Pielęgnacja 12 kwietnia 2019

Nowoczesna wyprawka dla noworodka, czyli jakim cudem dałam sobie radę bez tych gadżetów?!

To nie tak, że torpeduję wszystkie wynalazki, jakie pojawiają się na rynku tylko dlatego, że ja ich nie miałam. To nie tak, że uważam wszystkie, jak leci, za beznadziejny sposób na wyciąganie pieniędzy od rodziców. Ale chcę powiedzieć tym, którzy się wahają, którzy może nie mają za dużo pieniędzy: bez wielu teoretycznie niezbędnych rzeczy, dacie radę!

Wyprawka dla noworodka – co mówi internet

W internecie można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Sama chętnie korzystam z tego źródła informacji. Można też dowiedzieć się wielu rzeczy kompletnie niepotrzebnych. I w końcu można dać zrobić sobie wodę z mózgu. Bo kolorowe, bo zachwalane, bo może i drogie, ale na dzieciach nie wolno oszczędzać, bo taaaakie wygodne i poręczne – tak reklama internetowa kusi młodych rodziców. Jak dziś przeglądam nowoczesne listy wyprawkowe, to zastanawiam się, jakim cudem dałam radę bez tych wszystkich gadżetów. W końcu niektórych używa się aż dwa lata!

Wyprawka dla noworodka – gadżety, których nie dane mi było poznać

Części z nich w tamtych czasach (to już prawie dziesięć lat!) nie było na rynku albo słabo się reklamowały. Część była tak droga, że po prostu nie było mnie stać. Na niektóre pewnie nadal mnie nie stać. Na liście nowości, które zaskoczyły mnie ostatnio, znalazły się:

– Koszula do kangurowania – za nic nie mogę wyczaić, w czym rzecz. O kangurowaniu słyszałam, chociaż nie wtedy, kiedy Duśka się rodziła. O koszuli usłyszałam dopiero niedawno. Kiedy moje dziecko się urodziło i zszyli mnie po cesarce, położna po prostu przyniosła mi noworodka, położyła na gołych piersiach, nakryła nas szpitalną kołdrą i kazała tak leżeć. I całkiem fajnie nam było. Gdyby dziś ktoś mi powiedział, że mam kangurować noworodka, to pewnie bym go sobie położyła na piersiach i przykryła nas kocykiem i tyle. Koszula do kangurowania, taka przypominająca nosidło, kosztuje ok. 150 złotych. Hmm…. Biorąc pod uwagę, że kangurowania wymagają głównie wcześniaki, to spory wydatek jak na góra dwa miesiące. No ale oki, na wcześniakach oszczędzać nie wolno, być może komuś taka koszula naprawdę się przyda.

– Gniazdko – zwane też kokonem. Niby fajna rzecz, ale znowu – kosztuje blisko 200 złotych, wystarczy na krótko, bo już trzymiesięcznemu dziecku może być w nim ciasno. Zadaniem gniazdka jest otulenie dziecka, dania mu poczucia bezpieczeństwa i zapobieżenie przed sturlaniem się z dorosłego łóżka. Na pewno łatwiej zabrać w podróż gniazdko niż łóżeczko turystyczne, tu się zgodzę. Być może to opcja dla tych, co dużo podróżują z noworodkiem. O ile są tacy.

– Ponczo – jakieś takie sprytne, że można to nosić na szyi niczym szal, można „schować” w nim dziecko w czasie karmienia piersią, jest wielkie niczym plażowy parawan i nawet za osłonę dla wózka da radę zrobić. Nie wykluczam, że faktycznie wygodne. W moim przypadku zaoszczędzone kolejne 70 złotych.

– Otulacze do spania – pojawiły się chyba niedawno, bo wśród różnych rzeczy, które dostałam od mam z większym stażem, jakoś żaden się nie trafił. Mnie osobiście się nie podobają, bo dziecko wygląda jak spętane, ale ponoć dzieci to lubią, są spokojniejsze i lepiej śpią. To chyba jakaś współczesna forma staropolskiego becika. Nie miałam, ale nie wykluczam, że gdyby mi dziś ktoś podarował, to bym wypróbowała, choćby dla przyzwoitości. Najbardziej nieprzyzwoite wydają mi się ceny. O ile skłonna byłabym dać za to 40 złotych, to 150 już nie.

– Automatyczny bujaczek – pewnie dałby mi wolną rękę w wielu sytuacjach, ale może lepiej, że go nie miałam. Dzięki temu do perfekcji opanowałam taki rozkład dnia, by mieć czas dla dziecka wtedy, gdy potrzebowało mnie ono najbardziej. Po prostu nie miałam wyjścia. Aha, ponoć są bujaczki nieautomatyczne, trzeba bujać je ręcznie. Rodzice, którzy testowali, nie polecają. Ceny zaczynają się od 100 złotych, ale taki bardziej wypasiony to minimum 200 zł.

– Waga dla niemowląt – zapewne przydaje się w niektórych sytuacjach, szczególnie rodzicom wcześniaków. Duśka na szczęście urodziła się w terminie, nawet ciut po. Obawiam się, że gdybym miała takową wagę w domu, to bym jej używała kilka razy dziennie i wpadła w paranoję. Te hormony po ciąży naprawdę robią sieczkę z mózgu :P

Ceny są bardzo różne, najtańsza 80 zł, najdroższa, jaką udało mi się namierzyć, ponad 800…

 

Może nie zaoszczędziłam jakoś bardzo dużo, ale na średniej jakości wózek było. Na dobry (zdaniem internetów) się nie szarpnęłam. Przed urodzeniem Duśki zrobiłam rachunek sumienia i uznałam, że potrzebuję zwykły wózek z grubymi, dużymi kołami. I tyle.

Wyprawka dla noworodka – na dzieciach się nie oszczędza?

Z perspektywy czasu cieszę się, że internetowa reklama w tamtych czasach była mało agresywna i nie dała rady wmówić mi wielu rzeczy. To nie tak, że uważam całą powyższą listę za nadającą się wyłącznie do kosza. Uważam jednak, że bez tych gadżetów też da się wygodnie i bezpiecznie wychować dziecko. I z serca Wam radzę – jeśli nie macie na coś pieniędzy, nie dajcie sobie wmawiać, że na dzieciach się nie oszczędza. Faktycznie, nie kupuje się najtańszych pieluch jednorazowych (nie wiem, czy są jeszcze, kiedyś w Carrefourze były takie z jedynką w kółku), bo to zwykła wata z ceratą co odparza, ale nie wydaje się kilkuset złotych tylko dlatego, że wszyscy wokół tego oczekują. Tak naprawdę dziecko nie potrzebuje tych wszystkich bujaczków, kokonów, otulaczy, koszy Mojżesza i nie wiem, czego tam jeszcze. Małe dzieci nie są materialistami. Są monopolistami. Chcą wyłącznie rodziców.  

 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Napoje 11 kwietnia 2019

Domowy ocet jabłkowy – przepis w 6 krokach

Domowy ocet jabłkowy to jest coś, co interesuje coraz więcej osób. Pisałam ostatnio o tym, jak wiele zalet posiada domowy ocet jabłkowy, że można go wykorzystać i dla zdrowia i dla urody. Najlepszy do tego jest ten, który zrobicie samodzielnie. Tylko w ten sposób będziecie mieli pewność, że jest w pełni naturalny, bez zbędnych dodatków czy konserwantów.

Przepis na domowy ocet jabłkowy

Wbrew pozorom zrobienie domowego octu z jabłek nie wymaga wiedzy tajemnej i wielkiego zachodu. Sam koszt domowej produkcji jest nieporównywalnie niższy, jeśli pomyślicie o cenie gotowego produktu w sklepie (kilkanaście złotych i wzwyż). Czego potrzebujecie? Już mówię:

  1. Duży, kilkulitrowy słój i kawałek gazy oraz długa drewniana łyżka;
  2. Jabłka – ekologiczne, najlepiej swojskie ( tyle, by zapełniły ponad ¾ słoja);
  3. Miód – duża łyżka, lub cukier (sama z cukrem nigdy nie robiłam, miód zdrowszy);
  4. Przegotowana woda – tyle, by zakryć jabłka w słoju.
domowy ocet jabłkowy

Końcówka octu jabłkowego.

Wykonanie krok po kroku

  1. Słój myję i wyparzam bardzo dokładnie. Higiena podczas wytwarzania octu jest niezwykle istotna, aby doprowadzić do procesu fermentacji jabłek, a nie ich psucia.
  2. Jabłka dokładnie myję, a jeśli skórki są obite lub brzydkie, z plamami – obieram i usuwam to, co jest konieczne. Ogonki i gniazda nasienne wyrzucam. Ja kroję jabłka na ćwiartki, tak mi jest wygodnie (i szybko :)) .
  3. W tym samym czasie gotuję w garnku wodę. Gdy przestygnie, wkładam do niej miód i mieszam do jego rozpuszczenia. Nie wolno dodawać miodu do gorącej wody, bo jego cenne właściwości znikną.
  4. Jabłka układam ciasno w słoju i zalewam wystudzoną, ale nie zimną wodą z miodem tak, aby wszystkie jabłka były nią zakryte. Jeśli kawałki jabłek uparcie wypływają, obciążam je małym, wyparzonym słoiczkiem wypełnionym wodą. Wypływanie jabłek może powodować ich psucie. Zanurzenie znacznie bardziej podnosi szanse na sukces :) Szyjkę słoja przykrywam szczelnie gazą lub ręcznikiem papierowym i owijam gumką.
  5. I teraz czekam. Pierwsze kilka dni to czas na rozpoczęcie fermentacji. Ze słoja może podnosić się piana i wyciekać na zewnątrz, więc ja podkładam pod słój papierowe ręczniki. Po kilku dniach będzie już czuć drożdżowy zapach i posmak taniego alkoholu. Pianę dobrze jest zbierać wyparzoną drewnianą łyżką (ponoć nastaw octowy nie lubi kontaktu z metalem). Koniecznie raz – dwa razy dziennie, wyparzoną łyżką należy dobrze zamieszać jabłka. Dbam przy tym o higienę i rąk i łyżki, by nie dostały się do środka szkodliwe bakterie, które mogą zniweczyć starania. Za każdym razem nakrywam słój, by nie dostały się do niego muszki. Po jakichś  dwóch tygodniach zaczyna być mocno wyczuwalny zapach octu – u mnie czuć go w połowie kuchni ;). Wtedy też może pojawiać się z początku biały “kożuszek” – nie wyrzucajcie go, to cenna tzw. matka octowa, która świadczy o tym, że dobre bakterie ciężko i skutecznie pracują na nasz ocet. “Matka” z czasem zaczyna wyglądać jak “glut”, biała galaretka.
domowy ocet jabłkowy

Matka octowa utworzona w szyjce butelki z octem.

6. Po kolejnych dwóch lub trzech tygodniach (w sumie mija zazwyczaj ponad miesiąc od nastawienia), gdy czuję już tylko ocet, a nie drożdże, ostrożnie zdejmuję “matkę”, przekładam do ceramicznego naczynia, przykrywam gazą i wkładam do lodówki (nawet na kilka miesięcy, do kolejnego nastawu). Gdy “matka” jest już przeniesiona, do wyparzonych butelek z ceramicznymi korkami przelewam ze słoja płyn (używam lejka z sitkiem, żeby farfocle zatrzymać) i wkładam do szafki. Po kilku dniach do niej zaglądam – jeśli korek “strzela” podczas otwarcia butelki to znak, że proces jeszcze się nie zakończył i ocet nadal pracuje. Wtedy zakrywam szyjki butelek ręcznikiem papierowym i zakładam gumki, a ocet sobie pracuje dalej, aż do momentu uspokojenia i wyklarowania.

domowy ocet jabłkowy

Dojrzewający ocet jabłkowy.

Gdy płyn dojrzeje, widać na dnie osad, takie “kłaczki”. To dobry znak prosto od Matki Natury :) W butelkach na powierzchni octu też może tworzyć się “matka”, co jest naprawdę dobrą rekomendacją dla jego naturalności i zalet. “Matkę” wylewam z butelki do “głównej matki” w lodówce dopiero wtedy, gdy kończy mi się ocet w butelce. “Główną matkę” warto raz na jakiś czas zasilać zlanym octem, żeby nie wyschła. Przy kolejnym nastawie dokładam “matkę”, by fermentacja przebiegała szybciej.

Produkt końcowy ma smak octu, ale delikatniejszy niż spirytusowy, i zapach jabłek. Ja codziennie wypijam na czczo szklankę chłodnej wody z łyżeczką octu jabłkowego. I bardzo lubię taki “octowy detox” :)

domowy ocet jabłkowy

Gotowy ocet jabłkowy z butelce.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Emocje 10 kwietnia 2019

„Nauczyciele to nieroby i darmozjady!” – słów kilka o (braku) szacunku do nauczycieli

Strajk nauczycieli to ostatnio temat numer jeden we wszystkich chyba możliwych mediach. Oczywiście społeczeństwo chętnie komentuje całą tę sytuację, dzieląc się na tych, którzy wspierają belfrów w ich działaniach, jak i tych, którzy krytykują, żeby nie powiedzieć – obrzucają mięsem całą oświatę. 

I na tym obrzucaniu chciałabym się dzisiaj zatrzymać, ponieważ jestem dosyć mocno poruszona komentarzami, które zdążyłam przeczytać, dowiadując się tym samym, że nauczyciele w powszechnej opinii to nieroby i darmozjady!

Co prawda nie pierwszy raz spotykam się z takim zdaniem, ale niewątpliwie  teraz, w czasie strajku tego typu komentarze wyrosły w sieci jak grzyby po deszczu. A przez to zaczęłam się zastanawiać skąd w ludziach tyle jadu, niechęci, antypatii i przede wszystkim braku szacunku do pracowników szkół?!? Do każdego z osobna i wszystkich razem. Do tych, którzy uczą języka polskiego, matematyki, historii, przyrody, plastyki, czy muzyki, i każdego innego przedmiotu.

To doprawdy zatrważające, że nauczycielom nie okazują respektu  zarówno dzieci, jak ich rodzice, młodzi ludzie (np. studenci),a także starsi, którzy już dawno zakończyli przygodę z edukacją.

Z przykrością, ale otwarcie trzeba przyznać, że żyjemy w czasach, kiedy nauczyciele nie mają żadnego autorytetu, nie są traktowani poważnie i w pewnym sensie nie mają prawa głosu. Związuje im się ręce zabraniając dotykać w jakikolwiek sposób uczniów (dosłownie i w przenośni), strasząc przy tym różnymi paragrafami, sądami, i czym tam jeszcze popadnie.

Natomiast, w przeciwieństwie do nich, dzieciom i młodzieży (prawie) wszystko wolno. Mogą sobie kpić, drwić, olewać, lekceważyć, wyśmiewać, obrażać, a nawet kosz na śmieci założyć belfrowi na głowę! I często mają na to przyzwolenie swoich rodziców, którzy stają w obronie własnych pociech, nie zważając na okoliczności i słuszność takiego, a nie innego zachowania.

Czasem zastanawiam się, gdzie podziały się te czasy, kiedy nauczyciela szanowało się z marszu, choćby za to, że pełnił bardzo ważną rolę w społeczeństwie? Gdzie te czasy, kiedy w szkole trzymało się dyscyplinę i uczyło między innymi: obowiązkowości, odpowiedzialności, sumienności, szczerości i ponoszenia konsekwencji? Choć wiadome jest, że te wartości powinno wynieść się przede wszystkim z domu, to  jednak w szkole również niegdyś wymagano, by w ten sposób kształtować charakter uczniów.

Nie twierdzę przy tym, że nauczyciele  sprzed nastu, czy kilkudziesięciu lat byli lepsi i ich metody wychowacze były dobre – nigdy bowiem nie popierałam zachowań typu bicie po rękach linijką, czy książką po głowie, a tak przecież bywało! Nie mniej jednak, wydaje mi  się, że kiedyś nauczycielom lepiej się wiodłoi, a uczniowie bardziej słuchali i częściej okazywali szacunek swoim przełożonym.

Poza tym kontakty i stosunki nauczycieli z rodzicami też były inne. Pamiętacie te czasy, gdy nasze matki i ojcowie posłusznie przychodzili do szkoły na każde wezwanie, z pokorą słuchali, co ma do powiedzenia na temat ich dzieci belfer, a potem, w domowym zaciszu wyciągali odpowiednie konsekwencje? Dziś, mam wrażenie, że jest dokładnie na odwrót i to rodzice wzywają na dywanik nauczyciela, obarczając go winą za wszelkie niepowodzenia, a ten słucha ich ze spuszczoną głową…

I nie chodzi mi w tym wszystkim o to, że pedagodzy to święte krowy, przed którymi trzeba się płaszczyć i włazić tu i ówdzie z wazeliną. Jak wszędzie znajdą się lepsi i gorsi, tacy, którzy nadają się do swej pracy, i tacy, którzy minęli się z powołaniem.

Nie chcę też za wszelką cenę bronić grona pedagogicznego i obarczać całą winą otaczający ich świat. Ale myślę, że mimo wszystko, powinniśmy zadbać o tych, którzy odpowiadają za edukację naszego społeczeństwa. Nie mają bowiem łatwego zadania.

Zrozumie to pewnie tylko ten, kto choć raz próbował ogarnąć gromadkę rozwydrzonych dzieci, uciszyć, skupić ich uwagę na sobie, wytłumaczyć coś, tak by każdy zrozumiał i nauczyć czegoś.

Jeśli nie było Wam dotąd dane wystąpić w tej roli, to chociaż zastanówcie się i szczerze odpowiedzcie sobie na pytanie – ile macie pokładów cierpliwości dla swoich dzieci, a później pomnóżcie jeszcze ich ilość, bo przecież nauczyciele mają w jednej klasie do ogarnięcia zazwyczaj powyżej dwudziestu uczniów.

Reasumując, moim zdaniem należy im się szacunek.

 


Taką grafikę znalazłam, trochę z przymrużeniem oka, ale w sumie to prawda…  Demotywatory.pl

Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Michalina
Michalina
2 lat temu

Każdemu należy się szacunek z automatu, racja. Niestety nauczyciele bardzo nadwyrężają go, uważam że nie jest to żadna elita ani prestiżowa kasta społeczna. Może kiedyś w dobie analfabetyzmu, kiedy na trzy wioski dwie osoby potrafiły się podpisać można było mówić,że nauczyciel to na równi z księdzem i doktórem. Wybrali taki zawód, w pełni świadomie, każdy z nas ma w sobie pasję do tego co robi, każdy z nas bardzo ciężko haruje na wszystko co ma, czy każdy z nas sprawiedliwie zarabia? Chciałabym ,żeby kasa nie przesłaniała im odpowiedzialności za nasze dzieci, a oni nimi grają. Strajk może się skończyć za… Czytaj więcej »

Jasia
Jasia
2 lat temu
Reply to  Michalina

Nóż w plecy dzieciom… Cóż za dramatyzm…

top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close