Karmienie 21 marca 2019

Nauka samodzielnego jedzenia nie musi być trudna. Jak nauczyć dziecko jeść sztućcami?

Wbrew pozorom nauczenie malucha korzystania ze sztućców nie jest takim prostym zadaniem. To nie jest tak, że dajemy dziecku do rączki widelczyk i łyżeczkę, a reszta sama się dzieje. Nauka samodzielnego jedzenia to poważny i czasochłonny proces.

Nauka samodzielnego jedzenia – potrzeba czasu i cierpliwości

Dzieci potrzebują czasu, a rodzice … cierpliwości. Niestety, wielu z nas czasem brakuje właśnie cierpliwości i wyręczamy dziecko, bo tak szybciej i bardziej czysto… Wizja  sprzątania bałaganu wokół stolika dziecka, przebierania ubranek po każdym posiłku może zniechęcać. Ale trzeba oddać sprawiedliwość początkowo nieudanym próbom samodzielnego jedzenia – każdy ruch łyżeczki czy widelczyka do ust staje się coraz bardziej precyzyjny. Aż w końcu nadchodzi sukces i obiadek trafia do małego brzuszka, bez dokarmiania psa, kota czy podłogi.

Nie ma więc sensu wyręczać w tym zadaniu malca, bo im szybciej damy mu możliwość nauki samodzielnego jedzenia, tym szybciej zobaczymy jej rezultaty. Nie ma co czekać do czasu przedszkola, by z dumą wręczyć dziecku łyżkę i widelec. Wtedy może być nawet późno na naukę, a przecież żaden rodzic nie chce utrudniać dziecku rozwoju.

Jeśli macie wątpliwości, jak zabrać się za naukę malca posługiwania się sztućcami, koniecznie przeczytajcie wskazówki Darii Rybickiej, dietetyka, eksperta w dziedzinie mądrego odżywiania rodziny.

Sztućce a nauka samodzielnego jedzenia

Sztućce to duża nowość dla dziecka, niezwykle atrakcyjna „zabawka”. Początkowo proponuję podawać dziecku kawałki jedzenia bezpośrednio na blat, dopiero później wprowadzamy sztućce. Momentem, na który należy zwrócić uwagę jest sytuacja, kiedy dziecko zaczyna nam zabierać łyżeczkę podczas karmienia. Możesz podać dziecku drugą łyżeczkę i zobacz co się stanie. W sytuacji, kiedy dziecko podejmuje próby samodzielnego nakładania posiłku na łyżeczkę, podnosi ją do buzi, odczytujemy to jako znak, że zaczynamy ją podawać dziecku. Później zaproponuj widelczyk, aby dziecko mogło próbować nabijanie na niego większych kawałków jedzenia. Wybierz sztućce z większą, masywniejszą częścią do chwytania.

Oczywiste jest, że dziecko nie od razu będzie miało umiejętność samodzielnego spożywania posiłku sztućcami. Na początkowym etapie naturalne jest, że pierwsze produkty rodzic podaje łyżeczką, kiedy dziecko zaczyna chwytać sztućce, podążaj za tym. Nauka samodzielnego jedzenia to trudna sztuka, ale bez względu na efekty zachęcaj dziecko do używania sztućców. Proponuj, zachęcaj, ale nie wyręczaj we wszystkim dziecka. Pamiętaj, że chwytanie sztućców to też doskonała okazja do rozwijania motoryki. Możesz nabić kawałek posiłku na widelec i poczekać aż dziecko samodzielnie przeniesie kęs do ust.

Najczęstsze błędy popełniane przez rodziców:

  • Za krótki czas karmienia dziecka piersią
  • Za szybkie rozpoczęcie rozszerzania diety niemowlaka
  • Zadbanie o odpowiednie okoliczności przy spożywaniu posiłków – skupienie się na posiłku, brak rozpraszaczy (bajki, telefon),  
  • Wyręczanie dziecka, karmienie przez rodzica przez dłuższy czas
  • Zachęcanie dziecka do jedzenia – zagadywanie, „samolociki”, „zjedz za babcię”. Dziecko ma prawo odmówić posiłku, albo nie zjeść wszystkiego co proponuje rodzic
  • Za mało warzyw na talerzu
  • Za duże ilości cukru. Nieświadomość rodziców, że cukier jest zawarty nie tylko w słodyczach – podawanie soków, serków homogenizowanych  itd.
  • Podawanie przekąsek pomiędzy posiłkami np. chrupek, ciasteczek, wafli, soczków
  • Należy unikać podawania jedzenia np. czegoś słodkiego „ w nagrodę”, albo wtedy, kiedy pojawia się uczucie smutku. Jedzenie służy do odżywienia organizmu. Nie powinno wiązać się z emocjami.
  • Unikanie pokazywania nadmiernych emocji. Spożywanie posiłku powinno mieć charakter neutralny – bez nadmiernego ekscytowania się i radości, kiedy dziecko „ładnie je” oraz bez napięcia i zdenerwowania, kiedy nie chce spożywać posiłków w sposób oczekiwany przez rodziców

Chcę wprowadzić zmiany, od czego zacząć?

Kiedy wiemy, że popełniliśmy błąd związany z odżywianiem dziecka i chcemy wprowadzić zmiany; w pierwszej kolejności zachęcam do zatrzymania się, przeanalizowania sytuacji w której się znaleźliśmy, zanim przejdziemy do działania.

Odpowiedz na pytania:

  • Jak jest teraz? Jak wygląda obecny sposób odżywiania? Zobacz jakie są fakty – zapisz przez kilka dni na kartce co Twoje dziecko je, w jakich porcjach i godzinach.
  • Co doprowadziło do tej sytuacji? Jakie moje działania?
  • Jak chcę, aby było?
  • Jak mogę to zrobić?

Zrób plan działania i zacznij go konsekwentnie wdrażać. Każda zmiana wymaga Twojego zaangażowania, energii i czasu. Jeżeli chcesz, aby długofalowo była to trwała zmiana, pamiętaj o metodzie małych kroków. Dlaczego? Po to, aby uniknąć Twojego wypalenia oraz z drugiej strony, aby dać dziecku przestrzeń do adaptacji przy wprowadzeniu tych zmian. Nie będziesz w stanie wszystkiego zmienić od razu. Nawet jeżeli Ty się temu poświęcisz w 100% może się okazać, że dziecko nie jest gotowe do takiego tempa zmian. Daj czas, sobie i dziecku.

Porady udzieliła Daria Rybicka

doświadczony dietetyk, mama dwóch synów, certyfikowany diet coach. Ekspert w dziedzinie dobrego, mądrego odżywiania dla całej rodziny. Autorka książki „Apetyczna książka” oraz bloga dariarybicka.pl. Wspieram innych w ich drodze do zdrowia, pokazuję, że zdrowe odżywianie nie musi oznaczać restrykcyjnych wyrzeczeń.

 

 

Więcej o prawidłowym odżywianiu małego dziecka:

Zapraszamy na pierwszy warsztat pt. „Zdrowy maluch. O prawidłowym odżywianiu małego dziecka”, który odbędzie się w czwartek, 28 marca w godz. 10:30-12:30 w Centrum Zabaw FIGLARIUM w Centrum Handlowym MARYWILKA 44. W trakcie trwania spotkań dzieci będą miały możliwość bezpłatnego korzystania z sali zabaw.

Udział w projekcie jest bezpłatny, wymagana jest jednak wcześniejsza rejestracja mailowa pod adresem: fajnyczasmamy@marywilska44.com

Więcej informacji na stronie: www.marywilksa44.com oraz w wydarzeniu na Facebook’u: https://www.facebook.com/events/572413973222813/

 

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Dania główne 18 marca 2019

Zupa krem z brokułów. Prosty i sprawdzony przepis

Jestem wielką miłośniczką zup wszelakich. Naprawdę – uwielbiam je pasjami i mogłabym jeść każdego dnia. Najczęściej gotuję tradycyjne dania kuchni polskiej, ale ostatnio zamarzyła mi się odmiana. Tym razem zachwyciła mnie zupa krem z brokułów, którą zaserwowała mi moja siostra.

Zupa krem z brokułów to zupa bardzo prosta i szybka do zrobienia, w dodatku jest pożywna i dostarcza wielu cennych witamin dla organizmu. Jak ją zrobić? Już daję odpowiedź :)

zupa krem z brokułów

Zupa krem z brokułów. Składniki:

  • Opakowanie brokułów mrożonych (ok 400 g) lub duża ich główka,
  • 2 średniej wielkości ziemniaki,
  • 1 cebula,
  • 2 ząbki czosnku,
  • sól, pieprz,
  • 0,5 litra bulionu warzywnego (może być też rosół z dnia poprzedniego lub sama woda),
  • 1 łyżka masła lub oliwy z oliwek (jeśli lubicie jej smak).
  • opcjonalnie łyżka kwaśnej śmietany, jeśli ktoś lubi.

Składniki na grzanki:

  • gotowe grzanki lub chleb, odrobina masła, soli i czosnku.

Przygotowanie:

  1. A więc tak – świeże brokuły dzielę na mniejsze części, płuczę, ziemniaki obieram i kroję w kostkę jak do zwykłej zupy. Czosnek i cebulę pozbawiam łupin i drobno szatkuję. Odrobinę czosnku odkładam do grzanek.
  2. Do garnka wrzucam łyżkę masła i gdy masło się rozgrzeje, smażę cebulę. Gdy zmięknie, dodaję kawałki ziemniaków i jeszcze chwilę podsmażam.
  3. Zalewam to bulionem, dorzucam brokuły i gotuję wszystko do miękkości około 15-20 minut.
  4. Zupę rozdrabniam blenderem na gładką masę. Doprawiam solą i pieprzem, jeśli trzeba, dodaję odrobinę czosnku i śmietany.

W międzyczasie kroję chleb (najlepsze jest co najmniej wczorajsze pieczywo), rozgrzewam na patelni masło, dorzucam pieczywo.

Gorącą zupę nakładam na talerz i posypuję grzankami. Po prostu pycha!

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Kultura 15 marca 2019

Całe szczęście – recenzja nieobiektywna

Całe szczęście, że kino polskie nie zeszło na psy. Całe szczęście, że Piotr Adamczyk pozbył się łatki papieża. Całe szczęście, że Roma Gąsiorowska wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim. Całe szczęście, że powstał film „Całe szczęście”.

Ona – bizneswoman, celebrytka uwielbiana przez tłumy, królowa kolorowych magazynów i pierwsza dama polskiego fitnessu. On – skromny muzyk grający na trójkącie w filharmonii.

Ona – bajecznie bogata. On – radzi sobie.

Ona – ma piękny i przestronny dom w stolicy. On – nieduży i wymagający remontu domek nad morzem.

Ona – samotna, piękna i niedostępna („Nie tacy jak ty próbowali!”). On – wdowiec wciąż opłakujący żonę, nieszukający miłości.

Ona – zjawia się znikąd i proponuje mu górę pieniędzy. On – nie wierzy w bajki o dobrych wróżkach.

Ona – wie o nim wszystko. On – nie wie o niej nic.

Ona – zdobywa jego serce. On – postanawia spróbować.

Ona – nosi w sobie mroczny sekret. On – czyli Piotr Adamczyk – nazwał ten film melodramatem.

Ja – kompletnie nie rozumiem dlaczego.

Całe szczęście – komedia nieklasyczna

W klasycznej komedii romantycznej ona jest piękna, skromna i biedna, on przystojny, bogaty i zakochany. A tu odwrotnie! On co prawda jest przystojny, ale niemajętny i skromny. Ona może niekoniecznie piękna, za to bogata i pewna siebie. I chwała scenarzystom, że mieli odwagę przełamać schematy!

W klasycznej komedii zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, potem coś idzie nie tak, na końcu się całują na tle zachodzącego słońca. Tu nie ma miłości od pierwszego wejrzenia. I całe szczęście (ten tytuł to naprawdę jest trafiony!), bo takowa zdarza się rzadko, najczęściej w liceum.

Kobieta po przejściach i mężczyzna z przeszłością nie są tak otwarci na nowe uczucie, nawet jeśli on proponuje jej na początek słodkie ruchanki. Ostrożnie stawiają pierwsze kroki ku sobie, przy czym Marta dobrze wie, czego chce i do czego dąży. Robert obserwuje i próbuje rozgryźć, o co chodzi Marcie. W końcu oczywiście zrozumie, bo taka jest konwencja tego typu filmów. Przy czym muszę przyznać, że tu rozwiązanie zaskakuje. I nie jest wcale takie oczywiste. Ja i mąż załapaliśmy w dwóch zupełnie różnych momentach filmu. A i tak do końca nie mieliśmy pewności, czy dobrze myślimy. Jednak do melodramatu temu filmowi daleko. W klasycznym melodramacie jeden z bohaterów powinien umrzeć. Nie bójcie się. Może nie powinnam, ale powiem, że tu nikt nie umiera. Nie żyje żona Roberta, ale to żadna tajemnica. Umarła, zanim zaczął się film. I to jedyna śmierć. A czy na końcu będzie zachodzące słońce, to Wam nie powiem. Co za dużo, to niezdrowo ;)

Całe szczęście – inteligentny humor i doborowa obsada

„Całe szczęście” to komedia. Ale nie byle jaka. Inteligentny humor, subtelna gra słów, brak ogranych tekstów i żadnych sucharów. Naprawdę jest się z czego pośmiać.

Roma Gąsiorowska i Piotr Adamczyk stworzyli duet doskonały, a partnerujący im Maks Balcerowski, w przyszłości zostanie pierwszym amantem polskiego kina, wspomnicie moje słowa! Ta trójka to bez wątpienia postaci pierwszoplanowe i to o nich jest film. Jednak warto zerknąć i na drugi plan. Jacek Borusiński urodził się właśnie po to, by zagrać w „Całym szczęściu”. On może nic nie mówić, wystarczy, że jest i człowiek zaczyna się śmiać. Joanna Liszowska i Tomasz Sapryk – małżeństwo nie całkiem doskonałe, ale z potencjałem – ich teksty przejdą do historii. Ojciec Roberta i pani Jadzia – niby ich tam niedużo, ale nie dadzą się nie zauważyć. Szczególnie jego jakże trafne teksty na temat konsumpcji ryb nad morzem. A jako wisienka na torcie – Michał Urbaniak w roli siebie samego. Tylko przez chwilę, ale zapomnieć się nie da.

Całe szczęście – do obejrzenia we dwoje

Film lekki, w sam raz do obejrzenia we dwoje. Do śmiechu, do płaczu, do wzruszeń i ukradkowego ściskania dłoni. Powiem Wam w sekrecie, że gdyby nie czekająca w sali zabaw Duśka, po wyjściu z sali poszlibyśmy prosto do kasy po bilety na następny seans. I byliśmy w tym wyjątkowo zgodni! A nie zawsze jesteśmy. Jak uznałam, że Miszmasz to gniot, to się pokłóciliśmy ;)

 

PS. Kilka dni po premierze z ciekawości przekopałam internet, żeby zobaczyć, co o tym filmie sądzą inni. Hmmm, o gustach się ponoć nie dyskutuje, ale nie ukrywam – negatywne recenzje mocno mnie zaskoczyły. Nawet się przez chwilę zastanawiałam, czy autorzy nie zostali opłaceni przez konkurencję.

Moi Drodzy – jeśli szukacie filmu głębokiego psychologicznie, a w Piotrze Adamczyku ciągle widzicie Karola Wojtyłę, to ostrzegam – nie idźcie tą drogą! Ten film w założeniu miał być lekki, łatwy i przyjemny i dokładnie taki jest. No dobra, miejscami może mniej łatwy, ale nadal jest to po prostu ciepła komedia romantyczna i jakiekolwiek próby potraktowania jej inaczej kończą się źle.

I może faktycznie jestem nieobiektywna, bo akurat bardzo lubię polskie kino w ogóle, a polskie komedie szczególnie, niemniej jednak nie boję się powiedzieć, że „Całe szczęście” ma szansę stać się komedią roku.

 

PPS. Zdjęcie na baner zrobiłam w kinie i nawet nikogo o zgodę nie zapytałam, ale mam nadzieję, że producenci będą wyrozumiali ;)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close