Gra Głębia. Idealna karcianka dla dwóch osób

Niewiele jest fajnych, intrygujących gier planszowych dla dwóch osób. Moim skromnym zdaniem Wydawnictwo Nasza Księgarnia wyszło temu mu naprzeciw i w ostatnich miesiącach rozpieszcza nas grami, właśnie dla dwójki. Gra “Głębia” jest jedną z nich.

Graficznie jest bardzo doprecyzowana, aż przyjemnie się na nią patrzy i w nią gra. Najzabawniejsze są karty z nurkami, a dzieciom wpadł w oko nurek z kaczuszką. W niewielkim pudełku zmieściły się karty, woreczek z kolorowymi skarbami-kosteczkami oraz instrukcja. Na zewnętrznych częściach pudełka wydawnictwo przygotowało dla graczy zabawę, przez co zachęcają do rozgrywek w różnych porach dnia itd.

gra głębia

Zasady gry

“Głębia” to gra dla dzieci już od 8 roku życia, a jej rozgrywka zajmie zaledwie 30 minut. Zasady są bardzo proste i czytelne, a mimo tego przed graczem stoi nie lada wyzwanie, by wypracować jak najlepszą strategię, która zaprowadzi go do zdobycia skarbów z dna morza.

 gra głębia

Kafelki morza są dwustronne. Z jednej strony mamy płytkie morze, a z drugiej głębokie. Ustawiamy przed sobą 4 kafelki morza na zmianę, raz płytkie, raz głębokie, a następnie wybieramy losowo kosteczki (skarby) z woreczka i umieszczamy je na płytkach. Na każdej płytce jest informacja, ile skarbów można maksymalnie na niej położyć.

Każdy z graczy otrzymuje 8 kart z nurkami, które kolejno wykłada się przed płytkami morza. Jeśli walczymy o skarby z płytkiej wody, wartość kart po naszej stronie powinna być jak najmniejsza. Przy głębokiej wodzie musimy zebrać jak największą liczbę punktów. Niby proste i łatwe. Mechanika tej gry przypomina mi “Zaginione Miasta”, jednak tutaj wzbogacono ją o dodatkową, ciekawą zasadę. Swoje karty możemy położyć po swojej stronie lub przeciwnika, przez co możemy się upewnić, że to my zgarniemy skarby. Zebranie odpowiedniej ilości kosteczek w danym kolorze, wcale nie jest takie łatwe. Początkowo gra może się dłużyć, ale im bliżej końca, tym rodzą się coraz ciekawsze strategie. Przy niektórych rozgrywkach było naprawdę ostro, gdyż każdy walczył o skarb.

gra głębia

Plusem tej gry są proste, przejrzyste zasady oraz grafika. Ponadto gra wspiera w rozwijaniu strategicznego myślenia, spostrzegawczości. Przyda się również umiejętność liczenia w pamięci w zakresie do 100.

Grę oceniam na piątkę z plusem. Zdecydowanie pozostanie na naszej półce, obok takich gier, jak “Lisek urwisek”, “Ślimaki to mięczaki”, czy “Budowa Miasta”.

 

Wpis powstał przy współpracy z  wydawnictwe Nasza Księgarnia 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Rozwój 24 maja 2019

Nie zazdroszczę rodzicom sześcioraczków. Ale szczerze im gratuluję

W miniony poniedziałek w krakowskim szpitalu na świat przyszły sześcioraczki. Sześć maleńkich istotek, przed którymi długa droga do domu. To niewątpliwie cud natury i duża radość dla rodziców. Mimo to cieszę się, że mnie to ominęło.

Sześcioraczki – sześć razy 500+

Od tego się zaczęło w „internetach”. Nie wiem, co ludzie mają w głowach, ale pierwsze, co policzyli, to ileż to kasy „zarobią” na sześcioraczkach rodzice. No tak, rodzice zarobią, bo pieluchy jednorazowe pewnie z nieba spadną. Z ciekawości policzyłam sobie, ile kasy pójdzie na najbardziej popularną markę owych jednorazówek. No prawie cała! A gdzie chusteczki do kompletu? O zasypkach, kremach itp. nie wspominam, bo na to już 500+ nie wystarczy. Na mleko modyfikowane też nie, a wykarmienie dwiema piersiami sześciu głodomorków może być problematyczne, chociaż życzę mamie maluszków, by dała radę. To by dopiero było coś!

Przed rodzicami ogromne wyzwanie finansowe. I to umówmy się, na początku źle nie będzie, gorzej będzie potem. Początek jest do przewidzenia, zaraz się znajdą sponsorzy, potencjalni reklamodawcy, którzy chętnie obdarują sześcioraczki tym czy tamtym z nadzieją, że będą mogli ogłosić to światu. Norma. Ciekawe tylko, co będzie za kilka lat, gdy dzieci pójdą do przedszkola, a potem do szkoły. Tak naprawdę to wtedy zaczynają się mega wydatki. Ale skoro rodzice maluchów takie szczęście mają, to może i w Lotto powinni zacząć grać?

Tak na marginesie: pamiętacie, że w 2006 roku w Polsce urodziły się pięcioraczki?

Sześcioraczki – sześć razy okres niemowlęcy

Rany koguta, z jednym dzieckiem można przysłowiowego diesla dostać, a co dopiero z szóstką?! Te wszystkie odparzenia, nocne płaczki, kupki, które nie chcą wyjść, ząbkowania, szczepienia (!), pierwsze raczkowanie i pierwsze kroczki. A potem: weź człowieku upilnuj taką szóstkę, która idzie w sześć stron świata! O la la! No i do tego karmienie, przewijanie, kąpanie – to przecież będzie praktycznie non stop. Oby dzieci były na tyle miłe i przynajmniej spały w tych samych godzinach, to i rodzice sobie odpoczną, bo jak będą się wymieniać, to przecież masakra jakaś. Może za pięć lat ci rodzice się wyśpią, przy dobrych wiatrach. Właściwie teraz powinnam im życzyć takiego dziecka jak Duśka, które przez pierwszy rok było właściwie bezobsługowe. No więc Drodzy Rodzice Sześcioraczków: właśnie takich dzieci Wam życzę. Skoro mnie się trafiło jedno, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie, by Wam się trafiło sześcioro? Oby!

Sześcioraczki – sześć razy przedszkole

A jak przedszkole to wiadomo, co dalej. Nie tylko trzeba będzie ubrać rano i ogarnąć siódemkę dzieci (mają starszego synka, ma teraz dwa latka), ale i dowieźć na miejsce. Zwykły pięcioosobowy samochód odpada. Zresztą już na starcie trzeba o jakiejś furgonetce pomyśleć, bo wózek dla sześcioraczków byle gdzie się nie zmieści. Ale ten większy samochód to i tak pikuś. Zmorą rodziców sześcioraczków są choroby wieku dziecięcego. Nie chcę być złym prorokiem, ale… w najgorszym wypadku będą wychodzili z chorób przez trzy lata. Masakra normalnie.

Sześcioraczki – sześć razy szkoła

I tu to dopiero zaczną się wydatki. Szkoła nie jest darmowa, to mit. Zawsze trzeba zapłacić za to czy tamto, ogarnąć jakąś zrzutkę, opłacić wycieczkę no i zajęcia dodatkowe. Te to dopiero potrafią kosztować! Ja wydaję miesięcznie 200 złotych. Niedużo. No, ale gdybym tak musiała wydać 1400?? O matko i córko, skąd na to brać? Tata tych dzieciaków ma naprawdę duże wyzwanie przed sobą, bo nie wyobrażam sobie, że mama przy siódemce takich maluchów pójdzie do pracy, nawet w rodzinnej firmie.

Sześcioraczki – sześć razy okres dojrzewania

To będzie prawdziwa jazda na maksa i prawdziwy sprawdzian cierpliwości. Ale myślę, że po wszystkim, co przejdą na starcie, to już będzie pikuś. Niech te pierwsze lata po prostu szybko miną. Dzieci i tak ich nie zapamiętają, a i rodzice będą chcieli mieć to za sobą. No to niech czas płynie szybko!

Sześcioraczki – sześć razy ludzka głupota

I tego właśnie rodzicom tych słodkich szkrabów współczuję najbardziej. Bo już się pojawiły głosy, że to po hormonach, że pewnie in vitro, że to nienaturalne. No cóż, ponoć właśnie naturalne i bez wspomagaczy. Szkoda tylko, że młody tata musiał się publicznie tłumaczyć. No może nie musiał, może chciał, ale sam fakt, że taki temat wypłynął, kiepsko świadczy o kondycji naszego społeczeństwa.

O 500+ już wspomniałam. Wiem, że są szykowane też inne formy pomocy i nie mam złudzeń, wszystkie zostaną przez złośliwych hejterów skrzętnie odnotowane.

I jest jeszcze coś – są tacy, którzy postanowili na tym zarobić, ogłaszając zbiórki pieniędzy na potrzeby sześcioraczków. Ot tak, bez porozumienia z rodzicami. Mama maluchów oficjalnie poprosiła, żeby nic nie organizować i na żadną nie wpłacać. Ale podejrzewam, że już ktoś na tym zarobił.

Sześcioraczki – szczęście razy sześć

Tak, tego mogłabym pozazdrościć. Ale ja z zasady nie zazdroszczę ludziom szczęścia. Skoro los dał, widocznie miał powód. Mnie też kiedyś dał, chociaż mniej. Widać tak miało być.

 

Rodzicom Zosi, Neli, Kai, Malwinki, Filipka i Tymonka z całego serca gratuluję. Trzymam za Was kciuki!

 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Emocje 23 maja 2019

Pszczoły – zabijając jedno stworzenie, zabijasz całą przyrodę

Pszczoły nie kojarzą mi się najlepiej. Niestety mam alergię na jad pszczół i os (z innymi żądlącymi nie miałam przyjemności) i dobrze wiem, jak szybko można gnać na pogotowie, żeby dać się ukłuć pielęgniarce w dupsko, po użądleniu.

Jednak nie popadam w histerię na widok pasiastych owadów. Wydaje mi się, że im mniej gwałtownych ruchów, tym lepiej, nic złego zadziać się nie powinno. Z tego powodu dziwi mnie to, z jaką łatwością inni ludzie potrafią pacnąć biedną pszczołę, która trafiła do domu. Zdradzę Wam, że gdy tylko pszczoła przysiądzie na oknie, łapię ją delikatnie w ściereczkę, nie zaciskając na niej materiału, tylko wokół. W każdym przypadku udało mi się zwrócić wolność małemu intruzowi.

Można pomóc słabej pszczole

I te małe intruzy, choć coraz więcej się mówi o ich roli w przyrodzie, nadal mają niezasłużenie złą opinię. To, że ludzie je tłuką w domach to jedno, inną kwestią jest stosowanie chemii przez rolników tam, gdzie pszczoły mogą się znajdować. Skutki są okropne, całe ule pszczół wymierają. Same owady również słabną – niestety na własnym balkonie zauważyłam już kilka sztuk. Były zdezorientowane, osłabione, nie latały, chodziły jedynie w kółko. Nie wiedziałam, że można im pomóc, żeby wróciły do swojego ula. Po prostu odkładałam każdą z nich na kwiaty, jednak z tym samym skutkiem – owady umierały. Dopiero przed kilkoma dniami dotarła do mnie infografika, z której wyczytałam, że trzeba takiej słabiutkiej pszczole podać na łyżce cukier rozpuszczony w odrobinie wody, a jeszcze lepiej – podsunąć miód. Po takim posiłku owad powinien odzyskać siły i wrócić do swoich. Na przyszłość będę wiedziała, co robić, Wy już też.

Umrą pszczoły, umrze przyroda

I teraz powiem Wam, dlaczego o tym piszę. Kondycja pszczół w naszym pięknym kraju nie jest dobra. Pszczół jest coraz mniej, ekolodzy i naukowcy biją na alarm, że to się może skończyć tragedią. Jeśli nie przemawiają do Was takie apele, przytoczę przykład katastrofy, która już się dokonała w Chinach. Tam, w prowincji Hanyuan pszczoły wyginęły. Każdej wiosny, gdy grusze obsypują się kwiatami, zamiast pracowitych pszczół, do drzew podchodzą sadownicy i sami zapylają kwiaty. I nie dzieje się to w ciągu kilku minut. Chińczycy do żeńskich kwiatów wsypują wysuszony pyłek, który wcześniej ręcznie zdejmują z kwiatów męskich. Tzw. zapylacze wchodzą po drabinach nawet na wysokość czterech metrów, by wykonać swoje zadanie. Proste? Może dla pszczół.

Gdyby nie praca ludzi-zapylaczy, drzewa w Hanyuan nie rodziłyby owoców. Może jednak my nie powtarzajmy błędów innych i zadbajmy o pracowite stworzenia odpowiednio? Naukowcy szacują, że aż ⅓ produktów, które spożywamy, zależy od pracy pszczół. Wyobraźcie sobie, że to, co dzieje się w jednej chińskiej prowincji mogłoby objąć cały świat. To będzie ekologiczna katastrofa.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close