Lifestyle 14 czerwca 2019

Bilet na pendolino za 49 złotych. Wiem, jak go zdobyć

Bilet na pendolino za 49 złotych wbrew pozorom nie jest jak Yeti, o którym każdy słyszał, ale nikt nie widział. Ja sama kupowałam takie bilety często i wiem, jak to się robi. Nietrudno, bo bez przesady, ale i niełatwo, bo… bez przesady. Potrzeba odrobinę cierpliwości i samozaparcia, ale rzecz jest do zrobienia.

Bilet na pendolino za 49 złotych – czy jest o co walczyć?

Tak niska cena to oferta skierowana do osób, które nie lubią przepłacać, nie cierpią na nadmiar gotówki, za to lubią wszystko zaplanować z wyprzedzeniem i potrafią chodzić spać właściwie nad ranem. Przy tym nie lubią jeździć dusznymi TLK-ami, chcą mieć pewność, że nie będą jechać na stojąco (niby wszędzie są miejscówki, ale różnie to bywa, czasem kolej zapomni, że skład miał mieć jeszcze dwa wagony…), jadą z dziećmi i zależy im na czasie, albo po prostu nie chcą jechać długo. Pendolino jest na torach pojazdem priorytetowym, to znaczy, że inne pociągi muszą je przepuszczać. Na tyle lat ile jeżdżę pendolino, raz tylko zdarzyło się opóźnienie i było spowodowane bardzo ulewnymi deszczami. Dla porównania – TLK ma spóźnienie praktycznie zawsze, taka uroda.

Jeśli ktoś jedzie sam i chce mieć w podróży święty spokój, to może sobie zarezerwować bilet w strefie ciszy (Duśka twierdzi, że to zazwyczaj wagon nr 7). Byłyśmy tam kiedyś i faktycznie, cisza jak makiem zasiał. Tam się nie rozmawia, nie słucha głośno muzyki (odpada opcja „przepuszczających” słuchawek), telefony są wyciszone. Podróżni czytają książki, pracują, albo po prostu gapią się w okno, jest cicho. Nie widziałam tam dzieci, może nie wpuszczają, nie wiem. My weszłyśmy tylko na chwilę, żeby sobie popatrzeć przez to okienko na końcu pociągu ;-)

Ogólnie uważam, że tak, warto zawalczyć o bilet na pendolino za 49 złotych. Po pierwsze dlatego, że jest tanio, po drugie – nie ma na co czekać, tuż przed odjazdem i tych drogich biletów może zabraknąć. W dniu wyjazdu bilet kosztuje 150 złotych. Mowa oczywiście o cenach w drugiej klasie.

Bilet na pendolino za 49 złotych – kiedy kupować

Im wcześniej, tym lepiej. Całkiem jak w samolocie. Tak dokładnie, to bilet na pendolino za 49 złotych najlepiej kupić tuż po rozpoczęciu sprzedaży, czyli o godzinie 0.30 na trzydzieści dni przed wyjazdem. Trzeba to sobie policzyć, bo to nie zawsze to samo co miesiąc. Bilety na 11 lipca faktycznie kupowałam 11 czerwca, ale już na 11 sierpnia trzeba będzie kupować 12 lipca. Pierwszego dnia każdego miesiąca przerwa technologiczna trwa do 1.00 nad ranem i dopiero wtedy można ustawić się do wyścigu o bilet na pendolino za 49 złotych.

Godzina to nie wszystko, ważny jest też dzień tygodnia. My na przykład wyjeżdżamy z Warszawy w czwartek, bo to środek tygodnia i tanich biletów jest całkiem sporo. W weekend możecie o nich zapomnieć. Nawet jeśli teoretycznie są w sprzedaży, to konia z rzędem temu, komu uda się je kupić. Kiedyś próbowałam i wyszło mi, że są tylko na jeden pociąg, ten o piątej nad ranem z Warszawy.

Dobrą opcją jest też zaplanować podróż na poniedziałek. Na kolei panuje wtedy martwy sezon, bo kto może, to jedzie właśnie w weekend, a jak musi wracać, to też najpóźniej w niedzielę. Dlatego w poniedziałki nie ma problemu z kupieniem biletu na pendolino za 49 złotych, a jak ktoś się zagapi, to kolejne bilety z oferty są nie za 105 złotych, tylko za 70 z groszami, nie pamiętam dokładnie. Nie trwa to długo, ale jest szansa się na tę pośrednią promocję załapać.

Bilet na pendolino za 49 złotych – jak to się robi

No i tu dochodzimy do sedna sprawy. Nie lubię kupować biletów na pendolino, nawet za 49 złotych. To za każdym razem jest droga przez mękę, w czasie której klnę, płaczę, wyzywam w myślach tego, kto tworzył system i w ogóle obiecuję sobie, że to ostatni raz, więcej nie będę. Potem oczywiście i tak zmieniam zdanie, bo o ile kupować biletów nie cierpię, to jeździć pendolino uwielbiam i to nie tylko dlatego, że przynoszą mi do stolika darmową kawę.

Zanim jednak kupimy bilet na pendolino za 49 złotych, musimy wybrać dzień i godzinę wyjazdu, innymi słowy – konkretny pociąg. To się robi na dwa sposoby. Albo wchodzimy na stronę intercity.pl, albo rozkład-pkp.pl. Osobiście wolę tę drugą, bo jest jakoś lepiej zrobiona, bardziej intuicyjna i w ogóle frontem do klienta. Niestety – o godzinie 0.30, kiedy szare przyciski z napisem „Kup bilet” teoretycznie powinny stać się aktywne, wcale tak się nie dzieje. A czas odgrywa kluczową rolę w kupowaniu biletów za 49 złotych na pendolino. Ja to robię w ten sposób, że pociąg znajduję na stronie PKP, ale potem przenoszę się na stronę Intercity i tam wybieram, co potrzebuję. Wygląda to mniej więcej tak:

– w odpowiednich miejscach wpisuję stację początkową i docelową.

– wybieram datę i godzinę

– klikam „Szukaj”.

Teoretycznie. W praktyce musicie, ale to musicie pamiętać o jednej ważnej rzeczy. Kiedy wpisujecie stację początkową i końcową, pojawi się podpowiedź. I nawet jeśli umiecie pisać na komputerze bez podglądania, koniecznie musicie w tę podpowiedź kliknąć. Inaczej choćby przysłowiowe skały srały, nie pójdziecie dalej. Przerzuci Was na inną stronę wybierania połączeń. Jedyny plus jest taki, że można tam zaznaczyć opcje dodatkowe, ale przecież walka o bilet na pendolino za 49 złotych to walka z czasem i te sekundy są naprawdę cenne.

Bilet na pendolino za 49 złotych – trzy miejsca przy jednym stole

Idźmy dalej. Mamy wybrane połączenie i tanie bilety są dostępne. No i teraz powiedzmy, że potrzebujemy trzy, najlepiej przy stoliku. Wspólnym oczywiście. A figa z makiem z pasternakiem :P System pendolino oczywiście przydzieli te bilety, bo niby czemu nie, ale przy dwóch różnych stolikach. Bo on woli Wam sprzedać trzy bilety przodem do kierunku jazdy, jakby z góry zakładał, że wszyscy cierpicie na chorobę lokomocyjną. Trzech biletów na jeden raz przy jednym stole w normalny sposób kupić się nie da. A już na pewno nie wtedy, gdy klawiatura parzy, sekundy mijają, a walka o tanie bilety trwa, przecież łowców okazji nie brakuje. Przy czym powiem Wam, że mnie się to od ładnych paru lat po prostu nie udaje. To są skutki modernizacji systemu, bo dobrze pamiętam, że gdy pendolino pojawiło się na polskich torach, robiłam to bez problemu i bez nerwów. Ale tak było tylko w pierwszym sezonie.

Gdzie diabeł nie może tam babę pośle :P Jeszcze nam się nie zdarzyło jechać przy dwóch różnych stołach. Na to jest w sumie prosta, ale czasochłonna metoda. Trzeba kupować na raty i liczyć na to, że nikt w międzyczasie nie złapie miejsca, które akurat mamy na oku. Ja to robię tak, że najpierw kupuję bilet dla siebie i dla Duśki (zniżki szkolne normalnie obowiązują), potem kupuję bilet dla męża (każdorazowo muszę wpisać nazwisko najpierw swoje, potem jego. Jak się zapomniałam i dwa razy wpisałam swoje, to zaczynałam od nowa, bo oczywiście cofnąć się tego nie da), zaznaczając, że chcę bilet obok miejsca już zajętego, albo wskazuję konkretny numer. Zależy, jak się uda. Oczywiście cały czas posiłkuję się grafiką z rozkładem miejsc w pendolino, bo przy kupowaniu biletów nie ma informacji o tym, które miejsca zostały przydzielone i gdzie. To słodka tajemnica PKP Intercity.

 

    źródło zdjęcia: Wikipedia 

 

W tym roku miałam pecha i po kupieniu dwóch biletów nie udało mi się dokupić trzeciego, bo ktoś kupił drugie dwa przy tym samym stole. Zaczynałam od nowa z drżeniem serca, bo czas mijał. Na szczęście kupowałam bilety na czwartek i tych tanich, za 49 złotych, było naprawdę sporo. Zdążyłam, ale w sumie kupowanie biletów zajęło mi, o zgrozo, aż pół godziny!

Teoretycznie łatwiej jest kupić bilety, jak się jest zalogowanym. Teoretycznie, bo jeśli coś pójdzie nie tak i będziecie mieli potrzebę wycofania biletu przed opłaceniem, to po kilku takich próbach system Was zablokuje. To też przerabiałam, na szczęście przy zupełnie innej okazji. Także ostrożnie z tym logowaniem.

 

A teraz niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego biletów na pendolino za 49 złotych nie da się kupić tak, jak biletów do kina? Z tym nigdy nie mam problemu. Wybieram kino, datę, godzinę, klikam w wolne miejsca na planie i płacę. Nie można by tak z pendolino?

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Dom 13 czerwca 2019

Kwiaty na małym balkonie. To nie takie trudne

Kwiaty na małym balkonie to temat, którym od mniej więcej trzech miesięcy stale żyję. W ubiegłym roku pozazdrościłam pięknego, ukwieconego balkonu Agnieszce, koleżance z redakcji, w tym roku postanowiłam zaryzykować i z mojego mikro balkoniku uczynić ukwiecone miejsce.

Kwiaty na małym balkonie – co stanowi problem?

Oczywiście największą bolączką posiadaczy mikroskopijnych balkonów jest ich wielkość. Mój balkonik nazywany jest wśród znajomych “rzygałką” – ma 2,80 metra szerokości i 0,5 metra długości. Jak mi mąż zamknie drzwi od strony mieszkania, już się nie mam jak swobodnie obrócić.

Nietypowe gabaryty wynikają z faktu, że poprzednia właścicielka mieszkania większość balkonu połączyła z kuchnią. Tak niewielka przestrzeń faktycznie sprawia kłopoty z umieszczeniem w niej czegokolwiek. Przede wszystkim brakuje miejsca na to, by wstawić stoliczek czy półkę. Nawet przy próbie rozstawiania doniczek na samej ziemi szału nie ma, bo zwyczajnie wiele ich nie wejdzie obok siebie.

Innym problemem maleńkich balkonów jest brak wystarczającej ilości światła, jeśli ścianka zewnętrzna (ja tak mam) wykonana jest najpewniej z betonu. Wyobraźcie więc sobie, że szczególnie przy podłodze słońca jest niewiele. I nawet fakt, że mam balkon od strony zachodniej, fantastycznie oświetlony od godziny 13.00, mało zmienia, bo przez beton słońce nie zagląda. W bardziej komfortowej sytuacji są właściciele balustrady z krat lub czegoś na wzór pleksiglasu, który nie stanowi bariery dla promieni.

W moim odczuciu, niewielka powierzchnia i kiepskie oświetlenie to największe bolączki, które mogą zniechęcać do prób ukwiecenia.

Kwiaty na małym balkonie – dobre rady praktyka

Po pierwsze – odpowiednie doniczki na balustradę

Dla mnie doniczki zakładane na balustradę okazały się strzałem w dziesiątkę. Są bardzo wygodne, nie ma ryzyka, że przy silniejszym wietrze spadną, jak to się może stać w przypadku donic zawieszanych na haki. Nie zajmują wcale wiele miejsca – pół pojemnika jest na zewnątrz, pół po wewnętrznej stronie balkonu. Dla mnie to wielka wygoda. Jeśli planujecie doniczki na ziemię (np. dla ziół czy pomidorów), to sprawdźcie, czy bez problemu możecie je postawić obok siebie tak, żeby się nie przysłaniały. Zbyt wiele roślin może wzajemnie zagłuszać swój wzrost.

 

Po drugie – podwieszane doniczki

Wystarczy wiertarka, haki i odpowiednia donica. Tu filozofii żadnej nie ma, za to jest możliwość wykorzystania  wolnych fragmentów ścian lub sufitu. Ja nie skorzystałam z tej opcji, bo zakupiłam coś ciekawszego – kratę z impregnowanego drewna :)

Po trzecie – krata na ściany

Skusiłam się na dwie kraty, które umieściłam po obu stronach okna balkonowego. To genialne rozwiązanie, bo zawiesiłam na nich łącznie 8 doniczek, zyskując sporo miejsca do wyeksponowania i doświetlenia kwiatów. Zmierzcie najpierw, jak duża ma być krata i sprawdźcie, czy da radę ją stabilnie przymocować. Jeśli macie lite ściany z płyt lub bloczków, to bez problemu zrobicie miejsce na haki wiertarką, by na stałe zamocować kratę. Gorzej, gdy, tak jak ja, macie zamiast normalnej ściany, grubą pleksę (wymóg bezpieczeństwa po przebudowie, w razie wybuchu gazu). Miałam wielkie obawy, czy wiercąc w plastiku, nie uszkodzę go i nie popęka, a okno przestanie być szczelne. Nie chciałam ryzykować, więc sięgnęłam po mniej inwazyjne rozwiązanie, czyli techniczną taśmę dwustronną.

Na pierwszy rzut oka – przejaw geniuszu twórczego. Oczyściłam ścianki i kratę w miejscach, gdzie miały się stykać, nakleiłam taśmę dwustronną i przykleiłam jedno do drugiego. Było fajnie dwa tygodnie, dopóki krata z prawej strony z hukiem nie spadła, a wraz z nią kwiaty. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że jeśli wybierać taśmę mocującą, to taką, która dźwignie nawet do 120 kg na 30 cm swojej powierzchni, w dodatku przetrzyma mrozy i wysokie temperatury. Niestety, to kosztuje. O ile za dwie kraty o kształcie trójkąta o wysokości 1,50 cm i maksymalnej szerokości 50 cm, zapłaciłam ciut ponad  20 zł, tak 1,5 metra porządnej taśmy to koszt od 30 zł wzwyż. Dwie takie taśmy idą na luzie, a może nawet i trzy, jeśli jest sporo powierzchni do przyklejenia. U mnie problemem jest to, że moje kraty stykają się z ramą okna tylko w kilku punktach. I teraz coś dla tych, którzy myślą nad takim rozwiązaniem. Nie zawieszajcie kraty nad podłogą (jak ja za pierwszym razem), a oprzyjcie jej dół na niej, resztę przyczepcie tak, by najbardziej przylegała do ściany. To zawsze stanowi przeciwwagę dla bezlitosnej grawitacji. Mam jeszcze jedną uwagę – gdy temperatura na zewnątrz przekracza 30 stopni, taśma może się zacząć pod ciężarem kwiatów rozciągać, szczególnie od góry, gdzie nacisk jest największy. Tak dzieje się u mnie, więc dla miliona procent pewności, łączenia w newralgicznych punktach zabezpieczyłam super mocną taśmą do plandek. Nie zamierzam ryzykować, że moje wychuchane kwiaty rąbną o podłogę.

Niestety, albo i stety, kratę będę musiała zdjąć jesienią, gdy kwiaty przekwitną (są jednoroczne, bo nie mam gdzie zimą ich przetrzymać), ponieważ planuję położyć płytki na podłogę – mam póki co betonową wylewkę. Wtedy postaram się kupić inne, nie trójkątne, a prostokątne, które znacznie lepiej będą pasowały do kształtu okna i będą mocniej się trzymały.

kwiaty na małym balkonie

Po czwarte – kwiaty na małym balkonie. Jak wybrać?

Na małym balkoniku, nawet z kratą do pomocy, nie ma sensu upychać kwiatów, które szeroko się rozrastają lub mocno zwisają. Ja wzięłam się na sposób i kupiłam w markecie budowlano-ogrodniczym niewielkie sadzonki roślin po 4-5 zł za każdą. Wiedziałam, że za taką cenę nie dostanę czegoś zapierającego dech w piersi swoją wielkością, za to na pewno kilku kwiatów się doczekam. Postawiłam na petunie i pelargonie, które nie są nie wiem jak wielkie, za to kwiatów mają od groma, ale to już zasługa odpowiedniej pielęgnacji. W doniczkach na balustradzie wysiałam z ziaren nasturcję niską z maciejką, bo bardzo dobrze znoszą przesuszenie – słońce przygrzewa od balustrady w górę naprawdę ostro.

kwiaty na małym balkonie

Zwróćcie uwagę nie tylko na gabaryty roślin, ale i na to, jakich warunków one potrzebują, by zdrowo rosły i obsypywały się kwieciem. Przyznam szczerze, że lawenda mi zdechła na podłodze balkonu, bo miała zbyt mało słońca. Za to mięta, bluszcz i szczypior, radzą sobie fantastycznie w zacienieniu. Po słonecznej stronie balkonu na kratach mam różnokolorowe petunie i bazylię, a na podłodze poziomki, pomidory i lubczyk. Na balustradzie wspomnianą nasturcję i maciejkę.

kwiaty na małym balkonie

Kwiaty na małym balkonie tworzą fajny klimat i czynią go bardzo przytulnym. Lubię tak sobie postać wśród zieleni i odetchnąć. To cudowna odmiana dla betonowej pustyni, na którą znajomi wychodzili wypalić papierosa. Teraz, zamiast psuć sobie zdrowie, będą wąchać kwiatki ;)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Gry planszowe i nie tylko 13 czerwca 2019

Wyspa Skye, gra idealna dla miłośników strategii

Przenosimy się do czasów średniowiecznej Szkocji, w której rządzą klany, których członkowie ubrani są w charakterystyczne kraty. Wyspa Skye nie jest typową grą, gdyż ma jedyną swego rodzaju genialną mechanikę. Zadaniem graczy jest zostać królem tytułowej Wyspy Skye, co wcale nie jest takie proste.

Zacznijmy od początku. Wyspa Skye to gra Wydawnictwa Lacerta wydana w przyzwoitej  grafice, z mnóstwem elementów wewnątrz pudełka. Znajdziecie w nim: instrukcję, płócienny woreczek na żetony terenu (73 sztuki), żetony punktacji (16 sztuk), złote monety o wartościach 1, 2, 5, 10, parawany (6 sztuk), znaczniki punktacji (5 sztuk), żetony odrzucenia (6 sztuk), żetony terenu z zamkiem (5 sztuk), dwustronną planszę oraz żeton gracza rozpoczynającego. Polecam zaopatrzyć się w dodatkowe woreczki, np. śniadaniowe, aby uporządkować i pogrupować poszczególne żetony. Zdecydowanie przyśpieszy to przygotowanie do rozgrywki i zapewni ład w pudełku.

wyspa skye gra

Zasady gry Wyspa Skye

Pozwólcie, że nie będę tutaj przytaczać szczegółów instrukcji, bo nie na tym chciałabym się skupić, lecz na przekazaniu Wam, dlaczego ta gra jest warta świeczki.

wyspa skye gra

W grze wcielamy się w postać jednego z przedstawicieli klanów, takich jak Mac Donald, Mac Neacail, Mac Innes, Mac Leod, itd. Każdy z nich dysponuje niewielkim parawanem, który wykorzystywany jest podczas licytacji żetonów terenu. Na początku każdy gracz otrzymuje parawan i żeton terenu z zamkiem, którego kolor jest zgodny z kolorem jego klanu (kolor na parawanie). Następnie dostanie  po znaczniku punktacji oraz żeton odrzucenia. Celem gry jest takie rozbudowanie swoich włości, aby w każdej rundzie zebrać jak najwięcej punktów. Nawet duża różnica punktów zwycięstwa pomiędzy graczami w trakcie gry nie stanowi o wygranej, gdyż zastosowano tutaj mechanizm wyrównywania szans. Ostatni gracz, w końcowych rundach może wystrzelić do przodu w punktacji, jak petarda. Pomysł z taką mechaniką jest po prostu genialny. Jest już mi znany z Wysokiego napięcia wydanego także przez Lacerta.   

wyspa skye gra

Gracze budują swoje włości dokładając nowe kwadratowe żetony terenu z woreczka. Pod tym kątem ta gra przypomina mi bardzo klasyczną grę logiczną Square, która polega na dokładaniu kwadratów do siebie bokami, o takich samych kształtach. W grze Wyspa Skye takimi elementami są rzeźby terenu, a więc rzeki, jeziora, góry, doliny. Jednakże, gdy te tereny muszą się zgadzać podczas dokładania kolejnych żetonów, zaznaczone na nich drogi nie muszą być kontynuowane. A szkoda, bo utrudniłoby to zdecydowanie grę.

wyspa skye gra

Im nasza wyspa jest większa i im więcej znajduje się na niej elementów (owce, krowy, latarnie, statki, warownie) tym większe zyski otrzymujemy na zakończenie danej rundy. Gra składa się z pięciu rund, w których każda jest zdeterminowana przez konkretne żetony punktacji. W jednej rundzie będziemy kładli nacisk na zbudowanie floty morskiej, w następnej np. uzyskamy dodatkowe punkty zwycięstwa za każde bydło.  W każdej rozgrywce gracze losowo wybierają cztery żetony punktacji z szesnastu dostępnych, co sprawia, że gra jest bardzo grywalna i żadna z rozgrywek nie jest taka sama.

Gra jest nieco skomplikowana swojej mechanice, jednak daje dużo satysfakcji, kiedy już zostanie opanowana. Instrukcja jest napisana bardzo czytelnie i ukazuje kilka przykładów, które wyjaśniają ewentualne niejasności. Jeśli liczycie na to, że ta gra będzie pięknie prezentować się na stole, to możecie się przeliczyć, bo zajmuje ona całkiem sporo miejsca i sprawia wrażenie chaosu.

Do tego grafika. Dzieci są zachwycone, jednak nam dorosłym wydaje się średnia. Krajobraz Szkocji jest zdecydowanie piękniejszy, niż ten przedstawiony w grze. Bardzo dużym plusem jest to, że wszystkie elementy gry są wykonane bardzo solidnie, z grubej tektury.

Jeżeli jesteście zwolennikami gier planszowych i w dodatku strategicznych z niewielką dozą losowości, to ta gra jest dla Was idealna. Lawirowanie pomiędzy zasadami a warunkami gry, jest wręcz uzależniające.  Autorzy gry przeznaczają ją dla dzieci od 8 roku życia, co potwierdzają nasze doświadczenia. Rzeczywiście młodsze dzieci z taką ilością zasad mogą mieć kłopoty. Gra jest o tyle interesująca, że można w nią zagrać już w dwie osoby, a maksymalnie w pięć. Jedna rozgrywka trwa około 60 minut, a pierwsze trochę dłużej, więc warto wcześniej zarezerwować sobie odpowiednią ilość czasu.

Polecam ją szczególnie rodzicom i dzieciom poszukującym grywalnej gry strategicznej. Nie zawiedziecie się, jestem tego pewna.

Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Lacerta

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close