Lifestyle 28 września 2019

Jak oszczędzać pieniądze — czyli przedsiębiorcza mama w akcji

Czy jestem oszczędna? Zdecydowanie tak. Jakiś czas temu pisałam Wam, jak zmieniłam swoje przyzwyczajenia, by żyć bardziej ekologicznie. Większość z nich wpływa pozytywnie nie tylko na planetę Ziemię, ale i na domowe finanse. Ekologia to ekonomia. Ach, jak ja lubię takie korzyści 2 w 1.

Jak oszczędzać pieniądze?
Myślę, że warto zmieniać swoje nawyki i otwierać się na nowe ciekawe rozwiązania. Od czasu do czasu zastanówmy się nad swoim życiem, zwyczajami, wyborami i w razie potrzeby dokonajmy po prostu zmian. Sposobów oszczędzania jest wiele, ja dziś podzielę się z Wami tymi, które sama stosuję.

Oszczędzanie pieniędzy – porady

Zakupy

Zawsze robię listę na zakupy, dzięki temu ograniczamy z mężem kupowanie rzeczy dodatkowych, często zbędnych, a nabytych pod wpływem chwili.

Kiedyś gdzieś przeczytałam, że ważne jest, by unikać zakupów impulsywnych, czyli jeśli zakup czegoś nie był planowany, warto odłożyć go na kilka dni. I jeśli przez ten czas nam nie przejdzie na niego ochota, to znaczy, że widocznie jest wart naszego zakupu.

Śledzę promocje i jeśli produkt, który używamy, jest w dobrej cenie, to kupujemy go w ilościach hurtowych, na zapas. Głównie sprawdza się to w przypadku chemii, kosmetyków, mleka, oliwy itp. Nie polecam kupowania w ten sposób produktów sypkich (mogą zalęgnąć się w nich mole spożywcze) lub z krótką datą przydatności (możemy nie zdążyć ich zjeść).

Całą rodziną kupując ubrania, korzystamy z wyprzedaży sklepów i outletów. Wybieramy rzeczy dobrej jakości, bo często tańsze jest po prostu gorsze (ciuch lepszej jakości nie będzie do wyrzucenia po kilku praniach).

Zastanawiam się, czy faktycznie potrzebna jest mi zmiana sprawnego telefonu na inny – nowszy, modniejszy, nowocześniejszy… Przykład dotyczy smartfona, ale tak naprawdę ważna jest głębsza refleksja nad każdym większym zakupem – czy naprawdę zakup nowej rzeczy jest konieczny?

Choć pracuję w centrum Katowic, bardzo rzadko kupuję jedzenie i kawę na mieście. Każdego dnia przyrządzam sobie i synowi pyszne drugie śniadania, które zdecydowanie wychodzą taniej, niż kupna kanapka i zdrowiej niż słodka drożdżówka. Kawę robię w ekspresie w domu i nalewam do mojego ulubionego ślicznego termicznego kubka.

Nie kupuję w ogóle wody – mamy dzbanek i butelki wielorazowe z wbudowanym filtrem węglowym.

I wiecie, na czym jeszcze oszczędzam? Na słodyczach! Redukuję ich zakupy do niezbędnego minimum, a z tym się wiążą wyłącznie plusy ;)

A na zakupy najlepiej wybrać się najedzonym i … bez dzieci! Towar w hipermarketach nie tylko je wabi i kusi, ale i leży na wyciągnięcie ich małych rączek.

Oszczędzanie pieniędzy

Wydatki domowe

Gaszę światło tam, gdzie nikogo nie ma i wyłączam urządzenia, z których nie korzystam. Energooszczędne żarówki to nie ściema – wymieniliśmy w całym domu żarówki na oświetlenie LED — spektakularnie odbiło się to na naszych rachunkach za prąd.

Myjąc zęby, zakręcamy wodę, w kranach mamy założone perlatory (które napowietrzają wypływającą wodę i sprawiają, że zużywamy jej mniej), nie uruchamiamy zmywarki, dopóki nie jest pełna. Wszyscy domownicy na co dzień wybierają prysznic zamiast kąpieli. Używam wody z mycia warzyw, owoców, z gotowania jajek do podlewania roślin doniczkowych.

Czytając tekst poradnikowy o oszczędzaniu na stronie marki firmy Kruk S.A., zwróciłam uwagę na fakt, że dobrym pomysłem jest co jakiś czas zweryfikowanie umów zawartych z dostawcami internetu, sieciami komórkowymi, telewizji, a także opłat ponoszonych za konta bankowe. Na rynku jest przecież duża konkurencja w zakresie tych usług, co owocuje atrakcyjnymi promocjami i ciekawymi ofertami. Warto też przeanalizować, czy mamy wybraną optymalną dla nas taryfę, czy nie płacimy przypadkiem niepotrzebne nam abonamenty. Przykładem może być telewizja cyfrowa czy kablowa – po co miałam wnosić opłaty za kilkadziesiąt kanałów telewizji, jeśli korzystałam zaledwie z kilku? Od jakiegoś czasu zrezygnowałam całkowicie z takiego abonamentu i robię o wiele niższą opłatę za dostęp do filmów i seriali.

Nawet skromne oszczędności zawsze się przydadzą

Podróżowanie

Zarówno krótkie, jak i długie dystanse można pokonać drożej lub taniej. Możemy zastanowić się, nad bardziej ekonomicznym środkiem transportu i np. zastąpić auto rowerem.

Jakiś czas temu Mirella dzieliła się z Wami swoim doświadczeniem, jak kupić tani bilet na pociąg.

Jeżdżąc do pracy, można podwozić się ze znajomymi, albo zastąpić jednorazowe bilety autobusowe, biletem miesięcznym – ja kupuję nawet kwartalny, wychodzi zdecydowanie najtaniej.

Jadąc autem, prowadźmy ekonomiczniej, by zaoszczędzić paliwo. No i na pewno pozytywnie na stan naszego portfela nie wpływają mandaty ;)

Sposoby oszczędzania powinniśmy dopasować do siebie – nie wszystkie metody oszczędzania pasują każdemu. Dlatego nie pisałam np. o domowym farbowaniu i obcinaniu włosów, bo akurat zarówno ja, jak i moi mężczyźni, regularnie korzystamy z tych zabiegów w salonie fryzjerskim, a na pewno na tym można byłoby zaoszczędzić niezłą sumkę w ciągu roku.

Zachęcam więc Was do podzielenia się swoimi sposobami na oszczędzanie pieniędzy – może macie rozwiązania, które mnie i innym nie przyszły dotąd do głowy. Zainspirujmy się nawzajem! Zerknijcie też i sprawdźcie podejście do oszczędzania, jakie promuje firma KRUK S.A.. Bo oszczędzać przecież warto – by mieć poczucie bezpieczeństwa i realizować marzenia.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
W szkole 27 września 2019

Jak przekonać dziecko do nauki

Dzieci dzielą się z grubsza na takie, które uczą się dobrowolnie i trzeba je od książek siłą odciągać oraz na takie, które za nic uczyć się nie chcą. Jak przekonać dziecko do nauki, kiedy ono mówi, że nauka jest nuda, trudna i w ogóle głupia? Łatwo nie będzie, ale są sposoby.

Nauka przez zabawę

Sposób stary jak świat, ale ciągle skuteczny. Im więcej zmysłów jednocześnie dziecko angażuje, tym łatwiej przychodzi mu przyswajanie wiedzy. Wkuwanie na pamięć można połączyć z chodzeniem, skakaniem, bieganiem. Tabliczkę mnożenia łatwiej przyswoić układając klocki na podłodze. Fakty historyczne wchodzą do głowy szybciej, jeśli dziecko je na przykład narysuje.

Aplikacje mobilne nie są takie złe

Oczywiście, jeśli podejdziemy do nich właściwie. Warto podpowiedzieć dziecku, co może zainstalować, żeby sobie uatrakcyjnić naukę. Prawda jest taka, że dzieci uwielbiają te wszystkie mobilne bajery, takie mamy pokolenie. Można zabraniać, a można to wykorzystać w słusznej sprawie. Duśka uczyła się tabliczki mnożenia w aplikacji. Najbardziej lubiła końcowe pojedynki, przychodziła do mnie i stawałyśmy do walki. Z innej aplikacji uczyła się odgłosów ptaków, z kolejnej wyciągała wiadomości o kosmosie.

Kary i nagrody? No niekoniecznie

Dziecko powinno od początku mieć świadomość, że uczy się dla siebie, a nie dla nagrody. Obiecywanie roweru, tabletu, smartwatcha czy choćby pluszaka nie jest najlepszym rozwiązaniem. Zadziała tu mechanizm znany dobrze studentom: zakuć, zdać, zapomnieć. Jeśli nagroda to niematerialna, na przykład wyjście do kina, dziecko ma wtedy lepszą motywację do starań o kolejny bonus za dobre wyniki. A kara? Już sama jedynka jest karą, po co to eskalować? Dzieci, które mają problemy z nauką, potrzebują od rodziców wsparcia, a to nie powinno przyjmować postaci kar.

Nauka jest ważna

I trzeba to dziecku wyraźnie pokazać. Co to oznacza? Jeśli dziecko odrabia lekcje, to nie wolno mu przerywać akcjami typu: „Zrób sobie przerwę i wynieś śmieci”. Za to trzeba ściszyć a najlepiej całkiem wyłączyć telewizor, nie odkurzać w czasie nauki dziecka, odpuścić sobie wszelkie inne głośne prace, zająć czymś młodsze rodzeństwo. Jeśli w domu jest kilku uczniów, powinni odrabiać lekcje w tym samym czasie, wtedy nie będą sobie nawzajem przeszkadzać zabawą.

Nauka nie tylko w szkole

Dni wolne nie są tylko po to, żeby posprzątać i poleniuchować. To czas, który można spędzić twórczo, na przykład na wycieczce, która łączy przyjemne z pożytecznym. Jeśli trochę poszukamy, okaże się, że nawet w muzeum można się dobrze bawić. Z takich wycieczek dzieci wynoszą więcej niż ze szkoły. Przede wszystkim dlatego, że nie towarzyszy im stres i nie czują presji przyswajania wiedzy. Ot, samo się dzieje.

Pochwały tak, ale za konkrety

Pochwała to coś, na co dziecko powinno zasłużyć. A po co ma się starać, skoro chwalimy je bez ustanku i za byle co? Oczekiwanie lepszych stopni wcale nie jest niczym złym, oczywiście pod warunkiem, że dziecko na nie stać. Natomiast zdecydowanie lepiej chwalić za sukcesy niż ganić braki. Jeśli dziecko dostanie piątkę i jedynkę, nie może być tak, że piątka zostanie przemilczana a jedynka napiętnowana.

Korepetycje

Tak, wbrew pozorom dodatkowe zajęcia też mogą zachęcić do nauki. Szczególnie jeśli korepetytor wykaże się kreatywnością. Podobnie jest z zajęciami grupowymi w różnych klubach osiedlowych i innych domach kultury. To, co w szkole jest „nudne i głupie” poza szkołą może okazać się bardzo ciekawe.

Porównywanie nie jest motywujące

„Zosia może, a ty nie? Paweł umie, a ty co? Gorszy?” Każde dziecko ma inne predyspozycje i możliwości. Twierdzenie, że skoro jedno umie to i drugie powinno jest bez sensu. Natomiast można podkreślić, że Zosia dostała lepszą ocenę, bo się uczyła kilka godzin. Warto zwracać uwagę na pracę włożoną w przyswojenie wiedzy i efekty jakie ta praca przynosi. A jeśli nie przynosi? Jeśli dziecko uczy się dzień w dzień po kilka godzin i nadal ma problemy z nauką, trzeba szukać pomocy na zewnątrz.

Odpowiedzialność leży po stronie dziecka

Jeśli rodzice za mocno ingerują w naukę dziecka, ono samo przestaje się nią przejmować. No bo po co, skoro rodzice wszystkiego pilnują? Inaczej wygląda sytuacja, gdy dziecko ma świadomość, że to ono jest odpowiedzialne za odrabianie lekcji, przygotowanie do klasówki, pakowanie tornistra. Warto też podkreślać, że nauka jest obowiązkiem dzieci, tak samo jak praca jest obowiązkiem rodziców.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Kultura 26 września 2019

Rozmowa‌ ‌z‌ ‌Magdaleną‌ ‌Majcher,‌ ‌autorką‌ ‌cyklu‌ ‌Sagi‌ ‌nadmorskiej‌

Magdalena Majcher jest autorką poczytnych powieści obyczajowych, w tym cyklu Sagi nadmorskiej (Obcy powiew wiatru, Zimny kolor nieba, Znany szum morza). 

W swoich dotychczas wydanych trzynastu tytułach opisywała historie bliskie zwykłym ludziom. A że uczyniła to w sposób poruszający i piękny, zaskarbiła sobie grono wiernych czytelników. Niegdyś pracowała na pełen etat, ale odkąd na świat przyszedł jej drugi syn, stała się pełnoetatową pisarką – na szczęście! 

Zapraszam do krótkiej, lecz treściwej rozmowy z Magdaleną Majcher.

saga nadmorska

 

Żaklina Kańczucka: Pochodzi Pani z Czeladzi, obecnie mieszka w Katowicach. Powiedzmy sobie szczerze – ze Śląska daleko nad morze, skąd więc pomysł, by akcję trzech powieści z cyklu Saga nadmorska umiejscowić akurat w Ustroniu Morskim?

Magdalena Majcher: Miłością do Bałtyku zaraziła mnie w dzieciństwie moja mama. I tak już ten stan zakochania trwa od dawna. Jestem jak ten chłopak na statku zakochany w morzu tyle lat. (śmiech) Odwiedziłam wiele nadmorskich miasteczek, a jednak to właśnie Ustronie Morskie w szczególny sposób zapisało się w mojej pamięci i sercu. Ustronie pojawiało się epizodycznie już w innych moich powieściach i czekałam na ten właściwy moment, aby poświęcić temu miejscu całą książkę. Koniec końców wyszła z tego cała saga.

Nie bez znaczenia było też to, jak zostałam przyjęta w Ustroniu Morskim, kiedy po raz pierwszy pojechałam tam na spotkanie autorskie. Bibliotekarki były przemiłe i entuzjastycznie podeszły do tego, że w moich powieściach pojawia się ich rodzinna miejscowość.

 

Ż.K.: Ustronie poznajemy od końca II wojny światowej i przyjazdu na Pomorze Zachodnie rodziny Zielińskich, aż po współczesność. Skąd czerpała Pani inspirację i wiedzę opisując ówczesne realia? Zawarcie spójnej całości w trzech odrębnych tomach to nie lada wyczyn.

M.M.: Praca nad sagą kosztowała mnie mnóstwo emocji. Żaden z moich literackich projektów nie pochłonął tyle czasu i energii. Podczas zbierania materiałów do sagi kilkakrotnie odwiedziłam Ustronie Morskie, rozmawiałam z mieszkańcami i osobami związanymi z miejscowością. Ogromną pomoc otrzymałam od instytucji gminnych – ośrodka kultury i biblioteki. Miałam przyjemność poznać wiele niezwykłych osób, jak choćby pana Jerzego Zawadę, jednego z pierwszych osadników polskiego Ustronia Morskiego, czy Andrzeja Pogonowicza, który jest prawdziwym pasjonatem lokalnej historii i posiada w swoich zbiorach prawie 1000 pocztówek i zdjęć z przedwojennego i powojennego Ustronia.

Sporo czasu zajęło mi też wertowanie materiałów źródłowych, czytanie wspomnień, opracowań, artykułów. Z Ustronia przywiozłam sporo dokumentów czy wycinków prasowych, ale szukałam też na własną rękę.

 

Ż.K.: Czytając pierwszy tom z cyklu Saga nadmorska, czyli Obcy kolor nieba, byłam poruszona ilością emocji, które się tam pojawiają. Temat Wołynia jest niezwykle trudny i po dziś dzień budzi wiele kontrowersji. Nienawiść, pogromy, wysiedlenia, zsyłki na Sybir – czy nie obawiała się Pani ryzyka zbytniego spłycenia trudnych doświadczeń w powieści?

M.M.: Przyznam, że w momencie, kiedy pracuję nad powieścią, nie zastanawiam się nad jej odbiorem. Mam zadanie do wykonania i daję z siebie wszystko, aby efekt końcowy był zadowalający. Martwić zaczynam się dopiero, kiedy książka jest już złożona i idzie do druku. Wtedy się zastanawiam, jak przyjmą ją czytelnicy.

Jak już wspomniałam, zanim zacznę pisać, zbieram materiały. To jest również czas na dokładne przemyślenie fabuły. Zawsze wnikam w temat głęboko, żyję nim. Mam nadzieję, że czytelnicy również czuję tę pasję. Ja sama jestem zadowolona z tej sagi. Uważam, że napisałam ją najlepiej, jak potrafiłam, ale zawsze istnieje ryzyko, że czytelnik, który sięga po moją powieść, oczekuje czegoś innego. Jedni chcą emocji podanych jak na tacy, drudzy wolą doszukiwać się drugiego dna pomiędzy słowami. Ja piszę tak, jak dyktuje mi serce – emocjami.

 

Ż.K.: Trzeci tom sagi, Znany kolor nieba, zamyka historię kobiet z rodu Zielińskich – Marcjanny, Gabrieli i Jagody. Nie korci Pani, by dokonać jej kontynuacji? Odnoszę wrażenie, że kończąc trzeci tom, zostawiła Pani lekko uchyloną furtkę do tego. Założę się, że nie tylko mnie jest żal rozstawać się z bohaterkami.

M.M.: Zakończenia większości moich książek są otwarte. To celowy zabieg, ale mam w nim inny cel niż pozostawienie sobie możliwości kontynuowania losów bohaterów. Wychodzę z założenia, że lepiej pozostawić czytelnika z uczuciem nawet lekkiego niedosytu, niż przesytu. Jak śpiewał Perfect, trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. (śmiech) Poza tym jestem też, a może przede wszystkim czytelniczką i najbardziej lubię takie zakończenia, które pozostawiają wyobraźni pole do popisu. Lubię analizować, zastanawiać się, jak mogły potoczyć się losy bohaterów. A że piszę takie książki, jakie sama chętnie bym przeczytała…

 

Ż.K.: Muszę przyznać, że cykl Saga nadmorska to moje pierwsze spotkanie z Pani twórczością. Przyznam się również, że jestem zafascynowana zarówno historią i jak sposobem jej poprowadzenia. Nie można się oderwać od kart trzech tomów! A wiem, że na koncie ma Pani znacznie więcej tytułów – łącznie dwanaście (?) – jeśli dobrze liczę. Który z nich jest Pani najbliższy i w pierwszej kolejności poleciłaby go Pani nowym czytelnikom?

M.M.: Dotychczas wydałam trzynaście powieści. Najbliższa jest mi Obcy powiew wiatru. Marcjanna, główna bohaterka, jest moją ulubioną postacią, jej losy są mi w szczególny sposób bliskie.

Jestem też związana z serią Wszystkie pory uczuć, szczególnie z Zimą i Wiosną.

 

Ż.K.: I na sam koniec pytanie niezwiązane już z historią Marcjanny, Gabrieli i Jagody. Jest Pani mamą dwójki dzieci – jak udało się Pani połączyć macierzyństwo z realizacją marzeń o pisaniu? Przecież pisanie wymaga i skupienia i czasu, a przy dzieciach to zakrawa o prawdziwy cud.

Prawdę mówiąc, trudniej było mi połączyć pracę na etacie z wychowywaniem dzieci. Zdalna praca jest moim zbawieniem, naprawdę. Zaczęłam pisać, kiedy mój młodszy syn miał trzy miesiące i nie wyobrażam sobie powrotu na etat. Mam podzielną uwagę i nawet jeśli dzieci są w domu, potrafię się skupić, wyłączyć. Na szczęście, starszy chodzi do szkoły, a młodszy do przedszkola, więc teraz piszę, kiedy są w placówkach. Wcześniej łapałam krótkie chwile drzemek dziecka, a kiedy przestał spać w dzień, po prostu pisałam przy nim. Dzisiaj sama zastanawiam się, jak mi się to udawało. (śmiech) Mam też dużą pomoc w rodzinie. Jeśli jest taka potrzeba, w weekendy dziećmi zajmuje się moja mama, żebym mogła popracować. Zakupy i gotowanie ogarnia mąż, więc to też bardzo duży plus. Trochę to trwało, zanim udało nam się zorganizować codzienne życie, ale teraz funkcjonujemy jak dobrze naoliwiona machina. (śmiech).

Dziękuję za rozmowę. A Was zapraszam do lektury Sagi nadmorskiej oraz pozostałych powieści autorstwa Magdaleny Majcher.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close