Kultura 13 grudnia 2019

Kod Dedala – recenzja tydzień przed premierą

Kod Dedala oficjalną premierę będzie miał 20 grudnia – w ostatni piątek przed świętami, ale ja miałam przyjemność zobaczyć go wcześniej. Jeśli więc zastanawiacie się, czy jest coś lepszego do roboty w następny weekend niż gotowanie bigosu i skrobanie karpia – odpowiedź znajdziecie poniżej.

Kod Dedala, czyli jak tłumaczono Inferno

Powiedzenie, że film powstał na bazie faktów, byłoby dużą przesadą, ale nie można nie zauważyć, że inspiracją do powstania Kodu Dedala były rzeczywiste wydarzenia. Dan Brown to nazwisko, które elektryzuje miłośników thrillerów na całym świecie, a zdolni hakerzy robią, co mogą, by wydobyć choćby fragmenty jego książek przed światowymi premierami. Inferno może nie dorównało słynnemu Kodowi da Vinci, ale było mocno wyczekiwaną książką w 2013 roku. Niewiele osób wie, że światowa premiera tego samego dnia w różnych zakątkach globu była możliwa dzięki równoczesnemu tłumaczeniu dzieła przez zamkniętych we włoskim bunkrze i odizolowanych od świata tłumaczy. Radykalne środki ostrożności miały zapobiec ewentualnym wyciekom. Eksperyment się udał, premiera Inferno była sukcesem. Natomiast sam pomysł odizolowania i zmuszenia do pracy w jednym pomieszczeniu kilku tłumaczy stał się kanwą do powstania Kodu Dedala. Jednak myliłby się ten, kto by przypuszczał, że praca tłumacza jest nudna i monotonna, a sam film banalny.

Kod Dedala – francuskie kino i… zmiana tytułu

Domyślam się, że to zabieg marketingowy i może nawet trafiony, niemniej… niepotrzebny. Film obroniłby się i bez tego. W oryginale nosi tytuł: Tłumacze, bo najwyraźniej francuski producent nie czuł potrzeby sztucznego podbijania zainteresowania nawiązywaniem do Kodu da Vinci. I słusznie.

Francuskie kino to majstersztyk sam w sobie. Znacząco różni się od produkcji hollywoodzkich, więcej tu grania emocjami niż typowych scen akcji.

Trzeba przyznać Francuzom, że się postarali. Dobór aktorów zachwyca. Rosyjską tłumaczkę gra Ukrainka – Olga Kurylenko, duńską – Dunka Sidse Babett Knudsen, niemiecką oczywiście Niemka – Anna Maria Sturm, portugalską – Brazylijka Maria Leite, włoskiego tłumacza – Włoch Riccardo Scamarcio, hiszpańskiego, a jakże – Hiszpan Eduardo Noriega, angielskiego Alex Lawther, chińskiego Frédéric Chau (Wietnamczyk, ale wybaczmy ten drobiazg). Moim ulubieńcem był tłumacz grecki, grany oczywiście przez Greka – Manolisa Mavromatakicha. Ten jego cynizm jest nie do podrobienia!

Wspomniane nazwiska to nie tylko plejada gwiazd światowego formatu. Ten prosty w sumie zabieg genialnie podkreślił różnice temperamentów i osobowości tłumaczy, nierzadko ukształtowaną kulturą, w jakiej zostali wychowani. Podejrzewam, że obsadzenie w rolach cudzoziemców samych Francuzów nie dałoby tego efektu, dlatego czapki z głów przed twórcami filmu.

Wypadałoby wspomnieć jeszcze o bezwzględnym wydawcy, w którego po mistrzowsku wcielił się Lambert Wilson – człowiek, który motto: „po trupach do celu” ma niemalże wypisane na twarzy. Albo tak dobrze gra.

Kod Dedala, o czym właściwie jest ten film

Nie lubię zdradzać treści książek ani filmów, teraz też tego nie zrobię. Powiem tylko, bo to można przeczytać w internecie dowolną ilość razy, że nie wszystko poszło zgodnie z planem. Mimo niesamowitych wręcz zabezpieczeń, odebrania telefonów komórkowych, dostępu do internetu pewnego dnia w sieci pojawia się początek tłumaczonej książki. To trzecia część kultowego już Dedala. Może sam wyciek nie byłby problemem, gdyby nie poszło za nim żądanie okupu. Kto i jak wyniósł bezcenny tekst na zewnątrz luksusowego, ale jednak bunkra? Czego oczekuje, czym grozi, czy uda mu się spisek? No cóż – odpowiedź w kinach już za tydzień :P

Kod Dedala – warto, czy nie warto?

To nie jest kino akcji, więc jeśli liczycie na sceny rodem z Jamesa Bonda, odpuśćcie sobie. Chociaż może nie? Scena w pociągu niewątpliwie podnosi poziom adrenaliny we krwi.

Na sceny miłosne też nie powinniście liczyć. W tym filmie nie ma obscenicznego seksu. Za to nie zabraknie przemocy i scen absolutnie nie dla dzieci, dlatego nie próbujcie ich przemycać.

Film został zrobiony na typowo francuską modłę. Delikatnie usypia widza, każe mu myśleć, że wszystko zostało wyjaśnione i właściwie można by wyjść z kina, tylko po to, by za chwilę mocno nim potrząsnąć i bezczelnie zaśmiać się w twarz: „Myślisz, że wiesz już wszystko? Nic nie wiesz, siedź i oglądaj dalej”. I tak kilka razy. Zwroty akcji są tym bardziej zaskakujące, że absolutnie nie da się ich przewidzieć. Piszę to z całą odpowiedzialnością. Nawet jeśli poczuliście się przygotowani i zachowacie czujność, bądźcie pewni, że scenarzyści Was przechytrzą.

Gdybym miała wybierać między świątecznymi przygotowaniami a kinem, wybrałabym kino i to nie dlatego, że nie lubię gotować.

Kod Dedala – tego w żadnym filmie nie widziałam

A na koniec Was zaskoczę. W żadnym, ale to naprawdę żadnym filmie z napisami nie widziałam literówek :P A w tym tak i to aż trzy. Pierwsza to „to” zamiast „kto”, druga „Pan” zamiast „Pani”, trzeciej niestety nie zapamiętałam, ale była dosłownie chwilę po drugiej. Dajcie znać, czy produkcja zdążyła poprawić do oficjalnej premiery, bo jednak trochę kwas.  

 

Zdjęcie: Best Film

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Uroda 11 grudnia 2019

Naturalny peeling – dlaczego warto go robić regularnie

Nasza skóra każdego dnia produkuje mnóstwo nowych komórek, które przemieszczają się do góry, w stronę wierzchniej warstwy naskórka, gdzie w końcu obumierają i złuszczają się. Proces ten nieustannie się powtarza, a cały cykl odnowy trwa mniej więcej dwadzieścia osiem dni (choć z wiekiem, na skutek złego trybu życia, stresu, itp. czas ten się wydłuża).

Istotną dla nas informacją jest to, że na powierzchni skóry, codziennie „porzucane” są miliony martwych komórek, które zatykają pory i stanowią pożywienie dla bakterii, powodując pojawianie się zaskórników oraz wyprysków, a nawet stanów zapalnych. Jeśli więc nie będą one regularnie usuwane, skóra będzie miała problem z oddychaniem, cyrkulacją wody i produkcją nowych komórek, a zatem z regeneracją oraz wchłanianiem składników aktywnych zawartych w kosmetykach.  W efekcie skóra stanie się sucha, szorstka, szara i pozbawiona blasku.

Naturalny peeling – dlaczego warto go robić i na co zwrócić uwagę?

Dlatego peeling to podstawa oczyszczania i prawidłowej pielęgnacji. Usuwa bowiem wierzchnią (martwą) warstwę  naskórka oraz wszelkie zanieczyszczenia, jakie osadzają się na powierzchni skóry w ciągu dnia. Ponadto pobudza krążenie, stymuluje produkcję kolagenu, poprawia jędrność  i sprawia, że kosmetyki bez problemu przenikają oraz głębiej penetrują. Dzięki temu skóra odwdzięcza się później dobrą kondycją i ładnym, promiennym wyglądem.

Peelingi powinno wykonywać się średnio raz w tygodniu, niezależnie od pory roku. Trzeba jednak uważać: zimą, szczególnie mroźną – wówczas nie zaleca się złuszczania na krótko przed wyjściem na dwór, a także latem, w gorące, słoneczne dni – koniecznie trzeba wtedy pamiętać o aplikacji kremu z filtrem UV.

Przy doborze rodzaju eksfoliacji oraz częstotliwości, należy mieć oczywiście na względzie między innymi typ oraz stan skóry. Jeśli np. masz cienką i wrażliwą skórę, zamiast chemicznych, wybieraj peelingi enzymatyczne –z enzymami z owoców lub kwasami owocowymi, które rozpuszczają martwe komórki naskórka, bez konieczności tarcia i podrażniania. Nakładaj je raz lub dwa razy w tygodniu, na pięć, maksymalnie dziesięć minut i zmyj letnią wodą.

W przypadku cery grubszej, tłustej i trądzikowej, można pozwolić sobie na nieco mocniejszy peeling, z tym że, trzeba pamiętać o tym, by nie przesadzić w drugą stronę i nie wykonywać go zbyt często, ani zbyt agresywnie. Ważne jest również, by uważać na świeże wypryski (z białymi końcówkami) – ich treść łatwo można przenieść, przyczyniając się do powstania nowych grudek.

Pamiętaj, że zabiegowi złuszczania należy poddawać nie tylko twarz, ale i też całe ciało, włącznie ze skórą głowy! Dobrą informacją jest to, że skóra na ciele jest grubsza niż na twarzy, więc nie trzeba się z nią obchodzić tak delikatnie, jak z cerą ;-) Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że w Korei rytuałem kąpielowym jest mycie – a w zasadzie szorowanie – raz w tygodniu ciała chropowatą myjką. W ten sposób matki szorują nawet swoje córki od najmłodszych lat ;-)

Jak zrobić naturalny peeling?

Peelingi można oczywiście kupić gotowe do użytku w dowolnym sklepie, ale śmiało można zrobić je samemu w domu, tworząc w stu procentach naturalny kosmetyk i sporo przy tym zaoszczędzając. Ich produkcja jest banalna i szybka, a przy tym pozwala świadomie decydować co na siebie zaaplikujemy.

Naturaly peeling można przygotować w zasadzie z tego, co mamy w kuchni, tzn.: z sody oczyszczonej, drobnoziarnistej soli i cukru, z płatków owsianych, otrębów, cynamonu, maku, dowolnej mąki, ze  zmielonych migdałów, jęczmienia, czy surowego ryżu, a nawet z fusów po kawie.

Do takich produktów należy dodać coś, co ułatwi rozprowadzanie kosmetyku na skórze, np. oleje: kokosowy, jojoba, arganowy, z pestek malin, z awokado, z pestek moreli lub winogron bądź oliwę z oliwek. Można też zamiast oleju użyć jogurtu, kefiru, mleka lub śmietany.

Podstawową wersję śmiało możemy wzbogacić o ulubione olejki eteryczne, miód bądź sok z cytryny, który nada naszemu peelingowi właściwości rozjaśniających. Proporcje dobieramy wedle uznania, w zależności od tego, jaką konsystencję lubimy i ile kosmetyku potrzebujemy – tylko na twarz, czy na całe ciało.

Tak naprawdę peeling to najprostszy kosmetyk, a zarazem zabieg, jaki możemy same stworzyć, we własnym domu. Trzeba próbować, eksperymentować  (lecz z rozsądkiem, nie nakładajcie na siebie czegoś, czego nie mogłybyście zjeść! ;-)), no i dobrze się przy tym bawić. A w efekcie cieszyć piękną i gładką skórą.

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Beautysupply
Beautysupply
8 miesięcy temu

Naturalny peeling to swoista oszczędność i portfela i czasu, gdyż nie musimy spędzić czasu. Zawsze alternatywą są zakupy przez internet np w https://beautysupply.pl/ Często do stworzenia peelingu wystarczy to co mamy w swoich szafkach kuchennych :)

Emocje 6 grudnia 2019

Depresja poadopcyjna – czy da się jej zapobiec?

Depresja poadopcyjna to nie mit i nie „moda na nową chorobę”. Statystycznie pojawia się częściej niż depresja poporodowa, jednak jest wstydliwie zamiatana pod dywan.

Depresja poadopcyjna – przyczyny

Mogłoby się wydawać, że skoro adopcyjna mama nie przeszła przez trudy porodu, huśtawkę hormonalną i problemy z własną fizycznością, to problem depresji nie powinien jej dotyczyć. Nieprawda. Depresja poadopcyjna to skutek nierzadko długiego „docierania się” rodziców i dzieci. Brak sił i wiary w siebie jest bardzo częsty, a myślenie „znowu zawiodłam/zawiodłem” staje się niemal mantrą. Adopcyjni rodzice muszą także stawić czoło otoczeniu. Niestety nie zawsze adoptowane dzieci są dobrze przyjęte przez dalszą rodzinę i znajomych. To wszystko sprawia, że nie dostają wsparcia, którego się spodziewali i które dostawali przy walce z niepłodnością. Pozostawieni sami sobie czują, że sytuacja ich przerasta i… wpadają w depresję. Częściej kobiety, ale mężczyźni też.

Depresja poadopcyjna – objawy

Objawy depresji poadopcyjnej są podobne do każdej innej. Permanentne zmęczenie, brak sił, niechęć do podejmowania jakiegokolwiek wysiłku, brak uśmiechu na co dzień, wieczny pesymizm… Jeśli do tego dochodzi konieczność zmuszania się do zajmowania się dzieckiem, pora zacząć szukać pomocy.

Depresja poadopcyjna – czy można jej uniknąć

Chciałoby się powiedzieć, że tak, ale rzecz nie jest łatwa. Depresja poadopcyjna może pojawić się dosłownie w każdej chwili i to niekoniecznie tuż po przywiezieniu dziecka do domu. Czasem pojawia się nawet kilka tygodni później. Teoretycznie może dotyczyć każdego, ale częściej dopada rodziców u których nastąpiło nagłe zderzenie radosnych oczekiwań z brutalną rzeczywistością. Innymi słowy, lepiej przybrać postawę „oczekuj najlepszego, szykuj się na najgorsze”. Rodzice, którzy spodziewają się problemów związanych z okresem adaptacyjnym po adopcji, nie łudzą się, że ich życie będzie rodzinną sielanką znaną z serialu „Rodzina zastępcza”, rzadziej zapadają na depresję poadopcyjną.

Depresja poadopcyjna – nie miej wyrzutów sumienia

Depresja poadopcyjna, podobnie jak poporodowa, częściej dotyka kobiety, choć zdarza się też u mężczyzn. Jednak o ile kobiety są świadome możliwości wystąpienia depresji poporodowej, depresja poadopcyjna na ogół jest zaskoczeniem dla rodziców. Mało tego, jest powodem potężnych wyrzutów sumienia. Błędne koło myślenia „nie dość, że swojego nie urodziłam, to nawet cudzego nie umiem wychować, widocznie nie nadaję się na matkę, słusznie jestem bezpłodna” zaczyna się toczyć niebezpiecznie szybko. Tymczasem depresja poadopcyjna nie jest powodem do wyrzutów sumienia ani wstydu. Jest skutkiem silnego stresu, bo adopcja, chociaż niewątpliwie piękna sama w sobie, jest silnie stresogenna. Rodzicielstwo w niczym nie przypomina tego z reklam i kolorowych folderów, a kurs w ośrodku adopcyjnym nie jest w stanie przygotować na wszystko. Paradoksalnie rodzicom adopcyjnym może być nawet trudniej. Kobieta, która nie przeszła trudów ciąży i związanych z nią ograniczeń jest narażona na silniejszy stres spowodowany zmianami w życiu. Dlatego nie ma sensu chować głowy pod koc. Lepiej poprosić o pomoc fachowca – psychologa lub terapeutę. Szacuje się, że depresja poadopcyjna pojawia się w około 60% rodzin adopcyjnych.  

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close