 

Dragomino

Fot. Dragomino/Żaklina Kańczucka

Dragomino

Fot. Dragomino/Żaklina Kańczucka

Dragomino — pierwsze wrażenia

W tej grze zasady są proste jak budowa cepa, daję słowo. Zastanawiałam się, czy mój najmłodszy syn, 4,5- latek, je przyswoi, bo cenzus wieku określony przez producenta zaczyna się od 5 roku życia. Jednak poradził sobie, choć przyznaję, że musiałam podpowiadać mu, do jakich płytek może podłożyć obrazki z drugiej płytki, ale i tak on samodzielnie decydował, gdzie je umieścić. I oczywiście sam losował żetony. Wybieranie żetonów jest na tyle emocjonujące, że swego czasu próbował nawet wyręczać mnie w tym podczas mojego ruchu. Ale nie ma tak dobrze, sama chcę być kowalem własnego losu ;) 

Dragomino to gra, w której rządzą kolorowe płytki obszarów oraz żetony smoczych jaj, które mają dwie strony. Na awersie wszystkie są takie same — prezentują wizerunek całego smoczego jaja, a na odwrocie każda z nich przedstawia wizerunek pustego jaja albo smoka. Za wylosowanie żetonów z wizerunkami smoków otrzymuje się punkty, za puste jajo nie. Nie da się ukryć, że wyjątkowo istotne jest tu szczęście. Ja go ewidentnie nie mam, bo na wiele rozgrywek udało mi się tylko raz wygrać i raz zremisować. Pozostałe rundy byłam pocieszana przez dziecko słowami “mamo, nie martw się, następnym razem wygrasz”. 

Dragomino

Fot. Dragomino/Żaklina Kańczucka

Ale by zasady były dla Was jasne, muszę przedstawić je po kolei.

Dragomino — zasady

Najpierw należy przygotować poszczególne elementy zgodnie z instrukcją gry. Każdy z graczy bierze jedną z płytek startowych (są 4) i kładzie ją przed sobą (niewykorzystane płytki zostają odłożone na bok). Po przetasowaniu płytek obszarów odkłada się je do przegródki w pudełku, skąd dobiera się co rundę po 4 płytki, by układać je na środku stołu. Żetony smoczych jaj powinny być poukładane kolorystycznie i z wizerunkiem smoczego jaja do góry. 

Rozgrywkę rozpoczyna najmłodszy gracz, który otrzymuje figurkę smoczej mamy. Wybiera 1 z 4 płytek i dokłada ją do własnej płytki startowej tak, by obie stykały się co najmniej jednym polem. Jeżeli połączony obszar jest taki sam, gracz bierze jeden żeton odpowiedniego rodzaju (koloru). Po odwróceniu okazuje się, czy jest to pusta skorupa, czy smok, za który przyznany jest punkt. Żeton, niezależnie od tego, co pod sobie kryje, należy ułożyć pomiędzy dwie styczne płytki. Jednak gdy połączone obszary przedstawiają inne tereny, gracz nie wybiera żetonów. 

Dragomino

Fot. Dragomino/Żaklina Kańczucka

Kiedy wszyscy gracze wykonają odpowiednie ruchy, pozostałe płytki obszarów są odwracane  i odłożone na bok, jako nieprzydatne. W ich miejsce należy dobrać kolejne 4 płytki ze stosiku w pudełku. Gdy wolne płytki się kończą, rozgrywka również. Wygrywa ten, kto zgromadzi największą liczbę smoków. Gracz, który jest w posiadaniu smoczej mamy, dostaje za nią dodatkowy punkt. Pamiętajcie, że smocza mama za każdym razem trafia do tego, kto znajdzie kolejną pustą skorupkę. Ten sam gracz zaczyna następną rundę. 

Krótkie podsumowanie

Dragomino to rewelacyjna, kolorowa oraz wciągająca młodszych i starszych gra. Jest prosta i przyjemna, w dodatku rozgrywa się ją szybko. Te zalety powodują, że rozgrywka pochłania uwagę i za każdym razem mówimy, że jeszcze tylko jedno podejście i koniec. Ale końca nie widać ;). Ostatnio poświęciłam czas na grę na gitarze basowej, która jest moim numer jeden, żeby „przyciąć” z dzieckiem w Dragomino. A to o czymś świadczy! 

Dragomino

Fot. Dragomino/Żaklina Kańczucka

Dragomino ma również wersję bardziej zaawansowaną Spragnione smoki, ale mój średni syn tak bardzo się wciągnął w podstawową wersję gry, że — póki co — chce grać tylko w nią. Sam twierdzi, że gra jest tak fajna, że musimy ją zabrać na planowaną za kilka dni wycieczkę, by w deszczowe wieczory (oby takich jednak nie było!) mieć pod ręką super grę. I tak będzie.

Dziękuję Wydawnictwu FoxGames za przekazanie egzemplarza recenzenckiego gry 

Więcej informacji o grze znajdziesz na stronie GramywPlanszowki.pl | GwP https://gramywplanszowki.pl/gra/1475/dragomino

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Justyna
Justyna
28 dni temu

Wow. Świetnie się to zapowiada. Czytałam wiele dobrych opinii i chyba sprawa jasna! Tę grę trzeba mieć :)

Rozwój 10 września 2021

Kiedy dziecko może iść samo na dwór i dlaczego zdaniem internetowych ekspertów kiedyś było lepiej?

Gdybym chciała wierzyć internetowi, to powinnam puścić moje dziecko samo na dwór, jak tylko nauczyło się chodzić. Internetowi eksperci są zgodni: trzymamy dzieci pod kloszem. Nie to, co za czasów ich dzieciństwa… 

Kiedy dziecko może samo bawić się na podwórku?

Pewnie sporo zależy od tego, jakie to podwórko i jakie dziecko. Są dzieci, które tylko czekają, żeby coś spsocić, albo wejść tam, gdzie absolutnie nie powinny. Takich nie można spuścić z oka nawet na chwilę. Są też dzieci bardziej zachowawcze, ponad miarę ostrożne. Im można zaufać nieco bardziej. 

Rodzice, którzy mają domy i prywatne, ogrodzone podwórka, często wypuszczają na nie już kilkulatków, a sprawowanie opieki nad nimi ograniczają do wyglądania przez okno co jakiś czas. Czy to w porządku? Teoretycznie nie do końca, ale w praktyce na ogół się sprawdza. 

Trochę inaczej wygląda sytuacja osób, które mieszkają w blokach. Nowe osiedla są ogrodzone i powiedzmy, że tu czyha na dzieci mniej niebezpieczeństw. Stare budownictwo to duże, nieogrodzone osiedla i na pewno więcej zagrożeń. Wypuszczenie na takie osiedle pięciolatka może być ryzykowne. No, chyba że będzie się on karnie bawił pod oknem, z którego mama lub babcia będą wyglądały co pięć minut, a dziecko należy raczej do tych posłusznych i samo nigdzie się nie oddali. Niemniej nadal można być na bakier z prawem. 

 

Co mówi prawo o przebywaniu dzieci poza domem bez opieki?

No muszę przyznać, że ciekawe rzeczy prawi. Na przykład to, że dziecko poniżej siódmego roku życia nie może przebywać bez opieki w miejscu, w którym mogłoby wzniecić pożar. Co prawda zapałki już wychodzą z mody, ale z drugiej strony pojawiły się zapalarki, które mogą wyrządzić więcej szkody. Jeśli maluch jest kreatywny to faktycznie i plac zabaw podpali. Niemniej takie przypadki zdarzają się naprawdę rzadko, o ile w ogóle. Szybciej bym uwierzyła, że rzeczony plac zabaw podpali znudzony nastolatek. O tak, internet mi podpowiedział, że były dwa takie przypadki. Niestety też powiedział, że dwulatek podpalił się zapałkami w czasie zabawy. Więc coś z tym ogniem jest na rzeczy. Nie wiem tylko, czemu siedem lat uznaje się za granicę bezpieczeństwa. Ośmiolatek może bez opieki rodziców wzniecić pożar i to jest w porządku? Czy też rodzice są zwolnieni z odpowiedzialności? Skądinąd wiem, że nie, więc nie do końca rozumiem ten zapis. 

Wspomniany Kodeks Wykroczeń prawi też, że dziecko do lat siedmiu nie powinno przebywać samo tam, gdzie jest dla niego niebezpiecznie. Na mój gust i starsze nie powinno, ale może ja się nie znam. Jest też zapis o zakazie przebywania dziecka do lat siedmiu na drogach. Teoretycznie takie dziecko może samo chodzić po chodnikach między blokami na osiedlu, ale z drugiej strony mogłoby wzniecić pożar, więc chyba jednak nie może. 

 

Dlaczego kiedyś było inaczej? 

Jeśli zapytacie Waszych rodziców i dziadków, to na pewno usłyszycie, że kiedyś dzieci były bardziej samodzielne, nikt się nad nimi nie trząsł, szybciej doroślały i w ogóle jakieś inne były. Faktycznie były. Tylko że czasy też były inne. Nie raz i nie dwa powtarzałam, że gdybym ja wychowywała dziecko tak, jak mnie wychowywano, to by mi opieka społeczna wjazd na chatę zrobiła. Dlaczego? Bo nie dość, że sama po ulicach chodziłam, to jeszcze i po torach! I po dnie basenu, z którego spuszczono wodę! Mogłam sobie iść do kiosku albo do sklepu i nikt się nad tym specjalnie nie rozczulał. Tyle że wówczas ulice były puste do tego stopnia, że zimą wychodziliśmy na pobliską asfaltówkę, żeby sobie na niej na łyżwach pojeździć. Nie, to nie jest żart. Tak była oblodzona. No fakt, że zimy trochę inne wtedy były. Dziś przez tę samą asfaltówkę jest naprawdę trudno przejść i nawet nowy przepis o pierwszeństwie pieszych na pasach nie rozwiązał problemu do końca. A niektóre dzieci w moim wieku to musiały same ogień w piecu rozpalić jak miały dziesięć lat! No kto to widział, prawda? W dzisiejszych czasach nie do pomyślenia! 

Kiedyś też istniało coś takiego jak instynkt stadny i to nawet wśród dzieci. Kiedy jako mały szkrab chodziłam na plac zabaw, wiedziałam, że jak mi się coś stanie, to podejdzie jakieś starsze dziecko i pogardliwie zapyta, gdzie mieszkam i dlaczego ryczę. Pogardliwie, bo jakaś hierarchia obowiązywała, maluchów do spraw starszych nie dopuszczano. Niemniej nikt ryczącego siedmio czy ośmiolatka nie zostawił samemu sobie. Dziś oczywiście nie ma takiej potrzeby, bo siedmio czy ośmiolatek jest na placu zabaw pod opieką, ale gdyby nie był, to śmiem wątpić, czy ktoś z ekipy nastolatków by się nim zainteresował w razie potrzeby. Ot inne czasy, inne zasady. Pod pewnymi względami pewnie lepsze, pod innymi na pewno gorsze. Czytam sobie czasem komentarze tych internetowych ekspertów, żeby się pośmiać, ale stosować się nie mam zamiaru. Zaryzykuję tezę, że większość z tych mądrali nie ma dzieci. 

 

Zdjęcie: Pixabay 

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Kacper7890
Kacper7890
1 miesiąc temu

                                     
Interesująca treść wnosząca wiele nowej wiedzy https://piccolotesoro.pl

Kulinaria 9 września 2021

Dżem z jarzębiny i śliwek do słoików na zimę — przepis na domowe specjały

Dżem z jarzębiny to rarytasik, dla osób lubiących niekonwencjonalne smaki. Próbowałam porównać jego smak do czegokolwiek innego, i jedyne co na  myśl mi przychodzi to to, że kojarzy mi się z czymś wytrawnym, pewną słodyczą, która przełamuje goryczkę. Nie wiem, czy to Wam w czymkolwiek pomogło, ale gwarantuję, że gdy spróbujecie tego smaku, już nigdy go nie zapomnicie. 

Jarzębina, wbrew złej sławie, jest bardzo zdrowym owocem drzewa zwanego jarzębem (więcej informacji znajdziecie tutaj). Jego owoce są trujące dla ludzi, ale tylko wtedy, gdy spożywa się je surowe. Obróbka cieplna odsuwa na bok ryzyko zatrucia jarzębiną. 

Dżem z jarzębiny

Fot. Jarzębina

Ja nigdy surowej jarzębiny jeść nie próbowałam, ale za to moja teściowa robiła jarzębinę w cukrze, która okazała się fajnym dodatkiem do gorącej herbaty. Tym razem zrobiłam nie owoce w cukrze (ze względu na moją hipoglikemię), ale dżem z jarzębiny, przełamany w smaku śliwkami mirabelkami. Na mirabelki w początku września może być za późno (robiłam dżem 2 tygodnie temu, pod koniec sierpnia), więc jeśli nie macie skąd wziąć akurat mirabelki, wykorzystajcie inne śliwki (np. owoce ałyczy, które u mnie właśnie dojrzewają) lub kruche jabłka — smakują w dżemie równie dobrze. Możecie też pokusić się o dżem przygotowany wyłącznie z jarzębiny, ale przyznam szczerze, że dla mnie jej „czysty” smak jest zbyt intensywny. W przepisie wykorzystałam zagęszczacz typu “żelfix”, ponieważ przy jego zastosowaniu daje się mniej cukru, niż przy tradycyjnym wyrobie dżemów. No i cały proces trwa o wiele krócej, ponadto mniej wartościowych substancji ucieka z owoców i zachowują one ładniejszy kolor. 

Dżem z jarzębiny — przepis

Składniki na dżem z jarzębiny: 

  • 600 g owoców jarzębiny (już po przebraniu)
  • 400 g śliwek mirabelek (lub innych, najlepiej o jasnej skórce) po wypestkowaniu
  • 350-500 g cukru (ja dałam 350, ze względu na moją hipoglikemię)
  • sok z połowy cytryny
  • nieco wody do podlania owoców
  • opakowanie “żelfiksu” do dżemu (ja wykorzystałam Konfitur-fix firmy Diamant, 1 opakowanie na 1 kg owoców)

Dżem z jarzębiny — przygotowanie podzielcie na dwa etapy

Pierwszy etapzbieranie jarzębiny

Jeśli zbieracie jarzębinę przed przymrozkami, koniecznie włóżcie ją uprzednio przebraną, umytą i wysuszoną, do zamrażalnika na co najmniej 3-4 doby. Dzięki temu straci część swojej naturalnej goryczki. Jeśli zbieracie ją np. w październiku, już po przymrozkach, wystarczy, że przed gotowaniem zalejecie ją na kilka minut wrzątkiem.

Dżem z jarzębiny

Fot. Mrożona jarzębina i świeże mirabelki

Drugi etap — przygotowanie dżemu

  1. Jarzębinę przekładam do garnka, zalewam niewielką ilością wody (by nie przywierała, ale nie więcej, niż do poziomu jarzębiny) i gotuję do chwili, aż owoce zaczną pękać. Ja podgotowane owoce przetarłam przez przecierak, podlewając je wodą z gotowania, by pozbyć się irytujących mnie pesteczek — wy nie musicie. Zostawiłam jedynie garstkę nieprzetartych, by dodać je na sam koniec dla efektu do słoiczka.

    Dżem z jarzębiny

    Fot. Jarzębina i mirabelki

  2. Do przestudzonej jarzębiny wrzucam wypestkowane mirabelki (lub inne śliwki), wsypuję “żelfix”, mieszam i czekam do zagotowania. Następnie dodaję cukier, sok z połowy cytryny, po czym jeszcze chwilę gotuję i mieszam. Nie powiem Wam dokładnie ile będziecie trzymać dżem na ogniu, ponieważ „zagęszczacze” miewają innych producentów i mogą mieć nieco inny czas gotowania. Zwróćcie uwagę na opakowanie, tam są wszystkie informacje ważne dla konkretnego produktu. Jeśli chcecie zrobić dżem z samym cukrem (na 1 kg owoców ok. 500-750 g cukru) dosypujcie go po trochę do owoców i próbujcie, czy jest odpowiednio słodki. Dżem gotujcie tak długo, aż cukier się rozpuści a owoce rozpadną i osiągną odpowiednią konsystencję. Dżem powinien być gładki, chyba że lubicie inaczej. Jeśli wyjdzie zbyt gęsty — dodajcie do niego nieco wody i wymieszajcie. 
  3. Gotowy dżem przekładam do wyparzonych słoików (u mnie wyszło z kilograma owoców 6 małych słoiczków), zakręcam mocno i odwracam do góry dnem, przykrywając ściereczką. Nie pasteryzuję — “żelfiksy” nie wymagają tej czynności, zabezpieczają dżem przed psuciem.

    Dżem z jarzębiny

    Fot. Gotowy dżem z jarzębiny

  4. Gdy słoiczki wystygną, przenoszę je do piwnicy.

W podobny sposób zrobiłam dżemy z mirabelek i cukinii, z owoców dzikiego bzu, a jeszcze wcześniej — z czerwonej porzeczki. Wszystkie wyszły pyszne :) 

Fot. Dżem z jarzębiny

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów autorki wpisu.

 

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close