Jesteś matką i jesteś chora? Wydaje Ci się. W przyrodzie nie występuje takie kuriozum jak chora matka.


W poniedziałek kichasz, we wtorek boli Cię głowa, w środę czujesz, że masz gorączkę. Co robisz w tym momencie? Najprawdopodobniej popełniasz dwa najpoważniejsze błędy w życiu Matki Polki. A może nawet trzy.

Po pierwsze dochodzisz do wniosku, że bez Ciebie ten dom się zawali. Nie ma nikogo, kto przejąłby choć część Twoich obowiązków, bo mama daleko, teściowa również, koleżanki nie mają czasu, mąż pracuje od rana do nocy. A dziecko jest małe i nieporadne, potrzebuje opieki i uwagi non-stop. Ten wniosek to Twój pierwszy błąd. Świat się nie zawali, jak zachorujesz. Nie wierzysz? Spróbuj. W dalszej części tekstu napiszę Ci jak powinna chorować Matka Polka.

Po drugie nauczona reklamami w wiecznie bębniącym telewizorze sięgasz po jakiś pex/vex czy inny cudowny środek. Gdybyś słuchała tych reklam uważnie wiedziałabyś, że one zwalczają objawy, ale nie przyczyny. Miałaś gorączkę, nie masz gorączki, bolała Cię głowa, nie boli Cię głowa, myślisz, że jesteś zdrowa? Akurat. Właśnie wytrąciłaś swojemu organizmowi broń z ręki. Już nie walczy z chorobą, bo nie ma czym. Ale Ty nadal jesteś chora matka. Zbijanie gorączki, to jak wymarsz na wojnę bez karabinu, bo za ciężki. Na początku jest lekko, ale potem coraz trudniej. Tak właśnie od tej pory będzie wyglądała Twoja przyszłość. Być może za miesiąc dojdziesz do wniosku, że jesteś chora na jakąś ciężką, nieuleczalną chorobę, bo niesamowicie szybko się męczysz. Nie bój się, to tylko powikłania po nieprzechorowanej infekcji.

Po trzecie skarżysz się mężowi, że zachorowałaś, jednocześnie z dumą mówisz, że wzięłaś ten pex/vex i nawet nieźle się czujesz. Jednak w sobotę chciałabyś poleżeć, czy to możliwe? Każdy kochający mąż odpowie, że tak, oczywiście. On się wszystkim zajmie, a Ty sobie spokojnie poleżysz. Naprawdę jeszcze wierzysz w te bajki? No chyba, że to pierwsza choroba przy dziecku, góra druga, to mogę Ci wybaczyć. Za trzecim razem już powinnaś być mądrzejsza.

Czwartek i piątek jakoś funkcjonujesz łykając kolejne medykamenty zachwalane przez tych lekarzy-przebierańców z reklam. Gonisz resztkami sił mając przed sobą widmo sobotniego odpoczynku. Tymczasem w piątek Twój mąż wraca z pracy jakiś niewyraźny. Nierzadko boli go głowa. Jeszcze masz nadzieję? O święta naiwności! Przecież to oczywiste, że w sobotę to nie Ty, tylko on będzie wylegiwał się w łóżku. Przecież musi do poniedziałku wyzdrowieć, idzie do pracy, powinnaś to zrozumieć. Na dowód, że on wcale nie udaje wręczy Ci termometr, na którym jak byk stoi 37,3ºC. Co tam przy tym Twoje 39ºC, przecież to było w środę, kto by to pamiętał? I tak nie on Tobie, ale Ty jemu będziesz podawała do łóżka herbatę i pilota.

Oczywiście, że on nie udaje. On naprawdę jest chory. Ma nawet gorączkę. Tylko wiesz co? On się wcale od Ciebie nie zaraził. W zdecydowanej większości przypadków mężczyzna jest chory na samą myśl, że przez cały dzień będzie sprzątał, gotował, zmywał, zbierał zabawki, wstawiał pranie, wyjmował pranie, zbierał zabawki, wieszał pranie, wyrzucał śmieci, bawił się z dzieckiem, zbierał zabawki, robił zakupy, gotował, zmywał, karmił, zbierał zabawki, a na koniec jeszcze umyje łazienkę po radosnej kąpieli Waszej pociechy. W międzyczasie poda Ci herbatę i pilota. Tak, jak tylko to sobie wyobrazi natychmiast poczuje się chory. To poczucie będzie tak intensywne, że i gorączka się przyplącze. Tak to właśnie działa.

Zanim mnie zlinczujecie wyjaśniam – nie wszyscy mężczyźni tak funkcjonują, jednak zdecydowana większość działa jak powyżej. Alternatywą może być nagły nawał pracy, który niestety wyklucza wolny weekend. W końcu bez paniki, kobieta to cyborg, da radę.

Co więc zrobić jeśli nagle złapie Cię gorączka? Najuprzejmiej z jej strony byłoby, gdyby zrobiła to w sobotę rano, ewentualnie już w piątek wieczorem, wtedy jesteś wygrana. Jeśli jednak wpadło jej do głowy przyjść w środku tygodnia, to cóż – czasem trzeba postawić na siebie i po prostu położyć się do łóżka, resztę zostawiając partnerowi. Nie bój się, świat się nie zawali. Skąd wiem? Ano wiem, bo zdarzyło mi się nagle wylądować w szpitalu, a mój mąż musiał sobie dać radę. I popatrz – i on przeżył i Duśka przeżyła. I nawet dom nie wyglądał najgorzej jak wróciłam. Zakupy też były zrobione, w końcu ja po operacji nie mogłam dźwigać i jeszcze przez jakiś czas potrzebowałam opieki. Można?

Oczywiście nie namawiam by przy byle katarze wchodzić w rolę obłożnie chorej, to domena mężczyzn. Wszak oni nie chorują, oni walczą o życie!  Jednak jeśli trafi się jakiś naprawdę paskudny wirus to metoda zbicia gorączki i wyparcia go ze świadomości na nic się nie przyda. Dla własnego zdrowia lepiej trzy dni uczciwie pochorować.

 

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Dobrze podsumowane!

  2. Powielić w tysiącach egzemplarzy i rozesłać do tylu kobiet, ile tylko możliwe. Dbamy o wszystkich, tylko nie o siebie. Dziękuje za ten tekst. Przeczytam jeszcze kilka razy i obiecuje przy kolejnym przeziębieniu nie leczyć sie sama i uczciwie wyleżeć, przyboczni zapadając na głuchotę (okresowo). Zapraszamy do nas http://www.mama-to-wie.pl.

  3. Jestem matką, jestem chora i…. dzieci tez są chore.

  4. Bo matka to jedyna istota ktora jak jest chora -musi byc zdrowa :))

  5. Jestem matka jestem chora i leżę bo maz wziął wolne

    1. Pozdrowienia dla męża! a dla ciebie dużo zdrówka

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Edukacja finansowa od dziecka


Z roku na rok wzrasta zadłużenie Polaków. Z danych statystycznych wynika, że co piąty z nas zaciąga kredyt lub pożyczkę na sfinansowanie bieżących wydatków. Część kredytobiorców wpada w kłopoty spirali finansowej. Nieumiejętne zarządzanie budżetem, chęć posiadania w myśl zasady: „zastaw się a postaw się” to droga do ekonomicznej samozagłady. Niektórzy nieświadomie, z braku podstawowej wiedzy jaką rządzi się rynek finansów, wpadają w tarapaty.

Nie da się ukryć, że finanse to nieodzowny element naszego życia. Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich trudno żyć. Dlatego trzeba umiejętnie nimi dysponować. Najlepiej od małego pobierać nauki. W świecie rozlicznych instytucji finansowych, produktów bankowych, pożyczek, kart kredytowych, uważam, że edukacja finansowa to ważny element kształcenia dziecka. Wczesne rozpoczęcie takiej nauki zaprocentuje w dorosłym życiu. Kilkoma prostymi krokami możemy wprowadzić dziecko w świat finansów.

Zabawa w sklep

Ta prosta zabawa pozwoli dziecku zrozumieć, na czym polega zarabianie i wydawanie pieniędzy. Podczas gry określamy ceny, na przykład ile cukierków, patyczków (w wersji dla młodszych dzieci) czy monet musi dziecko dać za określoną zabawkę. Utrudnieniem będzie określenie listy zakupów, w końcu dziecko musi nauczyć się dokonywać wyboru, ponieważ nie wszystko zawsze będzie mogło kupić. Zabawa „w sklep” nauczy dziecko, nie tylko poznawania cyferek i liczenia, ale także rozsądnego rozdysponowywania swoimi finansami i wybierania tych produktów, które są najpotrzebniejsze.

Świat gier

Ciekawą alternatywą dla przedszkolaków będą gry, zarówno planszowe, jak i elektroniczne. Poprzez zabawę ukształtują w dzieciach  podstawy przedsiębiorczości i oswoją z terminami ekonomicznymi. Na rynku znajduje się wiele planszówek z finansami w tle, chociażby Monopoly czy nasz rodzimy Eurobiznes. W sieci znajdziemy też darmowe gry online, jak na przykład te na stronie Narodowego Banku Polskiego (zerknijcie tu) .  

Kieszonkowe

Nawet niewielkie kwoty, którymi dziecko może samodzielnie dysponować i decydować o ich przeznaczeniu, będą miały duży wpływ na umiejętność zarządzania finansami. W końcu nie zamierzamy uczyć dziecka, że w zamian za pomoc w obowiązkach domowych należy mu się zapłata. Wypłata najlepiej gdy odbywa się w formie cotygodniowej, łatwiej wtedy dziecku kontrolować ilość zgromadzonego kapitału. Najważniejsze po regularnej wypłacie jest zachowanie samodyscypliny i nie wypłacanie dziecku dodatkowej sumy w momencie wcześniejszego wydania gotówki. Pozwoli to smykowi docenić wartość pieniądza i zrozumieć ideę oszczędzania.

Zakupowy koncert życzeń

Idąc do sklepu warto przygotować wspólnie z dzieckiem listę sprawunków. Pozwoli to usprawnić zakupy, jaki i ukróci spełnianie zachcianek zakupowych pociechy.  Dodatkowo dziecko zapozna się z hierarchią, jaką kierują się dorośli w momencie kupowania produktów. Nie każdy może sobie pozwolić na dowolne szaleństwa w sklepie. Przed wyjściem ustalmy ile rzeczy dziecko może sobie wybrać oraz z jakiego pułapu finansowego. Jeśli maluch zdecyduje się na droższą rzecz, może do jej kupna dołożyć ze swoich oszczędności.

Kredyt, czyli nie ma nic za darmo

Wychodzę z założenia, że nie warto pakować się w jakiekolwiek kredyty, to staram się przekazać również swojemu dziecku. “Pieniądze, które mamy, są narzędziem wolności. Pieniądze, za którymi się uganiamy – narzędziem niewoli”. Uważam, że nawet przedszkolakowi na prostych przykładach można w dostępny i zrozumiały sposób wyjaśnić jak działa dług i w jakie kłopoty może nas wpędzić. Odpowiedzialna nauka finansów to nie tylko świadomość zysku i rosnących oszczędności, ale także ukazanie, jakie konsekwencje niesie pożyczka. Wyjaśnienie, że kredyty to nie tylko łatwo dostępna, darmowa pomoc, jak to często wynika z bombardujących nas reklam telewizyjnych.  

Jak podkreślają eksperci, wiek przedszkolny i wczesnoszkolny to bardzo dobry czas na edukację dzieci w zakresie finansów. Ważne byśmy to my – rodzice zadbali o jej zdobycie nie oglądając się na innych.. Śmiało wprowadzajmy nasze pociechy w świat finansów i zadbajmy o ich przyszłość z dala od kłopotów wynikających z wpadnięcia w zasadzki spirali finansowej.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Pingback: Wychowywanie utalentowanego dziecka - W Roli Mamy : W Roli Mamy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Odwiedziny po porodzie – kiedy goście są mile widziani, a kiedy nachalni?


Gdy urodzi się dziecko cały świat chce je natychmiast zobaczyć. To zrozumiałe, bo każdy jest ciekawy jak wygląda – ile mierzy, ile waży, jaki ma kolor oczu, do kogo jest podobne…. Lecz, czy w całej tej euforii i szaleństwie, jest ktoś, kto potrafi zrozumieć „młodą” mamę, która być może w tej chwili, wcale nie ma ochoty na odwiedziny? A jedyne o czym marzy to cisza, spokój, odpoczynek i zbieranie sił na powrót do domu, w którym będzie musiała sprostać nowym i dodatkowym obowiązkom…

Wyścig szczurów, czyli kto pierwszy (powita), ten lepszy!

Otóż, nie trzeba długo czekać by ktoś pukał do drzwi świeżo upieczonych rodziców. Czy tego chcą, czy nie, pierwsi goście pojawiają się zazwyczaj już w szpitalu, niedługo po tym, kiedy ich dziecię pojawi się na świecie. Nie zważając na to, że mama akurat jest wyczerpana – po 40 tygodniach, być może trudnej ciąży, po wielogodzinnym porodzie i że jest niewyspana oraz głodna (a więc zła!) – bo przed porodem nie pozwolili jej jeść, a tuż po, karmią bardzo skromnie.

Nikomu nie przeszkadza też, że rodzicielka czuje się aktualnie nieatrakcyjnie, z bladą ze zmęczenia cerą, z podkrążonymi oczami, z pustym i sflaczałym brzuchem. Że w ciążowej koszuli wygląda raczej jak w worku na śmieci, a nie modelka ze zdjęcia, która ową koszulę prezentowała, w sklepie internetowym.

Gości mało interesuje również fakt, iż z kobieciny leje się śmierdząca krew, przez którą musi nosić wielkie, przypominające pampersy – podpaski, że boli ją krocze i nie może wygodnie usiąść – w związku z czym, albo wierci się z jednego półdupka na drugi, albo stoi.

A jakby tego wszystkiego było mało, nikomu nie przeszkadza to, że co jakiś czas musi obnażać się przed publicznością, po to by SPRÓBOWAĆ nakarmić swoje dziecko. Celowo piszę – spróbować, ponieważ początki są trudne i nie każda mama od razu potrafi dobrze przystawić noworodka do piersi, jak również nie każdy noworodek potrafi tę pierś dobrze ssać. A jej stres i skrępowanie wcale im nie służą.

Koniec końców, wizyta w szpitalu nie jest czymś komfortowym i wyczekiwanym przez świeżo upieczoną mamę, szczególnie jeśli goście mogą wchodzić bezpośrednio do sali poporodowej, na której znajduje się kilka lokatorek – wtedy potrafi się zrobić niezły tłum i gwar. A uwierzcie mi, niektórzy ludzie nie mają wyczucia i potrafią siedzieć przy szpitalnym łożu godzinami! Od rana do wieczora, aż personel ich „wyrzuci”!

Jeśli nie w szpitalu, to w domu. Ale kiedy?!?

Odwiedziny w domowym zaciszu, to zdecydowanie lepsza opcja. Pytanie tylko KIEDY jest ten właściwy moment? Znam takie przypadki, gdzie dziadkowie dzwonili do drzwi jeszcze tego samego dnia, w którym mama z dzieckiem otrzymała wypis ze szpitala!
No litości, ludzie! Dajcie żyć!

Pierwsze dni z życia nowego członka rodziny to takie chwile, kiedy mama, tata i dziecko, tudzież dzieci, chcą być najczęściej sami. Cieszyć się własnym towarzystwem, na spokojnie i wzajemnie poznawać, oswajać ze zmianami jakie towarzyszą przyjściu na świat małego człowieka. I choć początki bywają trudne, to jednak ważne jest by rodzice mogli uczyć się obsługi niemowlaka sami, może trochę nieudolnie, może popełniając błędy, lecz czując się przy tym swobodnie, tj. bez zbędnych gapiów i złotych rad babć czy cioć.

Poza tym, nie należy zapominać, że ten mały bobasek, którego wszyscy chcą teraz porwać i schrupać, też znalazł się w zupełnie nowej dla niego sytuacji. Przez prawie 10 miesięcy mieszkał w ciasnym, ale ciepłym i bezpiecznym brzuchu swojej mamy, a teraz, nagle został z niego „wyrwany” i przeniesiony do wielkiego świata.

Świata, w którym tak wiele się dzieje – tu gra muzyka, tam brzęczy odkurzacz, za ścianą sąsiad wierci dziury w ścianach, a za oknami ktoś kosi trawnik….. Wszystko jest takie nowe, głośne, ogromne i przerażające! A tu jeszcze na dobitkę  goście walą drzwiami i oknami, każdy chce dotknąć, wziąć na ręce, cmoknąć w czółko i rozbawić, zdezorientowane lub wręcz przestraszone dziecko.

Czy ktoś z was zastanawiał się kiedyś jak taki mały brzdąc musi się czuć w tych pierwszych dniach?? Założę się, że co najmniej niekomfortowo. Dlatego, dla jego dobra i spokoju, a w konsekwencji również dla jego rodziców, apeluję – nie bądźcie tacy nachalni, okażcie zrozumienie i zaczekajcie z pierwszą wizytą tyle ile będzie trzeba. Zapewniam was, że cierpliwość zostanie wam wynagrodzona, chociażby w postaci uśmiechu dziecka, czy kawałka upieczonego z sercem, ciasta.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Ja bardzo lubiłam moich gości w szpitalu! ❤

  2. Ja również :) zawsze to człowiek ma jakieś wsparcie :)

    1. Najważniejsze jest by goście szanowali rodziców i ich wolę – wtedy każdy będzie zadowolony ;)

    2. Wiadomo, jak ktoś jest zmęczony itp to trudno się cieszyć jak ktoś wisi nad Tobą drugą godzinę :) ale generalnie odwiedziny są miłe. Ją miałam szczęście, że nie miałam uciążliwych gości :)

    3. Kinga Strzałka Nieuciążliwi goście to niejako skarb! ;) :D

  3. Goście jak goście ale kompletnie niezapowiedziane wizyty to już jest przesada. Leżysz w szpitalu, z nadzieją że odpoczniesz bo brzdąc właśnie zasnął a w drzwiach pojawia się ciocia, która nigdy nawet specjalnie nie interesowała się tobą ani maluchem. Teraz wpada nagle, z czystej ciekawości żeby obejrzeć dziecię i powiedzieć ci że ten brzuszek to taki wielki że chyba zostanie ci na dłużej… Nie przeszkadzają mi wizyty ale ciut taktu by się przydało. Wystarczy się zapowiedzieć, nie obrażać się na cały świat kiedy młoda mama poprosi o odwiedziny w późniejszym terminie, no i nie przesiadywać godzinami nad zdezorientowanym maluchem i obolałą matką.

    1. Zgadzam się. A niestety niektórym ludziom brakuje wyczucia i taktu. Szczególnie dziwi mnie to jeśli chodzi o kobiety – zapomniały już jak to jest.. ??

    2. Chyba tak… Ja lubię odwiedziny bo raczej jestem gadułą, dziećmi też się lubię chwalić :P ale trzeba uszanować zdanie matki przede wszystkim. Tak jak np super się czułam po narodzinach młodszej córki i nawet czekałam czy ktoś wpadnie na chwilę, tak po porodzie starszej córki czułam się tragicznie… Traciłam tyle krwi że bałam się choćby odwrócić w łóżku, o wstawaniu do toalety już nie wspomnę. Córka też była wymęczona do tego stopnia że przez dobę nawet nie spróbowała złapać piersi. W takiej sytuacji nie wyobrażam sobie przyjmować co chwilę gości. Wyczucie i jeszcze raz wyczucie, to jest najważniejsze

    3. Moja znajoma jakiś czas temu urodziła dziecko i generalnie rzecz ujmując odwiedzinami po porodzie była najzwycozajniej w świecie zmęczona i skrępowana! I najlepsze, że nie JEJ gośćmi, a jej współlokatorek z sali! Podobno ludzie przychodzili od samego rana i wychodzili dopiero wieczorem. Ciągle się ktoś wymieniał, a to dziadkowie, a to ciocia, to jedna koleżanka, potem druga, no full rotacja. Ona większą część dnia leżała sama, bo jej rodzina z różnych przyczyn, nie mogła siedzieć w szpitalu 24h/dobę, więc po 1-sze było jej trochę głupio, a po drugie, tak jak już wspominałam, była zmęczona tym ciągłym tłumem ludzi.

    4. Nie dziwię się że miała dość… Do mnie nawet tatuś wpadał na moment, ale na sali też była dziewczyna która miała gości cały czas… W takim wypadku wypadało by porozmawiać z rodziną albo zastanowić się nad zapłaceniem za pojedyńczą salę i wtedy goście nawet niech sobie nocują… Czasem się zastanawiam czy nie było lepiej kiedy goście nie mogli wchodzić na salę. Mama wyszła na chwilę i koniec odwiedzin a teraz przesiadują godzinami, męczą młodą mamę i pozostałe pacjentki na sali. Jak rodziłam młodszą córkę to było mi cholernie przykro bo w sali co chwilę było po kilka osób odwiedzających ale mi starszej córki nie pozwolili wpuścić nawet przed salę, na korytarz bo bali się że może zarazić czymś noworodki. Jakby przedszkolak był jakąś chodzącą zarazą…

    5. W szpitalu, w którym rodziłam 7 miesięcy temu nadal nie można odwiedzającym wchodzić na oddział. Przed są fotele i stoliki dla odwiedzających a dzieciaczki ogląda się przez szybę. Miałyśmy luz psychiczny, nie trzeba się było ukrywać podczas karmienia, poplamione podkłady czy koszule nikogo nie razily a te kilka dni spokojnie można wytrzymać bez odwiedzających… a pogadać… gęby nam się nie zamykały na sali ;)

    6. Gdy ja rodziłam (5 lat temu), w moim szpitalu nie można było wchodzić na salę poporodową – dla bezpieczeństwa noworodków. Jeśli ktokolwiek chciał odwiedzić mamę, mógł się z nią spotkać w specjalnie wydzielonej do tego sali. I to mi się podobało bo do woli mogłam sobie odpoczywać, bez skrępowania wietrzyć krocze ;) czy karmić dziecko, bez stresu że ktoś mi się przygląda i być może śmieje się, że tak mi to nieudolnie idzie.
      Teraz, od jakiegoś czasu, podobno zmienili te zasady i goście mogą wchodzić na salę. Rzekomo wpuszczają nawet dzieci. Mam jednak nadzieję, że kiedy przyjdzie mi rodzić ponownie (w lutym 2016) trafię na spokojne współlokatorki….. ;)

    7. Jak rodziłam starszą córkę to nie można było wchodzić, jak rodziłam młodszą to od 12 roku życia wpuszczali i normalnie można było siedzieć na sali od rana do wieczora. Teraz będę rodzić za miesiąc, zobaczymy jak będzie. Co do gadania z innymi pacjentkami to przy młodszej tak trafiłam że jak weszłam na salę i powiedziałam dzień dobry to usłyszałam tylko echo… Słowem się mamusie nie odzywały przez calutki czas, takie towarzystwo ;)

    8. Adrianna i to mi się podoba! Osobne miejsce dla gości, spokój na sali gdzie leżą maluszki i mamusie. Pogadać jest z kim, bo zazwyczaj na sali leży kilka osób, a nawet jeśli tak by się zdarzyło że nikogo by nie było, to przecież jest to do przeżycia! W końcu (jeśli wszystko jest ok) nie leży się w szpitalu całą wieczność, a raptem kilka dni :)

    9. Ewa aaaa to zależy jeszcze na kogo się trafi :P Ale ja akurat jestem taka, że jak trafi mi się ktoś kto lubi popaplać to i ja sobie z nim chętnie popaplam (bo też lubię ;) ), ale jak trafię na kogoś cichego, to mi to wcale nie przeszkadza – wykorzystuję wolny czas na odpoczynek ;)

  4. A ja rodziłam daleko od swojego miasta i nie musiałam się przejmować gośćmi bo ich nie miałam :-D więc na moje szczęście w ciszy i spokoju odpoczywałam 3 dni w szpitalu sama ;-) a w domu każdy gość był zapowiedziany i na tyle taktu że wiedzieli ile Posiedzieć i nas zostawiali.

    1. No i super! :)
      Ja w szpitalu co prawda wielu gości nie miałam, ale byłam trochę zła, bo wyraźnie powiedziałam przed porodem, że nie chcę żadnych odwiedzin w szpitalu – dopiero na spokojnie w domu, a oni i tak mnie nie posłuchali i się zjawili ;/
      No ale było minęło… ;)

    2. No faktycznie, ale po tobie nie było już nikogo :-P

    3. Pomogłam Ci, i przywiozłam szczotkę do włosów która chciałaś i zabrałam ja z powrotem do domu z tego wrażenia :-P

  5. Po pierwszym porodzie czułam się tak źle ze nawet jak ktoś przyszedł a syn zasnął to ja też zasypiałam a przy drugim chętnie przyjmowałam najbliższych

  6. O tototo :) Hihi chyba udostępnię, za miesiąc mnie to czeka :)
    O ile po pierwszym porodzie wizyty mojej mamy mi nie przeszkadzały tak już reszty zdecydowanie tak. Kobieta taka wymięta, zmęczona, obolała a jeszcze ma się uśmiechać i udawać że wszystko super! Boję się tych wizyt!

    1. Przygotuj dalszą rodzinę i znajomych juz teraz. Ja pół żartem pół serio wszystkim mówiłam ze chce odpocząć po porodzie. A położne mówią ze pierwsze 3 tyg powinny być dla rodziców i dziecka a nie dla cioci babci (która odwiedza Cię co kilka lat) i innych tego typu osobników :-D :-P. U mnie się sprawdziło :-D

    2. Ania jak najbardziej udostępnij, niech potencjalni goście przeczytają i zakodują, być może wyciągną pewne pozytywne dla Ciebie wnioski i będziesz miała spokój… ? ;-)

    3. Magdalena również uważam, że pierwsze tygodnie powinny być dla rodziców, ale chyba mamy jeszcze na ten temat zbyt małą świadomość i ludziom wydaje się, że jedni muszą odwiedzić – bo tak wypada (pomijam czystą ciekawość :P ), a drudzy muszą przyjąć, z uśmiechem – bo tak też wypada. Błędne koło..

    4. A jeszcze nie zapomnę jak przywieźli mnie na salę ok 7 rano, po porodzie, emocje zaczęły opadać, dziecko zabrali, miałam chwilę dla siebie, żeby odpocząć, a tu o 8 wparowali goście do współlokatorki. Jak zaczęli trajkotać tak amen, po spaniu!

    5. I to dla mnie jest brak taktu – goście o 8.00 rano! Toć człowiek o tej godzinie ledwo co zdąży się ogarnąć po nocy, umyć, jakieś śniadanie zjeść…. a tu już trzeba być gotowym na uśmiechy i klachy!? Nie wspominając o tym, że obok leżą inne współlokatorki…..

  7. zle wspominam odwiedziny w szpitalu. Malutka sala, kilka pacjentek, pełno ludzi od rana do wieczora. Zero intymności i warunków, by choć chwile sie zdrzemnąć. Na szczęście szybko wyszłyśmy do domu.

  8. Nie szpital to nie miejsce ani czas na wizyty. Kobieta musi dojść do formy a nie stresować się bo jacyś cudowni niezapowiedziani goście wpadną i to.standardowe pyyanie” jak się czujesz?” nie no świetnie pomijając fakt ze 12 h temu urodziłam rana po cc rwie ciągnie ale to nic przyszły pielgrzymki oglądać potomka,trzeba się uśmiechać :-)

    1. Wiem, że to nie jest śmieszne, ale uśmiałam się ;)

  9. Całe szczęście że mi to nie grozi. Moje maleństwo będę rodzić w Niemczech więc jedyną osobą która mogłaby przyjść do szpitala jest teść o ile jeszcze będzie w tym czasie w naszych okolicach. A reszta rodziny i znajomych będzie musiała cierpliwie czekać na paszport dla dziecka i nasz zjazd do Polski :)

  10. Ja mam problem który spędza mi sen z powiek (naprawde nie potrafię spać). Otóż jestem w 39 tygodniu ciąży i właśnie z wizytą zapowiedziała mi się teściowa i bardzo przeze mnie nie lubiana ciotka mego męża. Problem w tym że my mieszkamy w Anglii a one planują przyjazd na miesiąc albo dłużej. Przylatują dokładnie dzień przed moim terminem i zamierzają siedzieć do tak zwanej usranej śmierci. Nie kupiły biletów powrotnych. Chyba wyprowadzę się z domu! Jestem w tak ogromnym stresie co oczywiście wpływa na małego. Boję się o dziecko. Jak im ten przyjazd wyperswadować?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Lutenica przysmak kuchni bałkańskiej


Skoro jesień zawitała z ciepłym przytupem, dziś mam dla was przepis prosto z kuchni bałkańskiej. Zainspirował mnie otrzymany w prezencie słoiczek z lutenicą (ljutenicą). W skrócie lutenica to pasta paprykowo-pomidorowa. Zakochałam się od pierwszego kęsu. Papryka, bakłażan, pomidory to idealne połączenie, plus kilka przypraw. Uwierz mi, nie zapomnisz już tego smaku. Dlaczego więc nie zrobić tej pysznej pasty warzywnej?

Zatem ruszaj na zakupy, łap jeszcze paprykę i bakłażany póki tanie i zrób własną lutenicę. Nie ukrywam, roboty jest sporo, ale efekt końcowy niezastąpiony.

lutenica

Składniki:
1,2 kg papryki
1 kg bakłażanów
1,4 kg mocno dojrzałych pomidorów Lima
2 ostre papryczki
2 średnie cebule
2 duże ząbki czosnku
2 łyżeczki czubricy*
1 łyżeczka cząbru
1 płaska łyżeczka soli
½ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu
1 łyżka cukru
2 łyżki oleju

Ponadto:
6 słoików po 250 ml

*Czubryca pozyskiwana jest z cząbru górskiego. W sklepach możemy kupić mieszanki z czubrycą. Ja wykorzystałam mieszankę czerwoną, która zawiera: cząber, chilli, paprykę, czosnek, kozieradkę i sól.

Przygotowanie:

  1. Pomidory wkładam do dużej miski i zalewam wrzątkiem aby je sparzyć, co ułatwi obranie ich ze skórki. Następnie kroję wszystkie w drobną kostkę. Niektórzy usuwają jeszcze pestki, ale dla mnie to już fanaberia. Potem wrzucam je na dużą patelnię i duszę, aż mniej więcej połowa płynu odparuje, a całość zgęstnieje.
  2. Bakłażany, papryki w całości układam na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiam do nagrzanego piekarnika do 180 stopni (funkcja grill) i zostawiam na około 20 minut. Jednak po okołu 10 minutach przewracam warzywa na drugą stronę.
  3. Kiedy warzywa się przypieką, odkładam je by ostygły, a następnie zabieram się do obierania ze skórki bakłażana. A miąższ bez pestek kroję drobno i dodaje do duszących się pomidorów. Można także je razem zmiksować, np. blenderem.
  4. W dalszej kolejności obieram papryki ze skórki, usuwam pestki, kroję w drobną kostką i dorzucam do pomidorów i bakłażanów.
  5. Teraz kolej na cebulę, czosnek, które drobno siekam i dorzucam do garnka.
  6. Czas na przyprawy; czubrycę – ja wykorzystałam czerwoną mieszankę, cząber, sól, pieprz, olej, cukier dodaję do warzyw. Całość duszę ok. 40 minut, aż dobrze się połączy i zgęstnieje. Długość duszenia zależy od tego jak bardzo były dojrzałe nasze warzywa, a także jaką chcemy uzyskać konsystencję sosu.
  7. Przed nałożeniem do słoików warto spróbować, czy coś jeszcze dodać, np. soli czy pieprzu.
  8. Tak gotową lutenicę przełożyć do wyparzonych słoików, zakręcić i zapasteryzować, np. w piekarniku i koniecznie schować przed rodziną. =D

lutenica

U mnie jeden słoik czasem wystarczy na jeden dzień. A to na kanapkę do smaku, a to do zupy pomidorowej odrobinę, a jeszcze świetna baza na sos do pizzy czy jako sos do dań z grilla.

Zdjęcia: Rachela

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

  1. Mniam zapach dotarł do mnie :-) ale zrobiłam się głodna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

 

TopW Roli Mamy na Facebooku