Emocje 10 sierpnia 2015

O bezpieczeństwie nad wodą

Wystarczyła sekunda, może dwie, może zabrakło wyobraźni a może to był głupi wypadek, który nie miał prawa się zdarzyć, a zdarzył się? Internauci już wydali wyrok, winny ojciec. Internauci zawsze wszystko wiedzą najlepiej… Czasem im tej wszechwiedzy zazdroszczę.

O czym mówię? O wypadku w Kałuszynie, gdzie dziewięcioletni chłopiec utonął na strzeżonym kąpielisku. W tym momencie obalamy pierwszy mit, że na strzeżonym jest bezpiecznie. Guzik z pętelką! To tak samo jak na przejazdach kolejowych, na niestrzeżonych ludzie są ostrożniejsi, co nie znaczy, że namawiam do pływania na dzikich kąpieliskach. Chociaż mnie samej zdarzało się pływać w takich miejscach, to nigdy przenigdy nie poszłabym z Duśką na dziką plażę. Nie bo nie i koniec i kropka. Zresztą sama też bym już nie poszła, chodziłam przed ciążą, przed cesarką i przed operacją, miałam kondycję i umiałam pływać. Teraz nie mam siły przepłynąć kilometra więc nie chodzę tam gdzie niebezpiecznie, proste.

Wróćmy do chłopca. Tata kazał mu płynąć do brzegu i chłopiec płynął. Jakim cudem więc trafił pod pomost i zaplątał się w tajemnicze sznurki? A któż to wie? Może chciał tacie kawał zrobić i się schować? A może ktoś go popchnął? A może zastanówmy się co za baran tam tych sznurków namotał? Nic mnie nie obchodzi po co one tam były, skoro można się w nie zaplątać, to nie powinno ich być. I tyle. Faktycznie, gdyby ojciec nie spuścił dziecka z oka do wypadku by nie doszło. A teraz niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie spuścił z oka dziewięciolatka. Proszę, czekam.

Ja bym chętniej rzuciła w ratowników, którzy powinni NATYCHMIAST kazać wszystkim wyjść z wody. Powinni też wiedzieć, które miejsca są najbardziej niebezpieczne i sprawdzić je w pierwszej kolejności. Po prostu powinni znać swoje miejsce pracy.

Kiedyś rozmawiałam z kuzynką nad jeziorem. Mimochodem chlapnęłam, że można by przepłynąć pod pomostem okalającym kąpielisko na drugą stronę. Pamiętałam, że kiedyś ludzie tak robili i jest to wykonalne. Na co usłyszałam:

– Nie da się, założyli tam siatki, żeby ludzie nie wypływali na środek jeziora. Kiedyś chciałam przepłynąć i się zaplątałam. Na szczęście mam mocne płuca dałam radę wyplątać włosy zanim straciłam przytomność.

No super, ktoś chciał zadbać o bezpieczeństwo w ten sposób? To może lepiej byłoby założyć te siatki przed pomostem a nie za? Zapamiętałam z tej rozmowy dwie rzeczy, po pierwsze nie wpływa się pod pomosty bo nigdy nie wiadomo kto tam co namota „dla bezpieczeństwa”, po drugie nigdy przenigdy nie można pływać z rozpuszczonymi włosami.

Taka scenka rodzajowa nad morzem: moja Duśka i dziewczynka z koca obok idą do wody. Obie w kółkach dodatkowo Duśka z rękawkami. Nie same, spokojnie, idą z nimi dwie dorosłe osoby. Ja sobie siedzę na kocu i patrzę, co te dwie panienki robią. Bawią się grzecznie przy nogach dorosłych, woda do kolan. Ładnie. Dorośli o czymś tam dyskutują, w pewnej chwili odwracają się i pokazują sobie jakieś statki. Dziesięć sekund? Wystarczyło, panienki nagle uciekły z wody na koc, bez żadnego ostrzeżenia i tłumaczenia się opiekunom. Widzę to więc jestem spokojna, już są przy mnie. Dorośli się odwracają i w miejscu po dzieciach widzą tylko wodę. Ich miny bezcenne :P Na szczęście nic się nie stało, ale reprymendę wywaliłam ostrą, nie robi się tak i tyle. Na dzieci w morzu patrzy się non stop. I nic mnie nie obchodzi, że woda do kolan. A gdyby tak poszły nie na brzeg tylko w drugą stronę? Duśka pchała się do wody bez opamiętania, miała koło i czuła się bezpieczna. Jak zobaczyłam jej brawurę to natychmiast kazałam założyć rękawki. Koło duże, dziecko może się wysunąć, to są sekundy.

Do końca sierpnia będą upały. Na pewno będziecie odpoczywać nad wodą. Może na kąpieliskach, może na basenie, a może na miejscowych dzikich plażach. Gdziekolwiek będziecie nie dajcie się zwieść poczuciu bezpieczeństwa. Pilnujcie dzieci tych małych i tych dużych. Nie spuszczajcie z oka. Nie pozwólcie by głupich kilka sekund zadecydowało o przyszłości Waszych dzieci lub… jej braku.

 

Subscribe
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Elżbieta Bień
5 lat temu

Bardzo mądry i dobry tekst. Brawo popieram w 100%

W roli mamy - wrolimamy.pl

Dziękuję :)

Irena Szkaradek
5 lat temu

Ostatnio spędzałam urlop nad jeziorem. Ludzi mnóstwo wiadomo jak to w upalne wakacyjne dni. Były dwie „strefy”. Jedna z czerwonymi bojkami dla dzieci nie umiejących pływać oczywiście z opiekunami, za nimi kolejna strefa zakończona bojkami żółtymi dla dzieci pływających i dla dorosłych. Proszę mi wierzyć ile się naoglądałam zupełnego braku wyobraźni, po prostu głupoty dorosłych to szok. Przykład: ojciec z może 4-letnim synkiem w strefie żółtej gdzie woda miała ok. 4 m głębokości, dziecko miało motylki na rączkach i co z tego, że miało, ojciec w ogóle go nie trzymał, po prostu dziecko nie miało prawa się tam znaleźć. Dopiero… Czytaj więcej »

Anna Bonar-Oszywa
5 lat temu

świetny tekst! udostępniam

W roli mamy - wrolimamy.pl

Dziękuję!

Milena kamińska
Milena kamińska
5 lat temu

Super tekst zgadzam się w 100 % moja rada gdy widzimy że ktoś się topi najpierw zawołajmy o pomoc osoba która tonie wspina się po nas i podtapia nas. Niestety miałam taka sytuacje na basenie, moja koleżanka topila się ratownicy gadu gadu gadu a ja zaczęłam ją ratować ale nic z tego uczepila się mnie i zaczęła mnie topić. Ostrożność, rozsądek najważniejsze

Związek 9 sierpnia 2015

Szalony urlop

Jedna lampka wina, jeden miły wieczór, jedno małe szaleństwo. W sumie to nie takie małe…No ale zacznijmy od początku.

Jest kwiecień, beztroski urlop w Krakowie, żadnych zmartwień, tylko relaks. Codzienne spotkania ze znajomymi, głównie tymi dzieciatymi, bo przecież po trzydziestce to raczej większość już się dorobiła chociaż jednego potomka/potomkini.

Parapetówka u znajomych do późna, jakieś winko czy nalewka, po troszku, kulturalnie, przecież wyszliśmy z dziećmi. Wracamy do domu, maluchy zasypiają dość szybko…  My, jakoś nie jesteśmy śpiący. Siadamy w salonie i rozkoszujemy się ciszą i przyjemnym wieczorem.

Potem chwila szaleństwa… No przecież niektórzy dorośli tak mogą, oczywiście “niektórzy” dorośli z innymi “niektórymi” dorosłymi ;)

Wracamy po urlopie do szarej codzienności w Dublinie. Mijają dni, tygodnie. Staramy się jak najwięcej jeździć z dziećmi i odwiedzać nowe miejsca, kiedy tylko jest wolny dzień i pogoda dopisuje, co w Irlandii nie jest takie łatwe ;)

Zaczynam źle się czuć, jazdy samochodem są uciążliwe, mam kłopoty żołądkowe, wraca mi moja dziecięca przypadłość czyli choroba lokomocyjna. Ciągle jestem głodna albo mi niedobrze. W końcu postanawiam iść do lekarza, bo przecież jak długo może człowiekowi być niedobrze, może to jakieś wrzody albo coś… myślę. Mąż rzuca, że może jestem w ciąży, zbywam go, bo przecież dopiero co miałam okres.

Dla jego i własnego spokoju robię test ciążowy, bo przecież lekarz na pewno zapyta czy nie jestem w ciąży, więc jak pokażę wynik to będziemy mieć wszyscy pewność, że trzeba szukać innej przyczyny.

Kupuję w aptece jakiś pierwszy lepszy test, wracam do domu i idę do łazienki. Kiedy myję po wszystkim ręce, przypadkowo rzucam na niego okiem i zamieram… Dwie kreski niemal od razu, mocne i wyraźne. Chwilę później dzwoni mąż (ma gość wyczucie) odbieram i nic… nie potrafię wykrztusić z siebie słowa. Mąż dopytuje czy wszystko ok, czemu milczę, w końcu z trudem wybąkuję, że są dwie kreski. Ja w szoku a mąż się cieszy… Lepiej to przyjął ode mnie…

Wieczorem rozmawiamy na spokojnie i mówię, że przecież to niemożliwe, że test na pewno się myli no bo jak, kiedy. Oczywiście wiem skąd się biorą dzieci, przecież dwójkę całkiem świadomie spłodziliśmy, zresztą o Adiego staraliśmy się ponad półtora roku! No ale przecież wiatropylna nie jestem, a od ostatniego okresu nie było takiej opcji, zabezpieczaliśmy się. No i wtedy mój całkiem idealny i całkiem genialny mąż przypomina mi nasz uroczy wieczór podczas urlopu… Nagle wszystko zaczyna się układać, moje mdłości wypadałyby na 6-7 tydzień, okres mógł być zwykłym plamieniem w terminie kiedy powinnam mieć normalnie okres, a moje osłabienie jest w tej sytuacji całkiem oczywiste.

Umawiam się szybko na wizytę u lekarza, który kilka dni później rozwiewa moje wątpliwości i potwierdza, że ten jeden wieczór odpowiada za całe zamieszanie.

W moim brzuchu rośnie mała fasolka. Moja niezawodna jak dotąd intuicja wybrała się na urlop i olała mnie…

Ogarnął nas lekki popłoch, dotarło do nas, że trzeba jakoś się odnaleźć w tej nowej sytuacji, ogarnąć trochę z tym wszystkim, ale na szczęście po kilku dniach wieczornych rozmów, ułożyliśmy sobie w głowach całą sytuację,  zaczęliśmy się cieszyć. Powiedzieliśmy dzieciom, które zaraz zaczęły zastanawiać się, które czego nauczy maluszka, czy będzie chłopcem, czy dziewczynką i jak damy mu na imię. Z każdym dniem coraz bardziej przywiązują się do niego/niej, bo jeszcze nie wiemy jakiej płci jest nowy członek naszej rodzinki. Przytulają się do brzuszka, rozmawiają z nim, po wizycie u lekarza oglądają zdjęcia. Chcą wszystko wiedzieć, co słychać u maluszka, jak się czuje i czy już planuje wychodzić ;)

Teraz jestem w 17 tygodniu. Jesteśmy już spokojniejsi, ułożyliśmy sobie w głowach plan jak zorganizować to wszystko. Nie powiem, bo będzie to dla nas niemała rewolucja, nagle z myśli o rodzince 2+2 trzeba się przestawić na 2+3.

Tak wiem, zawsze marzyła nam się duża rodzina, tylko jakoś nie myśleliśmy, że to już, że to teraz nadszedł ten moment. Choć może to i dobrze, sami pewnie odkładalibyśmy to na kiedy indziej, bo zawsze może być bardziej odpowiedni czas. Zresztą przecież mój zegar biologiczny tyka, mam 33 lata i za kilka lat mogłoby być za późno. Dlatego pomimo pewnych trudności, które nam się przez to pojawiły, cieszymy się naszym kolejnym szczęściem, które już w styczniu pojawi się na świecie :)

Mówi się, że każda ciąża jest inna i to prawda. Po doświadczeniach z dwóch poprzednich inaczej i spokojniej podchodzę do wszystkiego, jestem bardziej zrelaksowana i cieszę się każdym kolejny dniem, łatwiej przychodzi mi radzenie sobie z ciążowymi przypadłościami. Nie panikuję, nie stresuję się, jak to bywało wcześniej. Pozwalam sobie na chwile relaksu, częściej odpoczywam, korzystam z tego czasu, by przygotować się spokojnie na przyjście maluszka na świat. Prawdziwa rewolucja nastąpi później.

Subscribe
Powiadom o
guest
7 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Milena Kamińska
5 lat temu

Oj szalony :-)

Milena kamińska
Milena kamińska
5 lat temu

Ogromne gratulacje!!!!!

Natalia Bobek
5 lat temu

No to lekturka ☺☺

Sylwia Kotewicz
5 lat temu

hihi niezapomniany urlop :) gratulacje :)

Kulinaria 8 sierpnia 2015

Chleb zmieniający życie

Pieczywo to jeden ze składników pożywienia, który każdy z Was zjada przynajmniej raz dziennie pod różną postacią. Sama chętnie po nie sięgam a jeszcze chętniej bawię się w domowe wypieki. Niektórzy pytają, czemu tracę na to czas? Odpowiadam, bo wiem, co jem – pieczywo zdrowe, bogate w błonnik i cenne wartości odżywcze. Ponad to jego wykonanie jest szybkie i banalnie proste. Przepis na chleb „zmieniający życie” otrzymałam od mojej mamy i popchnięta ciekawością postanowiłam sprawdzić, co to za cudo. Zakochałam się, chleb jest wspaniały – zwarty, sycący, pełen nasion.

Składniki:

  • 1 szklanka ziaren słonecznika
  • 1/2 szklanki siemienia lnianego
  • 1/2 szklanki orzechów laskowych lub migdałów
  • 1 1/2 szklanki płatków owsianych lub jaglanych
  • 6 łyżek łuski nasion babki płesznika ( Plantago psyllium)*
  • 1 płaska łyżeczka soli morskiej
  • 2 łyżki nasion szałwii hiszpańskiej (Chia seed)
  • 1 łyżka syropu klonowego
  • 3 łyżki rozpuszczonego oleju kokosowego
  • 1 1/2 szklanki letniej wody

Przygotowanie:

  1. Wszystkie suche składniki mieszamw dużej misce. W szklance mieszam wodę, syrop klonowy i olej kokosowy. Olej kokosowy najlepiej rozpuść w kąpieli wodnej. Następnie wlewam płynne składniki do suchych i dokładnie mieszam przez kilka minut. Gdyby ciasto było za gęste dodaję ze 3 łyżki wody. Odstawiam na minimum 1-2 godziny a najlepiej na 10 godz. lub całą noc, aż do wchłonięcia płynów.
  2. Rozgrzewam piekarnik do 185 stopni C.
  3. Keksówkę smaruję cienko olejem kokosowym lub wykładam papierem do pieczenia i przeładam do środka masę z ziarenek. Piekę przez 20 minut, po tym czasie chleb wyjmuję z keksówki, kładę na kratce do pieczenia i piekę jeszcze 35 minut. Jeśli piekę na papierze do pieczenia nie odrywam go jeszcze – robię to później jak chleb ostygnie. Chleb jest gotowy, kiedy można w niego postukać i usłyszeć głuchy, pusty odgłos.
  4. Wyjmuję pieczywo z piekarnika, do schłodzenia, najlepiej na całą noc. To bardzo ważne, bo nawet lekko letni chleb będzie się jeszcze kruszył. Kroję cienkim i ostrym nożem.

Upieczony chleb przechowuję do około tygodnia w zamkniętym pojemniku

Voilà! Szybko, smacznie i zdrowo!

* Babkę płesznik można zastapić 10-12 czubatymi łyżkami mielonego siemienia lnianego

 

 

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Kasia Albecka
5 lat temu

Piekę sama chleb „chleb życia”. Polecam. Niestety wiadomo, że pszenica, dzisiejsza – modyfikowana, wzdyma i powoduje rośnięcie brzuchola ( takiego piwnego)

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close