Kulinaria 3 dni temu

9 powodów, dla których warto jeść rodzynki

Uwielbiam rodzynki i nie przyjmuję do wiadomości, że to suszone winogrona, które mają mnóstwo kalorii. Rodzynki mogę jeść garściami. No, ale żeby nie było, że jestem łasuchem, to znalazłam powody, dla których warto je jeść i właśnie teraz się nimi z Wami podzielę. 

Masz anemię? Jedz rodzynki! 

Rodzynki zawierają dużo żelaza (1,88 mg na 100 g), które jest nam niezbędne do funkcjonowania. Jego brak określany jest jako niedokrwistość lub anemia. Lekarze zazwyczaj przepisują preparaty w tabletkach lub kroplach, które niestety nie są obojętne dla zdrowia, powodują zatwardzenie. Zamiast łykać żelazo w tabletkach, lepiej jeść rodzynki. Można też pić sok z buraków, ale jego specyficzny smak nie każdy lubi. Mimo dużej zawartości żelaza zatwardzenie nam nie grozi, ponieważ obecny w rodzynkach błonnik skutecznie im przeciwdziała. Dla lepszego efektu warto popić je szklanką wody.

 

Starzejesz się? Jedz rodzynki! 

Zawarte w nich flawonoidy uchronią Cię przed chorobami wieku starczego, między innymi Alzheimerem. Co prawda większości z Was do starości daleko, ale warto wyrobić w sobie nawyk profilaktyki. A solidna porcja rodzynek może być prezentem dla rodzinnego seniora. 

 

Odchudzasz się? Jedz rodzynki! 

Rodzynki mają w sobie dużo błonnika, który nie tylko reguluje pracę jelit, ale też wypełnia żołądek i niweluje uczucie głodu. Garść rodzynek (to około 90 kcal) pomoże dotrwać do obiadu bez sięgania po drożdżówki. Warto mieć miseczkę rodzynek gdzieś na wierzchu, wtedy automatycznie sięgniemy po nie, gdy poczujemy głód. Ale uwaga – są one bardzo kaloryczne – dla zabicia głodu trzeba zjeść małą garstkę, nie całą paczkę. 

 

Szykujesz kolację dla ukochanego? Nie zapomnij o rodzynkach! 

Rodzynki są afrodyzjakiem! Może nie tak silnym, jak lubczyk czy fenkuły, ale też potrafią namieszać w lędźwiach. Zawarta w nich arginina zwiększa libido i potencję. Rodzynki można nie tylko dodać do sernika, ale też wykorzystać na inne sposoby, np. dodając do galaretki, posypując nimi lody, dodając do sałatki z selerem itp. W najprostszej wersji można podać rodzynki z pokrojonym bananem i jogurtem naturalnym. Smaczne, pożywne i skuteczne. 

 

Chcesz wzmocnić kości? Jedz rodzynki! 

Rodzynki zawierają znaczne ilości wapnia i magnezu, minerałów odpowiedzialnych za prawidłową budowę i funkcjonowanie kości. Z tego powodu powinny włączyć je do diety kobiety w ciąży, a także te, które spodziewają się menopauzy – w tym wieku najczęściej pojawia się osteoporoza. 

Oprócz wapnia i magnezu rodzynki zawierają znaczne ilości boru, który ułatwia wchłanianie wapnia. 

 

Masz nadciśnienie? Jedz rodzynki! 

Wysoka zawartość potasu (749 mg na 100 g) wpływa dobroczynnie na regulację ciśnienia krwi. Osoby z nadciśnieniem powinny sięgać po rodzynki trzy razy dziennie. Ponadto duża ilość potasu w codziennej diecie zmniejsza ryzyko udaru aż o 20%. 

Leki obniżające ciśnienie bardzo często działają moczopędnie. W takim wypadku tym bardziej trzeba jeść rodzynki, by uzupełnić potas wydalany wraz z moczem. 

 

Chcesz odkwasić organizm? Jedz rodzynki!

Zakwaszenie organizmu nie jest korzystnym zjawiskiem. Zewnętrznie może objawić się np. zmianami skórnymi. Natomiast jego skutkiem może być cukrzyca, a nawet rozwój choroby nowotworowej. Zawierające potas i magnez rodzynki mogą skutecznie rozprawić się z zakwaszeniem organizmu. Jeśli podejrzewasz, że problem dotyczy także Ciebie, włącz je do codziennej diety. 

 

Twoje dziecko nie chce myć zębów? Daj mu rodzynki! 

Nie za karę, tylko w ramach profilaktyki walki z próchnicą. Faktycznie zawierają one cukry, ale tylko te dobre – glukozę i fruktozę. Natomiast za rozwój próchnicy odpowiada sacharoza, której na szczęście w rodzynkach nie ma. Ponadto rodzynki skutecznie rozprawiają się z obecnymi w jamie ustnej bakteriami przyczyniającymi się do chorób zębów i dziąseł. 

 

Nie masz siły i energii? Jedz rodzynki! 

Węglowodany zawarte w rodzynkach (wspomniane wyżej cukry proste: glukoza i fruktoza) to doskonały i zdrowy zastrzyk energii, gdy akurat odczujesz jej spadek. Garść rodzynek pomoże uratować trudną końcówkę dnia w pracy albo dotrwać do wieczora z dziećmi, które właśnie świeżo naładowały baterie i roznoszą dom. 

 

Rodzynki nie dla wszystkich 

Są osoby, które niestety rodzynek nie powinny jeść. To te, które cierpią na wrzody żołądka, zespół jelita wrażliwego oraz nawracające migreny. Hmm… Właściwie to jestem w grupie ryzyka i nie powinnam się nimi objadać, no ale co ja poradzę, że tak bardzo lubię? 

Zdjęcie: Pixabay

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Ciąża 4 dni temu

Szósty miesiąc ciąży. Co się dzieje tydzień po tygodniu u dziecka i mamy?

Szósty miesiąc ciąży to czas, w którym stan błogosławiony jest już bardzo widoczny, a mama zaczyna “łapać” kilogramy. Wewnątrz macicy nadal dzieje się wiele bardzo ważnych rzeczy. Jednocześnie szanse dziecka na przeżycie poza nią, przy wsparciu aparatury medycznej, wzrastają. 

Oczywiście większość przyszłych mam nie myśli o komplikacjach, a raczej napawa się upływającym kolejnym ważnym miesiącem ciąży. A co się dzieje w tym czasie?

Szósty miesiąc ciąży – co się dzieje tydzień po tygodniu u dziecka?

Piąty miesiąc, czyli 23-27 tydzień, to już druga połowa czasu trwania ciąży. Dzieciątko stale się rozwija i nabiera nowych umiejętności, które przydadzą mu się za kilkanaście tygodni, w życiu “po drugiej stronie” brzucha.

23. tydzień ciąży

Skóra malucha staje się coraz grubsza, ale na wytworzenie się odpowiedniej ilości tkanki tłuszczowej trzeba będzie jeszcze poczekać. Dziecko mierzy ok. 20 cm i waży ok. 540 g.

24. tydzień ciąży

Dziecko jest już na tyle rozwinięte, by przy wsparciu aparatury przeżyć poza macicą. Ten moment uznawany jest za granicę pomiędzy poronieniem a porodem przedwczesnym. W tym czasie dziecko osiąga wzrost ok.21 cm i wagę około 630 g.

25. tydzień ciąży

Dzieciątko osiąga już takie gabaryty – 23 cm długości i waży około 730 g – , że jego wariacje w brzuchu mogą być dokuczliwe dla przyszłej mamy. Ucisk na żołądek, lub kopniak pod żebro, będą się przytrafiały coraz częściej. 

26. tydzień – 27. tydzień ciąży

Zaczyna się zwiększać ilość tkanki tłuszczowej pod skórą malca. Maluch zaczyna otwierać oczy, a jego buzia przypomina twarz noworodka. Ważne zmiany następują także w płucach — ich budowa ulega przeistoczeniu z kanalikową na gronkową, z której ostatecznie wykształcą się pęcherzyki płucne. Niebawem maluch osiągnie wagę ok.1 kilograma.

Szósty miesiąc ciąży — o czym przyszła mama powinna wiedzieć?

Kobieta w szóstym miesiącu ciąży zapewne przybrała już kilka dodatkowych kilogramów. W tym czasie może pojawić się problem nietrzymania moczu. Wynika on z ucisku macicy na pęcherz moczowy. Problem bywa krępujący, ponieważ manifestuje się niekontrolowanym popuszczaniem moczu podczas kaszlu, kichania czy śmiania się. Poza tym ciężarna zapewne odczuwa już nieprzyjemne doznania, czyli kopniaki i ucisk na pęcherz lub żołądek. Wiele przyszłych mam skarży się w tym czasie na zgagę, ból brzucha, ucisk na żebra.

Ciężarne zauważają także, że maluch ma już swój własny rytm dobowy snu i czuwania. Staje się jasne, w jakich porach dnia czy nocy jest bardziej aktywny, a kiedy lubi odpoczywać. 

Warto jeszcze dodać, że szósty miesiąc ciąży, a dokładnie. 24 tydzień, to czas na wizytę u ginekologa. Lekarz zleci m.in. wykonanie kolejnych badań laboratoryjnych krwi i moczu, oraz testu obciążenia glukozą, o którym więcej przeczytasz w tekście Cukrzyca w ciąży — co powinnaś o niej wiedzieć.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Emocje 5 dni temu

Z koronawirusem trzeba nauczyć się żyć, a nie paraliżować cały świat

Korona paraliż tak chyba można by w skrócie określić to, co się dzieje w ostatnich miesiącach. A po zakończeniu wakacji i rozpoczęciu nowego roku szkolnego – ze zdwojoną siłą. I ja mam już tego naprawdę dość! Bo gdzie się człowiek nie obejrzy, tam koronawirus i związane z nim zakazy.

Moja irytacja wzrosła jeszcze bardziej, gdy od soboty (10.10.) wprowadzono w całej Polsce strefę żółtą, a w związku z tym obowiązek zasłaniania nosa i ust w każdej przestrzeni publicznej, już nie tylko w miejscach zamkniętych. A ja nie chcę nosić tych cholernych masek, kominów, czy innych przyłbic! Jestem zdrowa – a przynajmniej nie mam żadnych objawów choroby zakaźnej, nie widzę więc potrzeby, bym musiała zakrywać pół swojej twarzy.

Czytałam wypowiedzi lekarzy, którzy twierdzą, że to osoby chore (nie tylko na Covid-19), kaszlące i kichające, powinny nosić maski, a najlepiej pozostać w domu do czasu wyzdrowienia(!), a nie ludzie, którzy nie mają żadnych objawów infekcji – i ja się z tym zgadzam!  

Dlaczego jestem więc zmuszana i zastraszana srogimi mandatami?! Zresztą zatrważanie społeczeństwa i sianie paniki w obecnej sytuacji to przerażająca codzienność. Najlepiej nie czytać i nie słuchać żadnych wiadomości – w tv, ani w radiu – bo zgłupieć można! Chociaż założę się, że jest gros ludzi, którzy łakną takich wieści, a stacje radiowe i telewizyjne, ogromnie się z tego cieszą, bo rośnie im oglądalność.

W każdym razie ja mam tego po kokardy! Nie chcę więcej słuchać o tym, jaki ten wirus jest straszny, chcę natomiast móc normalnie żyć! Oddychać świeżym powietrzem, a nie wydychanym przez siebie, wprost do kawałka szmatki. Chcę spotykać się z ludźmi, chodzić do kina, kawiarni, pubu, jeździć na wycieczki, zabierać dzieci na place zabaw i swobodnie korzystać z wielu innych miejsc rozrywki, czy wypoczynku.

Nie chcę, by ktoś dezynfekował mnie od stóp po głowę, sprawdzał, czy mam szczelnie zasłonięte usta oraz nos i celował mi prosto w czoło „pistoletem”, będącym w istocie termometrem. A tak się dzieje. Gdzie nie pójdę, tam każą mi spryskiwać się płynem odkażającym (choć de facto nie wiem, co znajduje się w butelce, bo często etykiet brak), każą poprawić maskę, tzn. naciągnąć na nos, mimo że wtedy parują mi okulary i nic nie widzę, a potem sprawdzają, czy aby przypadkiem nie mam temperatury – serio, tak robią np. w hurtowni, w której zaopatruję się w produkty niezbędne mi do pracy i ostatnio w jednym z lokali gastronomicznych w stolicy.

Nie mogę brać udziału w imprezach sportowych, nie tylko jako kibic, ale również jako uczestnik. Byłam w tym roku zapisana na kilka zawodów biegowych i żadne się nie odbyły. Tzn. mogłam sobie jedynie pobiegać sama, po swojej wsi, a potem poprosić o przesłanie mi pocztą dyplomu i medalu, ale przecież to nie o to chodzi w zawodach! To żaden fun!

Moje dzieci nie mogą jeździć na wycieczki, ani nawet opuszczać terenu przedszkola i szkoły (spacer również nie wchodzi w grę), bo jest pandemia, a w związku z tym odgórny zakaz. Od poniedziałku (12.10.) w ogóle nie mogę wejść z córką na teren przedszkola – zostawiam ją w drzwiach.

W szkole u syna są takie obostrzenia, że cały wrzesień na przemian śmiałam się i wściekałam. No bo… dzieci nie mogą nigdzie się gromadzić, chodzić bez celu po szkole, cały dzień mają siedzieć zamknięte w swojej klasie. Jak chcą opuścić salę, muszą oczywiście założyć maski, mimo że w środku ich nie potrzebują. Nie mają szatni, jak do tej pory, więc pierwsze dwa tygodnie nosili buty na zmianę pod pachą – teraz na szczęście dostali szafki zamykane na klucz, uff!

Nie mogą niczego od siebie pożyczać, bo na każdym długopisie, czy zeszycie siedzi koronawirus, gotowy do ataku – mamy już z tego tytułu kilka uwag za „brak przyborów szkolnych”. Każdy uczeń ma nosić swoje ręczniki papierowe do wycierania rąk, bo w ubikacjach nie mogą być teraz ogólnodostępne (jak to było jeszcze w zeszłym roku), no bo przecież może na nich siedzieć koronawirus. 

Na w-f`ach nie wolno grać w gry zespołowe – bo to oznacza zbyt bliski kontakt uczniów, nie jest zalecane używanie sprzętów – bo później ktoś musiałby je dezynfekować, a na dodatek, co jest dla mnie chyba największym absurdem, muszą przynosić swoje karimaty, ponieważ w dobie pandemii nie wolno siadać na podłodze, bo przecież czai się na niej koronawirus!

Ponadto pani dyrektor odmówiła dzieciom (uczniom “swojej” szkoły) udostępnienia sali gimnastycznej na popołudniowe zajęcia z piłki nożnej, bo nie chce brać odpowiedzialności za ewentualne zakażenia.

To wszystko jest dla mnie śmieszne i żenujące… 

Nie rozumiem dlaczego ciągle padają pytania „czy i kiedy pozamykane zostaną placówki oświaty”, skoro sklepy i galerie handlowe są czynne normalnie i każdego dnia przewijają się w nich tłumy ludzi? Dlaczego lekarze pracujący dla NFZ boją się przyjmować pacjentów i uskuteczniają tzw. tele porady, a Ci, którzy przyjmują prywatnie, już takich obaw nie mają? A może tam koronawirus nie przychodzi, bo go nie stać? Wszak teraz ceny wizyt u specjalistów poszły (mocno) w górę…

Jak długo ten cały cyrk będzie jeszcze trwał? Do przyszłej wiosny, do lata? A może do czasu wynalezienia cudownej szczepionki, czyli nie wiadomo do kiedy…

Przeraża mnie ta wizja. Czasem zastanawiam się, o co w tym wszystkim chodzi? 

Moja babcia, która wierzy (chyba) we wszystko, co usłyszy w tv, boi się o swoje i dziadka zdrowie, do tego stopnia, że ciągle odwleka spotkanie z moją rodziną. A bardzo przy tym ubolewa, bo nie widzieliśmy się już długo i strasznie tęskni za swoimi prawnukami. Przypuszczam, że nie jest w tym strachu odosobniona. I tylko czekam, kiedy przed zbliżającym się Świętem Zmarłych, a następnie Bożym Narodzeniem, znowu przyjdzie nam słuchać z ust polityków – „Zostańcie w domach!”.

Ilu ludzi posłucha i spędzi kolejne świąteczne dni w tym roku w samotności?

I żeby była jasność, nie zamierzam snuć teorii spiskowych i z kimkolwiek o tym prawić, moją intencją nie jest również wyśmiewanie tych, którzy wierzą w to, że ten koronawirus jest zły, ani tych, którzy go totalnie lekceważą. Ale fakt jest taki, że chciałabym mocno tupnąć nogą i zatrzymać ten cały korona paraliż. 

Poza tym moim zdaniem z tym wirusem trzeba nauczyć się żyć, tak jak z całą masą innych drobnoustrojów, które krążą wokół nas – według opinii naukowców jest ich około 200 miliardów, a my je połykamy, wdychamy i wcieramy w skórę.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close