Dom 8 lipca 2020

Naturalne sposoby na komary – rośliny i zapachy, które je odstraszają

Komary to istne zmory, które potrafią zepsuć wiele letnich wieczorów, czy zakłócić nocny sen brzęczeniem nad uchem i bolesnym kąsaniem, a potem uporczywym swędzeniem w miejscu wkłucia. Na szczęście w sklepach mamy teraz mnóstwo przeróżnych preparatów odstraszających te paskudne owady. Jeśli jednak ktoś nie chce stosować chemicznych środków, śmiało może walczyć z komarami naturalnymi sposobami.

Ciepłe i deszczowe dni sprzyjają mnożeniu się komarów. Wabi je też wilgoć i wiele kwiatów, dlatego wypoczywanie w pobliżu wody, wśród kolorowych rabat lub wieczorne prace przy roślinach, to wręcz wystawianie się na pożarcie. Boleśnie przekonałam się o tym na własnym ciele, gdy po pewnym deszczowym dniu, chcąc usunąć z moich kwiatów w ogrodzie pasące się na nich ślimaki, zostałam niemalże pożarta w całości! 😉

W każdym razie, są takie kwiaty i owoce, które swym zapachem nęcą komary, ale są też takie rośliny, które je odstraszają. Warto więc zapoznać się z tym, co lubią, a czego nie znoszą te krwiopijcze owady, by później wymierzyć przeciw nim odpowiednie działa, jakie daje nam natura.

 

No więc co przyciąga komary:

Ciemne i kolorowe stroje – warto zamienić je na odzież w jasnych barwach, na dodatek z długimi rękawami i nogawkami.

Kwiatowe i owocowe zapachy – wieczorami lepiej więc przebywać z dala od mocno aromatycznych roślin i krzewów owocowych.

Zapach potu, a konkretnie zawarty w nim kwas mlekowy i amoniak.

Ciepło ludzkiego ciała i dwutlenek węgla, który znajduje się w wydychanym przez człowieka powietrzu.

Wilgoć – komary uwielbiają mokre środowisko, a więc okolice jezior, rzek i stawów, deszczowe dni, a także przemoczone i spocone ciało.

Rośliny, które swoim zapachem odstraszają komary:

Kocimiętka

Cynamonowiec kamforowy – drzewo zawierające aromatyczną substancję zwaną olejkiem kamforowym.

Pelargonia

Lawenda

Aksamitka

Żeniszek

Geranium – bywa nazywane też: Pelargonią pachnącą, Anginowcem, Anginką, Bodziszkiem, czy Ruzyndlą. Zapachu tej rośliny nie lubią zarówno komary, jak i muchy.

Mirt

Bazylia

Rozmaryn

Mięta (pieprzowa) – doniczkę z miętą można postawić obok bazylii czy pomidorów, za którymi też nie przepadają insekty.

Wszystkie wymienione wyżej rośliny można posadzić w doniczkach i ustawić na balkonie lub tarasie. Warto wybrać kilka gatunków lub chociaż kilka sztuk danej odmiany, ponieważ jedna może okazać się niewystarczająca. Poza tym zróżnicowana kompozycja będzie się też lepiej prezentować. Należy przy tym pamiętać, że wydzielane zapachy skuteczniej będą działać w miejscach osłoniętych nieco od wiatru. Trzeba mieć też na względzie fakt, że większość z roślin, które odstraszają komary i muchy, przyciągają owady zapylające, takie jak pszczoły i motyle.

Godnymi uwagi naturalnymi odstraszaczami insektów są również: surowa cebula i czosnek. Jedno i drugie warzywo należy obrać, pokroić w plasterki, ułożyć na talerzyku czy w jakimś innym naczyniu i postawić na parapecie.


Olejki eteryczne, które swoim zapachem odstraszają komary, to:

olejek z trawy cytrynowej – odstrasza również muchy i meszki

olejek kamforowy – nie powinno się stosować go na uszkodzoną skórę, błony śluzowe i w okolicach twarzy,

olejek geraniowy,

olejek goździkowy,

olejek migdałowy,

olejek cytrynowy,

olejek cynamonowy – choć tego nie zaleca się stosować bezpośrednio na skórę,

olejek waniliowy,

olejek eukaliptusowy,

olejek sosnowy,

olejek kokosowy,

olejek herbaciany,

olejek paczulowy,

olejek rozmarynowy,

olejek cedrowy,

olejek z mięty pieprzowej,

olejek lawendowy – podobno odstrasza też pajęczaki,

olejek bazyliowy,

olejek z kopru włoskiego,

olejek tymiankowy.

 

Należy pamiętać, że olejki eteryczne są silnie działającymi substancjami i nie zaleca się nakładać ich nierozcieńczonych, bezpośrednio na skórę. Warto rozrobić je z innym olejem, który będzie stanowił bazę. Szczególną ostrożność należy zachować w przypadku dzieci (poniżej 3. roku życia) oraz kobiet w ciąży.

Środki na komary powinny być także bezpieczne w połączeniu ze słońcem. Dlatego w słoneczne dni lepiej zrezygnować z olejków cytrusowych, które działają fotouczulająco.

Domowy preparat odstraszający komary – na bazie oleju, do smarowania ciała:

5-10 ml (około 50 do 100 kropli) dowolnego olejku eterycznego lub mieszanki kilku, należy wymieszać ze 100 ml oleju bazowego, np. oleju jojoba, słonecznikowego, z pestek winogron, bądź oliwy z oliwek.

Najlepszy podobno jest olej Moringa – rzekomo najdłużej utrzymuje się na skórze – jednak jest trudno dostępny.

Tak przygotowaną olejową mieszanką można smarować ciało.

Domowy preparat odstraszający komary – w formie sprayu:

100 ml wody wlać do butelki z atomizerem (z rozpylaczem), dodać około 30-40 kropli dowolnego olejku eterycznego lub mieszanki kilku olejków i dobrze wymieszać. Takim preparatem można spryskiwać całe ciało, ubrania oraz tkaniny we wnętrzach, np. pościel.

 P.s. Spotkałam się również z recepturami, w których zamiast wody używa się wódki, aczkolwiek ja dzieci i siebie samej alkoholem bym nie pryskała… 😉

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Strażnicy kosmosu – gra planszowa dla miłośników kosmicznych przygód

Strażnicy kosmosu to jedna z tych gier, które trafiają wprost do serc chłopców i dziewczynek, kochających tematykę podboju kosmosu. Czekaliśmy na tę grę jak na przysłowiowe zbawienie, bo na samo hasło Strażnicy kosmosu mój najstarszy syn aż podskoczył na krześle. Od razu stwierdził, że gra dedykowana jest specjalnie dla niego, czyli miłośnika kosmosu, wypraw i podboju planet, więc MUSI ją mieć. 

Jakoś mnie ta entuzjastyczna reakcja nie zaskoczyła, więc nie byłam zdziwiona również, gdy przyszło mi zasiadać do rozgrywek częściej, niż do czegokolwiek innego. I tylko jeden błąd popełniłam po drodze – gdybym ustaliła kaucję za każdą rozegraną rundę (wiecie, czas kosztuje ;) ) byłabym teraz bardzo bogata! Graliśmy (nadal gramy) bardzo często, bo proste zasady, świetny pomysł i ciekawe dla oka wykonanie sprawiło, że gra wskoczyła na zaszczytne pierwsze miejsce dla ulubionej planszówki.

Strażnicy kosmosu - gra planszowa

Fot. Strażnicy kosmosu – gra planszowa

Strażnicy kosmosu – co kryje pudełko?

Pudełko jest średniego rozmiaru, całkiem poręczne – jak znalazł Strażnicy kosmosu zmieszczą się do plecaka na wakacje ;) Pudełko kryje w sobie niemało, bo cały zestaw elementów potrzebnych do rozgrywki. Znajdziemy tutaj:

  • rozkładaną planszę
  • 56 żetonów najeźdźców
  • 5 dwuczęściowych statków dowodzenia
  • 4 znaczniki rakiet
  • 4 znaczniki doładowania
  • 13 naklejek do naklejenia na poszczególne elementy
  • 8 kwadratowych pionków myśliwców
  • 1 okrągły pionek miny 
  • instrukcję
Strażnicy kosmosu 

Fot. Strażnicy kosmosu – gra planszowa

Strażnicy kosmosu – zasady

Jak już wspomniałam powyżej, zasady są proste i klarowne, ciekawie pomyślane. Przeczytanie instrukcji nie zajmuje dużo czasu, polecenia i objaśnienia są jasne jak słońce – nawet dozwolone manewry są pięknie rozrysowane. Jeśli coś nam umknęło po drodze, najstarszy syn samodzielnie doszukiwał się wskazówek. Później już się tak z nimi otrzaskał, że instrukcja mogłaby zniknąć, bez uszczerbku dla naszych rozgrywek. 

O co chodzi w tej planszówce? Strażnicy kosmosu otrzymują arcyważne zadanie. Każdy z graczy staje się pilotem myśliwca (tytułowym strażnikiem kosmosu), który za wszelką cenę stara się uniemożliwić kosmitom dotarcie do Ziemi.

Ale po kolei.

Grę Strażnicy kosmosu zaczyna się od rozłożenia planszy kosmosu na środku stołu. Następnie od góry układa się rzędy kosmitów (4 rzędy po 5 sztuk), a pozostali najeźdźcy odkładani są na bok, do późniejszego wykorzystania. 

Każdy gracz otrzymuje jeden myśliwiec pierwszego stopnia (drugiego stopnia służą do  rozgrywki  w wersji rozszerzonej). Obok planszy układa się też rakiety –  można je kupić w trakcie rozgrywki za 10 zebranych punktów.

Myśliwce należy ułożyć na planszy w pierwszym rzędzie. Gracz, który rozpoczyna zabawę, kładzie także minę, na jednym w wyznaczonych dla niej pól. Myśliwce mogą się poruszać w kierunku do tyłu, do przodu, po boku i po skosie, tyle pól, ile chcą i na ile mają miejsce. Nie mogą natomiast wykonać ruchu tam, gdzie stoi inny statek.

Strażnicy kosmosu - gra planszowa

Fot. Strażnicy kosmosu – gra planszowa

Po ruchu myśliwca dokonuje się strzału i zabiera punkty ustrzelone na każdym najeźdźcy. Każdy strącony nieprzyjaciel to punkt(y) do klasyfikacji. Najeźdźca może być mniej lub bardziej wartościowy, o czym świadczy ilość posiadanych przez niego oczu. Generalnie jeden strzał pozwala zniszczyć jednego najeźdźcę, ale dzięki użyciu rakiety można zestrzelić cały ich rząd na raz. 

Kolejność działań nie zmienia się – ruch statkiem, strzał, zgarnięcie punktów i ewentualne przesunięcie miny, i tak do końca. A gra kończy się w momencie zestrzelenia ostatniego kosmity lub gdy kosmita dotrze  mimo obrony do ziemi, albo jeśli gracze nie mogą zdobywać punktów na przykład przez blokadę miny.

Strażnicy kosmosu - gra planszowa

Fot. Strażnicy kosmosu – gra planszowa

O czym trzeba pamiętać?

  • Po wykonaniu strzału można, ale nie trzeba, przesunąć minę o jedno pole w prawo. Jeśli kosmita, przesuwając się do dołu zderzy się z miną, zarówno mina, jak i kosmita, muszą zostać usunięci z planszy. 
  • W przypadku gdy trafimy pociskami innego gracza kierującego myśliwcem, musi on nam oddać ze swojego zasobu punktów najeźdźcę o najniższej wartości. 
  • Gdy gracz własnym myśliwcem zdarzy się z najeźdźcą, obaj odpadają z planszy. Gracz musi pauzować kolejkę i do gry wraca dopiero wtedy, gdy kupił sobie taką możliwość za 10 punktów. Jeżeli tych punktów nie ma, niestety kończy grę .
  • Jeżeli zestrzeli się kosmitę, który jest ostatni w kolumnie, wszystkich kosmitów przesuwamy rząd niżej, uzupełniając rząd powyższy znów o 5 kolejnych kosmitów.
  • Statki kosmiczne są również cenną zdobyczą, tyle że punkty za nie naliczane są w momencie nie pierwszego, ale drugiego zestrzelenia, co dokładnie jest wyjaśnione w instrukcji. Kiedy zastrzelona zostaje pierwsza połowa statku, nie ma za to punktów, a połowę odkłada się do pudełka i dopiero przy zestrzeleniu drugiej połowy statku, szczęściarz dostaje aż 10 punktów za to (najczęściej za cudzą robotę;) ). 

Strażnicy kosmosu mają także opcję rozszerzoną, gdzie można grać ulepszonymi statkami i wykonywać dodatkowo punktowane strzały. Próbowaliśmy rozegrać i tę wersję, bo jest nieco ciekawiej ze względu na większe możliwości kombinowania, co się opłaca lub nie, ale nadal króluje u nas opcja podstawowa. Jest nam wygodniej, bo dzieciaki już ją załapały, a wprowadzenie młodszych uczestników gry do rozszerzonych zasad powodowało delikatnie zamieszanie. Wersja podstawowa to dla nas opcja szybkiej i klarownej dla wszystkich graczy rozgrywki. 

Strażnicy kosmosu - gra planszowa

Fot. Strażnicy kosmosu – gra planszowa

Strażnicy kosmosu – wrażenia

Gra Strażnicy kosmosu zrobiła u nas furorę, dzięki dynamicznej i emocjonującej rozgrywce. Proste zasady i szybkie działania sprawiają, że jest ona ciekawa i satysfakcjonująca dla graczy.

Elementy są wykonane dokładnie i porządnie. Myśliwce i mina wykonano z drewnianych elementów, więc są trwałe i wygodne do przesuwania. Najeźdźcy i rakiety wykonane są z grubej tektury, więc również posłużą długo – myślę, że trzeba się mocno wysilić, by je zniszczyć. 

Strażnicy kosmosu - gra planszowa

Fot. Strażnicy kosmosu – gra planszowa

Muszę jeszcze wspomnieć o grafice, która kojarzy się ze starymi grami komputerowymi lub na konsole. To taki Oldschool w nowym planszowym wydaniu, do którego wielu dojrzałych graczy zapewne zajrzy przez sentyment.

Nie mam się do czego przyczepić – Strażnicy kosmosu to świetna gra, która pochłonie uwagę rozmiłowanych w kosmicznych podbojach młodszych i starszych graczy. Uczciwie mogę ją polecić, ponieważ u nas sprawdziła się na medal. 

Tytuł gry: Strażnicy kosmosu
Autor: Néstor Romeral Andrés
Ilustrator: Przemysław Fornal
Wiek: 7-107 lat
Liczba graczy: 2-4
Czas gry: 20 minut
Płeć: chłopiec / dziewczynka
Wymiary: 200 x 200 x 45

 

Dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie egzemplarza recenzenckiego gry 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Kultura 2 lipca 2020

Czworo dzieci i Coś. Recenzja z pokazu przedpremierowego

Czworo dzieci i Coś to film oparty na motywach powieści angielskiej zaliczanej do klasyki gatunku fantasy o tym samym tytule, a sama książka była inspirowana inną, o podobnym tytule: Pięcioro dzieci i Coś. Film wchodzi na ekrany polskich kin 3 lipca, czyli dzisiaj. Książki zapewne przeczytam na urlopie, a potem dam dziecku.

Czworo dzieci i Coś – film nie tylko dla dzieci

Fabuła filmu nie jest skomplikowana, bo w końcu to film dla dzieci. Ot, jak to dziś często bywa, mamy tu samotną matkę z dwójką dzieci i samotnego ojca, także z dwójką dzieci.

Alice i David dojrzeli do tego, by poznać wzajemnie swoje dzieci i przede wszystkim poznać je ze sobą. Niestety nie zabrali się do tego najlepiej, serwując dzieciom wyjazd poza miasto, z dala od cywilizacji i internetu. Wspólny weekend ma być okazją do nawiązania przyjacielskich relacji, ale… no nie zaczyna się to dobrze. Zaskoczone dzieciaki nie mają ochoty nawiązywać nowych znajomości, czują się wręcz oszukane. Róża i Robert liczyli na niespodziankę w postaci własnej matki, która kiedyś na pewno skończy studia i przyjedzie do domu. Przecież nie zostawiła ich na zawsze, prawda? Samanta, z niewiadomego powodu zwana Psujką (mnie się wydawała sympatyczna, aczkolwiek faktycznie – charakterek ma niczego sobie) i jej młodsza siostra Magdalenka co prawda nie liczą na spotkanie taty, bo dobrze wiedzą, że jest na Seszelach, no ale takiej niespodzianki to się nie spodziewały. Cała czwórka mocno się od siebie różni nie tylko wiekiem, ale i usposobieniem. To też nie wróży dobrze tej znajomości.

Początek filmu to gotowa recepta na to, jak zepsuć wstęp do tworzenia rodziny patchworkowej. Gdyby nie przygoda na klifie, nic by z tego nie było. Na szczęście los miał coś w zanadrzu.

Czym jest Coś?

Coś to niezwykłe stworzenie zamieszkujące na plaży – albo może dokładniej, w plaży, bo Coś śpi w piasku, nurkuje w piasku, pływa w piasku, je piasek i nazywa się adekwatnie do zachowania – Piaskoludek. Jest sympatycznym stworkiem z wesołą mordką. Ze względu na niski wzrost i nieco groteskową twarz skojarzył mi się z E.T. No nie da się ukryć, że „z twarzy podobny”, aczkolwiek nie jest kosmitą i nie zamierza nigdzie wyjeżdżać.

Dzieciaki znajdują Piaskoludka przypadkowo, gdy wpadają do tunelu w klifie, a potem Coś kradnie but Madzi. Okazuje się, że to sympatyczne stworzonko jest całkiem magiczne, bo po pierwsze żyje od milionów lat, po drugie – umie spełniać marzenia. A marzenia dzieciaków potrafią być naprawdę niezwykłe.

Czworo dzieci i Coś – historia z dreszczykiem

Właścicielem wynajmowanego przez dzieciaki i ich rodziców domu jest niejaki Tristan Trent, człowiek co najmniej dziwny. Łazi po klifie i okolicznych łąkach, śledzi dzieci, szczególnie Różę, i ewidentnie coś knuje. Pod pretekstem zaproszenia goszczonych osób do swojej posiadłości przyczepia chip do buta Róży. A potem śledzi każdy jej krok na specjalnym ekranie. Pewnego dnia Róża znika z radaru…

Czworo dzieci i Coś – czy warto iść do kina?

Będzie wesoło, będzie wzruszająco, chwilami strasznie. Będzie intrygująco i zabawnie. Wciągająco i magicznie, bo w końcu to film fantasy, chociaż akurat ten aspekt nie jest mocno zaakcentowany. Będzie niepokojąco i niecierpliwie… mniej więcej tak się ten film ogląda. Co dalej, szybciej, niech już idą, niech jadą, niech wracają, bo nie zdążą, niech… Nie będę Wam zdradzać wszystkich „niechów”, za to uczciwie i szczerze polecam film Czworo dzieci i Coś, nie będziecie zawiedzeni. A dla zaostrzenia apetytów poniżej wrzucam Wam dwa zwiastuny.

 

 

 

 

Czworo dzieci i Coś – film idealny?

No dobra, żeby nie było, że tylko słodzę i cukruję, powiem Wam, co mi się nie podobało. Duśce też.

Po pierwsze nie podobał nam się dubbing, był mocno drewniany i kanciasty, co najbardziej rzucało się w oczy w przypadku Alice i Davida. Dzieciaki wypadły zdecydowanie bardziej naturalnie, natomiast Tristan Trent był na tyle dziwacznym zjawiskiem, że i jego styl mówienia można było podciągnąć pod ogólne dziwactwo. Niemniej nie ukrywam, widywałam lepiej dubbingowane filmy i ten akurat wolałabym obejrzeć z lektorem albo nawet napisami. Ewentualnie lepszym dubbingiem ;-) Mimo to film daje się oglądać, bo akcja jest na tyle wartka, że ta kanciastość z minuty na minutę traci na znaczeniu.

Druga rzecz, której kompletnie nie rozumiem, to spolszczone imiona dzieciaków. W oryginale nie mamy Róży, tylko Rose, zamiast Roberta jest Robby (no to akurat kosmetyczna zmiana), Psujka to Smash, a Magdalenka tudzież Madzia to Maudie. Biorąc pod uwagę, że akcja filmu dzieje się w Kornwalii, angielskie imiona byłyby bardziej na miejscu. No ale to takie moje czepialstwo, nie wszystkim musi przeszkadzać.

Ogólnie jestem na duże TAK

Mieliśmy okazję rodzinnie obejrzeć film w domu (ach ta magia przedpremierowych pokazów w internecie!) i muszę Wam uczciwie powiedzieć – dobrze, że nie poszliśmy do kina, bo wyszlibyśmy na nieokrzesanych dzikusów :P Okrzykom typu: „Nie idź tam! Uważaj! Matko, co oni robią. No niech się pospieszą, bo nie zdążą! O rany, przecież to…” nie było końca. Wciągnęliśmy się wszyscy jak dzieci.

To nie tylko opowieść o piaskowym stworku i dziwnym sąsiedzie w tajemniczym zamku, ale reszty nie mogę Wam zdradzić, bo to by było nie fair. Powiem tylko, że mnie ta historia naprawdę urzekła.

Zdjęcia: Best Film 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close