Lifestyle 19 lutego 2021

Jak się jeździ na sankach? Nie wszyscy robią to dobrze

Jazda na sankach nie jest skomplikowaną czynnością. Teoretycznie nawet dziecko da radę. W praktyce, przynajmniej tak wynika z moich obserwacji, nie wszystkie dzieci umieją jeździć na sankach. Co prawda zima odpuszcza, ale tylko chwilowo, dlatego postanowiłam przygotować krótki poradnik. Może się przydać jeszcze w tym roku. 

 

Jazda na sankach – jakie sanki kupić?

Ponoć w tym roku z kupnem sanek były gigantyczne problemy. Wiem to z pierwszej ręki, bo od kasjerki z Biedronki. Jak nawet jej nie udało się kupić, to faktycznie musiało być ciężko. Za to jak świeże bułeczki rozchodziły się sanki używane, co wcale nie było takim złym pomysłem, bo te stare konstrukcje nierzadko są lepsze.

 

Jeśli jednak kupujesz nowe sanki to:

– nie oszczędzaj na cenie kosztem wielkości – lepiej trochę dopłacić i kupić większe,

– poszukaj takich, z których można zdjąć oparcie. Ono przydaje  się tylko w przypadku bardzo małych dzieci, tym starszym przeszkadza w swobodnym zjeżdżaniu,

– drewniane płozy z aluminiowymi blachami to średnio dobre rozwiązanie, lepiej jeżdżą sanki, które mają płozy w całości z aluminium,

– jeśli sanki mają pałąk do pchania (bardzo przydatny w przypadku najmłodszych), sprawdź, czy można go odczepić.

 

Na temat plastikowych sanek się nie wypowiem, bo ich nie znam. Wyglądają spoko, ale czy faktycznie takie są, to Wy mi powiedzcie. 

 

Jaką pozycję przyjąć do jazdy na sankach?

Niegdyś najwięksi kozacy zjeżdżali „na śledzia”, czyli kładli się na brzuchu głową w kierunku jazdy. W tym roku takiego odważniaka nie widziałam, może nikt nie powiedział, że można, a sami na to jeszcze nie wpadli. Za to przy siadaniu na sankach sporo dzieci popełnia błąd, przybierając niewłaściwą pozycję. Po prostu siadają okrakiem jak na krześle, stawiając nogi na płozach. Może z małej górki da się tak zjechać, z dużej już nie. Sanki nabierają rozpędu, ciało automatycznie przechyla się do przodu i… bum na śnieg! 

Dlatego uczulcie dzieciaki, że przy zjeżdżaniu na sankach należy odchylić tułów do tyłu, a nogi wyprostować i nie stawiać ich na płozach. To przecież za pomocą nóg (butów) zmienia się w razie potrzeby kierunek jazdy. Dla niewtajemniczonych – przy postawieniu na śniegu prawej nogi skręcimy w prawo, lewej – w lewo. Oczywiście stawiamy raczej piętę niż całą stopę, albo, bardziej dosłownie, ryjemy nią po śniegu. Nie boli i buty się nie niszczą. 

 

Jakie zasady obowiązują na górce?

Jeśli na górce jest dwoje dzieci to spokojnie, dadzą radę. Ale jak jest tych dzieciaków dwadzieścia albo więcej, to robi się problem. Niestety nie wszystkie (obserwowałam jedną górkę, ale sporą, lekko licząc, było pięćdziesięciu małych amatorów zjeżdżania), albo raczej zaledwie kilkoro wie, że o ile zjeżdża się środkiem, to podchodzi się bokiem. Bokiem kurde, bo środkiem jadą następni i nie wchodzi się im pod sanki. Nie każdy umie skręcać, właściwie mało kto umie. 

Podobny problem zauważyłam z tymi dziećmi, które się przewrócą. Zamiast się szybko podnieść (rzadko, naprawdę rzadko dziecko po upadku się samo nie podniesie), leżą i czekają na zmiłowanie. A za nimi jadą następni… Właściwie fajnie byłoby, gdyby dzieciaki młodsze i starsze zapamiętały jedną zasadę: kto jedzie, ten ma pierwszeństwo. Aha, dla własnego i cudzego bezpieczeństwa warto zachować odstęp między zjeżdżającymi. 

 

Rodzice na górce 

Nie ukrywam, że mocno mnie rozczarowali, przynajmniej niektórzy. No nie są tacy starzy, żeby na sankach nigdy nie zjeżdżać, za czasów ich dzieciństwa jakieś zimy chyba bywały. Tymczasem poziom ich wyobraźni jest mniej więcej taki sam, jak ich dzieci. Właściwie trudno do tych dzieci mieć pretensje, skąd mają wiedzieć, że podchodzi się bokiem, jak nikt im tego nie powie? 

Albo inny obrazek. Dziecko na oko trzy – czteroletnie samo zjeżdża na sankach. Daje radę. No super. Ale podchodzi środkiem. Zwracamy ojcu uwagę, aby pouczył dzielnego potomka, żeby jednak bokiem, bo to i dla niego i innych uczestników zabawy będzie bezpieczniejsze. Na co tatuś:

– On uważa na siebie.

I w tym jednym zdaniu zawiera się kwintesencja wszystkiego: NA SIEBIE.  Co zresztą nie jest prawdą, bo taki maluch nie zdąży uciec przed pędzącymi na niego sankami, a nie wszystkie dzieci umieją skręcać. Niemniej to „na siebie” wyraźnie pokazuje, w jakim kierunku idzie (przynajmniej u niektórych) współczesne wychowanie. A fajnie by było, jakby taki krasnoludek i o innych pomyślał. Bokiem górki wcale nie idzie się dłużej. 

 

Czy na górce można pić?

Moim prywatnym zdaniem nie, bo zaraz pojawi się problem braku toalety. Natomiast warto wziąć jakiś  termos albo butelkę termiczną z ciepłym napojem na powrót. Bo, jak wiadomo, z górki schodzi się nie gdy jest ciemno, ale gdy dłonie i stopy całkiem zesztywnieją, a na twarzy pojawią się pierwsze ślady odmrożeń. Przynajmniej tak się robiło w czasach mojego dzieciństwa. 

Zdjęcie: Pixabay

Zobacz inne wpisy o tej tematyce:
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Zdrowie 18 lutego 2021

Samobadanie piersi. Spraw, by rak Cię nie zaskoczył

Samobadanie piersi jest czynnością, która ma olbrzymie znaczenie dla zdrowia kobiety. Jego przeprowadzenie nie sprawia trudności, nie zabiera dużo czasu, za to jest nieocenione we wczesnym wykrywaniu raka piersi. Samobadanie piersi powinno być traktowane jako obowiązek, wynikający z miłości kobiety do samej siebie. 

Samobadanie piersi to podstawa we wczesnym wykrywaniu niepokojących zmian w ich strukturze. Wiele kobiet uratowało własne życie dzięki samobadaniu, wykrywając nawet małe guzki, będące nowotworem w I stadium rozwoju. Rak piersi wykryty we wczesnym etapie daje bardzo duże szanse na leczenie zakończone sukcesem. Warto pamiętać o tym i pilnować zdrowia piersi bez względu na wiek. 

Statystyki mówią, że na raka piersi chorują zarówno kobiety młodsze, jak i starsze. Po 35. roku życia liczba zachorowań rośnie, a najwięcej kobiet choruje pomiędzy 5. a 7. dekadą życia. Rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem wśród kobiet w Polsce, ale uwaga – może rozwinąć się także u mężczyzny. 

Samobadanie piersi – kiedy je przeprowadzić?

Samobadanie piersi należy przeprowadzać co miesiąc, najlepiej w jednym, odgórnie ustalonym terminie. Lekarze zalecają, by było to kilka dni po miesiączce, między 6. a 9. dniem cyklu. Zalecenie to wynika z faktu, że piersi w tym czasie są bardziej jednolite i nie tak wrażliwe, więc łatwiej jest zauważyć odstępstwa od normy. Można to zrobić pod prysznicem, przed lustrem, a także leżąc na łóżku. Świetnie się sprawdza pora kąpieli, gdy skóra jest namydlona i łatwiej jest poprowadzić dłoń po skórze. Dobrze jest mieć przed sobą lustro, w którym można przyjrzeć się obu piersiom. 

Samobadanie piersi – jak przeprowadzić je krok po kroku?

  1. Stań przed lustrem, unieś obie ręce do góry i sprawdź je pod kątem ewentualnych zmian w wyglądzie;
  2. Opuść ręce na biodra, naciśnij rękoma na tułów, napnij klatkę piersiową i przyjrzyj się swoim piersiom;
  3. Lewą dłoń oprzyj z tyłu głowy, prawą opuść na lewą pierś, rozpłaszczając ją. Trzema palcami (wskazującym, środkowym i serdecznym) naciskaj na skórę i zataczaj na piersi niewielkie kręgi. Zacznij od obojczyka i prowadź palce wokół piersi po najszerszym jej obwodzie, kierując się do brodawki. Najpierw uciśnij lekko, a następnie, w tym samym miejscu piersi zwiększ ucisk.
  4. Ściśnij brodawki i zaobserwuj, czy płyn nie wycieka samoistnie, lub nie ma wycieku wydzieliny po ucisku;
  5. Sprawdź pod pachą, czy węzły chłonne nie mają żadnych grudek, nie są powiększone. Następnie oceń okolicę nad- i podobojczykową.
  6. Czynności powtórz na drugiej piersi.

Jeśli nadal nie masz pewności, jak przeprowadzić samobadanie piersi, obejrzyj filmik instruktażowy „Samobadanie piersi – zdrowe piersi krok po kroku”

Co powinno skłonić Cię do wizyty u lekarza?

Te zmiany powinny zwrócić Twoją uwagę:

  • guzek, który wyczujesz pod palcami;
  • zmiana kształtu piersi, ich wielkości, lub napięcia skóry;  
  • nagłe wciągnięcie brodawki sutkowej;
  • wszelkie pojawiające się wgłębienia w skórze, „skórka pomarańczowa”, napięte obszary skóry, zaczerwienienia, i inne;
  • uwidocznione żyły na piersiach;
  • wyciek płynu z brodawki sutkowej, następujący samoistnie lub po ucisku (szczególnie jeśli zawiera domieszkę krwi);
  • powiększone węzły chłonne w dole pachowym;
  • owrzodzenie i martwica skóry piersi.

Jeśli podczas samobadania zauważysz niepokojące zmiany, czas na wizytę u lekarza ginekologa. Ale nie martw się na zapas – większość wykrytych guzków okazuje się niezłośliwymi zmianami. Niemniej jednak lepiej wykluczyć domniemany nowotwór, niż pozwolić, by faktyczny rak piersi odbierał zdrowie.

Gdy lekarz uzna, że warto zmianie przyjrzeć się bardziej, zleci USG piersi lub badanie mammograficzne. Nie musisz czekać na taką „okazję” i możesz, a nawet powinnaś (!) wykonywać badania profilaktyczne, zanim pojawią się niepokojące objawy.

Samobadanie i wsparcie specjalisty ratuje życie

Pamiętaj o badaniach profilaktycznych, i w zależności od przedziału wiekowego:  

  • 20 – 40 lat –  wykonuj samobadanie piersi co miesiąc i zgłaszaj się na badanie palpacyjne piersi przez lekarza co 1-2 lata; 
  • 40 – 49 lat –  wykonuj samobadanie piersi co miesiąc, zgłaszaj się na badanie palpacyjne przez lekarza co rok, na mammografię co 1-2 lata;
  • po 50 roku życia – wykonuj samobadanie piersi co miesiąc, zgłaszaj się na badanie palpacyjne przez lekarza co rok, i na mammografię również co rok.

Jeśli należysz do kobiet z grupy zwiększonego ryzyka zachorowania na raka piersi, na badania zgłaszaj się zgodnie z zaleceniami lekarza. 


źródło informacji: zwrotnikraka.pl

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Ciąża 17 lutego 2021

Poród w czasie pandemii covid-19

Ciąża to czas wyjątkowy dla mamy i całej rodziny. Najczęściej towarzyszy tu para skrajnych emocji: radość i lęk. A jak wygląda ciąża i poród w czasie pandemii?

Dokładnie trzy miesiące temu przyszła na świat nasza druga córka. Zarówno ciąża, jak i poród, mimo obecnej sytuacji z pandemią, były dla mnie czymś wyjątkowym. Zwłaszcza, że po raz pierwszy zostałam mamą aż dziesięć lat temu. Kiedy starszej córce zaczął doskwierać brak rodzeństwa, obudziło się we mnie to uśpione na lata marzenie. W ciążę udało mi się zajść niemal od razu, choć za pierwszym razem nie poszło nam tak łatwo, o czym możecie przeczytać tutaj. Na teście pojawiły się dwie kreski, a z nimi informacja o zbliżającej się pandemii. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, co nas wszystkich czeka, więc pewnie gdyby nie udało się od razu, przełożylibyśmy swoje plany.

Ciąża przebiegała raz lepiej, raz gorzej, czyli można powiedzieć, że książkowo. Towarzyszył mi spory strach podczas badań, zwłaszcza prenatalnych, ale czas ten przyniósł mi też wiele radości. Starałam się nie przejmować tym, co dzieje się wokół i skupić na tym co najważniejsze, czyli na nowym życiu w moim łonie i tym już dziesięcioletnim, które odliczało dni do porodu. Jednak niełatwo było zapomnieć, że za oknem panuje pandemia covid-19. Starałam się nie wpuszczać lęku za drzwi naszego mieszkania, ale nie dało się z tym wygrać.

Jak wyglądał poród w czasie pandemii?

Po pierwsze, nie tak jak sobie wymarzyłam. Informacja o wstrzymanych porodach rodzinnych rozłożyła mnie psychicznie na wiele dni. Przepłakałam kilka wieczorów i nie miałam ochoty wychodzić z łóżka. Obecność mojego męża była dla mnie bardzo ważna. Mając już takie doświadczenie, wiem, że jego rola była nieoceniona. Odebrano nam możliwość przeżycia czegoś niezwykłego, ale też czułam, jakby zabrali mi prawą rękę i ogromne wsparcie. Niestety musiałam się z tym pogodzić, a raczej przyjąć ten fakt. Przyszła też pora na spakowanie torby, a konkretnie walizki na kółkach, żeby nie musieć jej nosić. Trzeba było dokładnie przewidzieć, co będzie mi potrzebne w szpitalu, łącznie z przekąskami i dużą ilością wody do picia w małych butelkach (tego brakowało mi najbardziej za pierwszym razem), ale tak bym dała radę sama się z tym wszystkim zabrać, mimo nasilających się skurczy, bo poza porodami rodzinnymi, zostały wstrzymane również odwiedziny.

Im bliżej daty porodu, tym było mi trudniej. Nie tylko z powodu zaleceń leżenia, by dotrzymać ciążę do bezpiecznego terminu, ale strachu czy oddział ginekologiczno-położniczy nie będzie zamknięty z powodu kwarantanny. I choć pracownicy służby zdrowia zakładali pokerowe maski, nie zdradzając za wiele, bardzo łatwo można było ustalić, że ktoś z nich przechodzi koronawirusa i wstrzymane są przyjęcia. Niestety, dotyczyło to wszystkich szpitali, dlatego lekarz polecił, by na bieżąco orientować się jak wygląda sytuacja, zanim jeszcze zacznie się poród. Ogromnie stresowałam się, co mnie czeka. Nie umiałam skupić myśli na porodzie, wciąż sprawdzałam różne źródła, by mieć aktualnie informacje (poczta pantoflowa jest w tej sytuacji dobrym wyjściem). Ale nie tylko tego się bałam. Co, jeśli będę zakażona koronawirusem lub obejmie mnie kwarantanna? Wówczas powinnam wezwać covidową karetkę, która zawiozłaby mnie do odpowiedniego szpitala. W moim przypadku, około 100 km od domu. Po porodzie, znając praktyki szpitali, rozdzielono by mnie z córką. Tego było dla mnie już za wiele. Poziom lęku sięgał maksimum skali.

15 listopada o 4.30 nad ranem odeszły mi wody. Szczerze mówiąc, bardzo na to liczyłam, miałam pewność, że nikt nie odprawi mnie z kwitkiem, uznając skurcze za „fałszywy alarm”. Do Izby Przyjęć weszłam już sama, a tam przywitała mnie pani z patyczkiem w dłoni. Na szczęście wynik okazał się negatywny. Po przekroczeniu drzwi porodówki musiałam zostawić lęki i przestawić się na tryb zadaniowy. Choć w większości personel był bardzo wspierający, nie obyło się bez kąśliwych komentarzy. Czasoprzestrzeń podczas porodu nie istnieje, dlatego wspierałam się aplikacją do mierzenia skurczy (za pierwszym razem zajmował się tym mąż), co zostało skrytykowane przez pana doktora.
Cały poród musiał odbywać się w maseczce, o czym wcześniej dowiedziałam się w szkole rodzenia. Zabrałam ze sobą mini przyłbicę za radą położnej. Były chwile zwątpienia i niemocy. Oprócz tlenu, jak nigdy brakowało mi wsparcia męża i jego „dasz radę”.

O 11.30 w niedzielę, przyszła na świat nasza druga córka. I choć tym razem wszystko wyglądało inaczej, wielka miłość do nowo narodzonej istoty jest tak samo mocna i wszystko staje się nieważne. (O pierwszym porodzie przeczytacie w tekście „Niedziela, czyli jak zaplanować sobie poród”)
W sali byłam z jeszcze jedną mamą, z którą oddawałyśmy się wymianie doświadczeń, obie miałyśmy już wcześniej dzieci. Nie wiem, czy właśnie to było powodem, ale personel ograniczył wejścia do sali do minimum. W zasadzie był u nas może 4 razy przez cały pobyt. Za każdym razem wymagane były od nas maseczki.

Kiedy nadeszła pora wyjścia, mąż mógł wejść do budynku i zaczekać przed drzwiami oddziału. Tak właśnie poznał swoją drugą córkę, w przejściu, na schodach…
Cieszę się ogromnie, że wszystko przebiegło bez większych problemów i obie, w pełni sił, mogłyśmy wyjść do domu, do naszego normalnego świata.

Teraz z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wszystko jest do przejścia. Co prawda nie były to chwile łatwe, ale wszyscy musimy odnaleźć się w tej ciężkiej rzeczywistości. Życzę nam wszystkim, żeby sytuacja w końcu się unormowała i żeby jedynym zmartwieniem był wybór imienia :)

Podziel się z nami w komentarzu swoją historią o porodzie w czasie pandemii covid-19.

Subscribe
Powiadom o
guest
10 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Ela
Ela
2 miesięcy temu

Najważniejsze to trafić na empatycznych ludzi. Wiem że im też nie jest łatwo pracować w takich warunkach, jednak porodówka to szczególny oddział. Wiele zależy od położnych, a nie trudno o traumę.

(nie)Magda(Lena)
(nie)Magda(Lena)
2 miesięcy temu
Reply to  Ela

Tak, to prawda. Wiele zależy od ludzi na których się trafi, ale też całkiem sporo od naszego nastawiania. Trzeba być do tej myśli :)

Magda
Magda
2 miesięcy temu

Moje miejsce porodu zostało zamknięte przez kwarantannę personelu. Najbliższe szpitale zaczęły przyjmować pacjentki głównie na planowe CC, na cito załatwiałam miejsce żeby dostać się do prywatnej porodówki i tak o to po wizycie u doktora w prywatnej klinice 2 godziny po wizycie i informacja, że przyjmą mnie do siebie, odeszły mi wody i tego samego dnia trafiłam bez badań w 36 tyg ciąży do kliniki. Przyjęli mnie, nie odesłali ze wcześniakiem i byłam im za to bardzo wdzięczna ❤️ Szczęście w nieszczęściu miałam gdzie rodzić ale sytuacja z pandemią była dla mnie strasznie stresująca.

Ela
Ela
2 miesięcy temu
Reply to  Magda

Ja z nerwów też urodziłam szybciej, w 37 tygodniu. Lekarz powiedział, że gdyby mnie nie chcieli przyjąć to mam zadzwonić do niego to odbierze mój poród w swojej przychodni. Z jednej strony mnie to uspokoiło, ale z drugiej pokazało w jakich niepewnych czasach żyjemy

(nie)Magda(Lena)
(nie)Magda(Lena)
2 miesięcy temu
Reply to  Magda

Całe szczęście, że wszystko zakończyło się pomyślnie. Ale sama pamiętam ten stres. Szkoda, że szpitale niezbyt chętnie przychylają się do zaleceń Ministerstwa Zdrowia

Weronika
Weronika
2 miesięcy temu

Magda, czytając te słowa przypominam sobie te noce pełne stresu. Dokładnie takie same myśli miałam. Cieszę się że mam to już za sobą. Czas tak piękny jakim są narodziny dziecka przysłonięty covidem .
Pozdrawiamy Was 😘

(nie)Magda(Lena)
(nie)Magda(Lena)
2 miesięcy temu
Reply to  Weronika

Również pozdrawiamy!

Sylwia
Sylwia
2 miesięcy temu

Moja Niunia ułożona była cały czas miednicowo, dodatkowo mialam cukrzyce ciążowa więc w 39 tyg mialam stawić się do szpitala na oddzial i mial być ustalony termin CC. 18.11 pojechałam do mojego szpitala i kolo 10 mialam robiony wymaz na covid. Położyli mnie na oddziale z inna dziewczyna ktora również czekała na wynik. Około godziny 20 dostałam informację ze wynik testu jest pozytywny ( nie mialam żadnych objawów) i ze musze być przewieziona do szpitala z oddzialem koronawirusowym oddalonym o 100km. Do Grudziądza dotarłam kolo północy. 19.11 o 10.20 została przeprowadzona cesarka, mała pokazali mi na 3s po wyjęciu i… Czytaj więcej »

(nie)Magda(Lena)
(nie)Magda(Lena)
2 miesięcy temu
Reply to  Sylwia

Bardzo przykro jest czytać takie historie. Bardzo współczuję, na szczęście już możecie się sobą nacieszyc :)
Sama bardzo obawiałam się pozytywnego wyniku, choć unikałam kontaktu z innymi ludźmi. Jedynym „łącznikiem” był mąż, więc mimo wszytko istniało jakieś ryzyko.

Nina
Nina
1 miesiąc temu

poród w czasie pandemii to chyba dla wszystkich kobiet jakas istna masakra… nie dosc, ze stres, to jeszcze jedna wielka niepwnosc czy maz bedzie mogl nam towarzyszyc. Ja sie bardzo tego obawialam, na szczescie w szpitalu Medicover, ktory wybralam do porodu, porody rodzinne nie zostały wstrzymane i caly czas mialam wsparcie którego tak bardzo potrzebowalam

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close