“Park niedźwiedzi” – kto jest lepszym projektantem?

“Park niedźwiedzi” to gra planszowa, w której łut szczęścia to zdecydowanie za mało, by wygrać. “Park niedźwiedzi” pokochają dzieciaki powyżej 8 roku życia. Grę dedykowano starszym dzieciom, które są w stanie pokombinować trochę ze swoimi ruchami na planszy. Rozgrywka opiera się na logicznym myśleniu, tu każdy, nawet niepozorny ruch (np. ulokowanie toalet w parku) ma znaczenie dla wydreptania sobie zwycięstwa.

“Park niedźwiedzi”. Zasady

Podczas rozgrywki gracze wczuwają się w rolę projektantów rzeczonego parku dla niedźwiedzi. Każdy musi zadbać indywidualnie o to, by jego park okazał  się najlepiej przemyślany, zagospodarowany. Do dyspozycji gracza są wybiegi i pawilony dla zwierząt, toalety, place zabaw, fast food, oraz elementy zieleni – to wszystko służy do projektowania idealnego miejsca dla niedźwiedzi.

park niedźwiedzi

 

Rozgrywka zaczyna się od rozłożenia wszystkich potrzebnych elementów na jednej planszy głównej, następnie każdy bierze jedną kwadratową planszę, od której zacznie rozbudowę swojego parku (łącznie można wykorzystać cztery plansze).

“Park niedźwiedzi”. Przebieg gry:

Instrukcja określa kolejność ruchów, które powinni wykonać gracze:

Połóż żeton – gracz bierze ze swoich zasobów jeden żeton, który kładzie w wybranym przez siebie miejscu na planszy. Nie można jednak zakryć pola z wykopem, żeton nie może wystawać poza planszę, ale musi stykać się z innym żetonem całym bokiem. Żetony można obracać w różne strony. park niedźwiedzi

Sprawdź pola specjalne – gdy żetonem zostaną zakryte symbole, stosując się do instrukcji  wykonujemy zawarte w niej polecenia. W grze wykorzystano pięć typów symboli: betoniarkę, taczkę, koparkę, robotników, wykop – którego nie wolno w trakcie gry zakrywać. Jeśli ciekawią Was dokładne ruchy przy wykorzystanego danego symbolu, odsyłam Was do bardzo szczegółowej instrukcji dołączonej do gry. 

 

Postaw pomnik – jeżeli po zakończeniu tury plansza terenu została zabudowana, na polu z wykopem kładziemy pomnik niedźwiedzia o najwyższej wartości.

Zdobądź osiągnięcie (w wersji rozszerzonej) – jeśli spełnimy odpowiednie warunki, zabieramy wskazany żeton osiągnięć i kładziemy obok swojego parku. Nie można posiadać więcej niż jeden żeton ze wszystkich dostępnych rodzajów. 

Gra kończy się w momencie, kiedy gracze zapełnią maksymalnie swoje cztery plansze. Wtedy możemy podsumować wartość zaprojektowanego parku. 

 

“Park niedźwiedzi”. Wrażenia

Gra nie jest nastawiona na interakcje pomiędzy uczestnikami. To raczej zabawa analityczna, w której “każdy sobie rzepkę skrobie”. Zasady nie są skomplikowane, ale odnoszę wrażenie, że mój pięciolatek nie zrozumiał tego, jak ważne jest nie samo układanie kafelków tak, by pasowały, ale kombinowanie, jaki układ przyniesie największy zysk. Z tego powodu określono cenzus wiekowy – zwyczajnie młodsi gracze nie skorzystają z gry tak, jak starsi “wyjadacze”. Chyba nie są jeszcze tak cwani ;) Pssst! Mój niespełna dziewięciolatek ogrywał mnie, aż bolało. 

park niedźwiedzi

Sama gra zawiera mnóstwo elementów, więc potrzeba kilka minut, by się z nią rozłożyć na stole. Dobrze, by stół był słusznych rozmiarów, bo gra jednak zabiera trochę miejsca a przestrzeń pozwoli graczom wzajemnie nie naruszać swoich konstrukcji. Wspominam o tym, bo raz musiałam uspokajać towarzystwo po tym, jak jeden drugiemu ręką po planszy zasunął ;). 

Jej niewątpliwą zaletą jest piękna grafika i mocny, sztywny karton, z którego wykonane zostały elementy i plansze. Gra posłuży dzięki temu dłużej, bo nie rozpadnie się od ciągłego przekładania z miejsca w miejsce.  

 

“Park dla niedźwiedzi” bardzo spodobał się moim dzieciom, a szczególnie starszemu, bo jakimś cudem (a może to po prostu talent?) ciągle nas ogrywa. Jeśli Wasze dzieci odnajdują się w grach wymagających myślenia, a przy tym miłych dla oka i ciekawych, “Park niedźwiedzi” ma szansę zawojować ich serca.

Wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Lacerta.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Emocje 3 lipca 2019

Matki uwielbiają wyręczać swoje dzieci – to duży błąd, nie popełniaj go!

Mama to bardzo fajna istota, niezwykle sprytnie wymyślona i zaprojektowana przez naturę (czy Boga, jak kto woli). Niby jedna osoba, a tak wiele w niej różnorodnych cech, talentów, umiejętności i szerokiej wiedzy, że spokojnie mogłaby się tym wszystkim podzielić z innymi. Nie bez powodu często mówi się o niej, że jest cudowna (jak woda z Lichenia) i niezastąpiona.

Nic więc dziwnego, że tak wiele w życiu robi sama – i to najlepiej, niechętnie dzieląc się obowiązkami, bo przecież inni mogą je koncertowo spartolić. Po co się więc niepotrzebnie wnerwiać i zdzierać gardło, jak można wyręczyć innych i zrobić co trzeba samemu, prawda?

Szczególnie jeśli sprawy dotyczą dzieci. One takie biedne, nieporadne i niedoświadczone. A do tego trochę poszkodowane przez los, bo tak wiele się od nich wymaga. Muszą przecież chodzić do przedszkola i szkoły. Nierzadko nawet na różnego rodzaju zajęcia dodatkowe.

Kiedy więc mają beztrosko sobie leżeć, byczyć się i dajmy na to telewizję pooglądać? Trzeba im koniecznie pomóc i pozbawić co najmniej kilku obowiązków – domowych, jak i np. szkolnych. Świetnie więc do tego nada się mama, która może nie z radością, ale jednak wyręczy swe dzieci. Posprząta ich pokój, zaniesie brudne ubrania do prania, poznosi za nie naczynia do kuchni po zjedzonym wspólnie obiedzie i zmyje z podłóg ślady ich brudnych małych stópek.

A na koniec odrobi za nie prace domowe – te, które przydzieliła im pani w szkole. Przeczyta lekturę, a potem króciutko streści, rozwiąże zadania z matmy, coś narysuje, napisze… – bo jej idzie to znacznie łatwiej i szybciej niż dziecku. No i oczywiście obowiązkowo przygotuje pracę na konkurs plastyczny – zrobi takie cudo, że wszystkim szczęki opadną! Jej mały urwisek będzie się temu bacznie przyglądać (lub niekoniecznie, wszak bajka w tv jest zdecydowanie ciekawsza!), w każdym razie finalnie pozwoli mu się pod ową pracą podpisać, żeby nie było…

I niech tylko nikt nie próbuje poddać w wątpliwość to, kto jest faktycznym autorem wykonanego zadania, bo jeszcze złowrogo zasyczy i rzuci jakimś magicznym zaklęciem. Choć z drugiej strony, patrząc na szerokość skali tego procederu, marne szanse są na to, by ktoś się odezwał.

Tak sobie dziś o tym wszystkim myślę, bo akurat rano byłam ze swoimi dziećmi na wakacyjnych zajęciach artystycznych zorganizowanych przez naszą gminę. I miałam okazję zobaczyć na żywo jak mamy wyręczały swoje pociechy w wykonywaniu pracy plastycznej. Ich ingerencja w twórczość maluchów była tak duża, że nawet pani prowadząca zajęcia stwierdziła, że do końcowego wspólnego zdjęcia powinny wyjść mamy, a nie dzieci.

I niestety, ale tak to właśnie jest – my, mamy, tak często wyręczamy w różnych zadaniach nasze potomstwo, że jest to aż przerażające! Czy nasze matki, gdy byłyśmy małe, robiły to samo?? Taka nasza natura?? Czy może po prostu nastały takie czasy i gonitwa, by być we wszystkim NAJ?!

Nasze dzieci oczywiście też muszą być NAJ: najpiękniejsze, najmądrzejsze, najzdolniejsze, najbardziej utalentowane i wysportowane! Nie ma tu miejsca na typowo dziecięce mniej sprawne rączki, czy nóżki…

Czas najwyższy, Drogie Mamy, abyśmy zdały sobie sprawę, że tak robimy, że to jest głupie i do niczego dobrego nie prowadzi – wręcz przeciwnie! 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Przekąski 1 lipca 2019

Suszone pomidory – przepis na cudowny smak lata

Suszone pomidory to genialny sposób na zachowanie smaku i zapachu tych letnich warzyw. Ja uwielbiam pasjami – świeże, w pastach i oczywiście suszone pomidory, mogę jeść bez końca. Bo przecież to samo zdrowie, w dodatku bardzo smaczne.

Suszone pomidory – do czego?

Suszone pomidory zawierają moc przeciwnowotworowego likopenu (zawierają go znacznie więcej, niż świeże warzywa), jest w nich sporo  błonnika, potasu, żelaza, fosforu i sodu. Jeśli zalejemy je wartościową oliwą z oliwek, witaminy będą wchłaniały się jeszcze lepiej. Suszone pomidory znakomicie sprawdzają się jako przekąska, dodatek do sałatek, mięs, na kanapki oraz do faszerowania. Można robić z nich doskonałe pasty i dorzucać do pizzy czy spaghetti

Suszone pomidory – przepis 

Mimo że jest to typowo włoski specjał, Polacy z całego serca pokochali suszone pomidory i coraz więcej osób próbuje zrobić je samodzielnie. Co prawda bez kłopotu można kupić w sklepach suszone pomidory w oliwie i bez, ale nie ma to jak samodzielnie przygotowane przetwory. Nie jest to trudne, poza tym w sezonie pomidory nie kosztują wiele i każdy może pozwolić sobie na przysłowiowe zamknięcie lata w słoiku. Czyż nie przyjemnie jest otworzyć zimą taki pachnący, cudnie kojarzący się z latem specjał? 

Suszone pomidory – przepis na domowe przetwory:

Składniki:

  • pomidory – ile chcecie, pamiętajcie jedynie o tym, że podczas suszenia pomidory mocno tracą na objętości, więc potrzeba ich kilka/kilkanaście kilogramów, by wypełnić słoiczki na zimę,
  • oliwa z oliwek (lub inny olej roślinny),
  • czosnek,
  • sól
  • pieprz (jeśli lubicie)
  • bazylia i inne zioła wg. uznania.

Suszone pomidory – przygotowanie

  1. Kupuję odpowiednią ilość świeżych, koniecznie mięsistych pomidorów. Moja uwaga – nie wybierajcie tych o delikatnym miąższu, bo podczas odparowywania wody, niewiele z nich zostanie, a sama suszona skórka nikogo nie usatysfakcjonuje ;) 
  2. Pomidory myję, przekrawam na pół, usuwam gniazdo nasienne (albo i nie, jeśli jest “zbite” i się nie rozłazi – po prostu dłużej się suszą), doprawiam solą i odrobiną pieprzu.
  3. Pomidory wykładam na blachy wyłożone papierem do pieczenia i wsuwam do rozgrzanego na ok. 60 stopni piekarnika z termoobiegiem.
  4. Czekam, czekam, czekam – kilka godzin mija, ponieważ temperatura jest niewysoka, by wysuszyć, a nie spalić nasze warzywa. Po prostu trzeba pilnować biznesu i zaglądać do środka co jakiś czas. Trzeba minimalnie uchylić drzwiczki piekarnika albo włożyć w nie z obu stron drewniane patyczki do szaszłyków, żeby woda miała dokąd uciekać. 
  5. Gdy pomidory są odparowane – płaskie, lekko pomarszczone, ale nadal miękkie (nie wolno dopuścić do wysuszenia na wiór!), wysuwam je z piekarnika i pozwalam “odpocząć”. 

suszone pomidory

  1. Gdy lekko wystygną, wsypuję je do miski, dorzucam przyprawy (obowiązkowo bazylia i oregano, Wy możecie dorzucić to, co lubicie, np. tymianek) i dobrze mieszam, by nimi nasiąkły.
  2. Do wyparzonych słoiczków wkładam pomidory, dodaję ząbek czosnku i listki świeżej bazylii – fajnie podkręcają smak oliwy, którą po podgrzaniu zalewam słoiczki. Pamiętajcie, by nie ładować pomidorów do oporu – ja standardowo wkładam je na wysokość ¾ słoika, bo pomidory wchłoną część płynu. Robię tak zresztą ze wszystkimi przetworami. Suszonych pomidorów nie pasteryzuję, ale na dobę odkładam słoiczki do góry dnem. Po tym czasie wynoszę skarby do piwnicy, by wrócić po nie jesienią i zimą. 

Suszone pomidory są po prostu pyszne i jeśli jeszcze ich nie robiliście, najwyższy czas to zmienić :) 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close