Kultura 26 września 2019

Rozmowa‌ ‌z‌ ‌Magdaleną‌ ‌Majcher,‌ ‌autorką‌ ‌cyklu‌ ‌Sagi‌ ‌nadmorskiej‌

Magdalena Majcher jest autorką poczytnych powieści obyczajowych, w tym cyklu Sagi nadmorskiej (Obcy powiew wiatru, Zimny kolor nieba, Znany szum morza). 

W swoich dotychczas wydanych trzynastu tytułach opisywała historie bliskie zwykłym ludziom. A że uczyniła to w sposób poruszający i piękny, zaskarbiła sobie grono wiernych czytelników. Niegdyś pracowała na pełen etat, ale odkąd na świat przyszedł jej drugi syn, stała się pełnoetatową pisarką – na szczęście! 

Zapraszam do krótkiej, lecz treściwej rozmowy z Magdaleną Majcher.

saga nadmorska

 

Żaklina Kańczucka: Pochodzi Pani z Czeladzi, obecnie mieszka w Katowicach. Powiedzmy sobie szczerze – ze Śląska daleko nad morze, skąd więc pomysł, by akcję trzech powieści z cyklu Saga nadmorska umiejscowić akurat w Ustroniu Morskim?

Magdalena Majcher: Miłością do Bałtyku zaraziła mnie w dzieciństwie moja mama. I tak już ten stan zakochania trwa od dawna. Jestem jak ten chłopak na statku zakochany w morzu tyle lat. (śmiech) Odwiedziłam wiele nadmorskich miasteczek, a jednak to właśnie Ustronie Morskie w szczególny sposób zapisało się w mojej pamięci i sercu. Ustronie pojawiało się epizodycznie już w innych moich powieściach i czekałam na ten właściwy moment, aby poświęcić temu miejscu całą książkę. Koniec końców wyszła z tego cała saga.

Nie bez znaczenia było też to, jak zostałam przyjęta w Ustroniu Morskim, kiedy po raz pierwszy pojechałam tam na spotkanie autorskie. Bibliotekarki były przemiłe i entuzjastycznie podeszły do tego, że w moich powieściach pojawia się ich rodzinna miejscowość.

 

Ż.K.: Ustronie poznajemy od końca II wojny światowej i przyjazdu na Pomorze Zachodnie rodziny Zielińskich, aż po współczesność. Skąd czerpała Pani inspirację i wiedzę opisując ówczesne realia? Zawarcie spójnej całości w trzech odrębnych tomach to nie lada wyczyn.

M.M.: Praca nad sagą kosztowała mnie mnóstwo emocji. Żaden z moich literackich projektów nie pochłonął tyle czasu i energii. Podczas zbierania materiałów do sagi kilkakrotnie odwiedziłam Ustronie Morskie, rozmawiałam z mieszkańcami i osobami związanymi z miejscowością. Ogromną pomoc otrzymałam od instytucji gminnych – ośrodka kultury i biblioteki. Miałam przyjemność poznać wiele niezwykłych osób, jak choćby pana Jerzego Zawadę, jednego z pierwszych osadników polskiego Ustronia Morskiego, czy Andrzeja Pogonowicza, który jest prawdziwym pasjonatem lokalnej historii i posiada w swoich zbiorach prawie 1000 pocztówek i zdjęć z przedwojennego i powojennego Ustronia.

Sporo czasu zajęło mi też wertowanie materiałów źródłowych, czytanie wspomnień, opracowań, artykułów. Z Ustronia przywiozłam sporo dokumentów czy wycinków prasowych, ale szukałam też na własną rękę.

 

Ż.K.: Czytając pierwszy tom z cyklu Saga nadmorska, czyli Obcy kolor nieba, byłam poruszona ilością emocji, które się tam pojawiają. Temat Wołynia jest niezwykle trudny i po dziś dzień budzi wiele kontrowersji. Nienawiść, pogromy, wysiedlenia, zsyłki na Sybir – czy nie obawiała się Pani ryzyka zbytniego spłycenia trudnych doświadczeń w powieści?

M.M.: Przyznam, że w momencie, kiedy pracuję nad powieścią, nie zastanawiam się nad jej odbiorem. Mam zadanie do wykonania i daję z siebie wszystko, aby efekt końcowy był zadowalający. Martwić zaczynam się dopiero, kiedy książka jest już złożona i idzie do druku. Wtedy się zastanawiam, jak przyjmą ją czytelnicy.

Jak już wspomniałam, zanim zacznę pisać, zbieram materiały. To jest również czas na dokładne przemyślenie fabuły. Zawsze wnikam w temat głęboko, żyję nim. Mam nadzieję, że czytelnicy również czuję tę pasję. Ja sama jestem zadowolona z tej sagi. Uważam, że napisałam ją najlepiej, jak potrafiłam, ale zawsze istnieje ryzyko, że czytelnik, który sięga po moją powieść, oczekuje czegoś innego. Jedni chcą emocji podanych jak na tacy, drudzy wolą doszukiwać się drugiego dna pomiędzy słowami. Ja piszę tak, jak dyktuje mi serce – emocjami.

 

Ż.K.: Trzeci tom sagi, Znany kolor nieba, zamyka historię kobiet z rodu Zielińskich – Marcjanny, Gabrieli i Jagody. Nie korci Pani, by dokonać jej kontynuacji? Odnoszę wrażenie, że kończąc trzeci tom, zostawiła Pani lekko uchyloną furtkę do tego. Założę się, że nie tylko mnie jest żal rozstawać się z bohaterkami.

M.M.: Zakończenia większości moich książek są otwarte. To celowy zabieg, ale mam w nim inny cel niż pozostawienie sobie możliwości kontynuowania losów bohaterów. Wychodzę z założenia, że lepiej pozostawić czytelnika z uczuciem nawet lekkiego niedosytu, niż przesytu. Jak śpiewał Perfect, trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. (śmiech) Poza tym jestem też, a może przede wszystkim czytelniczką i najbardziej lubię takie zakończenia, które pozostawiają wyobraźni pole do popisu. Lubię analizować, zastanawiać się, jak mogły potoczyć się losy bohaterów. A że piszę takie książki, jakie sama chętnie bym przeczytała…

 

Ż.K.: Muszę przyznać, że cykl Saga nadmorska to moje pierwsze spotkanie z Pani twórczością. Przyznam się również, że jestem zafascynowana zarówno historią i jak sposobem jej poprowadzenia. Nie można się oderwać od kart trzech tomów! A wiem, że na koncie ma Pani znacznie więcej tytułów – łącznie dwanaście (?) – jeśli dobrze liczę. Który z nich jest Pani najbliższy i w pierwszej kolejności poleciłaby go Pani nowym czytelnikom?

M.M.: Dotychczas wydałam trzynaście powieści. Najbliższa jest mi Obcy powiew wiatru. Marcjanna, główna bohaterka, jest moją ulubioną postacią, jej losy są mi w szczególny sposób bliskie.

Jestem też związana z serią Wszystkie pory uczuć, szczególnie z Zimą i Wiosną.

 

Ż.K.: I na sam koniec pytanie niezwiązane już z historią Marcjanny, Gabrieli i Jagody. Jest Pani mamą dwójki dzieci – jak udało się Pani połączyć macierzyństwo z realizacją marzeń o pisaniu? Przecież pisanie wymaga i skupienia i czasu, a przy dzieciach to zakrawa o prawdziwy cud.

Prawdę mówiąc, trudniej było mi połączyć pracę na etacie z wychowywaniem dzieci. Zdalna praca jest moim zbawieniem, naprawdę. Zaczęłam pisać, kiedy mój młodszy syn miał trzy miesiące i nie wyobrażam sobie powrotu na etat. Mam podzielną uwagę i nawet jeśli dzieci są w domu, potrafię się skupić, wyłączyć. Na szczęście, starszy chodzi do szkoły, a młodszy do przedszkola, więc teraz piszę, kiedy są w placówkach. Wcześniej łapałam krótkie chwile drzemek dziecka, a kiedy przestał spać w dzień, po prostu pisałam przy nim. Dzisiaj sama zastanawiam się, jak mi się to udawało. (śmiech) Mam też dużą pomoc w rodzinie. Jeśli jest taka potrzeba, w weekendy dziećmi zajmuje się moja mama, żebym mogła popracować. Zakupy i gotowanie ogarnia mąż, więc to też bardzo duży plus. Trochę to trwało, zanim udało nam się zorganizować codzienne życie, ale teraz funkcjonujemy jak dobrze naoliwiona machina. (śmiech).

Dziękuję za rozmowę. A Was zapraszam do lektury Sagi nadmorskiej oraz pozostałych powieści autorstwa Magdaleny Majcher.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Karmienie 25 września 2019

(Drugie) Śniadanie do szkoły – co dawać dzieciom do szkoły

Śniadanie, które dzieci zabierają ze sobą do szkoły, musi nie tylko być smaczne, ale i zdrowe. Powinno napełnić brzuch, by nie był pusty, a do tego dać siłę i energię do nauki oraz pełnej koncentracji. Zwykła kanapka z samym serem, pasztetem, czy nutellą, zakąszona batonikiem (i popita słodkim sokiem) niekoniecznie jest dobrym rozwiązaniem, a już na pewno nie jako CODZIENNE śniadanie. 

Z doświadczenia jednak wiem, że w natłoku obowiązków i rutyny, bywa czasem ciężko każdego dnia wymyślać – co przygotować dzieciom na pierwsze i drugie śniadanie, obiad, podwieczorek oraz kolację. Szczególnie jeśli nie chce się zanudzać dzieci jednym i tym samym jadłospisem.  Dlatego czasem warto jest przysiąść, pomyśleć (jak połączyć to, co lubią moje dzieci, z tym, co jest dla nich dobre i zdrowe), a potem sporządzić listę pomysłów. I według tej listy szykować posiłki, próbując przy tym codziennie podawać coś innego.

Drugie śniadanie – co podawać dzieciom do szkoły – kilka prostych pomysłów:

Kanapka 

Najprostsze śniadanie, ale dające duże możliwości urozmaicania. W zasadzie codziennie można przygotować inną kanapkę, począwszy od zmiany pieczywa, po wykorzystane produkty. Przebierać można w serach, wędlinach, jajkach, różnego rodzaju pastach (np. z soczewicy, ciecierzycy, fasoli, jajek, ryb, orzechów, czy papryki). Do tego można dorzucać wszelkiego rodzaju warzywa: pomidora, ogórka, rzodkiewkę, paprykę, sałatę… – cokolwiek, co akceptuje i zje nasze dziecko. Okazjonalnie powyższe składniki można zastąpić masłem orzechowym, czekoladowym, czy jakimś dżemem.

Sandwich

Sandwich to fajna alternatywa dla zwykłych kanapek. Moje dzieci je wręcz uwielbiają. A ja cieszę się z tego, ponieważ do takiego sandwicha można przemycić nieco więcej produktów, które normalnie zostały by zrzucone przez wybredne niejadki. W tym przypadku są względnie ukryte – zapieczone i sklejone (serem) – przez co trudniej grzebać w środku i wymyślać, że „tego to ja nie lubię” ;-)

Tortilla

Tortilla to również świetna odmiana dla pieczywa. Przygotowanie takiego śniadania nie zajmuje dużo czasu i jest bardzo proste. Wystarczy kupić gotowe placki tortilli, posmarować je twarożkiem, dowolną pastą lub pasztetem (nie musi być mięsny, może być z pieczonych warzyw) i wyłożyć na nie ser żółty, wędlinę, oraz pokrojone w plasterki lub paseczki warzywa np. paprykę, ogórek zielony, czy pomidora.  Żeby było kolorowo można posypać całość kukurydzą, a także wzbogacić zieleniną (sałatą). Tak przygotowane placki należy zwinąć w ruloniki i pokroić na części – żeby się nie rozwijały, można w poszczególne kawałki wbić wykałaczki.

Mini pizza

Dzieciaki uwielbiają pizzę. Co prawda najczęściej prostą, składającą się z minimalnej ilości składników, tzn. sera i szynki, ale zawsze jest to jakaś odmiana dla zwykłych kanapek. Poza tym w pizzy można dzieciom przemycić co nieco pod serem i liczyć na to, że nie odnajdą niespodzianki ;-) Jedyny minus takiego śniadania jest taki, że trzeba wcześniej przygotować ciasto, najpierw, żeby ładnie wyrosło, a później, żeby dobrze się upiekło.  Dlatego ciasto najlepiej jest zrobić dzień wcześniej (oraz sos pomidorowy) i rano tylko upiec – w dobrze rozgrzanym piekarniku zajmuje to około 20 minut. W tym czasie spokojnie można się więc umyć i ubrać. Choć na dobrą sprawę całą pizzę można przygotować wieczorem, a rano ją tylko lekko odgrzać i zawinąć w folię aluminiową.

Mini zapiekanka

Jest mini pizza, są więc też mini zapiekanki. Teoretycznie jest to prawie to samo co kanapka, ale w wersji zapieczonej, na ciepło, z roztopionym serem, smakuje przecież zupełnie inaczej. Dla przykładu, moja mała wybredna Pola zwykłą kanapką z serem i szynką pogardzi, ale zapiekankę z tymi składnikami zje i to ze smakiem! :-)

Makaron z twarogiem 

Smak dzieciństwa, czyli makaron wymieszany z pokruszonym twarogiem, lekko osłodzony miodem bądź odrobiną cukru. Wystarczy przełożyć makaron do pudełka, dorzucić widelec i śniadanie gotowe.

Makaron z warzywami  – jeśli Wasze dzieci nie mają problemu z jedzeniem warzyw, śmiało można zaproponować im makaronową sałatkę, tworząc ją z takich produktów, które dziecko chętnie zje. Nie musi być bogata w kolory, może składać się tylko z pomidorów, makaronu (pełnoziarnistego), i oliwy, a i tak będzie ciekawszą opcją niż kolejna kanapka z serem, czy nutellą.

Kasza jaglana z owocami i/lub z twarogiem

Wiem, że nie wszystkie dzieci przepadają za kaszą, ale warto próbować i zachęcać dziecko do kosztowania. Kasza jaglana z dodatkiem ulubionych owoców pokrojonych w kawałeczki lub w postaci musu, potrafi być naprawdę smaczna. I łatwo ją urozmaicać dodatkiem np. twarogu, orzechów, czy rodzynek.

Ryż z owocami, ryż na mleku

Zamiast kaszy, można dzieciakom pakować do szkoły ryż (ten chyba chętniej zjadają) z dowolnymi owocami, musami, czy oblane koktajlem. Jeśli owoce nie wchodzą w grę można po prostu przygotować ryż na mleku z dodatkiem aromatycznego cynamonu, bądź z dodatkiem (gorzkiej) czekolady – moje dzieciaki uwielbiają takie śniadania. Ewentualnie w wersji wytrawnej, jako rizotto – z warzywami i mięsem. 

Placki: owsiane, serowe, racuchy, pancakes`y, …

Czy są na świecie dzieci, które nie lubią jeść placków wszelkiej maści? ;-) Osobiście nie znam takich, a moje wręcz uwielbiają! Dlatego chętnie smażę różne rodzaje placków (owsiane, z twarogiem, z jabłkami…), a potem pakuję je na wynos, zarówno do szkoły, jak i na inne wypady ;-) 

Przepisów na placki jest całe mnóstwo, zazwyczaj nie są trudne w przygotowaniu, jednak ich przyrządzenie może być dość pracochłonne ze względu na konieczność ich usmażenia. Ale wystarczy zrobić je dzień wcześniej i rano zostanie tylko spakowanie.

Naleśniki

Podobnie jak placki są uwielbiane przez dzieci i chyba nigdy się nie nudzą. Również za przygotowanie ciasta i usmażenie naleśników lepiej jest wziąć się dzień wcześniej, a rano tylko posmarować serem, czekoladą, czy marmoladą. Radość dziecka w szkole gwarantowana ;-)
Oczywiście naleśniki również możemy podać w wersji mięsno-warzywnej – nic nie stoi na przeszkodzie. 

Ciasto francuskie

Tradycyjne kanapki z powodzeniem mogą być zastąpione ciastem francuskim, które doskonale smakuje zarówno na słodko, jak i na słono. Dowolność podawania jest więc duża i zamiennie można serwować dzieciom ciasto francuskie z twarogiem i/lub owocami, bądź większym smakoszom z warzywami i mięsem. Kawałki ciasta dobrze jest zwinąć w małe koperty, by nic z nich nie wypadało i łatwo się trzymało w dłoni.

Jogurt naturalny z płatkami lub owocami

Osobiście gotowych jogurtów owocowych nie lubię i nie kupuję, za to zawsze w naszej lodówce znajdą się jogurty naturalne i owoce, a w spiżarni różne płatki. I nie ukrywam, że jest to jedno z ulubionych śniadań w naszym domu, może dlatego, że łatwo i szybko się je przygotowuje. Do szkoły też lubię je pakować – mam takie pudełko dwukomorowe (z biedry), które idealnie sprawdza się by przełożyć do niego osobno jogurt i płatki (to ważne bo inaczej z płatków powstałaby niesmaczna papka).

Koktajl 

Tak, koktajl też może stanowić formę śniadania. Wystarczy wybrać ulubione owoce (lub warzywa) dziecka i zmiksować je z mlekiem roślinnym, jogurtem, kefirem, czy maślanką, jeśli dziecko lubi jej smak. Do takiego koktajlu można też dodać trochę płatków owsianych. Ta opcja śniadania, jest o tyle fajna, że można tutaj przemycić dziecku taki owoc, bądź warzywo, którego normalnie – w kawałku – by nie zjadło, a zmiksowane, czyli niewidoczne, owszem ;-)

Owoce, warzywa, orzechy – jako dodatek

Jeśli śniadanie dziecka nie zawiera świeżych owoców, ani warzyw, warto dorzucić mu coś dodatkowo, jako przekąskę, np. jabłko, banana, surową marchewkę, orzechy lub suszone owoce. 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
W przedszkolu 20 września 2019

Po czym poznać, że dziecko kłamie

 „Moje dziecko nie kłamie!” – to zdanie powtarzane, a nawet wykrzykiwane jak mantra przez wielu rodziców. Niestety w życiu nie zawsze jest różowo. Po czym poznać, że dziecko kłamie i dlaczego to robi?

Dlaczego dziecko kłamie?

Dzieci kłamią z różnych powodów. Te najmłodsze kompletnie nie odróżniają prawdy od konfabulacji i tak naprawdę trudno w tym wypadku mówić o kłamstwie. Mówią, bo umieją mówić.

Z przedszkolakami bywa inaczej. One często nie mogą się powstrzymać przed zmyślaniem i opowiadaniem niestworzonych historii. Taki wiek. Oczywiście zaklinają się przy tym, że to wszystko prawda.

Czasem zresztą te historie wcale nie są takie niestworzone. Duśka we wrześniu tak sugestywnie wmówiła paniom w przedszkolu, że niedługo jedzie do Gdyni, że one jej uwierzyły. Ot, dziecko bez poczucia czasu. Niby wiedziała, że jak się przedszkole skończy, ale nie rozumiała, że te dziesięć miesięcy to naprawdę dużo. Czy skłamała? No nie powiedziała prawdy, ale w moim pojęciu nie było to kłamstwo.

Zdarzają się przedszkolaki, które kłamią świadomie. Opowiadają innym dzieciom, co mają w domu, gdzie jeżdżą na wakacje itp., przy czym w ich opowieściach nie ma ani grama prawdy. W ten sposób próbują zaimponować kolegom i wzmocnić swoją pozycję w grupie. Przedszkolaki wiedzą, że kłamią, ale nie widzą w tym nic złego.

Sytuacja dzieci w wieku szkolnym wygląda trochę inaczej. One odróżniają prawdę od fikcji, wiedzą też, że kłamstwo jest złe. Mimo to kłamią. Nie tylko dla podbudowania swojej pozycji w grupie, ale i ze strachu. Z tego powodu okłamują głównie dorosłych. Nauczycielom opowiadają niestworzone bajki mające uwiarygodnić powód nieprzygotowania do lekcji, rodzicom wmawiają, że klasówki nie było, albo, że dostały inną ocenę, niż było w rzeczywistości. Niestety częstym powodem kłamstwa jest niedostosowanie oczekiwań rodziców do możliwości dzieci i karanie je za niespełnienie tych oczekiwań. Jeśli dziecko, które nie radzi sobie z matematyką, dostanie karę za ocenę inną niż piątka, to nietrudno zgadnąć, że wszelkimi sposobami będzie usiłowało ukryć prawdę.

Dzieci w wieku szkolnym kłamią też z założeniem, że dzięki temu osiągną konkretne korzyści. np. pozwolenie na wyjście na dwór mimo nieodrobionych lekcji (słynne: nie mam nic zadane). Innym powodem może być chęć zrobienia przyjemności rodzicom (naprawdę zjadłem w szkole cały obiad, nie kłamię).

 

Po czym poznać, że dziecko kłamie

Mogłoby się wydawać, że rodzice dobrze znają swoje dzieci i w lot wychwycą każde kłamstwo. Z drugiej strony, to właśnie rodzicom najtrudniej uwierzyć, że ich dziecko może kłamać. No bo jak to tak – moje dziecko mnie okłamuje? Hmm. No ja też wierzę, że moje mnie nie okłamuje. Ściślej to raz spróbowało nie tyle skłamać, co ominąć część prawdy. Porozmawiałyśmy sobie o zasadach wzajemnych kontaktów i konsekwencjach takich zachowań. Myślę, że na razie mogę spać spokojnie.

Niemniej jednak warto wiedzieć, po czym poznać, że dziecko kłamie.

 

  • Nie patrzy prosto w oczy, ucieka spojrzeniem gdzieś w bok. Jeśli robi tak zawsze, nie ma powodu do niepokoju. Jednak gdy na co dzień dziecko patrzy nam prosto w oczy, a nagle przestaje to robić, warto skupić się na tym, o czym aktualnie opowiada.
  • Zachowuje się inaczej niż zwykle – mówi szybciej, wolniej, macha rękami albo wręcz przeciwnie, nerwowo drapie się po uszach, nosie, jąka się przy odpowiadaniu na pytania, częściej wtrąca “yyyy”.
  • Częściej niż zwykle mruga oczami – ten objaw może świadczyć o tym, że dziecko intensywnie myśli, próbując uwiarygodnić swoją historię. Oczywiście może też świadczyć o tym, że ma suche oczy albo o rozwoju zapalenia spojówek.
  • Nerwowo przebiera dłońmi, ugniata, je i wyraźnie nie wie, co z nimi zrobić.
  • Historia opowiadana przez dziecko zwyczajnie nie ma sensu – co prawda zdarzają się czasem historie niewiarygodne, niemniej to nikły procent wszystkich wypadków. Wystarczy zadać kilka pytań pomocniczych i dziecko wpadnie we własnoręcznie zastawione sidła.  

Dziecko kłamie – co robić?

Tłumaczyć, tłumaczyć i jeszcze raz tłumaczyć. Tym młodszym. Te starsze dobrze wiedzą, że kłamać nie wolno. W ich przypadku trzeba wyciągnąć konsekwencje. To może nie być łatwe, bo dziecko musi wyraźnie wiedzieć, za co dostaje karę. Konsekwencje kłamstwa muszą być wyraźnie rozgraniczone z konsekwencjami samego postępku. Czyli np. za nieodrobienie lekcji dajemy szlaban na komputer, za kłamstwo, że nie było nic zadane, obcinamy kieszonkowe.

 

Co robić, żeby dziecko nie kłamało?

Dobre pytanie. Powiem Wam, co ja robię. Robię wszystko, żeby moje dziecko się mnie nie bało. Jeśli wydarzy się coś, co się nie powinno wydarzyć, to wie, że ma przyjść i powiedzieć, będziemy szukać rozwiązania. Nie daję kar za rzeczy, które po prostu się zdarzają, nikt nie jest idealny.

Pamiętam, jak kiedyś zdziwiona zapytała: „To nie będziesz na mnie krzyczeć?” Nie pamiętam już, o co chodziło, to była jakaś szkolna sprawa i zrozumiałam, że inni rodzice za to krzyczą. Ja nie.  

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close